Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Przemiany wewnętrzne i odmiany losu. Część 1. Spowiedź świętokradzka


« Rodzinna karma Przemiany wewnętrzne i odmiany losu: Część 2. Ekonomika handlu i wartości w stanie wojennym »

Telewizji już nie daje się oglądać, a gazet czytać. Podobnie jak w czasie Euro 2012, media zostały zdominowane przez wydarzenia nie mające najmniejszego wpływu na życie zwyczajnego człowieka tu i teraz. Ktoś może powiedzieć, że wydarzenia sportowe to zupełnie coś innego niż wybór papieża. Może ten ostatni wydaje się ważniejszy, ale w konsekwencji i tak, nawet dla ludzi głęboko wierzących, znaczenie jego jest niewielkie. Brzmi to trochę jak herezja, ale zaraz wyjaśnię, co mam na myśli.

         Za wydarzenia mające zasadnicze znaczenie dla człowieka uznaję oprócz tych, które odmieniają jego życie w warstwie realnej (wojny, rewolucje, kryzysy, zmiany prawa w sferach bezpośrednio danej osoby dotyczącej) także te, które przewartościowują jego poglądy, sprawiają, że coś, co wydawało mu się złe i niesłuszne, zaczyna wydawać mu się dobre i słuszne. Przyznacie sami, że żaden papież, nawet nasz Jan Paweł II nie miał mocy, żeby to sprawić. Grzechy pozostały grzechami, a pokuta pokutą. Niektóre z postępowań człowieka balansują na krawędzi i dopiero za jakiś czas okaże się, czy są grzechem czy nie i to zupełnie niezależnie, co o tym sądzi Kościół – decyzję kolektywnie podejmą wierni swym zachowaniem, jak na przykład w sprawie zapobiegania ciąży. Kościół z papieżem na czele jak każde państwo porządkuje życie obywateli, na ile jest to możliwe i na ile mu oni pozwolą.

         Odnosząc to, co napisałam do własnych, prywatnych spraw widzę tylko jeden moment, gdy Kościół miał realny wpływ na moje życie, a właściwie nie na życie, a na poglądy. I wcale nie wiązało się to z jakimkolwiek hierarchą, tylko ze zwykłym, nienajmądrzejszym księdzem w konfesjonale za czasów mojej młodości.

         Na którejś z lekcji religii pewien ksiądz tłumaczył speszonym czternastolatkom jak zgubne może być ukrywanie na spowiedzi pewnych grzechów, dzięki czemu spowiedź może stać się świętokradzka. Na liczne zapytania przestraszonych uczennic, bojących się, że ich spowiedź stanie się świętokradzka, bo zapomną jakiegoś grzechu, ów ksiądz, nie wierzący najwyraźniej w siłę człowieczego sumienia, odparł, że właściwie jest tylko jedna rada: nigdy, pod żadnym pozorem, nie opuszczać na spowiedzi żadnego grzechu, a zwłaszcza takiego, co do którego nie jest się pewnym, czy jest grzechem. Najlepiej jego zdaniem, w przypadku takich wątpliwości nawet dodać sobie coś, niż opuścić. Na przykład chcesz, żeby ktoś, do kogo masz żal, umarł. Nie wiesz czy to jest grzech, więc lepiej wyspowiadać się z chęci spowodowania śmierci tej osoby...

Tylko czegoś takiego brakowało nieco rozchwianej Kasi tamtych czasów, w rezultacie czego ksiądz odmówił mi rozgrzeszenia za nie popełniony grzech (Pan Bóg i tak wie jak było naprawdę, a Twoja zasługa polega na tym, że weźmiesz na siebie większą pokutę), co w konsekwencji spowodowało moje rozstanie z religią na kilkadziesiąt lat a także dożywotni uraz do zapachu smołowanych bali.

         A było to tak. Zakochałam się w pewnym chłopcu o orientalnej urodzie i pięknych oczach z wysoko podniesionymi brwiami, wyglądających jak w wiecznym zdziwieniu. Byłam wtedy w drugiej klasie liceum, znacznie młodsza i naiwniejsza od koleżanek. Wychowana w izolacji od rówieśniczek zupełnie nie potrafiłam sobie dać rady ze swoim uczuciem, które oczywiście głęboko ukrywałam uciekając w świat marzeń. A w realnym świecie jedna z moich szkolnych koleżanek miała obchodzić swoje urodziny. Mieszkała w domu jednorodzinnym z dużym tarasem i tam miała odbywać się jej urodzinowa prywatka, na którą ten chłopiec był zaproszony. Chodził do równoległej klasy i do tej pory znałam go tylko z widzenia, nawet z nim nie rozmawiałam. Ta okazja miała być pierwsza do realnego poznania, więc moja fantazja pracowała pełną parą. Wyobrażałam sobie, że tańczę razem z nim na tym tarasie (oczywiście tango Apassionata), że za uszy założyłam sobie podwójne czereśnie, które to drzewo pełne czerwonych wielkich owoców rosło nad jej tarasem, że rozmawiamy tańcząc, a ja spoglądam przez jego ramię w dal. W moim marzeniu chłopiec ten obejmuje wargami jedną z podwójnych czereśni wiszących na moich uszach, zdejmuje je, ja biorę w swoje usta drugą czereśnię i, jak w romantycznym filmie, pojawia się napis koniec, a tu marzenie się urywa. Zanim jeszcze doszło do pocałunku.

         Muszę dodać, że w tym czasie pojawił się w kinach włoski film „Jutro będzie za późno” dozwolony od 16 lat (nie wpuszczono mnie nań z powodu wieku, ale obejrzałam go, później w sanatorium, ale znałam jego treść z czasopisma i od koleżanek, które nie wyglądały tak młodo, jak ja). Tematem filmu było zdarzenie kiedy dwoje nastolatków schroniło się w czasie deszczu w przypadkowej szopie, gdzie całowali się. Dziewczyna sądziła, że od pocałunku można mieć dzieci i wskutek tego popełniła samobójstwo.

         Taka głupia to ja nie byłam, ale w ogóle sprawa czy pocałunek, a w ślad za tym marzenie o pocałunku jest grzechem, zaczęłam mnie nagle poważnie nurtować, ponieważ zbliżał się termin pójścia do spowiedzi i musiałam podjąć decyzję, czy z marzenia tego należy się wyspowiadać.

         Kierując się wskazaniami księdza z lekcji religii postanowiłam, że lepiej dodać sobie grzechu niż ująć, żeby spowiedź nie była świętokradzka i opisałam księdzu w konfesjonale swoje marzenie. Nie po raz pierwszy i ostatni w życiu zostałam zapewne źle zrozumiana (czego świadomości jednak nie miałam), bo mój grzech uznany został za tak poważny, że ksiądz odmówił mi rozgrzeszenia.

         Naznaczył mi jednak drakońską pokutę, po dokonaniu której miałam powtórnie pójść do spowiedzi i wówczas ksiądz miał zdecydować czy udzielić mi rozgrzeszenia. Pokuta polegała na tym, że przez trzy kolejne niedziele i trzy msze święte pod rząd miałam cały czas klęczeć odmawiając określone modlitwy.

         Zaczęłam już tej niedzieli. Nasz kościółek na Bielanach był drewnianym baraczkiem ze smołowanych bali, których smród był czasem, zwłaszcza w upalne dni nie do wytrzymania. Może to, a może osłabienie wieku dojrzewania sprawiło, że nie wytrzymałam do końca nawet pierwszej mszy i zemdlałam. Ludzie wynieśli mnie na zewnątrz, ocucili, a koleżanki odprowadziły do domu. Niestety, w następne niedziele sytuacja powtórzyła się. „Podchodziłam” do pokutowania trzy razy i trzy razy mdlałam. Ktoś w końcu opowiedział mojej mamie, że mdleję w kościele i uznała, że na jakiś czas powinnam przestać tam chodzić. Raz czy dwa poszła z nami do klasztoru w parku bielańskim, ale tam nie próbowałam pokutować, bo musiałabym mamie opowiedzieć jaki to grzech popełniłam, żeby zasłużyć na taką niespotykaną pokutę. Moja mama nie była zbyt gorliwą w chodzeniu do kościoła (twierdziła, że nie ma się w co ubrać) więc odpuściła i mnie. I tak zostałam bez rozgrzeszenia.

         W 1996 roku po wypadku, z którego wyszłam żywa prawie cudem, w obliczu ciągle grożącej mi śmierci odczułam nieprzepartą potrzebę, żeby wyspowiadać się, a ponieważ szpital miał swojego księdza, przyszedł do mnie. Leżałam wówczas na OIOMie, całkowicie naga, z podłączonymi monitorami i automatami dozującymi wstrzykiwane leki, otumaniona i przerażona, skrępowana, brudna i śmierdząca, ponieważ nikt mnie nie obmył ani nie podmył, a moja prośba o narzucenie prześcieradła została zlekceważona. Spowiadanie się w tych warunkach było powrotem do koszmaru pokutowania w latach dziecinnych, gdzie także cielesność zwyciężyła nad duchowością. Nic więc dziwnego, że sytuacja się powtórzyła. Ksiądz odmówił mi udzielenia rozgrzeszenia z powodu pewnego grzechu, do którego rozgrzeszania upoważniony był tylko biskup, a biskupa przecież nikt by do szpitala nie wezwał. Na koniec ksiądz poprosił o datek i otrzymał zawartość mojej portmonetki, jakby to coś mogło zmienić. Nie przyszło mi zresztą do głowy, że za tę sumę, zapłaconą salowej zostałabym obmyta od stóp do głów i nawet wyperfumowana, a także wymyto by mój kubek z którego piłam przez tydzień mleko, herbatę i kompot i był tak brudny, że przyklejał się do rąk. Niestety, wówczas rodzin na OIOM nie wpuszczano.

         Tak więc zostałam bez rozgrzeszenia do dziś. Jednak ta spowiedź, zwłaszcza pierwsza była zaczynem poważnej przemiany wewnętrznej, a druga tylko ją potwierdziła i utrwaliła. Z brakiem rozgrzeszenia też można żyć, a z czasem dojść do wniosku, że i tak nikt nie jest w stanie człowieka rozgrzeszyć oprócz niego samego. Teoretycznie jednak samorozgrzeszenie powinno być łatwiejsze niż rozgrzeszenie przez księdza, czy zwłaszcza biskupa, ale tak nie jest. Co daje oczywiście dużo do myślenia i pole do rozważań, w których jednak osoba tego czy innego papieża, omylnego bądź nie, nie odgrywa żadnej istotnej roli. A cała szopka z wypowiedziami osób moknących na placu Świętego Marka jest po prostu śmieszna.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Rodzinna karma Przemiany wewnętrzne i odmiany losu: Część 2. Ekonomika handlu i wartości w stanie wojennym »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)