Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 grudnia 2003

Wojciech Jóźwiak

Poza religią i ateizmem
Szamanizmem i zbliżone do niego praktyki duchowe są poza religią i ateizmem

Kategoria: Nowy szamanizm


Opowieść Michała Apostaty [patrz: "Credo apostaty"] to coś, z czego - jak czuję - muszę się czytelnikom "Taraki" wytłumaczyć. Nie należy ona do żadnego z programowych tematów naszego magazynu: bo ani nie jest o astrologii, ani o szamanizmie (i co więcej, słowa szamaństwo Autor używa na określenie czegoś, czego nie lubi i od czego się odcina), ani o dawnych Słowianach i ich starożytnych krewnych. Tekst ten trafił do mnie przypadkiem, jak wiele rzeczy dryfujących w Sieci, i ani ja wcześniej Autora nie znałem, ani on nie słyszał o mnie ani o "Tarace". Uznałem jednak, że warto ten tekst puścić w ruch, bo zaimponowała mi pasja, z jaką był pisany, a także - to po drugie - bo dotyczy on spraw, z którymi wielu duchowych poszukiwaczy styka się i mniej lub bardziej własnoskórnie przeżywa. Chodzi o stosunek do religii, a konkretnie, na polskim gruncie, do katolicyzmu. Ale to może dotyczyć także innych religii.

Zacznę od samego środka sprawy: to, co jest mi bliskie, czym się interesuję i czym staram się zajmować praktycznie (gorzej lub lepiej) - co bywa z braku lepszych określeń nazywane szamanizmem - jest poza religią i ateizmem. Spór pomiędzy religią a ateizmem nie ma tu nic do rzeczy. Więcej, widzę go jako manowiec, boczną drogę. To jest coś takiego: idziesz na wyprawę, w jakieś góry albo bagna, gdzie masz nadzieje przejść nowymi szlakami, ale po drodze znajdujesz przetartą ścieżkę albo nawet pas asfaltu, a że idzie w dość podobnym kierunku, to korzystasz z okazji. Tylko że od tego momentu to już nie jest twoja wyprawa... Więc tak jest ze sporem na temat religia czy ateizm.

Oba te stanowiska mają w sobie coś podobnego: zaspokajają potrzebę tego, żeby wiedzieć więcej niż wiedzieć można. Religia (każda, nie tylko katolicka) dostarcza gotowych obrazów świata, gotowych ontologii. Gdyby chcieć poważnie studiować teologię, to by trzeba mieć kilka żyć, bo przez tysiąclecia uczeni w pismach wyprodukowali nieprzebraną ilość tekstów o Bogu, o aniołach, szatanach, grzechach, i jeszcze o moralności, o polityce społecznej itd. itd. To katolicy - a jeszcze są z osobnymi teoriami prawosławni, protestanci i różni sekciarze, dalej Żydzi, gnostycy, mahometanie, hinduiści i buddyści różnych kierunków. Każda z tych religii dba o to, aby zaprezentować swój możliwie wyczerpujący światoobraz - i twierdzenia każdej w pewnym momencie odrywają się od tego, co można sprawdzić i co jakoś wiąże się z twoim osobistym doświadczeniem.

Na tym tle jedna pozytywnie dla mnie się odróżnia... Nie pamiętam już gdzie czytałem anegdotę, nie wiem czy prawdziwą, jak na światowym kongresie religii pewien teolog-protestant zaczął pytać swego kolegę z Japonii, kapłana tamtejszej narodowej religii szinto, o dogmaty jego religii, o powinności człowieka względem boga i o inne takie fachowe sprawy. Japończyk słuchał i słuchał, a potem odpowiedział: "Ja nie wiem... my tylko tańczymy."

Strasznie mi się podoba ta odpowiedź: my tylko tańczymy. Ja też życzę sobie "tylko tańczyć", jeśli oczywiście pod tańczenie podstawimy również inne rytualne czynności, i wiem, że wielu uczestników warsztatów moich i moich przyjaciół czuje niedosyt, bo za mało w nich mają teorii, bo nie mówię, po co są poszczególne działania i do czego prowadzą, ani nie snuję przed słuchaczami żadnych kosmicznych wizji.

Dla tego stylu, którego staram się trzymać i który uważam za swój własny, bezpośrednie doświadczenie jest wszystkim, a teoria i ogólne ontologie, to tylko słowa... - a jak wiadomo umysł lubi chwytać się słów i idei takich lub innych. Bezpośrednie doświadczenie zbyt często jest nieprzekazywalne, a próba wyrażenia go słowami łatwo niszczy to, co się chciało przekazać... o czym wiedział już Laozi (albo Lao-tsy).

I to właściwie z grubsza wszystko, co mam do powiedzenia od siebie. Pozostawałoby jeszcze jakoś ustosunkować się do tekstu Apostaty. Przede wszystkim Autor raczej (jak mi się wydaje) nie ma racji w kwestii poszukiwania krasnoludków. Dzieli on mianowicie ludzi na dwie rozłączne kategorie obejmujące ogół ludzi: na tych, którzy krasnoludków nie znaleźli i którzy wiedzą, że one nie istnieją, to pierwsza grupa, i druga grupa: ci, którzy ich szukają i wierzą, że są, ale ich tak samo nie znaleźli. Otóż uroczyście oświadczam, że jest jeszcze trzecia grupa, mianowicie ludzie, którzy krasnoludki znaleźli! To wymaga pewnej reinterpretacji pojęcia krasnoludek. Jeśli przyjmiemy, że krasnoludki są pewną szczególną odmianą osobistych duchów opiekuńczych, albo że pod ich postacią - zwłaszcza w ich wyglądzie ważne są te czerwone kapelusze - pojawiają się duchy-bóstwa naturalnego halucynogenu, jakim są grzyby gatunku Amanita muscaria (muchomor czerwony, patrz czerwony kapelusz), to mówię "tak" - tak, są ludzie, którzy doświadczyli spotkań z takimi lub podobnymi duchami opiekuńczymi lub duchami enteogenów, przykładem Mescalito Castanedy z zielonymi - jak peyotl - guzami na głowie. A skoro test na istnienie w doświadczeniu krasnoludków lub istot do nich podobnych wypadł pozytywnie, to ja bym się też aż tak stanowczo nie upierał przy nieistnieniu - na ich wzór - również boga.

Problem leży w tym, o czym już wspomniałem, że doświadczenia są w różnym stopniu przekazywalne. Jeśli ktoś nie widział tramwaju ale widział pociąg na szynach, to żaden problem wytłumaczyć mu jak wygląda tramwaj. Ale jeśli ktoś nigdy nie doświadczył np. ustania wewnętrznego dialogu, a nawet w ogóle nie zwrócił uwagi na to, że nieustannie rozmawia sam ze sobą, to wytłumaczyć mu jak to jest, kiedy umysł przechodzi na sam odbiór, jest dość trudno. Podobnie gdy ktoś nie kładł się do medytacji w szczelnej jamie pod ziemią, to trudno mu wytłumaczyć jak to jest, kiedy się widzi krajobraz na powierzchni, chociaż jest doskonale ciemno i nie widać nic. O bardziej zaawansowanych praktykach nie wspominając. Mogę więc sobie wyobrazić, że bliskie spotkania z bogiem należą do grupy doświadczeń słabo przekazywalnych tym, którzy tego nie doświadczyli, z czego z kolei wynika to, iż w grupie ludzi używających słowa bóg (na przykład wśród wyznawców pewnej religii) różni ludzie bardzo różne doświadczenia podkładają pod to słowo. Niektórzy relacjonują w ten sposób swoje najgłębsze, szczytowe przeżycia, inni powtarzają jak z kasety, a jeszcze inni tego samego słowa używają do straszenia i dyscyplinowania kolegów.

Dalej Michał Apostata pisze, że "mgła wiary" wykreowuje postaci gigantyczne i straszne, ale ich sugestywna potęga znika, gdy "powieje chociażby najsłabszy zefirek rozumu i nauki". To stwierdzenie jest po prostu nieprawdziwe. Gdyby było prawdziwe, oznaczałoby, że wszyscy ludzie (w jakikolwiek sposób) religijni byli (i są) pozbawieni rozumu, a także że uprawianie nauki i wyznawanie religii wykluczają się wzajemnie - a tak, jak wiadomo, nie jest. Autor pisze też, że w nauce nie ma miejsca na wiarę. Niestety, z tym nie jest tak prosto... Nawet najbardziej ścisłe nauki, jak fizyka albo biologia, opierają się na pewnym systemie pojęć i założeń, zwanym paradygmatem, i ów paradygmat nie wynika ani z danych doświadczalnych, ani z jakiegoś czystego rozumu. Kiedy filozofowie - z Wittgensteinem na czele - to zauważyli, wyniknął z tego główny problem filozofii XX wieku! Którego tutaj, nie będąc ani nie czując się fachowcem, nie będę roztrząsał i odsyłam do literatury na końcu tej strony.[*]

"Religia jest najbardziej ekstremalną formą totalitaryzmu" - pisze Apostata. Przesada, przesada! - a i sąd ten jest zarówno krzywdzący dla religii, jak i niezgodny z sensem słowa totalitaryzm. Jeśli ograniczyć się do katolicyzmu, to przypominam sobie tylko jeden przykład w historii, kiedy stworzono katolicką totalitarną organizację państwową; totalitarną - to znaczy taką, która w oparciu o zasady tej religii regulowała całość życia ludzi na swoim terenie i czyniła to realnie i czynnie, nie ograniczając się do ogólnych pouczeń. Organizację taką stworzyli jezuici w swoich misjach u Indian Guarani na pograniczu obecnej Argentyny, Paragwaju i Brazylii w XVII wieku. Wszędzie indziej w krajach katolickich panowała dwuwładza - osobną siatkę tworzył Kościół, osobną władcy świeccy lub zarządy miast. Nawet w państwie Krzyżaków, gdzie kościelna władza Zakonu była zarazem władzą państwową, miasta miały autonomię - z której w końcu skorzystały, skutecznie buntując się przeciw Zakonowi. Gdyby poszperać po historii świata, oczywiście, znalazłoby się sporo przykładów teokratycznego totalitaryzmu, ale wydaje mi się, że Autorowi nie chodzi o to, co się działo w niektórych krajach islamskich albo w Genewie rządzonej przez Kalwina. My żyjemy w kraju (i w obszarze cywilizacyjnym) gdzie żadna religia ani nie jest przymusowa, ani nie ma pretensji do regulowania całości życia ludzi (np. KK - inaczej niż duchowni islamscy - nie ma planów co do regulacji kwestii ekonomicznych, pieniężnych ani podatkowych) - więc jaki totalitaryzm? Ale jednak w tym co pisze Michał Apostata coś jest i do tego jeszcze wrócę.

Czytając "Credo", zwróciłem uwagę na to, że Autorowi nie podoba się - i nazywa to szamaństwem - właśnie to, co budzi moją sympatię. Na przykład używanie przez katolików praktyki mantry. Pomijam to, jakie słowa i zdania są używane w roli mantr, bo oczywiste, że inne mantry powtarzać będą katolicy a inne buddyści, ale o samą praktykę. Praktyka ta działa - a to jest wszystko, czego należy od niej wymagać. Mantra jest jednym ze środków, które odwracają uwagę od bieżącego, przypadkowego gwaru zmysłowego, pomagają umysłowi przestać się zajmować codziennością i pomagają wejść w stan medytacyjnego skupienia. W praktykach szamańskich podobnie pracuje dźwięk bębna, albo szczególny krok i utrzymywanie wzroku w marszach transowych, albo poddawanie ciała takim warunkom, w których nie da się normalnie myśleć - na przykład w saunie. Potężną praktyką transowo-medytacyjną są też tańce i pieśni.

W pewnym miejscu Autor pisze, że "liturgia to swoiste szamaństwo" a jednocześnie doradza ludziom Kościoła, żeby ceremonialne działania rozbudowywali i nie psuli nowoczesnością. Więc jak to jest: lepszy byłby (dla Apostaty) Kościół uwolniony od szamaństwa, czysto racjonalny i po nowoczesnemu sterylny, czy przeciwnie: z kadzidłami, zaklęciami, procesjami, paleniem świec itd., itd.? Czegoś tu widać nie rozumiem. Tak samo dziwi mnie, jak w jednym niemal zdaniu można ogłaszać swoje odejście od katolicyzmu i jednocześnie doradzać, w jakim stylu katolicyzm powinien być kultywowany. Jak już się ogłosiło swój brak zainteresowania bogiem, to po co próbować reformować religię pod kątem potrzeb ateistów?

Niekoniecznie też ci, którzy mają doświadczenia kontaktowania się z niecodzienną rzeczywistością (a do tych doświadczeń należy też widzenie boga) od razu są schizofrenikami. Nie musi też być tak, że doświadczenia schizofreników są koniecznie fałszywe - wydaje mi się raczej, że schizofrenia to taki stan, w którym człowiek na skutek jakiegoś fizjologicznego defektu nie potrafi obronić się przed treściami nie z tego świata; tym bardziej że kulturowy kontekst wcale nie pomaga mu poradzić sobie z tymi niezwykłymi doświadczeniami. Nazwanie rzadkich i dziwnych rodzajów doświadczeń chorobą psychiczną wygląda raczej na społeczną reakcję obronną przed tym, co niezrozumiałe. To osobny rozległy temat...

Apostatą, odstępcą, nazwano Juliana, cesarza Rzymu, który, choć w dzieciństwie został ochrzczony, potajemnie pozostał wyznawcą dawnych bogów i sprzyjającej im filozofii stoickiej, kiedy zaś został władcą, odrzucił chrześcijaństwo i wszczął starania o odrodzenie dawnego politeizmu, co mu się w pewnym stopniu udało, jakkolwiek czasu na to miał mało, gdyż po czterech latach rządów zginął w bitwie z Persami, być może zasztyletowany przez zdrajcę-chrześcijanina. Julian nie został ateistą, ale wrócił do czci dawnych, tradycyjnych bogów, których uważał za prawdziwych.

W obu deklaracjach: "jestem chrześcijaninem" i "jestem ateistą" niepokoi mnie to, że i w jednej i w drugiej jest wyczuwalna nuta chęci zwrócenia na siebie uwagi i nakłonienia słuchacza, aby podobnie się zdeklarował. "Jestem chrześcijaninem (lub: ateistą) - a ty?". W prawo, albo w lewo, nie próbuj jakiejś trzeciej drogi... Ale to jest, jak się wydaje, cecha naszego zachodniego kulturowo wdrukowanego rozumienia religii, coś, co bodajże lama Ole Nydahl (a może i kto inny) nazywał "mentalnością kibica drużyny piłkarskiej". Religia aż nazbyt często jest u nas rozumiana jako etykietka, za którą idzie zarówno przynależność do grupy i nakaz grupowej solidarności, trzymania ze swoimi, jak i odcięcie się od religijnych inaczej, tak właśnie jak to jest u kibiców piłkarskich, gdzie każda Legia musi mieć swój wrogi Widzew. To piłkarskie rozumienie religii udziela się u nas nawet nowonawróconym buddystom, nie przypadkiem właśnie nauczyciele buddyzmu na to zwrócili uwagę. I to właśnie jest coś, co można by nazwać totalitarną tendencją zachodnich religii. Określenie "zachodnich" należy rozumieć bardzo szeroko, bo większość świata chrześcijańskiego tu należy, i Żydzi i islam. Ciekawe, że ci, którzy mają tak ustawione odruchy (bo tu o odruchy właśnie chodzi) nie pamiętają słów Jezusa, który przecież wyraźnie mówił, że "kto nie jest przeciw nam, jest z nami".

Nasz świat ma dwie strony, w tym sensie że można go widzieć od tych dwóch stron i od tych dwóch stron podchodzić, i w Meksyku nazywają je tonal i nagual. Tonal to jest, mówiąc z grubsza, twarda i codzienna materialna rzeczywistość, nagual zaś to magiczna strona świata. Wielu ludziom trudno jest zaakceptować, że są te dwie strony i że obie są konieczne w tkaninie istnienia, i najchętniej by jedno z tych skrzydeł skasowali. Ci, co stawiają na tonal, mówią, że nie ma niczego prócz życiowych konieczności i zmysłowych przyjemności i że ci, którzy widzą coś ponadto, to mają złudzenia i halucynacje albo są chorzy, na schizofrenię powiedzmy. Ci, którzy stawiają na nagual, usiłują żyć tak, jakby konieczności materialnego świata ich nie dotyczyły, jakby ktoś ich z tego zwolnił - i zwykle nie dają sobie rady w realnym życiu. Na poziomie filozoficznym ci pierwsi, miłośnicy tonalu, twierdzą, że cały świat da się sprowadzić do materii, ci drudzy, nagualowcy, przeciwnie, wszędzie widzą cud, znaki i ducha. Rudolf Steiner twierdził nawet, że na ekstremach obu tych podejść królują dwa gatunki szatanów: na tonalowej, materialistycznej prawicy siedzi Aryman, na nagualowej, odlotowej lewicy siedzi jego brat Lucyfer; pisałem o nich zeszłej zimy.

Ciekawe stanowisko reprezentował Fryderyk Nietzsche, przez Apostatę w pewnym miejscu mimochodem wymieniony w mało do niego pasującym towarzystwie św. Ignacego Loyoli. Nietzsche czuł - jak mało kto - dziwność istnienia, był - można tak powiedzieć - za nagualem, ale w raje, nieba, bogów i inne pośmiertne byty nie wierzył, postanowił więc tak poprzestawiać swój obraz świata, żeby ten świat - a więc tonal-materialność - przybrał cechy nagualu, rzeczywistości magicznej. Tylko jak zmusić banalną rzeczywistość, aby stała się nagle cudowna? Przez jej powtarzanie się w kole wiecznego powrotu w nieskończoność. To było to największe objawienie, jakie przynosił Zaratustra, literacki sobowtór Nietzschego - że czas płynie w kółko. A skoro czas płynie w kółko, to żadna chwila życia nie jest stracona, każda powtórzy się nieskończenie wiele razy i ta rzeczywistość, w której żyjesz, jest czymś absolutnym. Tonal jest zarazem nagualem! Ale wychodziło mu z tych rozważań, że człowiek, taki jaki zwykle jest, nie jest w stanie odbierać rzeczywistości w taki sposób, więc powinien robić to ktoś inny, jakiś nadczłowiek... Ta myśl wprowadzała Nietzschego w klimaty heroiczne, poza dobrem i złem, kazała odrzucać współczucie i w ogóle moralność... Co jest osobnym tematem, a tu na razie niech będzie tylko przykładem tego, jak negacja jednego z dwóch skrzydeł, tonalu lub nagualu, prowadzi na manowce.

Opowieści o gadających wężach i oślicach w Biblii wcale mi nie przeszkadzają; na inne fragmenty Pisma należałoby się bardziej zżymać, zwłaszcza jeśli ktoś je traktuje poważnie jako moralne wskazówki lub precedensy, jak na przykład ta historia z Abrahamem, który do tego stopnia zawierzył Bogu, że bez szemrania usłuchał, iż ma swego syna dla niego ściąć w ofierze, albo postępek synów Jakuba, którzy wpierw namówili mieszkańców miasta Sychem do obrzezania się, a potem ich zdradziecko wymordowali. Jako archaiczna saga to jest dobre, jako słowo boże fatalne. Albo jak śpiewano w 137 psalmie urągając Babilończykom: "błogosławiony, kto pochwyci / i roztrzaska niemowlęta twoje o skałę". Na szczęście mało kto teraz bierze to na serio.



Wojciech Jóźwiak

grudzień 2003

Przypis

[1] Wojciech Sady. Spór o racjonalność naukową. Wydawnictwo Funna, Wrocław 2000. Powrót

Formatowanie HTML:Agata Niewiadomska


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)