Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 grudnia 2011

Marcin Hładki

z cyklu: Chile (odcinków: 8)

Południe

Kategoria: Podróże i regiony

« Wulkan Chilijskie murale »

Na południu jest inaczej, inaczej niż na pustyniach, ale też inaczej niż w u nas - chociaż bardzo podobnie, na pierwszy rzut oka. Na drugi niby też, chociaż wszystko jest dorodne: drzewa, trawa, krowy - wszystko wygląda tak, jak można sobie wyobrazić, że powinno wyglądać w idealnym, niemieckim świecie porządku i dostatku. Ale inaczej niż u Niemca, tak porządnie jest jakoś samo z siebie, nie widać, żeby ludzie specjalnie dbali o rozwój tych wszystkich drzew, krzaków i krów, są takie same z siebie. Zresztą ludzie nie dali by rady, bo jest niewielu poza miastami.

Valdivia, początek prawdziwego południa Chile, też jest ładniejszym miastem niż średnia. Jest położona uroczo, na zbiegu trzech rzek, między wzgórzami, ma bardziej sensowny i ciekawszy układ ulic, więcej normalnych domów, byliśmy tak w dwóch czy trzech kawiarniach, które były po prostu ładne.

Podobieństwo całej tej okolicy do północy Europy, tego co uznaję za normalne, jest takie, że poczułem się komfortowo, jak w domu, ale z przyjemną dawką egzotyki, w postaci na przykład stada lwów morskich, które mieszkają przy targu rybnym i razem z mewami, kormoranami i pelikanami mają tam codzienny bankiet. Lwy, jak to foki, są urocze, potwornie utuczone i choć pozostają wolnymi zwierzętami, to niespecjalnie przejmują się ludźmi, którzy je fotografują. Kiedy jednak zobaczyłem na chodniku drapieżnego gołębia - poczułem się bardzo obco. Jak we śnie, w którym to, co z początku jest doskonale znajome staje się, poprzez zmianę drobnych detali, czy sposobu patrzenia, zupełnie obce. Trochę jak dolina niesamowitości w robotyce: kiedy robot jest prawie, ale niezupełnie ludzki, budzi grozę, a nie sympatię. Potem tych drobnych, egzotycznych szczegółów, znajdowałem więcej, ale pozostało wrażenie niesamowitości, choć naprawdę jest tam pięknie.

Jest też pusto. Chwilę zajmuje wypłynięcie z miasta, na rzeki i rozlewiska, tak dzikie jak Biebrzy albo Rospudy. Okoliczne wzgórza porośnięte są lasami, jednak w większości nie dzikimi, tylko lasem eukaliptusów (które na północy wziąłem za platany). Mimo to tylko najwygodniejsza do dostępu ziemia jest zagospodarowana, wzgórza, brzegi rzek, brzeg morza, jest pozostawiony w dzikim stanie.

Prawdziwa selwa - tutejsza dżungla - jest kilkadziesiąt kilometrów dalej, za miastem, w rezerwacie. Wycieczka tam, była kolejnym odcinkiem filmu przyrodniczego z naszym udziałem - selwa i drzewa, co mają trzy tysiące lat, i miejscowy przewodnik, który potrafi powiedzieć, do czego używać różnych roślin. Jak Białowieża z Babą Jagą za przewodnika. A po drodze był stary fort hiszpański, z armatami sprzed kilkuset lat leżącymi luzem na ziemi, nikt tego specjalnie nie pilnuje. Za to trzeba płacić za odwiedzenie kolejnej kolonii lwów morskich, Zapłaciliśmy z przyjemnością, miłym, tutejszym ludziom, którzy od kilku lat uczą się, co to są turyści, po tym jak utworzenie rezerwatu odebrało im możliwość pracy w lesie.

Wiele rzeczy jest innych, niż się wydaje. Lasy eukaliptusów służą do produkcji wiórów, które sprzedają całymi statkami do Japonii na papier do faksów. Cały port jest tylko po to, żeby raz na jakiś czas załadować statek wiórami. Jedliśmy śniadanie w prywatnym domu, jedyny wiejski dom jaki widzieliśmy od środka, bardzo schludny, skromny, ale ludzie na Mazowszu często mają gorsze meble. Z zewnątrz wygląda jak wszystkie tutaj domy - większy garaż, obity dyktą, z blaszanym dachem, do którego wstawiono okno na silikon: według naszych norm kompletne dziadostwo. Najstarsze drzewa na półkuli (tylko sekwoje są starsze od tych alerce) nie są twarde jak skała, tylko miękkie, zbudowane z cieniutkich warstw, które na zewnątrz łatwo od siebie odstają. Wierzchnia warstwa drewna jest miękka jak gąbka, ugina naciskiem ręki, co jeszcze dziwniejsze - u starszych drzew bardziej.

Kolejnym zaskoczeniem w tej kolekcji, tym razem społecznym jest dla mnie to, że rolnictwo jest zorganizowane w wielkie przedsiębiorstwa, a kopalnie bywają małe, rodzinne. Z tym rolnictwem okazało się, kiedy trochę później oglądaliśmy winnice - w Dolinie Centralnej, rolniczym zapleczu Chile, nie widać było w ogóle małych pól, za to co jakiś czas pojawiały się wielkie, przemysłowe przetwórnie, silosy, place załadunkowe z dźwigami. Wino - podobnie jak wióry - produkuje się na eksport, ponad 90% jest eksportowana, a winnice, nawet najmniejsza w której byliśmy, to dalej spore przedsiębiorstwo z wieloma najemnymi pracownikami. To też jest jakoś dziwne - rolnictwo widziane jako przemysł.

Piszę to już po powrocie, nie mogąc wcześniej pozbierać myśli. O ile północ była wycieczką do dziwów i cudów, to południe okazało się światem na opak. Miejscem, w którym rzeczy po dotknięciu okazują się inne, niż się wydają, nie wiem, czy wszystkie, czy tylko niektóre, ale z czasem zaskoczeń przybywało. To jest jednak zupełnie inny świat, nie jest dalszym ciągiem Europy, nawet teraz.

Chile: wstęp na końcu

Listy z wycieczki do Chile


« Wulkan Chilijskie murale »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)