Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autorazdjęcie Autorazdjęcie Autorazdjęcie Autorazdjęcie Autorazdjęcie Autora

13 marca 2012

Czesław Białczyński, Jacek Dobrowolski, Piotr Adrian Donder, Piotr Jaczewski, Wojciech Jóźwiak, Ratomir Wilkowski

e-tom: Praca z bogami

Praca z bogami, obrót trzeci
Dyskusja 7 marca 2012. U rodzimowierców. Jednolite Pole Świadomości. Zabawa z Energią. Raróg


  < poprzedni    1    2    (3)    4    dalszy >  

Dyskusja 7 marca 2012



Jak to jest u rodzimowierców?Jednolite Pole ŚwiadomościSłowiańska droga, rodzinne początkiZabawa z EnergiąRaróg

Jak to jest u rodzimowierców?

Ratomir Ratomir Wilkowski: Jak dotąd, nasza dyskusja nie wchodzi w zakres, w jakim bóstwa rozumiane są w reprezentowanym przeze mnie rodzimowierstwie słowiańskim. Zasadniczo nie istnieje tam coś takiego jak przedstawiana tu "praca z bóstwami". To co tutaj określane jest jako "praca z bóstwami", w reprezentowanym przeze mnie rodzimowierstwie słowiańskim bardziej przypomina coś, co można by określić jako "pracę z demonami"... Przy czym - co należy wyraźnie podkreślić - zgodnie z wierzeniami Słowian, demony mają tu charakter ambiwalentny, tzn. demony stanowią zarówno pozytywne jak i negatywne określenie nadludzkich istot, zajmujących pozycje pośrednie między bogami a ludźmi. Tudzież ewentualnie mówić jeszcze można o "pracy z duchami” - z duchami przodków.


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Ratomir, powiedz zatem, co w rodzimowierstwie słowiańskim wyznawcy "robią" z Bogami? Jaka jest rola bogów? (- Tak chyba lepiej to brzmi, prawda?)


Ratomir Ratomir Wilkowski: Cóż - trudno to będzie wytłumaczyć w dwóch zdaniach (szczególnie kwestie wynikające z hierarchii) bez wrócenia do dyskusji z pierwszego obrotu... Wskażę po prostu linkami treści, które mogą przybliżyć reprezentowane przeze mnie podejście do istoty Bóstw (bez którego dalsza dyskusja mogłaby być trudna):

Dodatkowo, odwołując się np. do kronik, warto zwrócić uwagę jak np. tam opisano funkcje Bogów i Ich role (ingerencje) w świecie ludzkim. Mamy więc np. opisy wróżb (np. co do przebiegu planowanych bitew) do przeprowadzenia których posługiwano się poświęconymi Bóstwom zwierzętami (np. koń przestępujący przez włócznie) lub przedmiotami (róg Świętowita do którego wlewano miód i po poziomie płynu wnioskowano przyszły dobrobyt lub niedostatek). Druga funkcja - moim zdaniem dla nas ludzi istotniejsza - to dary i wota składane Bóstwom w jakiejś intencji. Tu wyróżniamy ich dwa rodzaje: składane przed podjęciem jakiegoś przedsięwzięcia i składane po (przyobiecane w razie powodzenia podjętego przedsięwzięcia). Trzecia - poniekąd wiązana z drugą - to rytuały, obrzędy i ofiary składane w trakcie cyklicznych świąt mające nie tylko zapewnić sobie przychylność Bóstw, demonów czy duchów przodków ale często również pełniące rolę zabiegów oczyszczających z nagromadzonej w pewnym okresie „negatywnej energii” (np. oczyszczająca moc skoków przez rytualny ogień w Noc Kupały). Trzecia funkcja - ochronna - odwoływanie się do przychylności Bóstw przez powierzenie i przyobiecanie im swojego losu. Czwarta - strażnicy przysięgi... Itp., itd... W przypadku ingerencji mamy natomiast np. mit o walce Peruna ze Żmijem, gdzie Ten pierwszy niszczy rzeczy za którymi Ten drugi się ukrywa. Jak z tego widać nawet człowiek rażony piorunem zostaje nim rażony nie dla tego, że był celem, ale dlatego, że stał na drodze do tego celu.

Obraz jaki się z tego wyłania wskazuje wyraźnie, iż można podjąć pewne działania w celu pozyskania sobie przychylności Bóstw, jednak ich skuteczność ostatecznie i tak zależy wyłącznie od woli i decyzji samych Bóstw. W żadnym przypadku nie można Ich do niczego zmusić ani nakłonić w brew ich woli, która działa na całkiem innej płaszczyźnie niż nasza ludzka. Można liczyć, że przy okazji jakichś innych procesów zachodzących na płaszczyźnie Boskiej, stosownymi działaniami (niejako przy okazji) zapewnimy sobie spłynięcie na nas choć części korzystnej dla nas mocy. Ujmując rzecz inaczej: Bóstwa działają na swojej płaszczyźnie w sposób dla siebie najzupełniej naturalny, a my ze swej płaszczyzny możemy starać się pozyskać drobną (niezauważalnie małą tam, a decydującą o naszym lub nawet całej bitwy losie tutaj) część tej energii... Nic jednak nie daje gwarancji, że się ją pozyska, ale nawet drobna szansa jest na tyle korzystna, by warto się było o nią starać i zwiększyć szansę jej pozyskania stosownymi zabiegami.

W związku z powyższym - jak napisałem już wyżej - znacznie częstszymi praktykami są działania z istotami zajmującymi bliższą nam, ludziom, sferę bytowania... Czyli z demonami (w tym półdemonami - istotami powstałymi niejako z pośmiertnego przeobrażenia człowieka) i duchami przodków. Tu już pewnymi konkretnymi działaniami możemy uzyskać stosunkowo pewne, konkretne wyniki. W grę wchodzą tu np. wszelkiego rodzaju zabiegi ochronne lub mające zapewnić przychylność tychże istot. Szczególne demony możemy obłaskawić szczególnymi darami lub uchronić się przed nimi szczególnymi przedmiotami lub zabiegami. Podobnie z duchami przodków - pewnym postępowaniem możemy zaskarbić sobie ich przychylność, a innym narazić na ich gniew.

Więcej w tym temacie znaleźć można w artykule „Opętanie i nawiedzenie, złe duchy i demony” w „Gnieździe” nr 8/2010.

Gdyby jednak pokusić się o jak najkrótszą odpowiedź na twoje postawione wyżej pytanie: „co w rodzimowierstwie słowiańskim wyznawcy "robią" z Bogami? Jaka jest rola bogów?” - to odpowiem: nic nie ‘"robią" z Bogami, bo to nie są narzędzia, którymi można „coś robići się Nimi „posługiwać”. Darzą szacunkiem... Oddają im część... I liczą na ich przychylność... Na dobrą Dolę. Jaka natomiast jest rola Bóstw? A jaka jest rola Natury (której siły są przejawem ich istnienia)? Jaka jest rola całego otaczającego nas świata, wszechświata, metawszechświata? Jaka jest rola Absolutu (posiadającego w sobie wszelkie racje swego istnienia)?


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Ratomir, jak przełożyć, "przetłumaczyć", tamte archaiczne praktyki na dzień dzisiejszy i na umysłowość człowieka nie dość, że współczesnego, ale wybiegającego w przyszłość? To co piszesz o Bogach, pobrzmiewa czymś dawno minionym, przeszłym, nieaktualnym.


Ratomir Ratomir Wilkowski: Powiedz to wszystkim tym, którzy mając za sobą już dawno próg XXI wieku, nadal starają się przewidzieć przyszłość lub zaskarbić przychylność losu ;) Wszystkim tym, którzy w tzw. Boże Narodzenie starym pogańskim zwyczajem wróżą sobie wyciągając słomki spod obrusa albo zostawiają wolne miejsce przy stole dla duchów przodków. Tego rodzaju praktyki, nadal obecne w naszym współczesnym życiu, wymieniać by można jeszcze długo... Być może wraz z próbami wykorzenienia naszych etnicznych, słowiańskich wierzeń większość ludzi nie zdaje sobie obecnie sprawy z pogańskiej genezy tych zabiegów, ale naszej, słowiański natury nie da się tak prosto zmienić, nie da się wcale tak prosto zerwać łączącej nas z przodkami nici... W większości nadal jesteśmy Słowianami... to tkwi w nas samych. Intuicyjnie nadal staramy się zbliżyć, w możliwy najlepszy dla nas sposób, do Bogów, do Absolutu...

A czy Bóstwa są „czymś dawno minionym, przeszłym, nieaktualnym”? Jeśli dla kogoś czymś dawno minionym, przeszłym, nieaktualnym jest Natura, cały otaczający nas świąt... Cóż... Każdy obiera sobie taki sposób zbliżenia się do Absolutu jaki jest dla niego możliwy, dostępny. Nie będę tu teraz przecież tłumaczył czym jest rodzimowierstwo - o tym przekonać się można choćby sięgając do podanych wyżej linków...

Jednolite Pole Świadomości

Bialczynski Czesław Białczyński: Dla wszystkich ludzi jedynym ograniczeniem w ich obcowaniu z bogami jest ich własna wyobraźnia i stan umysłu (świadomość + podświadomość + nieświadomość). Jako Rodzimowierca, przedstawiciel Wiary Przyrod(zone)y w wydaniu słowiańskim, postrzegam bogów jako cząstki Boga Bogów - Światłoświata (Wszechświata), Jego specyficzne emanacje, więc energie. Czasami w kontaktach ich/je (bogów/energie) wizualizuję, czasami nie. Przodkowie są pośród tych energii nieustannie obecni i reprezentowani. Trudno mi nazwać precyzyjnie tę więź, ale najkrócej można ją określić jako jedność z ciągiem wcieleń Pola Świadomości w łańcuch poprzedzających moją cielesną egzystencję fizycznych bytów na Ziemi i we wszechświecie. Tak samo jak jestem cząstką poprzedzających mnie wcieleń - ich aktualnym reprezentantem w Jawii (Świecie Widzialnym - Fizycznym, który zajmuje tylko 5% Rzeczywistości - Wszechświata) jestem też cząstką Boga Bogów ufizycznioną na Ziemi - a więc cząstką Jego Energii i niematerialnego nussonu - cząstką Jego Umysłu, Jego Świadomości. Kontaktuję się więc z Nim i jego Emanacjami zarządzającymi poszczególnymi Aspektami Fizyczności, w której egzystuję (Żywioły i Moce, Kiry i Działy Wszechświata) - bez trudności, w każdej chwili, bez kłopotu. Pole tych kontaktów jest dużo bogatsze niż to określił na początek tego Obrotu Wojciech Jóźwiak. Pole to w rzeczy samej ogranicza tylko moja własna świadomość, która jak wiadomo jest filtrowana przez podświadomość (id-emocjonalny i ego ukryte) i nieświadomość (id-instynktowny pnia mózgu i ciała migdałowatego). Dla tych kontaktów ważne jest zatem stworzenie takiego stanu umysłu by "filtr" przestał w nim przeszkadzać, a zaczął współpracować ze świadomością czy z superego - że użyję tego trochę staroświeckiego pojęcia. Jednakże jak daleko sięgnę pamięcią - od zawsze, od dziecka - posiadałem ten kontakt, lecz byłem zbyt niedoświadczony, odseparowany, zaburzony, napompowany teoriami, zwłaszcza materialistycznymi, które nie pozwalały mi na kontakt świadomy. Z kolei w dzieciństwie moja świadomość była zbyt „uboga”, aby ten kontakt był z mojej strony „świadomy”, chociaż przejawów fizycznej realnej obecności i działania bogów/energii oczywiście zdarzało się nie mniej wtedy niż teraz.

Wiele dróg jak wszyscy wiemy wiedzie do wglądu we własną świadomość i najrozmaitsze doświadczenia i praktyki stosowane od tysiącleci w świecie do osiągnięcia tego stanu prowadzą. Osiągnięcie wewnętrznej jedności i oświecenia oczyszcza niejako przestrzeń dla doświadczenia kontaktu i możliwości użycia energii. Teraz powiem do czego tych kontaktów i energii/bogów używam. Może to być zaskoczenie - używam ich na wszystkich możliwych poziomach i do wszystkiego. Gdy zadanie trudne, konieczne są praktyki magiczne oczyszczające pole fizyczne i medytacja oczyszczająca umysł, wyłączenie ciała - oczyszczenie ciała fizycznego, by nie stanowiło przeszkody, osiągnięcie odmiennego stanu świadomości (obojętne na jakiej drodze rytualnego tanu, ekstazy, mantry, adoracji - lecz musi to być droga w danym momencie najwłaściwsza) i nie tyle połączenie się, co dopuszczenie do tego, by te energie spłynęły z całą swoją mocą skierowaną ku celom jakie wybrałem. Jest to zatem rodzaj „boskiego działania”, przepuszczanie mocy Wszechświata przez jej cząstkę jaka tkwi we mnie - człowieku jako dziele Boga Bogów - tworowi Z Gałęzi Jego Złotego Drzewa powstałemu, Łzie z Jego Swarożego Oka. Gdy zadanie łatwe i proste nie przeszkadzają szumy, słaba koncentracja ani codzienne zajęcia, nawet rozmowa w trakcie kontaktu - nie na temat i o bzdurach. Efekty takiego „brudnego” kontaktu są na miarę zadania. Zawsze czuję fizycznie ich obecność i łączność z nimi. Każdy z nas jest w pewnym sensie bogiem i bogami będąc ich cząstką. To niewyobrażalne co można osiągnąć korzystając z tej siły.

Praca z Bogami to bardzo dobre określenie tematu - fantastyczne - to jest praca, rozmowa, przyzywanie, oswajanie i używanie kosmicznej boskiej siły. Najlepiej gdy to nie jest okazjonalny kontakt i działanie a codzienna praktyka. Do takiej codzienności trzeba jednak dojść, dotrzeć, i nie każdy osiąga ten stan.

Co do wielu spostrzeżeń, a także w opisie sposobu przywoływania bogów, powtórzyłbym chyba tylko Piotra Jaczewskiego - nie wiem z jakiego powodu, może z powodu długotrwałego praktykowania jogi i stosowania techniki medytacji, które wyżłobiły we mnie identyczne „ścieżki” i utrwaliły sposoby postępowania, koncentracji, wizualizowania. Oczywiście koncentracja symboli pojawiających się wokół i skupienie na Imieniu.

Jeszcze słowo o Przodkach. - To ciekawe, że łatwo się ich pomija i nie docenia w kontaktach z siłami Światłoświata (Wszego Świata - może lepiej odróżnić go od tego co zwykło się rozumieć pod pojęciem „Wszechświata” - materialnego , fizycznego - nawet łącznie z jego Ciemną Energią i Ciemną Materią). Z nimi i tylko z nimi można nawiązać ten rodzaj więzi korzennej, którą da się wyprowadzić ze wspólnego pnia Przyrody Ziemi, więzi, która otwiera przed nami całe zatopione przepiękne kontynenty zupełnie odmienne od współczesnego sposobu spostrzegania Świata - ta więź otwiera taką paletę znaczeń i mian, że bez trudu pozwala to - mnie na przykład tak, pozwala - odczytywać z najprostszych słów i znaków całe rozległe myślowe konstrukcje - które doprowadziły do wykształcenia mitopoetyki - języka specyficznego, głęboko religijnego, głęboko poetyckiego, jedynego jaki znam - który pozwala opisać Wszech Świat w sposób holistyczny. Kto tego języka nie potrafi czytać, bo mu na przykład nie pozwala go przeniknąć skutecznie go zakłócający wpojony światopogląd materialistyczny (naukowy), ten do kontaktów z bogami ma drogę bardzo trudną, może i niemożliwą do przejścia, chociaż czasami wydaje mi się że szczególni wirtuozi tej Drogi ocierają się o świat pełen bogów.

Ratomir Ratomir Wilkowski: Wiele z tego co napisał Czesław w swojej powyższej wypowiedzi (zwłaszcza w pierwszym jej akapicie) jest mi bliskie, aczkolwiek nie określiłbym sięgania (przyzywania, oswajania) do przenikającej wszystko "kosmicznej boskiej siły" terminem "praca z bogami" (czego uzasadnienie jak mniemam dostatecznie wynika z moich wcześniejszej wypowiedzi oraz z treści pod wskazanymi przeze mnie wyżej linkami), choć może jest to tylko rozbijanie się o semantykę... Bogowie to byty na innej, niewyobrażalnie wyższej (najwyższej) dla nas płaszczyźnie, której nigdy nie będzie nam (jako istotom w obecnej formie - skończonym i ograniczonym choćby przez czas i przestrzeń) dane w pełni poznać. To, że Ich przenikająca wszystko energia jest dla nas wyczuwalna, czasem bardziej czasem mniej, nie oznacza jeszcze, że sięgając do niej "pracujemy z bogami"... Jeśli już, pracujemy raczej ze sobą sięgając (na tyle na ile jesteśmy do tego zdolni i na ile to możliwe) do przenikającej wszystko Boskiej energii, boskiego pierwiastka sprawczego...

Do powyższej wypowiedzi Czesława pozwolę sobie natomiast jeszcze dodać, że nawet jeśli dziecięca świadomość jest (jak napisał) "zbyt „uboga”, aby ten kontakt był dostatecznie „świadomy”" to jednak w swej pierwotnej formie, do pewnego okresu jej kształtowania, jest ona właśnie wolna od wszelkich zbędnych sztucznie wpojonych i często narzucanych teorii. Tym samym te kontakty są w tym okresie nawet na swój sposób pełniejsze, bo bardziej naturalne, intuicyjne. Nie bez powodu to właśnie dzieci reprezentują najczystszą formę animizmu... W swój naturalny sposób dostrzegają wszystko przenikający boski pierwiastek sprawczy, "kosmiczna boską siłę", w całym otaczającym nas świecie, w każdej istocie, zwierzęciu, roślinie, przedmiocie, zjawisku...

Słowiańska droga, rodzinne początki

Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Czesław, napisałeś:

>>> Dla tych kontaktów ważne jest zatem stworzenie takiego stanu umysłu by "filtr" przestał w nim przeszkadzać, a zaczął współpracować ze świadomością

Czy znasz i mógłbyś polecić jakieś praktyczne sposoby, żeby to zrobić? Żeby ten filtr umysłu (filtr Ego?) zaczął współdziałać z idącymi "stamtąd" treściami transpersonalnymi?

JAK stworzyć taki stan umysłu, tzn. jak swój umysł wprowadzić w taki stan?

(To właśnie jest jeden z punktów "pracy z bogami", tak jak ją rozumiem. :)

I jeszcze o coś takiego zapytam:

Czy - według Ciebie - do wejścia w "pole słowiańskie", w pole naszej rodowej mocy - wystarczą sposoby wzięte od innych kultur i duchowych ścieżek, np. z zen (który praktykuję), z buddyzmu tybetańskiego (kiedyś praktykowałem w skromnym stopniu), z jogi, z asatru, z neo-szamanizmu w stylu harnerowskim, z ayahuaski...

- Czy konieczne jest wypracowanie naszych własnych (słowiańskich...) sposobów?


Bialczynski Czesław Białczyński: Moje doświadczenie osobiste wskazuje, że kontakt świadomy z polem boskiego umysłu jest niezależny od zastosowanego sposobu („narzędzia”) i niezależny od tego, z jakiej kultury się on wywodzi. Nie jest też najważniejsze, z bogami której kultury się kontaktujemy. Próbowałem naprawdę bardzo różnych dróg (jogi, zen, ayahuaski, różnych halucynogenów, okultystycznej magii rytualnej) i wszystkie były skuteczne. Powiedziałbym, że dla jakości tego Kontaktu ważniejszy jest stan samoświadomości, od którego w dużym stopniu zależy skuteczność i dwustronność owego kontaktu z energiami/bogami i pracy oraz współdziałania z nimi.

Sądzę, że wybór pola kontaktu jest sprawą osobistą, kwestią pewnej „wygody” umysłu wynikającą z ukształtowania własnego doświadczenia życiowego i językowego - własnego języka myśli, który jest językiem doświadczeń osobistych i własnej - osobistej kultury duchowej. Dla mnie tym językiem doświadczenia osobistego i kulturowego (kultury duchowej) nie jest jedynie język polski i kultura polska. Powiedziałbym, że oprócz tej dominanty jest we mnie znaczna domieszka języków i kultur słowiańskich starych i obecnych, oraz spora domieszka duchowości irańsko-scytyjskiej i hinduskiej.

Nie widzę żadnych przeszkód by dochodzić do kontaktu z bogami/energiami poprzez nierodzime systemy wierzeń lub systemy filozoficzne powstałe w obcych kulturach. To kwestia osobistego wyboru, owej „wygody” umysłu, wyrobionych ścieżek i osobistych doświadczeń wewnętrznych. Niektórym osobom jednoznaczność i zrozumiałość pojęć formułowanych w rodzimym języku może przeszkadzać. Jeśli chodzi o mnie zrozumiałe imiona i ciągi znaczeń z nich płynące ułatwiają budowanie kanału kontaktu, który powstaje wokół nich.

Filtrem jest fizyczne ciało-umysł, jako całość i jedność. Moje wskazówki co do „przekierunkowania filtru” z wielu powodów mogą być nieprzydatne, bo jestem osobą specyficzną. Indywidualne ścieżki - także w zen - biorą się wszak z tych dwóch spraw o których napisałem powyżej.

Ciało-umysł (fizyczna powłoka duszy) warunkuje drogę jaką przechodzimy, wyzwalając się z podległości uwarunkowaniom. Decyduje też o możliwości otwarcia „kanałów energii”, a także o możliwości osiągnięcia niezbędnego poziomu „świadomości”, żeby ten kontakt był zwerbalizowany i ukierunkowany, możliwy do pokierowania.

Jak słusznie zauważa Ratomir słowo „praca” jest o tyle nieszczęśliwe, że sugeruje równość stron w tym procesie - tak nie jest, to zupełnie niemożliwe. Oczywiście nie ja według mojej woli kieruję ową energią Wszego Świata, lecz ona kieruje się poprzez drogę, jaką otwieram w sobie i ku tym fizycznym celom, na które jestem w danym momencie otwarty. Energia/bóg w udostępnionym przez ten kanał fragmencie fizycznego świata wykonuje swoją własną aktywność podług własnej woli.

Z tego faktu wynikają czasem zaskakujące zdarzenia, bo może się okazać, iż pochopna ocena własnego położenia i pochopna aktywność skutkuje w sposób dla nas zaskakujący.

Słowo praca jest tutaj z drugiej strony najwłaściwsze, bo to - jeśli o mnie chodzi - od jakiegoś czasu codzienność i realizacja tą drogą różnych zadań, które ktoś mógłby uznać za niecodzienne, ale dla mnie w istocie są one powszednie.

Nie chcę tu wchodzić w osobiste szczegóły, ale i nie chcę uogólniać, bo to chyba donikąd nie prowadzi - moje wskazówki mogą okazać się dla innych szkodliwe lub nieskuteczne. Mógłbym opowiedzieć o własnym instrumentarium, własnym ukształtowaniu i doświadczeniu. Zastanawiam się jednak czy to byłoby interesujące - to przecież życiorys, droga duchowa odtworzona krok po kroku.

Ratomir ma słuszność pisząc o dzieciach i ich odczuwaniu boskich energii i doświadczaniu świata. Musiałbym zacząć od tego że miałem ułatwiony start, bo rodzina mojego ojca była pogańska albo ateistyczna w dużym procencie - łącznie z dziadkiem, stryjem, ojcem. Rodzina mojej matki także - z tamtej strony moja babcia i dziadek w ogóle nie bywali w kościele. Nikt mnie mocno nie indoktrynował, tyle co niezbędne - jak mówiono - dla bezpieczeństwa; wiele spraw związanych z religią traktowało się fasadowo - nie rozumiałem tego bardzo długo. Byłem od 3 do 7 roku życia wychowywany w przedszkolu sióstr Urszulanek, a wszystkie rytuały, które tam odbywałem były od początku dla mnie puste. Mój kontakt z religią katolicką zakończył się na I komunii, której nie przyjąłem. Jednocześnie miałem to odczucie wszechobecności jakiejś cudownej Mocy spajającej świat - choć wtedy tego nie nazywałem. Byłem przez dziadków i rodziców od początku nasycany światem magicznym, baśniowym, poezją, opowieściami. Dziadek co niedzielę - według słów matki - przy patriarchalnym rodzinnym obiedzie wygłaszał prywatne kazanie, rodzaj świętej mowy i czytywał poezję, opowieści, tzw. mądrości. Rodzina zgromadzona - ludzie dorośli, mój ojciec, matka, siostry ojca, bracia - była liczna. Dziadek umarł przed moim urodzeniem, ale kontynuował to mój ojciec i ciotka - na zmianę - to było archaiczne - widzę to dzisiaj - niesamowite, wspaniałe. Robiły na mnie te przypowieści wielkie wrażenie. Odkąd nauczyłem się czytać zalewano mnie mitami i ludowymi podaniami, legendami z różnych stron świata. Nie chciałem zresztą czytać nic poza mitologiami, baśniami i SF-ami. To jest, jak mniemam, owo dziecięce obcowanie z bogami/energiami, obcowanie naturalne - przyrodzone, nie potrzebujące żadnego nazwania. Uważam że to z mojej strony było zupełnie nieuświadamiane, ślepe. Mity Greckie Gravesa dostałem zaraz po komunii - dom rodzinny napompował mnie wiedzą o innych religiach i podaniach z całego świata. Mam poczucie, że już wtedy polegałem wyłącznie na własnych sądach.

Wgląd w siebie to także kwestia pamięci - moja pamięć sięga wydarzeń, które moja matka określa na 20-ty miesiąc życia. Inne uwarunkowanie to tzw. czucie obiema półkulami - jestem przekierowanym mańkutem (zanim szkoła zaczęła mnie uczyć pisać nauczyłem się pisać sam - lewą ręką i kopać piłkę lewą nogą). Przekierowanie mi nie zaszkodziło - wbrew współczesnym sądom - tak samo jak udział od dziecka w nagich Kupaliach, z matką, ojcem, koleżankami mojej matki, ich dziećmi. Dzisiaj może ktoś by jej odebrał prawa rodzicielskie - takie mam wrażenie. Stałem się w wyniku tego człowiekiem oburęcznym z otwartymi obiema półkulami - z częściowym dostępem do „żeńskiego” sposobu „rozumienia rzeczywistości”, z otwartą intuicją, z emocjonalnością otwartą w obu półkulach i obustronnym zmysłem konstrukcyjnym… Jak widać od początku moja droga była ułatwiona i chyba mało typowa, a rozwijając się i kształcąc coraz bardziej wyzwalałem się z wszelakich uzależnień.

Praktyka jogi była nieskrępowana, a przecież to odległe czasy. Kiedy poznałem Annę Pagaczewską, moją żonę (absolutną pogankę) poznałem też doskonałego praktyka jogi z jej rodziny, praktyka od Przedwojnia, Władysława Olszowskiego - jej wuja, człowieka bliskiego Szukalczykom i Kołu Światowida, z zawodu i zamiłowania introligatora, ale przede wszystkim jogina, który dzisiaj ma 92 lata i cały czas praktykuje.

Doświadczenia ze środkami psychodelicznymi i potem praktyka zen były dla mnie jakby konsekwentnym rozwijaniem indywidualnej ścieżki. Koncentracja wyłącznie na mitologii słowiańskiej jako głównej pasji życia, zajęciu literackim i najważniejszej pracy, od mniej więcej 1978 roku to część duchowego rozwoju i ustawiania owego „filtra”.

Myślę, że tyle wystarczy żeby każdy mógł porównać swój punkt wyjścia z moim. Mogą to być chyba jedynie ogólne wskazania jakie warunki są optymalne dla „otwarcia umysłu i wyzbycia się uzależnień”. Sądzę, że były optymalne.

Dla mnie oświecenie było progiem po przekroczeniu którego nastąpiła wielka zmiana jakości kontaktu i możliwości współdziałania z energiami/bogami. Świadomie zatrzymywałem się po drodze i odchodziłem od praktykowania różnych ścieżek skupiając się na innych celach jakie sobie stawiałem. To wszystko - jak widzę z dzisiejszego punktu widzenia - były próby „pracy” z energiami/bogami. Próby, gdyż wciąż dręczyły mnie najgłębiej chyba zaszczepione „racjonalizmy” zupełnie już podświadome. Moje oświecenie odbywało się stopniowo, długotrwale, krok po kroku, ale bez wysiłku - przyszło niespodziewanie w 1986 roku. Uczyniło ono z ateistycznego anarchisty racjonalnego teistę. Uważam ten dzień za trzecie narodziny w ogóle, a drugie w fizycznym bycie świadomym.

Myślę, że to bardzo swoista ścieżka, w której także praktyka medytacyjna była swobodna, przerywana, nieciągła. Często pisuję teksty w tzw "natchnieniu" to jest kontakcie z bogami/energiami. Kiedy byłem młody, wydawało mi się, że trzeba być geniuszem, żeby coś takiego było możliwe, no i że to powinno służyć wzniosłym celom. Miałem też teorię, że genialni pisarze (artyści) są na wpół obłąkani. Tak jest jeśli normalność = przeciętność = średnia, a indywidualność i niezależność = nieprzeciętność.

Teraz to jest naprawdę "praca" z bogami. W takim natchnieniu napisałem książkę dla dzieci - łatwą , lekką przyjemną, genialną, śmieszną, dowcipną, ekologiczną w przesłaniu - recenzje były entuzjastyczne - jest to dalszy ciąg przygód Profesora Gąbki i jego Kompanii. Potem w głowach redaktorów pozapalały się czerwone światełka - dosłownie chyba czerwone - i mają wielkie trudności z podjęciem decyzji o jej wydaniu. Czy "zielone" przesłanie i magia wywołują u nich bóle głowy? Ta książka to był dyktat bogów i jednej osoby - nie weźcie mnie teraz za wariata - mojego teścia Stanisława Pagaczewskiego, a nie moja własna myśl. Pomysł był mój własny, ale nosiłem się z tym z 10 lat, a jak się do tego zabrać pojęcia nie miałem. Potem kontakt, zwyczajny, można rzec rytualny, niedzielna medytacja na wzgórzach, któreś z zestawu wzgórz podkrakowskich. Zerwałem się w nocy i zacząłem pisać. Wszystko było gotowe.

Jaką receptę podać na coś takiego? - Wiem, jako scenarzysta, że to brzmi niescenariuszowo i z drugiej strony banalnie, oraz nie ma co ukrywać - na granicy normalności - ale to fakt. To jest praca z bogami i przodkami. Wielokrotnie przerywałem pisanie, które trwało jak w transie 2 miesiące - powstało około 18 arkuszy, które musiałem skrócić do 13 - przerywałem i zastanawiałem się: czy to ja piszę? te dowcipy, te sceny. Miałem superwizorów - chłopca 8 lat, jego matkę (chłopiec pierwowzór postaci) i moją żonę. Wyrywali mi z komputera kolejne fragmenty. Nie poznawałem samego siebie i nie poznaję. Nigdy nie pisywałem dla dzieci. Mitologia też nie ma nic ze mnie... - Moje ja to są utwory w stylu Ginsberga, "Śmierć buntownika", "Polski łącznik", kodyzm - to jestem ja - ale TE rzeczy to coś zupełnie innego.

Jaczewski Piotr Jaczewski: Tutaj to brzmi normalnie. Często mam w ten sposób, pół na pół: niektóre rzeczy rozwijam powoli, odsłaniają się myśleniem i próbowaniem, wysiłkiem mentalnym. Inne pojawiają się w całości, gotowe, często wbrew temu czym chciałem się zająć, czy co zaplanowałem do wykonania. Niezależnie od bogów zwykle kluczem tu jest relacja - ale właśnie ta relacja wewnętrzna z "czymś" traktowanym jak niezależne, kompletne, odrębne istnienie skutkuje takimi kompletnymi, niezależnymi, odrębnymi rezultatami "dziełami" "prezentami" samoobjawiającymi się czy przekazywanymi nam przez Bogów i Boginie.

Zabawa z Energią

Foruser Foruser: Prawem egocentryka, pozwolę sobie na pewien implant w dyskusję, nie przeczytawszy uprzednio wpisów moich Szanownych Poprzedników. Powód jest dość prosty; moje doświadczenia w poruszanym temacie są na tyle długotrwałe i owocne, iż żadna dyskusja nie wchodzi w rachubę. Nie wynika to (broń dowolny panie boże) z lekceważenia Szanownego Gremium, a raczej z wielkiej dbałości o to, aby idee zewnętrzne nie sprowadzały mnie na manowce myślowe, do których i bez tego mam inklinacje. Tak więc...

Z bogiem mogłem zacząć dogadywać się dopiero od momentu, w którym udało mi się wstać z klęczek a zamiast tego - włączyć mózg. Trwało to dość długo, bowiem jestem wychowany w takich a nie innych warunkach rodzinnych, społecznych czy środowiskowych. Do dzisiaj nie jestem zupełnie wolny emocjonalnie, w stosunku do znaku krzyża czy atrybutów wyznań innych. I czasami powątpiewam, czy uda mi się kiedykolwiek oczyścić na tyle, aby moje emocje nie reagowały na objawy większej lub mniejszej indoktrynacji religijnej. To jest moja słabość.

Tyle, tytułem wprowadzenia, aby było wiadomo gdzie dzisiaj jestem - jeżeli chodzi o boga, jako wyobrażenie pewnego kultu. Zresztą - dowolnego.

Bóg? Oczywiście! Ale jako Energia do wykorzystania. Odsakralizowany i bardzo fizyczny. Nie przypięty do żadnej postaci, rzeczy czy myślokształtu. Moja praktyka, zwana przeze mnie „Zabawą z Energią”, wykorzystuje fizyczne aspekty świata. Nawet jeżeli ta fizyka jest na tyle odległa, że zdaje się boską. Oczywiście, traktuję ją z pełnym szacunkiem, pewną (jednak) bojaźnią i odczuciem wszechobecności. Ci, którzy czytają te słowa z nastawieniem krytycznym, w tym momencie mogą się ucieszyć z tego, że oto mam takie same podejście do swojego „boga” jak inni prawdziwie wierzący. Triumf to będzie jednak krótki, bowiem Energia nie ma żadnych atrybutów boskich. Powiem nawet więcej - jest dość szara i mało atrakcyjna dla gapiów. No bo co ekscytującego w czymś, co jest ogólnie dostępne i bez specjalnych fajerwerków, blichtru i całej tej ornamentyki. Ale jest to spojrzenie na okładkę książki, a nie na jej treść. Z moim bogiem (proszę bardzo) pracuję dość długi czas, bo nagle zeszło już około 30-tu lat. Wykorzystuję go jako całość (intencje), w kawałkach (moce) lub okruszynach, którymi są moje emocje. Emocje, które są zresztą jednym z fundamentów porozumienia. Jak zresztą miało to być (może kiedyś było) w religiach. Na obraz boga chrześcijan, świętych i patronów - jeżeli ktoś chce się uprzeć. Tyle, że bez nazw własnych, wizerunków i pewnego przyporządkowania sprawom poszczególnym. Z racji swojej niedoskonałości, czasami posługuję się jednak pewnymi gadżetami; subiektywnymi i obiektywnymi. Pomaga mi to jak niektórym krzyż czy różaniec. Ale jest to jedynie wyraz pewnego mankamentu w moich praktykach, ponieważ sprawy powinny się obywać bez tego. Niestety - czasami (często) nie obywają się. Gadżety - podobnie jak w we wszystkich religiach - i u mnie stanowią pewien czynnik skupienia, czy nadania rangi moim poczynaniom. Ale to jest jedynie łataniem własnych niedostatków i tyle. Chociaż skutecznym, na tym poziomie, który reprezentuję obecnie.

Pytanie, czy traktuję Energię jako swoistego boga jest dla mnie dość problematyczne. Wynika to z faktu, że automatycznie rodzą się porównania i próby dopasowania do czegokolwiek znanego i uznanego. To kolejny błąd. Mój - kiedyś, większości - na zawsze. Nie walczę z żadną wiarą. Wszelkie religie mieszczą się w „mojej” Energii, jako pewien sposób jej wykorzystania przez ludzi. Niektórych dużo bardziej biegłych ode mnie w sztuce, którą nazywam „Zabawa z Energią”. Ponieważ zasada jest jedna. Jeżeli potrafisz - Energia jest na tyle uległa i plastyczna, że możliwości są nieskończone. Dla mnie jest to teoria, bo moje są skończone, chociaż cokolwiek robię w kierunku powiększenia obszaru możliwości. Jedynym ogranicznikiem i elementem dającym nadzieję na więcej, jestem ja sam. I nikt (przy prawidłowej pracy) nie ma na to stałego wpływu.

Bóg, bogowie, bożki, święci, patroni, diabeł, anioł i wszelkie inne emanacje Energii? Tak! Ale bez bałwochwalstwa i otępienia dogmatami czy imperatywami własnego przemysłu. Bez całej tej machiny propagandowo-odpustowej i ludzkiej niedoskonałości jako dodatkowego balastu. Bez nazw własnych , posągów, peanów i podobnych zbędnych śmieci. Pewnie pomyślicie „łatwo powiedzieć”. Macie rację. Powiedzieć łatwo ale dojść znacznie trudniej. Mimo, że może to zrobić każdy!

Jeżeli ktoś z Was uważa, że napisałem jakieś ogólniki i niewiele z tego wynika - będzie miał rację.

Z pisania i gadania o Energii (bez względu na to, jak ją zwiecie i wykorzystujecie) bardzo niewiele wynika. Niestety...


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Cenię, Foruser, Twoje dokonania i Ciebie jako MAGA... Bo chyba można Ciebie tak nazwać, nie popełniając błędu, prawda? I jak wszyscy magowie masz awersję do gadania o tym, co robisz. Zadam ci tylko takie pytanie-minium:

GDZIE - według Ciebie - można znaleźć luką albo szczelinę, za którą widać i za którą zaczyna się Świat Energii? Gdzie, w którym miejscu można przejść NA DRUGĄ STRONĘ LUSTRA? Czy możesz (i chcesz!?) podać jakieś wskazówki początkującym i szukającym? (Bo mam nadzieję że wkrótce przeczyta to jakieś 5 tys. ludzi.) Czy w ogóle tu są jakieś wskazówki?


Foruser Foruser: Drogi Wojtku. Można mnie nazwać według własnego życzenia. Albo wcale :) A jeżeli chodzi o Twoje pytanie:

Podstawą do czegokolwiek (szczeliny - niech będzie) jest utrzymywanie przez dłuższy okres (mam kłopot z określeniem tej długości, ale zależy to również od umiejętności "odcięcia" się od czynników zakłócających) pewnego poziomu energii wewnętrznej, nastawienie Intencji oraz zatrudnienie Mocy "szczegółowych" (czy może celowych) do tego, aby się TO zadziało. Dość prostymi, fizycznymi metodami można osiągnąć warunek pierwszy. Intencje to już jakby praca dłuższa - z własnym JA i obocznościami wypływającymi z egoizmu i "chciejstwa". Warunek trzeci jest stosunkowo prostą techniką Przesyłu, którą opisałem "po łebkach" w Tarace - bodajże "Przekaz w lesie". Mimo, że brzmi to dość specyficznie, nie ma w tym nic nadprzyrodzonego czy wystającego ponad fizykę - nawet jeżeli jest ona niezbyt powszechna. Zresztą NIC nie ma poza Energią, która scala całą fizyczność i nie-fizyczność. W skali człowieka i w tej makro. Robić to może w zasadzie każdy (może typy psychopatyczne - nie) i nie nastręcza to na początku wielkich trudności. Potrzeba wytrwałości. Później zresztą też nie jest jakoś specjalnie ciężko. Tyle, że wtedy trzeba trochę więcej uwagi, bo większe narzędzia mogą spowodować większe pożytki, ale również większe szkody. O tym przekonałem się doświadczalnie. W zasadzie "Zabawa z Energią" nie jest opcją dla wybranych, pod jakimkolwiek względem. Jest ogólnie możliwa do realizacji i ma wpływ (poza celowymi - z założenia) na większość aspektów życia. Można się w tym doszukać pierwiastka boga, jeżeli ktoś potrzebuje takiego fetyszu, ale nie wyobrażam sobie, aby jakakolwiek opcja relacji lub jej braku, z bogiem - w powszechnym rozumieniu - miała decydujący wpływ. Ciężko mi pisać na ten temat, bo słowa ślizgają się jedynie po powierzchni i jak to słowa - mogą pewne sprawy zaciemniać pewnym "szufladkowaniem".


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: No to będę studiować Twój "Przekaz w lesie" - kiedyś czytałem, ale widzę, że trzeba bardziej ten przekaz zgłębić. :)


Foruser: Na czytanie szkoda czasu. A z tym zgłębianiem - gorzej to brzmi w piśmie niż wygląda w praktyce :)


Jaczewski Piotr Jaczewski: Czytam i uświadomiłem sobie, że zapomniałem o bardzo istotnym sposobie oddziaływania, a raczej o dwóch: relacje i świat. W tym przypadku kanałem inwokowania jest świat. Działanie przez miejsce stosując notację Wojtka. Po ustaleniu intencji, Imienia - pozwolić światu zaprowadzić się do miejsca Boga czy Bogini.


Wojciech Jóźwiak: No to będę czytał głośno i praktykował od razu.


Foruser: Czuję się zażenowany lekko, bo zaczyna to wyglądać dość dramatycznie i gurystycznie :)))


Wojciech Jóźwiak: Jak się pracuje z energiami, to trzeba brać pod uwagę, że ktoś cię weźmie za guru. :) - ryzyko zawodu!


Foruser Foruser: Tego się obawiam, bo na tym kiepsko wychodzą OBIE STRONY! Stąd może moje, ostatnimi czasy, odsunięcie się od "nurtu wydarzeń".

Raróg

Dobrowolski Jacek Dobrowolski: Odpowiadam na prowokację trickstera Wojtka. Umysł (przez duże U), Wyższa Inteligencja czy Rzeczywistość zawiera w sobie wszystkie zjawiska. Wśród nich są tzw. bogowie, boginie etc. Można je odczytywać jako siły zewnętrzne lub jako aspekty Umysłu, co jest głębszą postawą. Z punktu widzenia zen wszystkie wizje, nawet najwznioślejsze Buddów i bodhisattwów są diabelskie (makyo jap.). Moja wyczynowa hiperkoncentracyjna fanatyczna praktyka zazen w latach 1975 - 1986 obfitowała w liczne makyo. Wizje Buddów i bodhisattwów, postrzeganie przyrody jak z drogocennych kamieni, trawa ze szmaragdów, nieruchoma jakby rzeźbiona z diamentu woda górskich strumieni, ptaki lecące tak wolno, że zostawiają smugi energii, mówienie nieznanym językiem mantrycznym i przyjmowanie nieznanych mi postaw i mudr w sytuacji zagrożenia, spotykanie cudownych zwierząt i opiekunów gór, ducha wody, wizje z rozmaitych religii, wreszcie potężna obecność Całości, w której wszystko Nią jest, odczuwana przez innych i wprowadzająca obecnych w stany ekstatyczne. Nie opiszę tego wszystkiego, bo po pierwsze nie wypada się chwalić, i tak napisałem za dużo, a po drugie ludzie by mnie zamęczyli, a ja bym ich wysłał w pogoń za własnym ogonem .

Jednak dzięki tym bardzo silnym doświadczeniom ekstatyczno-wizyjnym, gdy odszedłem od ortodoksyjnego buddyzmu zen i zająłem się, a raczej uległem mej wyobraźni poetyckiej, mogłem bez szkody doświadczać obecności bóstw tzw. pogańskich, co opisałem w "Rarogu" i "Dziewannie" oraz w kilku innych wierszach. Gdybym nie przeszedł wcześniej medytacyjnego treningu przywiązałbym się do Raroga i propagowałbym szamańską ścieżkę przedzierzgania się w tę świetlistą, nieśmiertelną, ale z punktu widzenia Jedności/Całości ograniczoną swą funkcją, wspaniałą istotę.

Praca poetycka z tzw. bogami jest prosta. Jeśli w swojej wyobraźni wchodzisz w dialog z tymi siłami, najpierw interesując się nimi, następnie wyobrażając je sobie, może w tobie obudzić się pragnienie/tęsknota zjednoczenia się z danym bóstwem i poznania go. Jeśli zapragniesz tego z całych sił, to będziesz to bóstwo przyzywać modlitewnie powtarzając jego imię czy imiona. To jest klasyczna droga poetycko-szamańska rozmaitych riszich, zaotarów i magów, aojdów, vates, bardów i fili, skaldów czy wajdelotów. To musi być rytmiczne, ale bęben nie jest konieczny. Wzywanie nie może być mechaniczne, tylko żarliwe i stałe. Może być taneczne i być choreą w pełni artykułowaną, ale nie musi. Jak Grecy wzywali "Eu-oi Bak-kchai!" to był dytyramb ku czci Dionizosa, jak skandowali "Pa-ian!" ku czci Apollona to pean, jak wzywali Aresa to pyrricha (taniec wojenny). Kiedy pojawiało się bóstwo, czyli przejawiał się pewien głębszy, choć nie najgłębszy, aspekt Umysłu, to dana jednostka mogła w zależności od talentu i zdolności je wyrażać.

Kilkadziesiąt razy z pełną mocą budziłem liczne boginie i licznych bogów, szczególnie bóstwa piorunowe oraz słowiańskiego jurnego i ognistego Jaryłę, a w końcu Raroga do lotu. 22 razy publicznie u mnie na strychu w latach1989-90. Słuchali mnie m.in. Konstanty Puzyna, Jan Kott, Teresa Budzisz Krzyżanowska i prof. Jerzy Wasilewski, spec od szamanizmu, który ma z tego video. Jeszcze go nie obejrzałem. Opisałem to wszystko w poemacie i w komentarzu. Zwracam uwagę na moje odkrycie, że indoeuropejskie bóstwa piorunowe kryją się w sylabie z półsamogłoską R, łączącą się najczęściej z samogłoską A lub O czy E (Pardżanja, Ram, Perendi, Perun, /Dzeus/ Bronton, Dis Pater /Jupiter/, Werethragna, Raróg, Thor, Tarannis, etc.).

Niektórzy słuchacze reagowali bardzo mocno, nawet pewna Holenderka, matka 3 dzieci, emocjonalnie stabilna, nie znająca polskiego, której wyjaśniłem przed recytacją o co chodzi, płakała ze wzruszenia. Pewien artysta rzeźbiarz chodził kilka razy, bo czuł się potem "jak po haszyszu". Kiedyś po recytacji prof. Mariusz Ziółkowski przy Jerzym Prokopiuku skomentował: "To pachnie siarką!", co mnie rozgniewało i tym bardziej po pobudzeniu tak wielkiej energii nie mogłem zasnąć. O północy włożyłem mój stary oficerski płaszcz lotnika i wyszedłem przejść się po Ogrodzie Krasińskich w deszczu. Byłem dalej wściekły na Mariusza. W parku szedł jakiś gość z dużym pudlem (por. Mefistofelesa-pudla w "Fauście" Goethego). Jak przechodziłem obok nich wyrwało mi się "Czy ja cuchnę siarką?". Facet natychmiast uciekł przerażony galopem a pies za nim. Było to tak komiczne, że śmiałem się do rozpuku zataczając się w dodatku. Rano, gdy siedziałem w medytacji i zastanawiałem jak ściągnąć murarza, by zamurował dziury po rurach od CO, usłyszałem dzwonek do drzwi. Otworzyłem, w drzwiach stał murarz z wiadrem wapna, młody, rudy i piegowaty "Jaromir jestem" przedstawił się i wziął się za murowanie.

Pewnego dnia wiosną bez związku z rarożą praktyką, bez przyzywania, bez tęsknoty, gdy stałem na przystanku autobusowym przed Uniwersytetem spłynął na mnie raróg. Spokojna moc, wyostrzone "panoramiczne" widzenie i "stereofoniczne" słyszenie, zamiast ja, nieśmiertelna, wolna od lęku i wszelkich emocji, potężna bezgraniczna Przytomność jak w aktywnym samadhi, ale z towarzyszącą jej rarożą odwagą i lotnością. Podjechał mój autobus, wsiadłem, popatrzyłem na moich współtowarzyszy i poczułem taką wobec nich opiekuńczość, że gdyby pojawił się groźny terrorysta z bronią, unieszkodliwiłbym go bez problemu kilkoma gestami i obronił ich. Nie byłem wtedy tylko tym drobnym ciałem, ale zawsze zwycięską, nieśmiertelną mocą Horusa, Feniksem i Rarogiem, który nigdy nie słyszał o żadnym Jacku Dobrowolskim - istocie całkowicie utkanej z ulotnych myśli i pragnień, która odpadła bez śladu. To, że po kilku godzinach wróciła było zdumiewające. Niestety, ten wampir spragniony sławy i uwielbienia kobiet wraca nawet po kilku dniach nieobecności. Stany ekstatyczno-wizyjne, a nawet kilkudniowe samadhi nie unicestwiły go jak dotąd. Wymagana jest solidniejsza, regularna praca medytacji analitycznej, czy głębokiego medytacyjnego zapytywania (atma-vicara) tam gdzie żadni bogowie (planetarni, plemienni czy inni) nie sięgają. Trudno jest przekroczyć Umysł, czyli Jedność/Całość nie ulegając słodkim truciznom ekstaz, by trzeźwo doświadczać, że śnieg pada płatek za płatkiem, każdy płatek na swoje miejsce. Rzeczywistość nie jest ludzka, nie jest na ludzką miarę, człowiek nie jest koroną stworzenia, jak sobie uroił, ale jednym z przemijających jak dinozaury zjawisk. Bogowie też nie są pępkami świata. Pojawienie się i zniknięcie rasy ludzkiej, wraz z jej rozmaitymi bogami plemiennymi jest jak padający i topniejący śnieg wobec wieczności tego Umysłu, tej bezgranicznej otwartej na oścież Inteligencji, która nas tak zdumiewa swoją Obecnością. Bardzo współczuje wszystkim, którzy dali się wplątać w jakiekolwiek stany umysłów, choćby najwyższych bogów. Poeci są ekstatykami rozkochanymi w mowie, w jej magii, także w językach zwierząt i bóstw. Pijani nimi nie mogą być trzeźwymi, racjonalnymi nauczycielami. Dlatego Platon i Budda ostrzegali przed nimi. Poeci służą bogom, a bogowie poetom - jest to wzajemne pasożytnictwo i narkomania, prowadzące do megalomanii, bo każde bóstwo czyli ekstatyczny stan umysłu ekspanduje wykluczając wszystko inne. Każdy bóg i każdy poeta chce być na środku sceny, bo uważa, że to co ma do wyrażenia jest najważniejsze. Bogowie to imperialiści, a poeci to ich agenci. Ostrzegam przed czarującym agentem Dobrowolskim, który się za bardzo przejmuje tym co doświadcza. Lepiej tonizować niż rozpalać i ekstatyzować.

Budda porównał swoją naukę do słodkiego, orzeźwiającego, kojącego deszczu. Budda tchnął spokojem, a słowa jemu przypisane niosły pokój. Są i obecnie ludzie, którzy potrafią przeskoczyć te wszystkie przegadane boskie stany i urzeczywistniać Całość czyli Pustkę. Bardzo im zazdroszczę i podziwiam. Bez smrodu oświecenia, bez aur i bez uwodzicielskiej charyzmy stają się niewidoczni dla bogów i demonów. Toni Packer i Stephan Bielfeldt są takimi prawdziwymi ludźmi bez rangi. Promienieją, ale nie błyszczą. Nie służą bogom tylko odpowiadają na ludzkie pytania o istotę rzeczy, która nie jest zmącona rozdwojeniem na mnie i ciebie, mnie i boga, mnie i resztę. Kiedy umysł nie robi nic, nie tworzy niczego, nie interpretuje, nie bawi się w autonarratora, tłumacza bogów w zachwyceniu, demonstratora prawdy etc. - wtedy znika a pojawiająca się Jedność przekracza słowa i milczenie.


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Jacku, z dwojga złego, które ekstatyczno-wampiryczne bóstwo jest gorsze z tych dwojga: Raróg? - czy Dobrowolski?


Dobrowolski Jacek Dobrowolski: Dobrowolski znacznie gorszy, bo przyziemny. Z tym, że żaden nie wampiryzuje! Użyłem słowa "wampir" przesadnie w znaczeniu, że każde ego-ja jest jakimś pasożytem. Raraszek był przedstawiany przez chrześcijan jako zły duch ognisty, ale nawet oni nie oskarżali go o wampiryzm. Jak wiesz wampir pochodzi od starosłowiańskiego "(w)ąpir” skąd nasz "upiór/wąpierz", czyli groźny duch niepogrzebanego człowieka. Raróg ma całkowicie inny charakter i życiodajną funkcję. Przy okazji, nigdy nie przyzywam zmarłych, nie zajmuję się nekromancją, bo to jest emocjonalnie niszczące a zmarłym przeszkadza w nowym wcieleniu. Tzw. apele zmarłych bohaterów i męczenników ("Stańcie do apelu!") to poważny błąd duchowy ciążący nad narodami, które pogrążone w narcystyczno-masochistyczno-nekromantycznych wyobrażeniach kompensujących ich klęski, chcą siebie składać w kolejnej niepotrzebnej, choć bohaterskiej ofierze (por. mesjanizm Polaków), zamiast jak Feniks, w końcu z popiołów powstań całkowicie zmartwychwstać.


Jozwiak Wojciech Jóźwiak: Na warsztatach Twardej Ścieżki latem 2009, prócz innych działań, zrobiłem z uczestnikami czytanie, z podziałem na odcinki, poematu Jacka Dobrowolskiego "Raróg". Było to mocne doświadczenie. Podzieliłem Raroga na fragmenty i uczestnicy, ok. 20 osób obu płci, czytali swoje odcinki tak jak zwykle robią to aktorzy. Niesamowite już jest, kiedy się ludzi skłoni do tego, żeby wykonywali (ispołniali, perform) jakieś działania zwykle zarezerwowane dla artystów-profesjonałów. W ogóle nieszczęściem naszych czasów i zwyczaju jest wyręczanie się w sztuce - profesjonałami. Nikt nie chce śpiewać, tylko słucha nagrań. Nikt nie tańczy tylko się gapi na występy. Nie rysuje tylko... itd. Ale jak się uda skłonić... to się robi wtedy jakoś inaczej... specjalnie... świątecznie. Dwa fragmenty z "Raroga" wprowadziłem wtedy jako mantry w szałasie potu. Niekiedy używamy ich nadal.




  < poprzedni    1    2    (3)    4    dalszy >  

komentarze

1. Wymiana zdań na ten temat przeniesiona z FB • autor: Nierozpoznany#34172012-03-19 09:28:00

za: http://www.facebook.com/home.php?sk=group_181615411865181

> Tomasz Ś.: Ja to widzę tak: oczywiście występuje w naszej religii coś takiego jak magia. Ja to upatruję jako część natury świata i tyle, przejaw mocy Bogów, tak samo jak przejawem Ich mocy jest sama Natura. I oczywiście rodzimowierca może uprawiać magię, choć moim zdaniem są w tym ograniczenia (natury czysto religijnej, co chyba jest oczywiste). Co do "pracy z Bogami"... nie podoba mi się to określenie. Ale poza faktem, że mi się nie podoba jest zupełnie nieprawdziwe. Jak napisał Ratomir Bogowie to nie są narzędzia. Bogowie sa ponad nami, są jakby nie patrzeć swego rodzaju naszymi Władcami. Co z tego wynika? Że można ich co najwyżej prosić o pomoc, nigdy rozkazać, wymagać. Bardziej skłąniałbym się do "pracy z demonami" ale też moim zdaniem średnio trafione określenie. Czyli w pełni zgadzam się ze stanowiskiem Ratomira. Co do samej magii. Uważam, że dla rodzimowiercy jest to naturalna część świata. Nie widzę w tym przejawów zacofania czy czegokolwiek w tym rodzaju. Sam praktykuję magię, ezoterykę, uparcie pracuję nad odtworzeniem magii słowiańskiej, jednak w pojedynkę jest to ciężki kawał roboty. W każdym razie- reasumując- chętnych do pomocy proszę o kontakt:) Tyle w temacie, dziękuję.

> Urszula S.: Póki co jestem sympatykiem rodzimej wiary, rodzimowierczynią jeszcze się nie mniemam...Ale pzez pracę z Bogami rozumiem fakt stopniowania, poziomowania ich hierarchii lub też indywidualne preferencje (kto z jakim Bogiem woli "przebywac"). Niektórzy wolą pracowac - obcowac bardziej z Mokoszą inni z Perunem. Umiłowanie i uszanowanie panowania wszystkich Bóstw powoduje, że odnosimy się do współwyznawców z zainteresowaniem oraz z szacunkiem zwłaszacza (może naiwnie, ale chciałabym tak wierzyc). Z własnego przekonania wiem, że umiłowanie Natury to jedyna szansa dla ludzkości. Dlatego Matka Natura ma też swą zacną cechę - zemstę. A jak wiemy zemsta jest rozkoszą Bogów. Dlatego dla mnie Natura jest najbliższa sercu.

> Tomasz Ś.: Ale moim zdaniem istotna jest też sama kwestia nazewnictwa. Słowo "praca" w tym kontekście jest niestety mocnym "uprzedmiotowieniem" istot jakimi są Bogowie. Na co z szacunku do nich (jaki posiadam, z racji faktu, że jestem Ich wyznawcą) pozwolić sobie nie mogę i nie chcę.
[foto]

2. Co o tym myślę, napisałem... • autor: Wojciech Jóźwiak2012-03-19 10:50:08

Co o myślę o powyższej sprawie, napisałem w blogu "Autopromo2", zob. 34. Odpowiedzi... i spór o pracę z bogami.
x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)