zdjęcie Autora

26 stycznia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Przetwarzanie symboli (2)

Kategoria: Twórczość

« Przetwarzanie symboli (1) Przetwarzanie symboli (3) »

Dla mnie osobiście symbolem domu jest inny obrazek. Pewnie w dzieciństwie rysowałabym domek tak, jak życzyły sobie tego panie psycholożki, ponieważ wychowałam się w domu jednorodzinnym i istotnie, w otoczeniu było dużo drzew i ścieżka prowadziła do furtki. Tyle, że furtka zawsze była zamknięta na klucz.

         Dla mnie dom symbolizował wyłącznie bezpieczeństwo. W złych snach dach domu przeciekał, a w ślad za tym dachem woda płynęła po ścianach. Pękały jakieś rury i nie było sposobu by to wszystko naprawić. W dobrych snach stałam przy drzwiach balkonowych i widziałam ogród na dole, furtkę i nigdy nie używaną bramę. Zmieniłam kilka miast i mieszkań, ale zawsze „domem” był ten właśnie dom mojego dzieciństwa. I ten śni mi się do dziś, zwłaszcza w snach, które nazwałam „poprzedzającymi”.

         Dom mojego dzieciństwa był ruderą. Odłaziły zeń płaty tynku przykrywające rusztowanie z trzciny. Balkon kazano nam podeprzeć drewnianą belką ponieważ groził zawaleniem. Przed domem rosła ogromna czereśnia, a niektóre jej gałęzie wychodziły na balkon. O te czereśnie walczyliśmy z ptakami, kto prędzej je zje. W stadium dojrzałości były wielkie i czarne, ale zazwyczaj dojrzałych już nie było. Na tym drzewie ćwiczyłyśmy z siostrą wspinaczkę, a ona jako lżejsza i mniejsza i chyba odważniejsza, wchodziła aż na sam czubek, tak cienki i kołyszący się, że aż strach.

Cały fronton domu był podziurawiony pociskami. Dziury były duże i całkiem maleńkie, od odłamków czy rykoszetów. W dużych miały gniazda ptaki. Ogród był zdziczały i pełen niespodzianek. Dzikie „bulwy”, które teraz kupuje się za duże pieniądze jako słodkie ziemniaki. Rodzice mówili, że podobno są jadalne, ale bali się próbować. Szeroko rozrośnięta jabłoń z trzema konarami, na których rosły jabłka różnych gatunków. Gruszka nazywana „Małgorzatką” pod którą było pełno najwcześniejszych owoców. Kiedy ich brakowało – trzęsło się nią. Śliwki nazywane „sraluszkami” – żółte i kwaśne. Pieczarki w kącie ogrodu pod  opadającymi do ziemi gałęziami jakiegoś wysokiego krzewu. Trzy czeremchy wyrosłe z kijów wetkniętych przez mamę w ziemię do rozwieszenia prania. Kiedy zakwitały, rodzice mówili, że trzeba je wyciąć, bo śmierdzą, ale nigdy im się nie chciało. Musieliby wetknąć nowe kije.

Był to jeden z domków letniskowych wybudowanych tuż przed wojną na Bielanach, a po wojnie zasiedlony przez kwaterunek powracającymi z wygnania po Powstaniu Warszawiakami. Reszta była murowana, w dobrym stanie, tylko nasz i jeszcze jeden, na końcu ulicy, drewniak, były mocno zdewastowane.

         Moja mama przeżyła 3 wojny – w tym 2 światowe, straciła dwukrotnie swoje mieszkania, więc to trzecie nie było jakoś specjalnie traktowane przez rodziców jako dom. Stanowiło chwilowe schronienie przed kolejną wojną, która miała nas dopaść. Dla mnie jednak było tym archetypowym „domem”.

         Nie był domem przyjaznym, ciepłym ani miłym. Nie był też dostatni. Kiedy ojciec wyprowadził się i przestał nas utrzymywać, zimą brakowało węgla do ogrzania, ponieważ brakowało nań pieniędzy. W naszych sypialniach na piętrze był jeden piec na dwie małe klitki, ale mur między nimi wykruszył się i mama zatykała go zmiętymi gazetami. Już to samo świadczy o tym, jak gorący bywał piec w najlepszych momentach.

         Zimą woda zamarzała i trzeba było nosić ją wiadrami od sąsiadki z drugiego końca ulicy. Były i bliższe domy, ale tamci sąsiedzi nie pozwalali nam nabierać u siebie wody.

         Na noc zostawiałyśmy miskę z wodą, która w nocy czasem zamarzała. Dzień zaczynałyśmy od postawienia jej na maszynkę elektryczną i topienia lodu, żeby można było się umyć przed pójściem do szkoły.

         Spałyśmy w paltach, czapkach i rękawiczkach. Kąpałyśmy się u życzliwych rodziców koleżanek. Dostawałyśmy od nich używane sukienki.

         Kiedy mamie udało się zdobyć pieniądze (jakiś zasiłek albo pożyczkę na wieczne nieoddanie) brałyśmy z siostrą sanki, dwa wiaderka i jechałyśmy do składu węgla. Tym węglem paliłyśmy oszczędnie tak, żeby starczyło go na tydzień. W końcu wskutek zabiegów pojawiających się spadkobierców przedwojennego właściciela, pod pozorem remontu zostałyśmy wyeksmitowane „do nikąd”.       

Dlatego „dom” dla mnie znaczył zawsze i wyłącznie tylko poczucie bezpieczeństwa. Albo był albo go nie było. Wydawało mi się, że obojętne jest jak wygląda.

         Kiedy rozpoczęłam własne życie, wszystkie zabiegi skierowałam na to, żeby być samodzielną. Pracowałam i chciałam pracować i nie być uzależniona od męża, jak moja mama. Nie chciałam być bezradna i poniżana przez urzędników i ludzi dlatego, że byłam gorzej sytuowana. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że moje dzieci miałyby mieszkać w takim domu, jak ja. A że kosztem tego był brak stałej obecności matki i ojca — zawsze jest coś za coś. W rekompensacie za brak przydziału mieszkania kwaterunkowego skierowano nas do spółdzielni mieszkaniowej – które właśnie powstawały. A na mieszkanie, mimo, że mieliśmy otrzymać przydział poza kolejnością (co i tak trwało trzy lata) trzeba było wpłacić pieniądze. Więc trzeba było pracować ile się dało i gdzie się dało. Jeździć po Polsce z małymi dziećmi, bo tu czy tam zapewniano kwatery służbowe.

         Żadne z owych kwater ani mieszkań (łącznie z ostatnim, w którym mieszkam) nie traktuję jako archetypowego „domu”. Przez jakiś czas sądziłam, że zastąpi go nasz dom na działce. Budowaliśmy go z mężem własnymi rękami, a każdy szczegół był przemyślany. Mąż, inżynier budowlany testował na tej budowie technologię kanadyjską, jeszcze wówczas w Polsce nieznaną. Polegała ona na tym, że dom składał się z ram sporządzonych z bali. Po sporządzeniu takiej ramy zwoływało się sąsiadów i w kilka osób ustawiało ramę na fundamencie mocując ją do niego za pomocą śrub. Potem ramy wypełniało się ociepleniem, z zewnątrz i wewnątrz obijało deskami. Tym sposobem jeden człowiek angażując tylko kilka razy cztery osoby na kilkanaście minut sam mógł zbudować dom.

         Mój pokój w tym domu przypominał sterówkę na statku: miał okna na trzy strony świata. W nocy księżyc w pełni wędrował kolejno przez wszystkie okna aż do świtu. Jeszcze przed świtem budziły mnie ptaki. W ogrodzie było mnóstwo drzew. Z niektórymi odczuwałam dziwne więzi. Sadziłam też kwiaty, jakie rosły w moim domu rodzinnym, a zwłaszcza floksy. Kto pamięta jeszcze te kwiaty?

         Kiedy zmarł mąż i stało się jasne, że nie jestem w stanie sama opiekować się tym domem, nie mam samochodu, żeby tam dojechać ani dowieźć zaopatrzenia, musiałam przekazać dom synowi.

         Synowi drzewa, a zwłaszcza krzaki, przeszkadzały przy koszeniu trawnika. Wówczas ból, jaki doznałam, gdy ginęły moje rośliny, tak niespodziewany i silny, uświadomił mi, jaki jest mój archetyp domu. Jego cechy to:

         — pełne bezpieczeństwo. Okna na trzy strony świata, żeby wszystko widzieć i słyszeć. Ciepło. Ogrzewanie: piece, kominek, kuchnia plus piecyki elektryczne na wszelki wypadek. Drewutnia pełna narąbanego drzewa. Jedzenie: lodówka i zamrażarka zapełniona. Kuchenki: gazowa, elektryczna i kuchnia kaflowa. Lampy naftowe i świece na wypadek, gdyby zabrakło prądu.

         — umiejscowienie w przyjaznym świecie – szumiące i dające cień wysokie drzewa, śpiew ptaków, czasami pojawiające się małe zwierzęta: wiewiórki, jeże, zaskrońce, kuny, żaby, krety, nornice, zabłąkane koty. Niektóre przyjazne rośliny, pachnące albo wyglądające jak te z dzieciństwa. Zioła do przypraw: lubczyk, bazylia, mięta, chrzan, szczypiorek.

         — Przyjaźni ludzie wokół, z którymi można posiedzieć na ławce i posłuchać ich nudnych gadek. Żadnych niespodziewanych wydarzeń, żadnej konieczności decydowania o czymkolwiek. Spokój, cisza i pełna świadomość, co wokół się dzieje. Można zamknąć oczy i słuchać. Kiedy się chce, można się odizolować, a nie będzie słychać żadnego radia czy telewizora z głębi domu (tak było specjalnie zaprojektowane).

         Dopiero z takiego domu można wyruszać w świat i do niego potem wracać. Kiedy jest źle, można w takim domu się zaszyć i odgrodzić na jakiś czas, aż będzie się gotowym do wyjścia na zewnątrz.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Przetwarzanie symboli (1) Przetwarzanie symboli (3) »

komentarze

1. Dzikie ogrody....Japońskie Ogrody.. • autor: Nierozpoznany#33372013-01-27 15:56:51

Kasiu, szczerze Ci współczuję niezwykle dramatycznych okoliczności dzieciństwa...Jestem w stanie wyobrazić sobie, co przeżywałaś jako dziecko ...głód, zimno i brak poczucia bezpieczeństwa...znam te uczucia mimo, że wojna nie była już moim udziałem. Dla kogoś, kto nie doświadczył tych uczuć opis „wiejskiego”domku w dzikim ogrodzie może wydawać się sielankowy i romantyczny nawet. Jako dziecko lubiłam dzikie ogrody i do dzisiaj mam słabość niejaką :) do dzikiej natury pomijając fakt ich praktyczności. W o kresie letnim, dzięki znajomościom ojca, mieliśmy możliwość wyjazdów na wieś, często na owe czasy wieś „zabitą dechami” ;) i to był raj dla moich zmysłów :) a szczególnie wzroku i węchu....wyszukiwałam namiętnie dzikie i zapuszczone miejsca . ..napawałam się ich tajemniczością.,mnogością splątanych wzorów i zapachów...dla mnie to była czysta fantazja .swoiste sf. Przez następne dziesięć miesięcy miałam dokąd „uciekać” od realiów..i poczytuję to za błąd patrząc z dystansu dnia dzisiejszego...Teraz mam więcej czasu i wróciłam do malowania....akwarelowe ogrody japońskie....niby uporządkowane ale jednak dzikie..i koniecznie z kwitnącymi wiśniami. Poczułam nawet zapach czeremch kiedy czytałam Twój tekst...sam w sobie ich zapach  niezbyt miły ale w towarzystwie innych zieleni, kwiatów., wilgotnej ziemi...to balsam dla duszy i ciała....a mieszkam w bloku hmm..i nadrabiam stratę malowaniem..szkoda, że wcześniej nie wpadłam na pomysł...może te obrazy zmaterializowałyby się ? ALOHA ... Kasiu.
[foto]

2. Szkoda • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-27 21:51:35


Dzięki Kalino. Szkoda, że nie mogę obejrzeć Twoich obrazów. Pozdrawiam serdecznie.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)