Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 października 2007

Alina Michalik

Przekazać przekaz
Przekaz nauk i praktyk jako inicjacja

Przez wieki przekaz pozwalał przetrwać tradycjom i systemom religijnym. Mógł on dotyczyć specjalistycznej wiedzy i szczególnych umiejętności, ale i przygotowywać do codziennego życia. Starcy przekazywali młodzieży legendy i opowieści o historii rodu, ojcowie uczyli synów sztuk walki, rzemiosła. Rodzicielka stopniowo przygotowywała córkę na podjęcie roli matki i żony. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzielili się z następcami uzdrowiciele, szamani, filozofowie...

W ujęciu antropologicznym "przekaz" funkcjonuje przede wszystkim jako jedna z odmian inicjacji. Dla społeczności mocno związanych ze swoją tradycją, inicjacja pełni wyjątkową rolę, to punkt wyjścia dla przełomowych momentów w życiu jednostki i grupy. Inicjacja przede wszystkim zmienia status społeczny, nadając wybranym nowe role. Zmiana statusu może być jawna, oczywista dla całej społeczności, albo znana tylko pewnej, określonej grupie (w przypadku tajnych stowarzyszeń). Istnieje również forma przekazu, pozostającego do wiadomości tylko konkretnej grupy zainteresowanych ludzi.

Zdarza się, że przekaz staje się rezultatem naturalnej sytuacji, czego przykładem może być doña Alicja, poznana przez mojego brata Piotra w trakcie jego badań na terenie Sierra Zongolica (Meksyk, stan Vera Cruz). Od najwcześniejszych lat towarzyszyła swemu ojcu-uzdrawiaczowi w jego seansach, przypatrywała się i pomagała mu. Kiedy ojciec nagle zmarł, społeczność uznała, ze odtąd do chorych wzywać można Alicję, gdyż jest ona nie tylko córką, ale i uczennicą uzdrawiacza. W takich przypadkach zawsze mamy do czynienia z kwestią uznania przez społeczność i zakorzenienia w danej tradycji.

W kulturze Indian Ameryki Północnej przekaz jest rodzajem namaszczenia dla "ucznia", nadaniem mu uprawnień do korzystania ze zdobytej wiedzy, jak i do przekazywania jej innym. Inicjowany otrzymuje klucz do interpretacji systemu znaków albo czynności rytualnych, rzadkiego języka, czy mitologii.

Przekaz nie musiał być jednorazową, podarowaną rytualnie nauką. Uzdrowiciel, czy opowiadacz legend mógł pracować ze swoim uczniem przez wiele lat, pozwalał mu na samodzielne działania, inspirował do osobistych poszukiwań. Jednak moment, w którym nauczyciel udzielał uczniowi "pozwolenia" był zawsze wyraźnym i często uroczystym punktem w historii ich wzajemnej relacji, a niekiedy i całej społeczności, w obrębie której żyli. Przyznanie nowego statusu jednostce (lub grupie) u większości ludów tradycyjnych odbywa się na podstawie uznania jej, powiedzmy, dojrzałości (wykazanej poprzez demonstrację odpowiednich umiejętności, czy zakończony sukcesem czas terminowania u inicjującego). O zmianie statusu decyduje autorytet w danej dziedzinie lub po prostu grono starszyzny. Odpowiednikiem "przekazu", jako inicjacji we współczesnym społeczeństwie - będzie autoryzacja, dyplom, licencja, a w konsekwencji - rozróżnienie na amatorów i profesjonalistów.

Szereg prezentowanych poniżej przemyśleń chciałabym zawęzić do przypadku, w którym osoba posiadająca "przekaz" odczuwa pewien rodzaj powinności misyjnej, jest świadoma tego, iż bierze udział w długotrwałym procesie, ściśle zorientowanym na społeczną korzyść z przekazywanych wartości. Umówmy się więc, że nie zajmiemy się tutaj postacią mistrza, dzierżącego tajemną wiedzę, który przekazuje ją tylko wybranym na podstawie surowych kryteriów, uczniom. Przekaz, który mnie interesuje nie jest tajemnicą, przeznaczoną dla gorliwych śmiałków, tutaj kluczem jest gotowość nauczyciela i ucznia.

Przyjrzyjmy się więc przekazowi w "indiańskim" znaczeniu, gdzie przekazywane treści traktowane są jako prezent, który nauczyciel sam kiedyś otrzymał. To sposób dzielenia się doświadczeniem, umiejętnościami, wartościami duchowymi i intelektualnymi. To wreszcie owa treść sama w sobie. Rdzenni Amerykanie przekaz często nazywali tradycją. Mówiąc, np. "obrzęd Świętej Fajki w tradycji Indian Ojibwa" - mieli na myśli, iż przebieg ceremonii i przyświecająca jej idea należą do dobra kulturowego i duchowego tego plemienia. W ten sposób także uświęcano wszystkich nauczycieli danej linii.

Dalszą część artykułu chciałabym poświęcić zaletom posiadania określonego przekazu, zwłaszcza w kontekście przewodzenia ceremoniom. Jednocześnie trochę obszerniej zajmę się postacią samego nauczyciela. Umówmy się przy okazji, że w uproszczeniu tak właśnie nazywać będę osobę posiadającą przekaz, a depozytariusza przekazywanej mu ścieżki skrótowo nazwiemy uczniem.

Nie będę na razie rozstrzygać o granicach, biegnących między działaniem z przekazem i bez niego, podobnie jak nie chciałabym tego wartościować.

Trudno nie zauważyć, że w cywilizacji, kształtowanej przez współczesnego człowieka, mamy do czynienia z postępującym ubóstwem w sferze wartości duchowych i kulturowych. Giną bezpowrotnie stare tradycje, nikt już nie opowiada legend, spłyca się świadomość nierozerwalnego związku człowieka z Ziemią... Z drugiej jednak strony, z radością obserwuję dynamicznie postępującą falę zainteresowania kulturą duchową Wschodu, czy obu Ameryk, zaczynamy czerpać z wiedzy i doświadczenia ludów, żyjących niezmiennie w bliskiej relacji z Naturą. Już raz, w latach 60-tych i 70-tych podobny trend zaszczepił w szerokich kręgach nowy rodzaj świadomości. To w tym czasie w Europie i Ameryce powstały pierwsze ośrodki buddyjskie, tradycyjni nauczyciele i uzdrowiciele różnych kontynentów zaczęli otwierać się na przekazywanie wiedzy "na zewnątrz", ruszyła "moda" na alternatywne metody psychoterapii.

Dzisiaj, trochę z braku rodzimej kultury duchowej, trochę z przesytu epoką konsumpcjonizmu - znowu zaczęliśmy potrzebować starej wiedzy, a tym samym i przekazów. Coraz popularniejsza staje się praca z samym sobą oraz zgłębianie nieznanych obszarów własnej świadomości, do łask powracają rytuały, służące komunikacji między nami - a resztą Wszechświata. Na wyciągnięcie ręki znajdujemy przebogatą ofertę warsztatów, seminariów, kursów. Pod okiem fachowców ćwiczyć można szamańskie stany świadomości, odszukać swoją męskość, czy kobiecość, przyjrzeć się swoim "ustawieniom rodzinnym", albo "ponownie narodzić". Tradycyjne metody Aborygenów, Indian, czy Hindusów stają się wartościową inspiracją przy pielęgnowaniu naszej kondycji duchowej i fizycznej. Nie zawsze z resztą sięgać trzeba poza granice naszych słowiańskich korzeni. Poprzez docieranie do żyjących jeszcze ostatnich znawców ludowych tradycji, na nowo odkrywamy np. rodzime metody naturalnego uzdrawiania.

Na pewno trudno jest mówić o przekazie w sytuacji, w której ktoś naucza, czy leczy na podstawie samego tylko wcześniejszego uczestnictwa, np. w rytuałach, tym mniej na podstawie źródeł pośrednich, takich jak książki, czy media.

Przekaz jest nie tylko swoistym "nośnikiem" wiedzy, to także kompletna "instrukcja obsługi", jak z niej korzystać! Dlatego też działanie bez przekazu może (choć nie musi!) nieść ze sobą szereg "niebezpieczeństw", zarówno dla nauczyciela, jak i ucznia (uczestnika). Same treści, ewoluując w niekontrolowanych kierunkach, mogą zatracić lub zmienić swój sens, przynosząc korzystającym więcej szkody, niż pożytku.

Podstawową cnotą dzierżącego przekaz jest wszechstronna odpowiedzialność i świadomość rodzaju energii, z którą pracuje. Szczególnie delikatnym "obiektem" są ceremonie. Aby móc ten temat lepiej rozwinąć, posłużę się przykładem obrzędowych Szałasów Potu (Sweat Lodge), [1] wywodzących się z tradycji Indian Ameryki Północnej (świadomie pomijam tutaj szeroką obecność łaźni parowych w innych kulturach na świecie, istniejących w takiej czy innej formie prawie tak długo, jak sama ludzkość).

Szałas Potu jako forma głębokiego rytualnego oczyszczenia sfery duchowej i cielesnej człowieka, a także wyjątkowego spotkania z symboliką Wszechświata, świetnie "przyjął" się na europejskim gruncie i jest w pewnych kręgach chętnie praktykowany. Słowo "chętnie" naprowadza mnie natychmiast na istotę mojego niepokoju, związanego właśnie z tym zjawiskiem.

Zacznę może od swoich osobistych doświadczeń z ceremonią Szałasu Potu. Pierwszy raz pozwolono mi wejść do szałasu, kiedy miałam jakieś 10 lat... Jako dzieci, mieliśmy z Bratem regularnie okazję obserwować dorosłych, przygotowujących się do tej ceremonii, naturalnie więc i my zapragnęliśmy "zobaczyć jak to jest". Rodzice pozwolili nam przestąpić próg stygnącego szałasu, po tym, jak zakończyła się pełna Ceremonia dorosłych. Posiedzieliśmy chwilkę w gorących ciemnościach, po czym mój młodszy Brat zakrzyknął do będących na zewnątrz rodziców, że chce już wyjść, gdyż od tych ciemności "widzi na zielono"! Na kilka długich lat zrozumieliśmy, że to jeszcze nie nasz czas. To zabawne zdarzenie jest przy okazji świetną ilustracją tego, iż Rodzice w sposób przemyślany pozwolili nam zaznać pewnej sytuacji (!), a nie ceremonii, do której, rzecz jasna, jeszcze nie dojrzeliśmy.

Mój świadomy udział w Szałasach Potu rozpoczął się jakieś sześć lat później. Od tamtej pory, przynajmniej raz w roku, oczyszczam się w tradycji Plemienia Niedźwiedzi, przekazanej nam przez indiańskiego szamana i wizjonera Sun Bear'a (Słoneczny Niedźwiedź) z Minnesoty.

Uważnie obserwuję działania pokrewnych środowisk, praktykujących ten rodzaj ceremonialnej sauny na gruncie europejskim, miałam też nieliczne okazje, by wziąć w podobnych udział. Oczywistym jest, że każda tradycja (i każdy samodzielny autor) odmiennie wpływa na techniczną i obrzędową stronę indiańskiego Szałasu Potu. Są jednak pewne założenia, wspólne dla głównej idei mistycznego oczyszczania ciała i ducha. Konstrukcja Szałasu Potu i symbolika całego rytuału nawiązuje bezpośrednio do pierwotnego łona Matki Ziemi, do którego, jako jej dzieci wchodzimy. Wewnątrz spotykamy się z przedstawicielami wszystkich istot, żywiołów, honorujemy je i czerpiemy z ich mocy. Szałas Potu jest miejscem, w którym modlimy się i dziękujemy. Jest również doskonałą okazją do ofiarowania swojego wysiłku fizycznego w konkretnej intencji, gdyż jak mówi wspomniany Sun Bear "Ceremonia jest dla ludzkich istot sposobem oddania stworzeniu cząstki energii, którą ciągle otrzymują". W związku z tym, Szałas Potu traktować należy, jako przestrzeń sakralną. I jako taka, wymaga przestrzegania specjalnych reguł, na których straży stoi przede wszystkim prowadzący. Jednak nie każdy prowadzący, jak się czasem okazuje, jest tego świadom, podobnie, jak szeregu innych zadań, które na mistrzu ceremonii spoczywają.

Z pewnym niepokojem spoglądam na niektóre spontaniczne i często samozwańcze inicjatywy osób wchodzących w rolę prowadzącego Szałas Potu. Działania rytualne, bez konkretnego przekazu i doświadczenia, w zasadzie tylko na podstawie entuzjazmu wywołanego osobistym uczestnictwem w kilku podobnych ceremoniach - mogą być zwyczajnie niebezpieczne! Zwłaszcza, jeśli prowadzący dopuszcza swobodne "miksowanie" różnych tradycji lub integrowanie "nośników" negatywnych (lub nieczyszczonych) energii! Dopóki bowiem konwencja Szałasu Potu ma charakter obrzędowy, i nie jest tylko sauną służącą zdrowiu i relaksacji, zachowanie swoistej "higieny energetycznej" leżeć powinno w interesie prowadzącego, jaki i każdego z uczestników. Zezwalający na takie praktyki, lub samodzielnie je inicjujący powinni nade wszystko wiedzieć, że chcąc poprowadzić tak ważną i mocną ceremonię, jak Szałas Potu, należy podejść do niej z głębokim zrozumieniem i szacunkiem.

Każda indiańska tradycja, w której celebrowany jest Szałas Potu, najczęściej "z góry" ustala zadania prowadzącego, dotyczące przygotowania miejsca ceremonii i samego jej przebiegu.

Doświadczony mistrz ceremonii w sposób wyjątkowo odpowiedzialny dba o pozostałych uczestników, od oczyszczenia ich przed ceremonią, poprzez czuwanie nad ich emocjonalnym i fizycznym stanem w trakcie jej trwania, aż do momentu zakończenia ceremonii. Także wyznaczanie pomocników prowadzącego, nie może się odbywać na zasadzie przypadkowości.

Oczywiście nie oręduję wyłącznie za przesadną powagą i "liturgiczną" dyscypliną w czasie tej ceremonii, jej piękno i siła tkwią właśnie w naturalności strumienia, jaki przepływa między uczestnikami a wszystkimi cząstkami Świętego Kręgu.

Sun Bear i jego przyjaciele z Plemienia Niedźwiedzi podzielili ceremonie na tradycyjne i kreatywne. Ceremonie tradycyjne przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie. Ich przebieg i używane narzędzia są ściśle określone i wymagają od prowadzących (a często także uczestników) odpowiedniego przygotowania i zachowania. W czasie takich ceremonii przywołuje się wyjątkowo mocnych pomocników ze świata duchowego. Do prowadzenia takich rytuałów, a także udzielania nauk na ich temat potrzebna jest konkretna autoryzacja, czyli przekaz. Zdobywanie tegoż jest procesem wymagającym ogromnej cierpliwości i rozwagi. Sun Bear mówi: "Jeśli ktoś poważnie interesuje się tradycyjnymi drogami i duchowością rdzennych Amerykanów i innych tradycyjnych ludów Ziemi, może okazać to poprzez szacunek dla nich i ich tradycji. Brak szacunku dla tych ceremonii może przysporzyć sporo poważnych kłopotów nieodpowiedzialnemu ignorantowi (...). Jeśli czujesz potrzebę nauczenia się samodzielnego prowadzenia tradycyjnej ceremonii kiedyś w przyszłości, zapytaj kompetentnego nauczyciela czy w ogóle wolno ci podjąć taką naukę i co musisz zrobić, aby pozwolono ci taką naukę podąć."

Tymczasem ceremonie kreatywne mogą pochodzić z naszych osobistych wizji, snów, albo bazować na tradycyjnych przekazach. Zarówno prowadzący, jak i uczestnicy mają dość swobodny wpływ na kształtowanie poszczególnych elementów ceremonii, stopień osobistego zaangażowania, czy "wzbogacenie obrzędu własnymi składnikami i efektami swojej pracy intuicyjnej". [2]

A ceremoniom kreatywnym bardzo blisko do tych projektów, które nazywa się autorskimi.

Czasami otrzymanie "licencji", to przyjacielskie klepnięcie w plecy i słowa: Pokazałem Ci, wierzę, że będziesz umiał tę wiedzę dobrze wykorzystać! Bywa, że mądremu nauczycielowi, doskonale czującemu temat, taki przekaz wystarczy, aby rozwinąć własną wyjątkową ścieżkę i pokazywać ją innym! Osoba korzystająca wybiórczo z "zewnętrznych" źródeł, a przede wszystkim gromadząca własne talenty i wizje może przecież zapoczątkować zupełnie nową linię przekazu i zadbać o wykształcenie spadkobierców (o ile jej na tym zależy!).

Można nie mieć przekazu, nie "firmować" swoich działań konkretną tradycją - nie obejdzie się jednak bez pogłębionej świadomości prowadzącego (nauczyciela), czemu te działania mają służyć. Powinien on również dobrze znać (i rzetelnie ujawniać) źródła swoich inspiracji, no i oczywiście, posiadać spore doświadczenie, zarówno w pracy z konkretnymi energiami, czy zjawiskami, jak i w pracy z ludźmi.

Nie będę chyba daleka od prawdy twierdząc, że terapeuci i trenerzy pracujący nad duchową i cielesną równowagą człowieka - to także inicjowani "opiekunowie" pewnej wiedzy i dobroczynnych technik. Pracując z trudnymi ludzkimi doświadczeniami, poturbowanymi i zablokowanymi emocjami - powinni zawsze pamiętać, że "rozłożonego" podopiecznego należy odpowiednio "poskładać" lub obdarzyć go narzędziami, które pozwolą mu tego dokonać samemu. To bardzo ważne, a nie zawsze przestrzegane, jak pokazuje rzeczywistość!

Rola nauczyciela, czy terapeuty, posiadającego każdy rodzaj przekazu, jak i jego współczesne odpowiedniki - wymaga ciągłej kontroli tego, co odbiorcy uczynią z otrzymaną wiedzą i jak wykorzystają nabyte umiejętności, kiedy już powrócą do swojego domu, kiedy nie będzie obok nich nikogo, kto mógłby poinstruować, nakierować, przestrzec... Niektóre praktyki (jak samodzielne ćwiczenie oddychania holotropowego lub zażywanie środków halucynogennych w celach wizyjnych) mogą być dla niewprawionych adeptów zwyczajnie niebezpieczne.

Przy okazji zastanawiam się, czy pełnowartościowy przekaz może mieć formę pisemnej publikacji? Mam tutaj na myśli dzielenie się przez autora treściami, pochodzącymi przede wszystkim z jego prywatnych objawień i doświadczeń. Obchodząc niezwykle ważny element przekazu, jakim jest osobista żywa relacja miedzy uczniem, a nauczycielem - zakładam, że jest to możliwe. W tym wypadku jednak piszący nie ma bezpośredniego wpływu na to, w jaki sposób czytelnicy wykorzystają zdobytą wiedzę i czy użyją jej właściwie. Świadom tego nauczyciel zadba przede wszystkim o to, aby podawane przez niego treści poprzedzane były wyraźnym komentarzem, czy mamy do czynienia z prezentacją materiału do przemyśleń, czy też publikacja jest rodzajem praktycznych instrukcji, na podstawie których czytelnicy ufizycznią prezentowaną koncepcję.

Jest jeszcze jeden punkt, który w kwestii przekazu i jego posiadaczy, wydaje mi się dosyć istotny, na własne potrzeby nazywam to "syndromem guru". Ktoś, kto otrzymuje przekaz ze wskazaniem, aby go pomnażać - nieustannie poszukuje swoich uczniów, jest otwarty na to, co niesie ze sobą ich świeża energia, a następnie odpowiednio przygotowuje podopiecznych do przejęcia informacji, patentu lub szerszej tradycji. Są takie nauki i doświadczenia, które niosą ludzkości wyjątkową wartość duchową i zdrowotną, jeśli w dodatku dbają o zrównoważoną relację człowieka z otaczającym go Stworzeniem, powinny mieć szansę swobodnego i trwałego przepływu. Człowiek posiadający rzadką wiedzę i cenne umiejętności - wśród zainteresowanych tymi "dobrami" wzbudzi szacunek, sympatię, na dalszym etapie stanie się dla nich naturalną odpowiedzią na potrzebę autorytetu. Czasami właśnie w tym momencie rodzi się "guru", taki dla którego bycie mentorem w danej dziedzinie stanowi główny sposób na własną tożsamość. Podtrzymywanie splendoru czasami niefortunnie łączy się z nieuświadomioną opozycją reprezentowanych przez "mistrza" wartości z tym, co dla niego codzienne i niepubliczne. "Guru" wyjątkowo chętnie otacza się uczniami, "masującymi" jego ego, jednak w rzeczywistości nigdy nie zaznają oni pełnej "inicjacji" (mogłoby to w jakiś sposób zagrozić jego pozycji jedynego nauczyciela i instruktora!).

Bywa też i odwrotnie. Drobne, skromne postacie, w zaciszu swojego skupienia pracują, nauczają, leczą, żyją - realizują w ten sposób powołanie, które wraz nimi rozwija się i czerpie  nieustannie z nowych wizji i doświadczeń.                

Na koniec najgorętszy temat naszych czasów - pieniądze. W tradycyjnych społecznościach, zarówno nauczyciele duchowych ścieżek, jak i uzdrowiciele oraz szamani - otrzymywali zapłatę, wskazaną przez nich samych lub uznaną w danej społeczności za właściwą. W zależności od rodzaju "usługi", mogło to być terminowanie w domu "mistrza", czasami kosz warzyw i mięsiwa, a czasem specjalny, szczególnie cenny podarunek.

Poczucie misji i zarobkowe dzielenie się określonymi wartościami, nie wykluczają się wzajemnie. Podstawowy problem tkwi tylko w zachowaniu umiaru! Myślę, że czym innym jest utrzymywanie się z tego, co jest naszą pasją i wewnętrznym powołaniem, a czym innym staje się handlowanie wartościami, wraz z zachowaniem wszystkich (!) kupieckich zasad. Faktem stało się dzisiaj komercjalizowanie pewnych działań i przekazów, czemu nierzadko towarzyszy ich spłycanie, a nawet rodzaj manipulacji. W zależności od rodzaju "klienta" (pacjent, uczestnik warsztatów?) gdzieś po drodze wkrada się jeszcze pierwiastek masowości albo elitarności. Osobiście staram się, mimo wszystko, pozytywnie podsumowywać zjawisko, pocieszając tym, iż działanie i specyfika "towaru" są najczęściej "ogólno-społecznie-dobroczynne" i niosą szansę uwrażliwienia szerszej publiczności na zapomniane treści i umiejętności.

Zbliżając się do końca moich refleksji, świadoma jestem, iż pozostawiam szereg otwartych pytań. Czym dla współczesnego człowieka jest przekaz i czy istnieje w rzeczywistości głęboka różnica, między posiadającymi przekaz, a tymi którzy posiadają "tylko" treść? Jakie jest znaczenie inicjacji, przyjętej jako nieodłączny element przekazywanej tradycji? Być może cywilizacja uprościła pewne procesy, nie odbierając sensu temu, co jest ich wynikiem... I wreszcie, jak stawać się odważnym odkrywcą, balansując nieustannie między "sacrum", a "profanum"?

 Jeśli nie ulegniemy tylko przelotnym fascynacjom, a zjawiska takie, jak New Age potraktujemy, jako wrota do pierwotnej esencji naszej ziemskiej tożsamości - wówczas mądre przekazy, nawet w globalnej, uwspółcześnionej formie - mają szansę zregenerować się i powędrować z nami w przyszłość, niosąc ze sobą wiele dobrodziejstw, zarówno dla ludzkości, jak i wszystkich istot, zamieszkujących Ziemię, no i dla niej samej... Ho!



Alina Michalik
earthchild@gazeta.pl



Przypisy

[1] Osobiście bardziej przywiązana jestem do nazwy "szałas pary", jednak w prawidłowym tłumaczeniu z j. angielskiego sweat lodge oznacza "szałas do pocenia".

[2] Wszystkie cytaty pochodzą z publikacji pt. "Praktyka obrzędowa w tradycji Plemienia Niedźwiedzi", wydanej staraniem Stowarzyszenia Żółwi na wewnętrzne potrzeby jego członków.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)