zdjęcie Autora

11 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Poprzednie wcielenie M.

Kategoria: Twórczość

« Dawne piosenki — tanga PRL-u Cykliści jak zawsze wszystkiemu winni »

          Ezoteryka nie jest wyekstrahowana z otaczającego nas świata, naszych myśli, doznań i innych „bieżączek”, miesza się z nimi, wchodzi w interakcje i nie możemy nigdy być pewni, co jest skutkiem, a co przyczyną, a nawet rodzaju ich powiązań.

         Pierwszy raz w życiu miałam osobiście do czynienia z kimś, kto doznał poczucia, że  odgaduje przebłysk swojego poprzedniego wcielenia, w dodatku nie wymuszonego świadomym śnieniem czy hipnozą. Nie było to doznanie jednorazowe, a raczej proces, w którym rolę odgrywały młodzieńcze rysunki i próby malarskie, a po wielu, wielu latach nastąpił wspomniany przebłysk. Tym kimś była moja dobra znajoma M.

         Jeśli przypominacie sobie odcinek 10 mojego blogu pierwszej serii opisujący sen o robotnicy w zrujnowanej fabryce, to pisałam tam o poczuciu „fałszywej samoświadomości”, której doznałam w czasie tego snu. Takie samo poczucie towarzyszyło M, dojrzałej kobiecie koło pięćdziesiątki, która była w tym przebłysku dzieckiem, niepełnosprawnym chłopcem, przykutym do łóżka.

         Mój sen, mimo że bardzo sugestywny, nie mógł być jednak przebitką do „poprzedniego wcielenia” z prostego powodu: jego scenerią była zrujnowana po jakimś bombardowaniu fabryka, co do której miałam przekonanie (nie wiem czemu), że mieści się na terenie byłej Rzeszy Niemieckiej, tuż po wojnie lub przed jej końcem, a więc sądząc po rekwizytach, gdzieś po 1944 roku. Tymczasem ja urodziłam się w roku 1942, znacznie wcześniej niż rozgrywała się akcja snu, więc nie mogłam być siedliskiem duszy, która miałaby opuścić bohaterkę snu dopiero w niedalekiej przyszłości.

         Tymczasem w przebłysku M. taka możliwość jak najbardziej istniała. Ale na chwilę odejdę od tych indywidualnych historii i napiszę o moim stosunku do „poprzednich wcieleń”. Ogólnie rzecz biorąc uważam, że jedynie nieliczne z nich mogą się poddać surowemu oglądowi i przejść wszelkie zastosowane surowe sprawdziany. Przeciwko prawdzie większości doznań przemawia fakt, że ich ramy czasowe są dokładnie dopasowane: starożytny Egipt, Grecja i Rzym, Indianie zamieszkujący Stany Zjednoczone, Majowie składający krwawe ofiary i inne zbiorowości ludzkie, opisane przez historyków i powszechnie znane, a także oswojone przez literaturę i sztukę. Tymczasem starożytny świat barbarzyńców był o wiele bardziej obszerny, choć mniej znany. Statystycznie biorąc, to stamtąd powinna pochodzić przynajmniej połowa „dusz” wcielających się w nowe ciała. Co więcej, większość z tych osób była podobno kimś ważnym w swoich społecznościach, księżniczkami indiańskimi, córkami faraona, uciemiężonymi czarnymi niewolnicami i tak dalej – co zgadza się z przekrojem społecznym bohaterów literackich, ale nie zgadza się ze statystyką ludności. To trochę tak jak w szpitalach psychiatrycznych: może być kilku Napoleonów i Hitlerów, ale żadnego parobka z czasów wojen napoleońskich czy przymusowego robotnika rolnego u bauera. I wreszcie trzeci argument przeciwko: poza jedną opowieścią, publikowaną w „Nieznanym Świecie” nie natrafiłam na opis, który wychodziłby poza powszechną znajomość (często błędną) historii i ujawniał jakieś dotychczas nieznane fakty historyczne, których po środowisku księżniczek, naczelnych wodzów i królów należałoby oczekiwać.

         Właściwie nie ma żadnego dowodu na TAK dla większości z tych historii; równie dobrze mogą więc być, i zazwyczaj są, ujawnionym przez hipnozę odzwierciedleniem obejrzanych obrazów, lektur, filmów, rozmaitych opowieści dziwacznie połączonych w jedno z konfabulacjami i wytworami wyobraźni.

         Uważam jednak, że nie ma to większego znaczenia dla nikogo i zanalizuję to na przykładzie M., hipotetycznej pracy jej umysłu w drodze do wspomnianego na początku przebłysku.

         M. łączą bardzo skomplikowane stosunki z matką. Była dzieckiem chorowitym, jedynaczką, na której skupiała się uwaga dość apodyktycznej matki. To wszystko zmieniło się, gdy M. dorosła, przestała chorować, zaczęła mieć swoje życie emocjonalne, zmuszona jednak do dalszego zamieszkiwania z matką, wychowująca w dodatku swoje, bardzo wrażliwe dziecko. Matka zestarzała się i znalazła się na granicy choroby psychicznej, bardzo uciążliwej dla otoczenia: agresywna, kłamliwa, wymyślająca niestworzone historie, urządzająca ze sprzeczek rodzinnych „teatr” dla sąsiadów.

         M. Usiłuje w tym konflikcie być rozumna, spokojna, pojednawcza, lecz nie poddająca się fanaberiom matki, ale przychodzi jej to z trudem. Na przeszkodzie stoi jej uświadomione, ale niezrozumiałe dla niej poczucie winy.

         M. Jako młoda dziewczyna malowała obrazy. W jej rysunkach i obrazach pojawiała się często głowa kobiety o semickich rysach twarzy i kędzierzawych włosach, zwłaszcza gdy brała do rąk ołówek bez zamiaru narysowania czegokolwiek konkretnego. Minęły lata, M. dawno przestała rysować i malować i te rysunki zapomniała.

         Po jakimś świątecznym sporze z matką, gdy ta obiecała jej, że „ukręci wreszcie tę jej główkę-makówkę” i gdy niezrozumiałe poczucie winy szczególnie mocno ją dopadło, poszła do łazienki opłukać zimną wodą twarz i doznała takiej wizji:

         Poczuła, że jest kalekim dzieckiem, chłopcem przykutym do łóżka, szarpanym emocjami, że stanowi ciężar dla matki. Tłem było obskurne mieszkanie w getcie w czasie okupacji, a w pokoju przy oknie, tyłem do dziecka stała kobieta. Kiedy odwróciła głowę, okazało się, że jest odbiciem kobiety z rysunku.

         Chłopiec leżący na łóżku miał głębokie poczucie winy, że swoim istnieniem utrudnia życie matce, która boryka się z wieloma kłopotami. W opowiadaniu M. doznaje ona przekonania, że jako ten chłopiec popełniła samobójstwo, żeby ulżyć matce i z tego powodu to poczucie winy pogłębiło się jeszcze.

         Opowieść tę można rozumieć na dwa sposoby, choć punktem wyjścia dla analizy za każdym razem jest to samo poczucie winy:

Sposób pierwszy — jako przebłysk poprzedniego wcielenia. Trauma tamtych lat i tamtych decyzji sięgnęła następnego wcielenia — M. urodzonej długo po wojnie, bo w 1960 roku.

Sposób drugi — jako pracę umysłu M. próbującego odkryć przyczyny tego, nieadekwatnego do sytuacji poczucia winy. Więc może wspomnienie, że była chorowitym dzieckiem i matka się nią troskliwie opiekowała, choć bez okazywania uczuć, tak potrzebnych dziecku. Plus obrazek kędzierzawej brunetki. M. sama jest piękną czarnulką, może wówczas prokurowała w swojej wizji artystycznej nową, inną matkę. Plus jej własna troska o nadwrażliwe dziecko. Plus przeszkody życia i traumy, których doznawała. Plus czynnik astrologiczny: Jowisz na descendencie, w dodatku w kwadraturze do węzła północnego, który każe wiązać swój los i swoje doznania z innymi ludźmi bardziej, niż ze sobą. I Słońce w MC w opozycji do koniunkcji Księżyca z Uranem i inne wskaźniki jeszcze (ale M. nie jest ich świadoma, bo nie zna się na astrologii).

         Tak czy inaczej te wszystkie czynniki skomasowały się w jedno tworząc w przebłysku lejącego się do umywalki strumienia wody obrazek nieszczęśliwej rodziny z getta.

         Dla M i nas wszystkich to, która wersja jest bliższa prawdy, właściwie nie ma znaczenia — obie prowadzą dokładnie w kierunku dawania sobie rady z nieuzasadnionym ( a może nie?) poczuciem winy, które uwiera i przeszkadza i nie pozwala się bronić przed agresją.

A z fałszywej przesłanki niekoniecznie muszą wynikać fałszywe wnioski i vice versa.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Dawne piosenki — tanga PRL-u Cykliści jak zawsze wszystkiemu winni »

komentarze

1. Tylko jak • autor: Nierozpoznany#562013-07-11 20:03:03

bronic się przed agresja  kiedy mieszka się pod jednym dachem? Ja wyprowadzałam się i wracałam. teraz już nie wrócę na dłużej, ale nie opuszczę na dobre matki, mam Wenus w znaku Raka i być może to jest ta predyspozycja, ale bardziej skłaniam się do interpretacji B.Hellingera, który  w takich przypadkach jak poczucie winy odwołuje się do sumienia więzi. Mowi on, ze tu wina , poczucie winy przezywane jest jako zobowiązanie - niezależnie czy sobie to uświadamiamy czy nie . Mozna by było powiedzieć, ze na tej płaszczyźnie - więzi z matka, ma ono uzasadnienie, ale poza ta płaszczyzną  nie ma.  U mnie poczucie winy wzięło się po prostu z tego, ze matka wprost zwracała się do mnie, gdy byłam dzieckiem, ze zmarnowała sobie życie przeze mnie  bo "musiała" wyjść za ojca :) Próbuję dojść z owym poczuciem do ładu poprzez zalecane słowo "szkoda", szkoda, ze... Ono ma nie wiązać tak negatywnie jak np. żal, że (lub bo .. ) 

Kasiu, jak dobrze, ze piszesz i mogę poczytać. :) Akurat ten tekst dotyczył  mojego osobistego doświadczenia, choć nie o przeszłe wcielenia mi chodzi, zbyt po Ziemi chodzę na takie.. doznania(?) i chce podzielić się swoimi "odkryciami", nawet w podobnym wieku jestem jak Twoja znajoma M.
Pozdrawiam ciepło,
Twoja wierna czytelniczka - Gosiana
[foto]

2. Cieszę się • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-07-11 20:27:35

Gosiano, cieszę się, gdy czytam takie uwagi jak Twoje bo za każdym razem odkrywam podobieństwo losów wielu ludzi, a zwłaszcza kobiet. W kwestii zasadniczej - matka M. też powtarzała jej (i powtarza do dziś) dokładnie to samo, co Twoja. Moja ujmowała to trochę inaczej, nie mówiła wprost, że coś musiała, tylko ujmowała to inaczej: Gdyby nie dzieci..., wszystko robiłam dla was... i tak dalej. Delikatniej, ale w gruncie rzeczy chodziło o to samo: - przenieść część własnej traumy na innych. To poczucie winy, dziedziczone przez córki nieszczęśliwych matek gdzieś tuła się po kolejnych pokoleniach i być może, jak piszesz ujawnia się przy ustawieniach B. Hellingera. Także W. Suliga mówi o tym w swoich wykładach o karmie:
[foto]

3. Źle się odbiło • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-07-11 20:32:24

4. Kasiu dziekuje! • autor: Nierozpoznany#562013-07-12 12:05:14

Wcześniejszy link zadziałał i od 7 rano słucham opowieści. Jestem unieruchomiona na  trochę przez kontujze  stopy, wiec już wszystko co miałam nowego pod ręka przeczytałam... dlatego chętnie skorzystam.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)