Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

25 marca 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Proście a będzie wam dane


« Zapieczona zaciekłość Światy senne »

         Dzisiaj w autobusie para młodych ludzi obrzuciła mnie nieprzyjaznym wzrokiem i ostentacyjnie nie ustąpiła miejsca. Wyobraźcie sobie tę scenę: wchodzi babcia do autobusu, który zatrzymał się dość daleko od krawężnika, a między krawężnikiem przystanku a autobusem jest piękna kałuża, w której przegląda się wiosenne słońce. Babcia startuje.

         Wyciągam dwie kule. Zapieram się nimi w wejściu i usiłuję przeskoczyć kałużę. Fajny widok, nieprawdaż? Ktoś z tyłu podpiera mnie i ląduję wreszcie z zachwianiem wewnątrz autobusu. Chwytam się pałąka przy wejściu niczym topielec, który dorwał koło ratunkowe i usiłuję złapać oddech. Przekładając kule z ręki do ręki uderzam się jedną z nich w szczękę i martwię się od razu że za parę minut, gdy siniec ozdobi moją twarz, zostanę uznana za ofiarę przemocy. Wstydziłabym się tego. Tak mnie wytresowano, chociaż ofiarą przemocy domowej nigdy (na szczęście) nie byłam.

         Od rozmyślań o kodzie kulturowym, który wywołał we mnie taką reakcję: — lęk na myśl o hipotetycznym siniaku, jako podstawie oceny mojej kondycji moralnej (wiadomo, w rodzinie karci się tego, kto zawinił) — oderwał mnie wzrok owych dwojga młodych ludzi. Nieprzyjazny, taksujący. Zbyt długo przyglądali mi się, żeby nie było jasne, że rozważali problem ewentualnego ustąpienia mi miejsca, zwłaszcza, że siedzieli na miejscu tradycyjnie oznaczanym nalepką dla niepełnosprawnych. Podjęli jednak decyzję, że miejsca mi nie ustąpią. Wyglądało, że świadomą.

         Autobus szarpnął i ruszył. Ja zachwiałam się, ale szczęśliwie utrzymałam na nogach. Wstała z miejsca starsza pani z dalszych siedzeń, ale musiałabym przeciskać się między ludźmi, a potem przed nią do okna ze swoimi kulami i plecakiem z zakupami i kto wie, czy zdążyłabym potem wysiąść, a jechałam niedaleko.

         Podziękowałam jej więc, wyjaśniłam, że zbyt trudno mi tam się przecisnąć ale nie odmówiłam sobie złośliwej uwagi, że młodzi zapominają o niektórych zasadach. Na to ów młody (skądinąd sympatyczny) na oko trzydziestolatek wyjaśnił mi, że gdybym go poprosiła grzecznie o ustąpienie miejsca, to by to zrobił. Na to ja, równie grzecznie, że siedzi na miejscu dla niepełnosprawnych i nie mam obowiązku go prosić o coś, co należy do repertuaru każdego kulturalnego człowieka.

         Niemniej grzecznie powtórzył mi, że powinnam już się nauczyć iż bez proszenia nic się nie dostanie.

         Zrozumiałam więc, że chodzi o zasadę. Dla mojego pokolenia proszenie o coś było upokorzeniem i stąd wynika niechęć do proszenia o wsparcie przez ludzi w bardzo nieraz trudnej sytuacji życiowej. Innym ta bariera proszenia nie przeszkadza, wyciągają rękę po datek przy każdej nadarzającej się okazji. Nie tak dawno krążył po moim bloku facet dzwoniący od drzwi do drzwi w poszukiwaniu wsparcia, bowiem brakuje mu na benzynę do auta.

         Podobnie i ja nie lubię prosić. Zdarza się, że proszę o ustąpienie mi miejsca, gdy czuję, że ból jest już nie do wytrzymania i za chwilę upadnę. Kiedy jednak mam jeszcze pewien zasób sił albo przed wyjściem zażyłam proszek przeciwbólowy, staram się wytrzymać dopóki mogę. Traktuję to jako próbę sił z samą sobą, co nie oznacza, że jestem niezadowolona, gdy ktoś sam z siebie ustąpi mi miejsca. Staram się bardzo miło dziękować ludziom, którzy wstali ze swojego miejsca, wynagrodzić im uśmiechem ich empatię, żeby oni też mieli z tego jakąś przyjemność.

         Tutaj było jednak coś innego. Zimne zmagania się z kimś, kto uważał, że rezygnacja ze swojego przywileju powinna być okupiona czyimś upokorzeniem, bowiem taki jest świat, że satysfakcję czerpiemy nie tyle ze słusznego postępowania (dawniejszych „dobrych uczynków”) ile ze zmuszenia kogoś do przyznania się do swojego niższego statusu.

         Taki pogląd doskonale wpisuje się w ogólne przekonanie, że ludzie starsi, nieproduktywni dla społeczeństwa powinni być wdzięczni za każdy rzucony im ochłap. Podobnie jak niektórzy z nas posiadacze piesków uczą je: „poproś pana” i nagradzają  kąskiem, tak część spośród młodszych i pozbawionych empatii uważa, że warunkiem każdej pomocy udzielonej komuś jest pokazanie tej osobie jej miejsca w porządku dziobania. Tyle, że ten porządek zmienił się z bardziej ludzkiego na bardziej zwierzęcy.

         Pogląd ten to nie jest tylko widzimisię źle wychowanych młodych. To ideologia, zawoalowana, pilnie trzymana w sekrecie, ujawniająca się przypadkiem od czasu do czasu. Jak na przykład fakt, że niektórych procedur medycznych nie stosuje się po czterdziestce czy pięćdziesiątce, czy sześćdziesiątce. Nie robi się dializ, bo starszym ludziom nie należy przedłużać życia. I tak umrą wcześniej czy później. Nie robi się wielu badań (np. bezpłatnej mammografii), bo czy umrą na raka, czy na coś innego, nie ma znaczenia; ważne są jedynie koszty. Nie zapisuje nowoczesnych leków np. na stwardnienie rozsiane. Nie przeprowadza się niektórych operacji, a kolejki do innych wskazują na lekceważenie. Wstawianie endoprotez to właśnie taki przykład. Znałam kobietę która nie wstawała przez pięć lat z łóżka czekając na operację wszczepienia stawu biodrowego, aż wreszcie umarła nie doczekawszy się swojego miejsca w siedmioletniej kolejce. Była stara. Na komisję w sprawie dofinansowania przez PRFON przebudowy łazienki dla przystosowania jej dla osób niepełnosprawnych czeka się obecnie co najmniej trzy lata, a ile na decyzję, sam pan Bóg wie. Od trzech lat nie przyznano na ten cel żadnych funduszy.

         Jest to tylko jeden z objawów naszej kultury, bowiem nasza kultura domaga się od nas proszenia i przepraszania. Jeśli o nic (przypadkiem albo świadomie) nie prosiłeś, podstawowym wymaganiem społecznym wobec nas jest przepraszanie.

         Już dzieci od maleńkości uczy się: Przeproś!. Przeproś, bo byłeś niegrzeczny, przeproś bo zrobiłeś nie tak jak ja chciałam/łem, przeproś bo ja mam prawo się tego od ciebie domagać. Jako dziecko przeszłam cały trening nauki przepraszania wsparty użyciem pasa i nauczyłam się tego pod presją. Możliwe że dlatego dzisiaj przeprosiny traktuję jak nic nie znaczący gest – takie dzień dobry, czy do widzenia. Od swoich synów nie wymagałam przeprosin, ale wiem, że jeden z nich dałby się pokroić, a nie przeprosiłby (co mu do dziś zostało). Czasami chętnie bym to przepraszam usłyszała jako przyznanie się do popełnienia błędu, rekompensatę za te przykrości, których wskutek tego doznałam. Ale cóż, przeprosiny to zazwyczaj tylko konwenans, słowo, a to jest mniej ważne od wewnętrznego zrozumienia i wolę założyć, że ono nastąpiło.

         Jednak żądania naszej kultury idą dalej. Nie wystarczy że przeprosisz za siebie, powinieneś przepraszać także za swoich przodków. Jeśli więc sam nic nie zbroiłeś, nie wyrżnąłeś mieszkańców jakiegoś skrawka świata, nie wygnałeś czyichś dzieci pozbawiając je ojcowizny wystarczy, że zrobili to twoi ojcowie, dziadowie lub inni przodkowie. Jako ich potomek masz obowiązek przeprosić.

         Możesz to potraktować jako grzecznościowy gest i mruknąć pod przymusem parę konwencjonalnych sformułowań (o które nieraz toczą się zażarte boje w parlamentach) ale niesmak pozostaje. Buntujesz się: moi przodkowie jako zbiorowość być może to i tamto zmalowali, ale niekoniecznie byli to moi osobiści przodkowie. Możliwe przecież, że twoi przodkowie nie byli wobec moich całkowicie w porządku, więc to, co ewentualnie zrobili złego, mogło być zupełnie dobrze uzasadnione.

         Tak czy inaczej gest przeprosin nikogo nie zadowala, a niektórych upokarza. Podobnie jak gest proszenia o coś – zwłaszcza w sytuacjach gdy zobowiązania są zdaniem jednej strony oczywiste, a drugiej niejasne i niekonieczne – powoduje wyłącznie upokorzenie proszącego.

          Można więc sądzić że cały ten taniec wokół domagania się proszenia i przepraszania służy tylko jednemu celowi – wykazaniu własnej wyższości kosztem upokorzenia przeciwnika. 

(Szukałam w internecie obrazków ilustrujących niniejszy tekst i znalazłam tylko infantylne misie, pieski, kotki, bukieciki kwiatków i… Bin Landena. Dowodzi to faktu, że ciągle przepaszającego traktujemy jako dziecko Poniższe zdjęcie było jedynym interesującym z całej serii, choć także pokazuje misie.)



« Zapieczona zaciekłość Światy senne »

komentarze

[foto]

1. No cóż... tak... • autor: Michał Mazur2014-04-05 14:14:08

No cóż... tak wygląda współczesna Polska - plus jej najbardziej dysfunkcyjny element (tzn. "młoda warszafka"). Małpie gaje, a w państwowej służbie zdrowia nie lepiej. Generalnie trochę też się martwię np. o moich "staruszków", a i samemu się w tym nie odnajduję.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)