zdjęcie Autora

19 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Przemiany wewnętrzne i odmiany losu: Część 4. Wina i kara – zabójstwo staruszki

Kategoria: Twórczość

« Przemiany wewnętrzne i odmiany losu: Część 3. Wina i kara – proces norymberski. Dzieci Indygo »

W poprzednim odcinku napisałam, jak zabiłam swojego kolegę Krzysia i że miałam nadzieję nie zobaczyć już owego czegoś czerwonego przed oczami, co pcha człowieka do zbrodni. Jednak zobaczyłam i znów stałam się zbrodniarką, ale moja wina nie spotkała się z karą. Ukarany został ktoś inny, ale symbolicznie, nieadekwatnie do winy, a tak naprawdę LOSOWI nie chodziło ani o moją winę ani o karę, ale o całkiem inne czyjeś interesy. Tak więc udaremniona zbrodnia nie spotkała się z normalną karą choć karę poniosłam ja i moja rodzina w zupełnie innej postaci.

         Brzmi to w sposób mocno skomplikowany, ale kalkulacje ludzkie w wykorzystaniu nadarzających się okoliczności modyfikują sprawę win i kar, sprowadzając je na tory tak nieoczekiwane, jak perfidne potrafią być zamiary ludzi. Czy i jak zostali ukarani ci namierzeni – jest tajemnicą sił wyższych. I nie sądzę, żeby miały na oku wyłącznie sprawiedliwość.

         Początek tej historii sięga lat przedwojennych. Pewien człowiek wybudował sobie dom letni na osiedlu eksperymentalnych technologii budowlanych na Bielanach. Człowiek ten zatrudniał służącą, kobietę o nazwisku K...ka. Kiedy zbliżała się wojna człowiek ten, mający powody obawiać się jej, wyemigrował zostawiając dom pod opieką owej K...kiej. Wszystkie meble zostały zgromadzone na strychu, strych zabity na głucho, a ponieważ prowadziła doń tylko drabina i mały otwór uniemożliwiające wyciągnięcie solidnych wielkich sprzętów (wciągano je na dach i stamtąd na strych) rzeczy tego człowieka były względnie bezpieczne i nie zostały rozszabrowane. Nie zostały żadne papiery osobiste, nie wiadomo więc było o nim nic więcej niż nazwisko. Owa opiekunka domu, K...ka też przepadła w zawierusze dziejów.

         Po powrocie po Powstaniu do Warszawy moi rodzice uzyskali nakaz kwaterunkowy na ten dom, ponieważ ich mieszkania w Śródmieściu albo zostały całkowicie zniszczone (rodziców ojca) albo jako mieszczące się na Alei Szucha przy siedzibie Gestapo przejęte przez Niemców (mamy).

         Mieszkaliśmy tam w spokoju do roku 1957. W tym czasie pojawiła się pani K...ka ze swoim adwokatem i swoimi roszczeniami do domu. Szczegóły sprawy tonęły w tajemnicy urzędów, wiadomo było jedynie, że kobieta ta z opiekunki domu na mocy testamentu właściciela stała się właścicielką domu. Testamentu nikt nie widział (poza urzędnikami) na oczy, więc nikt nie miał możliwości go kwestionować, a właściciel domu ponoć już nie żył. Poza tym kobieta miała inne atuty. Legitymowała się dokumentami poświadczającymi, że była więźniarką z Ravensbruck, a w tych czasach byli więźniowie byli traktowani bardzo opiekuńczo i nikt specjalnie w dokumenty im nie zaglądał. Gdyby zaglądali, dowiedzieliby się, że przebywała tam zaledwie 3 dni no i nic pewnego, czy dokumenty te były prawdziwe. Oglądali je wyłącznie urzędnicy, a jak okazało się znacznie później, w czasie kilku procesów, byli materialnie zainteresowani w podobnych mieszkaniowych szwindlach.

         Tak więc pani K...ka, jako prowadząca proces spadkowy, ale jeszcze nie właścicielka, uzyskuje nakaz kwaterunkowy na zamieszkanie w domu z naszą rodziną, pomniejszoną o jedną osobę, ponieważ wymeldował się ojciec.

         Dom, jak wspomniałam miał być letniskowy, drewniany, z zewnątrz tylko obrzucony tynkiem. Składał się z kuchni i pokoju na parterze oraz łazienki i dwóch małych pokoików na piętrze. Cały jego metraż to nie więcej niż 40-50 m2. Trudny był podział tego na dwie rodziny, ale Urząd Kwaterunkowy dał sobie z tym radę. Przydzielił pani K...kiej kuchnię i kawałek pokoju na parterze, nakazując oddzielenie go płytą pilśniową, nam pozostawiając resztę.

         Pani K...ka wprowadziła się. Była to staruszka blisko osiemdziesięcioletnia, wredne babsko, jak mało kto. W świetnej kondycji fizycznej, ordynarna i wyszczekana i nie odstępowana dzień i noc przez swojego adwokata. Zaczęła wojnę podjazdową. A to wylewała kwas na nasze kwiatki na rabatce, zrywała zielone owoce i wynosiła je na środek ulicy tylko, żebyśmy nie zebrali ich kiedy dojrzeją. Poza tym sukcesywnie przesuwała ową ściankę skokami, aż niespodziewanie, gdy mama była w szpitalu, odgrodziła sobie cały parter. Nasze interwencje u urzędników nie dawały rezultatów także i dlatego, że mama nie umiała rozmawiać z władzą – denerwowała się, plątała w dygresjach, nie umiała jasno wyłożyć swoich problemów. Także, jak później się okazało, urzędnicy nie byli w tej sprawie niezaangażowani i bezstronni.

Ustawicznie walcząc z próbami eksmisji (bez próby zapewnienia lokalu zastępczego – co przewidywały ówczesne przepisy na wypadek przejęcia własności odebranej dekretem Bieruta – wówczas zwracano domy jednorodzinne właścicielom lub spadkobiercom) dotrwałam tak do czasu, gdy wyszłam za mąż i urodziły się moje dzieci.

Był rok 1966. Dzieci leżały w bliźniaczym wózku na powietrzu pod drzewkiem, a ja skończyłam pranie, rozwiesiłam pieluchy i pobiegłam na róg ulicy na chwilę do sklepu. Kiedy wróciłam, zastałam wózek z dziećmi wywrócony na ziemię, dzieci na gołej ziemi (był dopiero kwiecień!), pieluchy pozrywane i wdeptane w błoto, a tam, gdzie przedtem stał wózek rozbił ktoś namiot, rozpalono ognisko i krzątało się kilku facetów. Potem okazało się, że to byli czechosłowaccy turyści, którym pani K...ka wynajęła ogród pod namiot, a rzekomo dzieci i pieluchy psuły im widok. Pani K...ka jeszcze wtedy nie miała żadnego prawa do domu i ogrodu, ponieważ sprawa spadkowa nie była zakończona.

Wówczas zobaczyłam po raz drugi w życiu czerwoną płachtę przed oczami. Awanturowałam się z panią K...ką, kiedy ta pazurami rozorała mi twarz i zrzuciła okulary. Nagle przestałam widzieć i wiedzieć, co się ze mną dzieje. Zareagowałam jak zwierzę broniące swoich małych, wściekłe i trudne do opanowania.

Ocknęłam się kiedy mąż i inne przypadkowe osoby przechodzące ulicą odciągnęły mnie od pani K...kiej, którą podobno o mało nie udusiłam. Oczywiście wezwano milicjantów, a ci sporządzili notatkę. Dzieci były już umyte i leżały w łóżeczkach, a policjantom było głupio, bo nie sprawiałam wrażenia jakiejś megiery, cóż, kiedy mieli swoje obowiązki i przepraszając sporządzili notatkę służbową.

Tydzień później okazało się, że o chuligańską napaść na panią K...ką został oskarżony... mój mąż. Cóż, on był potężnym mężczyzną, a ja wątłą i bladą dziewczyną po trudnym porodzie, która jeszcze nie siadała normalnie na krześle. W sprawach o chuligaństwo orzekały tzw. Kolegia Orzekające. To był automat. Nikt nikogo nie wysłuchiwał, na posiedzeniach orzekał tzw. „czynnik społeczny”. W naszym przypadku to był jakiś okropny grubas, radny dzielnicowy z czerwonym nosem i tubalnym głosem oraz dwie milczące kobiety. W każdym razie męża skazano na jakąś karę w zawieszeniu i nikt nie chciał słuchać, że on uratował życie tej K...kiej, a ja na nią napadłam – nie mówiąc już o przyczynach.

Od orzeczenia Kolegium Orzekającego można było odwołać się do sądu, ale należało wnieść opłatę w wysokości jednej pensji, a na to nie mieliśmy pieniędzy. Odpuściliśmy więc sobie odwoływanie się do sądu.

Po miesiącu okazało się, jaką głupotę popełniliśmy. Urząd Kwaterunkowy już nie potrzebował w imieniu pani K...kiej dawać nam lokalu zastępczego. Chuliganów wysiedlało się po prostu poza Warszawę do jakichś baraków. Nikogo nie obchodziło, że jednemu „chuliganowi” towarzyszyła rodzina: żona, dzieci, teściowa i szwagierka i że nie on był głównym lokatorem.

Od tamtych wydarzeń rozpoczęliśmy wędrówkę po Polsce po różnych zakładach pracy, które dawały mieszkania służbowe, aż zebraliśmy wystarczającą ilość pieniędzy na mieszkanie spółdzielcze lokatorskie. Po kilku latach dowiedzieliśmy się, że cała grupa urzędników i adwokat pani K...kiej zostali skazani w procesie o korupcję w Urzędzie Dzielnicy. Naszego domu już dawno nie było, został zburzony, ogród podzielono na dwie działki, sprzedano je i wybudowano na nich dwa domy. O pani K...kiej już nie słyszałam. Nie sądzę, żeby zdążyła skorzystać na całej sprawie i niewątpliwie nie o jej korzyści toczyła się gra.

Reasumując: jak na próbę zabójstwa kara była niesłychanie łagodna, a w dodatku dotknęła mnie tylko pośrednio. Czy jednak istotnie taka powinna być sprawiedliwość? I czy inni uczestnicy wywinęli się z tego bezkarnie? Nie wiem.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Przemiany wewnętrzne i odmiany losu: Część 3. Wina i kara – proces norymberski. Dzieci Indygo »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)