Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

21 grudnia 2014

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Sny i wizje (odcinków: 2443)

Praca z piecem

Kategoria: Sny i wizje
Tematy/tagi: góramagiamistrzogień

« Torebki, telefon i dom Ryba bez głowy w stawie, współpraca z rybami »

Zjazd, szkoła, mnóstwo ludzi w nieznanym mi miejscu, szukanie czegoś, kogoś, chodzenie z piętra na piętro. W końcu chwytam wątek: oto z kimś drugim, albo grupką kilku osób idę w to miejsce, z tamtego budynku, w którym przed chwilą byłem, przez las, raczej niski, niedawno sadzony, właśnie do tego miejsca. Jest tam duża wiata, pali się ogień, przy ognisku ktoś – kobieta – coś opowiada, trochę to wygląda jak przedstawienie teatru.

Przekaz jest następujący: wśród Polaków mieszkających na Syberii (zesłanych tam kiedyś) powstał silny ruch na rzecz politycznych reform i duchowej odnowy. Swoją oryginalnością i mocą przewyższający cokolwiek wymyślono na świecie. To były, lub są faktycznie rewolucyjne idee. Zmieniające ludzi. Problem jest taki, że te idee są niezauważane, pomijane – ponieważ są głoszone przez ludzi biednych i nieznanych, w mało zrozumiałym języku, i których nikt nie traktuje poważnie.

Będąc tam przy ogniu pod wiatą, miałem wrażenie, że ludzie, którzy się tam zebrali, przeważnie wiedzą o co tam chodzi, są jakoś bardziej wtajemniczeni niż ja, ale nie są zwartą grupą i większość z nich jednak jakoś lekceważy to, co jest tam mówione.

Wśród zebranych tam przy ogniu pod wiatą uformowała się podgrupa, mniejszy krąg, na zasadzie, że jest ktoś, kto chce coś pokazać ciekawego i znajduje się kilkoro, którzy pójdą za nim. Ja do tej podgrupy dołączyłem.

Prowadził mężczyzna trochę młodszy ode mnie, powiedzmy rocznik 1960. Ja niechcący stałem się w tej grupie kimś ważnym, ponieważ szliśmy przez las, a ja pokazywałem drzewa. (We śnie, tak samo jak w realu, rozróżniam drzewa.) Wszyscy byli bardzo ciekawi dębów, żeby im pokazać. Ale dębów było niewiele, przeważnie sosny, topole, kasztanowce. Miałem wrażenie, że znam ten las i kiedyś tu było dużo starych wielkich drzew, a teraz ten las jest przerzedzony, przecięty.

Idąc dalej mijaliśmy osiedle domów, właściwie osobne miasto. Było zabudowane ogromnymi budynkami, dosłownie drapaczami chmur, których rzędy zaczynały się w pustym polu. Rozmawiając, dziwiliśmy się głupocie projektantów, którzy nie przewidzieli, na jakie uderzenia wiatru wystawiają mieszkańców tych domów. „Ale za to jakie widoki mają z okien...”

Na drugim końcu tego miasta weszliśmy do jakiegoś „obiektu przemysłowego”, gdzie stały maszyny drogowe. Nasz przewodnik stwierdził, że musimy stąd wziąć jedną maszynę. Nie pytając się nikogo o pozwolenie. Po prostu uznał, że ta maszyna jest nam do czegoś dalej konieczna i on ją zabiera. I to zrobił. Maszyna, jakaś koparkospycharka, potoczyła się za nimi, jakby była zwierzęciem, np. koniem, którego uprowadziliśmy właścicielom i który idzie za nami.

Szliśmy przez las, ale tym razem las był poważny, gesty, jak w Bieszczadach lub pod Śnieżnikiem na Śląsku. Ścieżka zaczęła stromo wspinać się w górę po stoku. (Maszyny dalej nie było.) Ścieżką z pewnym trudem weszliśmy na szczyt. Wierzchołek był przykryty wiatą, dachem na słupach. Była to podobna, ale dużo większa budowla niż ta na dole. Na szczycie pod wiatą był kwadratowy... – trudno to nazwać. Właściwie to był piec. Z cegieł, kamieni i kafli. Wysoki około 1 metra, mnie do klatki, szeroki trochę więcej niż metr. Tworzył czworobok, wewnątrz którego było puste miejsce, gdzie (chyba) nikt nie wchodził.

Ten pieco-mur był stary, zniszczony, a właściwie nie tyle zniszczony, co zużyty, tak jakby przez lata wykonywano tu pewne czynności, od których obluzowały się cegły, poprzepalały szczeliny i widać było ślady napraw.

Pod wiatą wokół tego piecomuru było wiele osób, ale nie tworzyli jakiejś struktury. Atmosfera była gęsta, czułem napięcie, podniosłość, ale nie było jednolitego obrzędu ani nie było centralnego punktu, ani głównej postaci wśród ludzi.

Do mnie podszedł jeden mężczyzna, około 50 lat, którego odruchowo uznałem za miejscowego fanatyka-szaleńca, który zapytał mnie uroczyście i namolnie, wpatrując mi się w oczy: „czy wiesz, że stąd nie odejdziesz?” Albo: „już na zawsze zostajesz jednym z nas?”. Uznałem, że bredzi, ale jakieś powody spowodowały, że nie odszedłem stamtąd, chociaż w każdej chwili mogłem odejść. Kazał mi powtarzać jakieś słowa i „pracować z piecem”, w sumie miał to być jakiś obrzęd, który miałem wykonywać. „Praca z piecem” okazała się łatwa, ot zwykle porządki z „garami”, przestawianie naczyń. Leżały bryłki miękkiej gliny, więc nimi przylepiałem odpadające kawałki cegieł lub zaprawy.

Sny i wizje: wstęp na końcu

Każdy, kto ma profil w Tarace, może swoje sny i wizje tu zapisywać.
Każdy, kto jest zalogowany, może sny i wizje komentować.

Korekta przez: Radek Ziemic (2014-12-31)



« Torebki, telefon i dom Ryba bez głowy w stawie, współpraca z rybami »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)