zdjęcie Autora

27 stycznia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Przetwarzanie symboli (3)

Kategoria: Twórczość

« Przetwarzanie symboli (2) Przetwarzanie symboli (4) »

Kiedy się ma dom, opał, jedzenie, przyjazne twarze dookoła, można pomyśleć o drugiej ważnej sprawie: miłości. Jeśli nie ma niczego z wyżej wymienionych, miłość jest tylko kolejnym problemem, z którym trzeba się zmierzyć, bowiem ten, kto kocha, stawia się zawsze w gorszej pozycji niż ten, kto nie kocha. Chyba że otoczenie jest nieprzyjazne, a my z naszą miłością zawieramy sojusz, by walczyć z całym światem. Ale to już jest inna miłość, nie taka „prawdziwa” i naturalna.

         Niezależnie od siły łączącego ludzi uczucia, miłość jest zawsze liną, którą każda ze stron pociąga w swoją stronę, badając jak daleko może się posunąć. Miłość nie daje poczucia bezpieczeństwa, chyba, że jest ślepa i nieracjonalna. Miłość to poczucie odbiera, trzeba więc być silnym, żeby móc pozwolić sobie na miłość, następnie trzeba mieć wspólne cele, żeby mniej więcej rysować horyzont czasowy miłości i chcieć wspierać się wzajemnie. I do tego jeszcze być dla siebie atrakcyjnym fizycznie, psychicznie i intelektualnie.

Tak wiele wymagań, że statystycznie biorąc miłość „prawdziwa” nie zdarza się to często. Nie mówię o miłości do dzieci, bo to zupełnie coś innego i zupełnie inaczej się kształtuje.

Mając miłość, paradoksalnie chce się zachować poczucie własnego JA i nie roztapiać w drugiej osobie, ale od czasu do czasu się roztopić i zapomnieć o swoim JA. Żeby to mogło nastąpić, wszystkie inne potrzeby, a zwłaszcza poczucie bezpieczeństwa musi być zaspokojone. Żeby miłość była wszechogarniająca, trzeba jej na to pozwolić i zaakceptować, że jest to sprawa ryzykowna, a w głowie ma się pozajączkowane.

Są kobiety, które mówią: Niech się wali i pali, niech bije i zabije, ale ja go kocham! W dyskusji do 88 odcinka blogu Piotr Jaczewski wspomniał o imprezowaniu z Plutonem i taka miłość ma w sobie chyba coś wspólnego z  tego rodzaju spotkaniem — może przynieść odnowę, ale może też śmierć (nie mam na myśli skutków fizycznych, choć i takie też mogą się zdarzyć).

Nawet największa miłość nie przynosi szczęścia. Szczęście może przynieść współodczuwanie, przyjaźń i oddanie, zaś miłość tylko chwile wielkiego uniesienia, rozrywającego człowieka na strzępy, czasem tak wielkiego, że aż bolesnego. Kto chciałby takie doświadczenia powtarzać!

Pewnego dnia byłam świadkiem, jak niespodziewane szczęście zabiło człowieka.

Działo się to w czasach kartkowych, gdzie przeciętna kobieta aby zdobyć coś do jedzenia (zwłaszcza mięsożernej męskiej rodziny) musiała stać w długich kolejkach z nadzieją, że uda jej się zrealizować kartki i nabyć trochę ochłapów z których dawałoby się wykroić nieco mięsa zdatnego do jedzenia. Pewnego razu wyczaiłam sklep na trasie między moją pracą a domem, gdzie była dostawa popołudniowa w takiej wielkości, że można było mieć nadzieję iż coś się uda kupić, mimo ludzi stojących w kolejkach już od rana. Był to spory pawilon na którego piętrze urządzono trzy stoiska: mięsne, z artykułami zbożowymi i trzecie, chyba elektrotechniczne. Miał on jeszcze jedną zaletę — szeroką ławę nad grzejnikami wzdłuż przeszklonej ściany, na której mogły przysiąść osoby zmęczone, starsze lub chore albo takie jak ja – zasuwające w trosce o swój status na wysokich obcasach (czego skutki zbieram dziś).

Wyszłam z pracy o 16-ej i stanęłam w kolejce. Dostawa miała być o 17-ej, więc niedługo. Przede mną stał starszy pan o lasce w niemodnej czapce z nausznikami, które odchylał, kiedy chciał zrozumieć, co ktoś do niego mówi.

Nagle, niespodziewanie, piętnaście minut przed dostawą mięsa, na stoisku z przetworami zbożowymi pojawiła się kasza gryczana. Kolejka runęła do tego stoiska. Ten pan był pierwszy tym razem, a ja także za nim. W kolejce mięsnej byliśmy na dalekich miejscach, co paradoksalnie okazało się sukcesem. Bowiem po 15 minutach, gdy zaczną sprzedawać mięso, ktoś będzie musiał opuścić kolejkę gryczaną dla mięsnej. I wówczas jedną szansę straci. Ale ten pan i ja zdążymy powrócić do kolejki mięsnej, a kto wie, może w tym bałaganie, jaki się utworzył, znajdziemy się na bliższych pozycjach niż byliśmy. Podkreślam te okoliczności, żeby nie sądzono iż do uczucia szczęścia, z powodu kupienia dwóch kilo kaszy gryczanej, dołączył się jakiś konflikt preferencji czy konieczność dokonania natychmiastowego życiowego wyboru. Wszak czasami okazać się może, że nie warto wracać po resztkę wołowego z kością, jeśli te ostatki to już kość i tłuszcz, a ty masz tylko kartkę na mięso „prawdziwe” czyli szynkę.

Pan spytał sprzedawczyni, ile może wziąć kaszy gryczanej, a ta odpowiedziała, że 2 kilo. Pan kupił kaszę, zapłacił i odwrócił się w kierunku kolejki mięsnej i upadł na ziemię. W zamieszaniu, jakie nastąpiło, tylko mnie i jeszcze jednej osobie za mną udało się kupić kaszę. Potem już nikt niczego nie kupił. Pan zmarł w sklepie spożywczym, więc położono go na ławie pod oknem, a lekarz stwierdził zgon. Wydano zakaz sprzedawania czegokolwiek spożywczego, a ludzie stali smętnie w nadziei, że może coś się odmieni i towary paczkowane (jak kaszę gryczaną) zaczną jednak sprzedawać. Na kupno mięsa nikt już nie miał nadziei.

Gdy wychodziłam ze sklepu udało mi się jeszcze kupić baterie na stoisku elektrycznym, bowiem gamoniowatemu sprzedawcy zamydliłam oczy, że zakaz dotyczy wyłącznie artykułów spożywczych, (a właśnie wyniósł baterie na stoisko) i ulotniłam się zanim kierownictwo sklepu nakazało całkowite zamknięcie sklepu i wszystkich jego stoisk do dezynfekcji.

Stałam na zewnątrz sklepu i patrzyłam na nieboszczyka z twarzą obróconą w kierunku ulicy (położono go tak, bo nikomu nie wpadło do głowy żeby poświęcić coś, co mogło przykryć mu twarz) i głowę daję, że na twarzy miał wyraz szczęścia. Czy może być lepsza śmierć?

Poniżej opiszę jak wygląda mój archetyp prawdziwej miłości.

— Mamy wspólny cel i wspieramy się nawzajem, a nie tylko ja jego, a on pozwala mi łaskawie na wspieranie go.

— Możemy ze sobą rozmawiać o wszystkim. Nie ma tak, jak u pani Zosi, że on mówi: „nie będę z tobą o tym rozmawiał” albo „rób co chcesz”.

— Możemy także rozmawiać o rzeczach oderwanych od bieżączek oraz programów TV, dzienników TVN, wystąpień polityków i innych rzeczach przemielonych i przeżutych i wyplutych przez innych ludzi. Takie rozmowy rezerwuję do pogaduszek z sąsiadami na działce, przy piwku, żeby szły przez aparat trawienia bardziej gładko.

— Nie usłyszę od niego „Co tam twoja praca?! To nic w porównaniu z moją, ponieważ moja odpowiedzialność jest o niebo większa, niż twój biurowy babiniec. Zmiłuj się, znaj proporcje!”

         — Mogę mu zaufać i czuć się bezpiecznie pamiętając, że diabeł leży w szczegółach i wspólne konto, to jeszcze nie równość: jedno może go zasilać, a drugie opróżniać.

         — Sprawy seksu mają drugorzędne znaczenie. Osoba podporządkowana, niczym niewolnik, może tylko rozwijać kamuflaże. Wskazana jest oczywiście pełnia przeżyć z obu stron, ale do tego potrzeba autentycznej bliskości i pełnego zaufania. Nie, żeby o niektórych sprawach męża informował żonę Urząd Skarbowy.

Na szczęście kobieta z wyobraźnią może sobie poradzić. W tym celu istnieją aktorzy filmowi, zjawiskowo męscy i piękni, przypadkiem spotkani mężczyźni z którymi „zaiskrzyło” ale obie strony miały świadomość, że nie są im potrzebne komplikacje. Można też przeczytać że: „I stało się tak, że Aragorn zobaczył Eowinę...” — z samego szyku słów widać, jak ważne to było spotkanie. Stoisz więc w swojej wyobraźni na szczycie suchego, upalnego wzgórza, jako rzeczona Eowina, z długim rozpuszczonym blond włosem, a przepływający nad twoją głową pierzasty chmur (nie wiedzieć czemu jest rodzaju męskiego!) wysusza twoje wargi i skórę sprawiając, że każda kropla, która je zwilży, będzie zapomnieniem wszystkiego co było dotąd, łącznie z tobą. Jesteś piękną wojowniczką i to zostanie zapisane w kronikach. Wtedy możesz wrócić do garów.

         Wzięcie sobie realnego kochanka nie załatwia sprawy, ponieważ może okazać się, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, a ty nieszczęsny Strzelcze wybrałaś znowu Lwa. Jeszcze bardziej lwiego Lwa, ze słońcem w Lwie i na ascendencie – taki twój los.

Nie oszukujmy się jednak – tę klatkę, na której Saturnowość i dwunastodomowość narzekamy, zbudowałyśmy sobie same; mało, jej pręty przyozdobiłyśmy kwiatuszkami, wycinankami, ozdóbkami i innymi durnostojkami ze śmietnika Wenus. Pokochałyśmy swoją niewolę, bowiem bardziej jest bezpieczna niż upalne wysuszone wzgórze. Seksowna koszulka, koronkowe majtki, aromatyzowana świeca na podłodze, tak niewiele trzeba. A nas, z mojego pokolenia nauczono, że najważniejsze, aby nikt do ciebie nie strzelał.

Jeżeli tylko ptaki uwiją swoje gniazda w dziurach po pociskach, to możesz odetchnąć z ulgą — na jakiś czas. I próbować żyć według powszechnie akceptowanych reguł.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Przetwarzanie symboli (2) Przetwarzanie symboli (4) »

komentarze

[foto]

1. Gratuluję Kasiu wyjścia na 2 miejsce! • autor: Wojciech Jóźwiak2013-01-27 18:30:06

Kasiu, zanim się wypowiem o tym, o czym piszesz...
Gratuluję Ci wyjścia na 2 miejsce w rankingu CZYTALNOŚCI! (Zaraz po "Autopromo Taraki nr 2.) Oto dowód:


2. Babcia ezoterycznaKatarzyna Urbanowicz[teraz] 4682[poprzednio] 3443

Więcej danych tu: Najczęściej czytane artykuły.
[foto]

2. Dziękuję Wojtku! • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-27 19:03:11

Ale ten sukces to tylko dzięki temu, że Piotr się rozdwoił. Mimo to jest miłe. Przy książkach i opowiadaniach autor nie ma takiego kontaktu z czytelnikiem jak przy blogu, a to niezastąpione doświadczenie i z niego najbardziej się cieszę. Pozdrawiam

3. od czytelniczki • autor: Nierozpoznany#35272013-01-27 22:42:39

Kasiu, oby tak dalej.Cały  blog rewelacja, ale przy tym odcinku  dośmiałam się najwięcej m.in  czytając fragment jak „zakręciłaś”  sprzedawcę i dałaś nogę z zakupionym towarem, parę innych wątków także spowodowały „rogala” (uśmiech na twarzy). Co tu dużo gadać towar pierwsza klasa (twój blog) i dlatego się sprzedaje jak świeże bułeczki.

[foto]

4. Nawiasem mówiąc, warto... • autor: Przemysław Kapałka2013-01-28 20:14:01

Nawiasem mówiąc, warto tą historię przytaczać tym, którzy wzdychają, jakie to piękne czasy były za Gierka (a jest takich sporo).


[foto]

5. To nie było za Gierka • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-28 21:53:39


Tylko już za systemu kartkowego i Jaruzelskiego 

6. za Gierka Eldorado na kredyt.. • autor: Nierozpoznany#33372013-01-28 23:42:53

źródło: Rzeczpospolita...13 sierpnia 1976 roku rząd wprowadził kartki na cukier......pamiętam ten moment dokładnie, bo siostra zostawiła mi malucha kilkumiesięcznego...konieczność.taka zaszła znienacka .....a kiedy przyszło do karmienia to okazało się że nie ma w domu cukru i nigdzie go nie było...tragedia..a mała bez cukru nic przełknąć nie chciała...wyprosiłam w końcu u ekspedientki w jednym ze sklepów i wyciągnęła spod lady..niby dla siebie miała odłożone..byłam jej wdzięczna niezmiernie...

7. inne poczucie humoru.... • autor: Nierozpoznany#33372013-01-29 00:00:33

i dlatego opisywane przez Ciebie historie wcale nie wydają mi się śmieszne..a może po prostu nie mam poczucia humoru? ..Owszem z dystansu jak sie patrzy to śmieszne sie wydaje teraz. ..nawet i uśmiechnęłam się czytając jak szybko zareagowałaś i udało Ci się tę kaszę jednak kupić...tak,na kaszę to kartki były już za Jaruzelskiego a za Gierka to , owszem ocet i kasza była :) potem stopniowo zaczynało brakować wszystkiego aż...do kartek na wszystko doszło..Kartki jako symbol biedy, braku?..ale chyba to symbol akcydentalny....może być śmieszny dla tych , których udział w owych wydarzeniach nie dotyczył.

8. refleksja nad tekstem... • autor: Nierozpoznany#33372013-01-29 00:22:49

jak podobne wydarzenia przeżywałyśmy......ale w bardzo odmienny sposób...ale możliwe, że tylko tak mi się wydaje..Czytając Twój blog....przeżywam wszystko od nowa...chwile dobre i te bardziej bolesne...i czasami , w swej naiwności, wydaje mi się nawet, że czuję podobnie :) ..może to ten księżycowy Rak?  :)
[foto]

9. Tak Kalino • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-29 05:54:54

To wszystko nie było śmieszne. Wówczas, ale dziś tym bardziej. Wyobraź sobie ten ładunek złych emocji, który spłynął na głowę nieszczęsnego nieboszczyka ze strony ludzi w kolejce... To nie miał już kiedy zabrać się za umieranie! Przez niego tyle mięsa się zmarnuje! A to było już wtedy, gdy można było mieć kartki i mięsa nie kupić. Tyle pazerności, oszustw w kolejkach jak wówczas mimo, że pozornie rządziły nimi jakieś reguły, więcej nie spotkałam. Z ludzi wychodziły wówczas najgorsze cechy. Rzadko trafiały się takie miłe zdarzenia i tacy życzliwi ludzie jak Tobie ta sprzedawczyni. Na szczęście czasem trafiali się.
Teraz policzyłam i to musiało być gdzieś w 80 roku
[foto]

10. Nie śmieszne • autor: Przemysław Kapałka2013-01-29 11:37:21

Mnie tamte historyjki z PRLu wcale nie śmieszą. I nie mam najmniejszej ochoty na ich powrót. Już wolę siedzieć ponad normę w pracy niż stać w kolejkach.


11. Miś • autor: Nierozpoznany#35272013-01-29 18:42:17

Gdybym to ja umarła w kolejce w mięsnym w czasach PRL-u to żałowałabym jedynie, że nie przytrafiło mi się to po obiedzie, gdy się najem tego wymarzonego mięsa…. Szczęściara ze mnie, bo  czasy PRL-u kojarzę z filmem „Miś” i fantastycznym Stanisławem Tymem odtwórcą  roli głównej. 

12. PRL się skończył... • autor: Nierozpoznany#32012013-01-30 12:16:32


PRL się skończył , ale niestety mentalność została,chociaż słabo znam PRL z własnych doświadczeń ze względu na wiek, to widzę mnóstwo absurdów, które jako żywo można kojarzyć z tamtym systemem. Umarła nieboszczka PZPR , powstała jej naśladowniczka , którą czasem określam POPZPR.Chociaż z partią robotniczą ona nie ma wiele wspólnego, to jednak posługuje się podobnymi metodami. Stanisław Bareja miałby chyba jeszcze węcej materiału do swoich prześwietnych komedii dzisiaj , niż za minionych czasów.
[foto]

13. Polecam rozprawkę o pomarańczach • autor: Wojciech Jóźwiak2013-01-30 15:05:45

Pomarańcze i cytryny albo z dziejów socjalizmu w Polsce
Autor tego bloga, jak się w niego wczytać, to geniusz.
[foto]

14. Pomarańcze brazylijskie • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-01-30 15:22:58


To, o czym pisze autor bloga podanego w odnośniku (rzeczywiście wykonał ogromną pracę!) jako "pomarańczach kubańskich" występowało też czasem (możliwe, że dla zmyłki) jako "pomarańcze brazylijskie". Kiedy dziś oglądam reklamę soku z pomarańczy brazylijskich, notuję sobie w myśli, żeby takich kartonów z sokiem nie kupować. Oprócz teho, że były prawie niejadalne (można było ewentualnie wycisnąć sok i posłodzić) odznaczały się okropnym kolorem zielono-żółtawym i skórą trudną do przekrojenia nożem.

Ale tak było nie tylko z pomarańczami. W 1965 roku mieszkałam w Olsztynie i jeździłam służbowo do Warszawy. Tu kupiłam węgierską paprykę, zielone, podłużne strąki. Siatki wtedy na zakupy nosiło się z dziurami (jak rybacką sieć) i tę paprykę było widać. Zanim doszłam z dworca na rynek, gdzie mieszkałam, niezliczone ilości przechodniów zaczepiało mnie i pytało, co to jest. To była pierwsza papryka "żywa", którą jadłam. Poprzednio była (podobnie jak bakłażan) tylko składnikiem węgierskich mrożonek - jeden rodzaj, który można było kupić.

W  styczniu 1966 roku w szpitalu położniczym w Olsztynie leżała ze mną na sali kierowniczka olsztyńskich delikatesów i dzięki niej mąż przynosił dla nas obu smakołyki. Wówczas to pierwszy raz w życiu jadłam w zimie szczypiorek. 

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)