Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 sierpnia 2012

Ewa Korczak-Bobula

Przez Perú do siebie
Wędrówki z Doñą Marią Apaza Machaca

Kategoria: Szamanizm
Tematy/tagi: Indianie Ameryki ŁacińskiejPerúpodróżeszamanizm

Upłynęło kilka lat odkąd zaczęłam poznawać techniki pracy z energią, zgodne z wiedzą i tradycją Inków. Wprawdzie jest ich wiele, ale za to są proste, skuteczne i bardzo praktyczne. Wplotłam je w swoje codzienne życie do tego stopnia, że stały się tak naturalne i powszednie, jak mycie zębów.

Każdego ranka przed śniadaniem zapalamy z mężem świecę i kadzidło w intencji oczyszczenia i wydmuchujemy wszystko, co nam nie sprzyja, a w powstałą pustkę wdmuchujemy sprzyjające. Przed trudną rozmową lub podjęciem ważnej decyzji robię energetyczny prysznic świetlistą energią Sami i zasilam się „mlekiem” Matki Ziemi (Pacha Mamy). A jeżeli ktoś jest chory, posyłamy z przyjaciółmi tej osobie o umówionej porze energię zdrowienia – działa! Z moim zawiniątkiem mocy (mesą), wypełnionym kamieniami podłączonymi do energii różnych aspektów natury (gór, ziemi, słońca), nigdy się nie rozstaję. Przyrosły do mnie i w każdej chwili mogę z nimi pracować. Jedyny minus jest taki, że torbę mam zawsze ciężką i celnicy się czepiają.

W kwietniu tego roku moi Rodzice obchodzili sześćdziesiątą rocznicę ślubu i postanowiłyśmy z siostrą, że uhonorujemy ich Ceremonią Despacho (hiszp. 'odprawa'), w intencji wdzięczności za życie i połączenia czystą bezwarunkową miłością. Zaprosiłyśmy rodzinę i przyjaciół, w kręgu usiadło czterdzieści pięć osób. Jako że niewielu z nas znało ten rytuał, to każdy dostał informację na temat porządku Ceremonii. Wszyscy, jak jeden mąż, otworzyliśmy się do cna, płynęły łzy wzruszenia, miłość, życzliwość i samo dobre. Nie zapomnę Mamusi i Tatusia, głęboko poruszonych i prawdziwie szczęśliwych. Ostatecznie okazało się, że - wbrew obawom siostry - fakt, że zaczerpnęłyśmy z nieznanej Rodzicom tradycji Inków, nie stanowił dla nich przeszkody.

Dwa lata temu gościliśmy paqos:[1] Don Mariano i Don Claudio, należących do peruwiańskiej społeczności Q'ero,[2] która w pełni zachowała wiedzę i tradycje Inków. Uzdrawiali, uczyli, prowadzili ceremonie dziękczynienia i zachwycali nas prostotą, spokojem i niezwykłą radością. Lubiłam patrzeć, jak jedzą w skupieniu i w ciszy, głaszczą zapamiętale psy i śmieją się do rozpuku. Pamiętam, jak któregoś dnia zasiedliśmy w większym gronie przy stole i dosłownie przez chwilę rozmawialiśmy tylko z tłumaczem. Moja przyjaciółka Joanna zapytała tłumacza, czy aby nasi goście nie czują się wykluczeni z rozmowy. Tłumacz zapytał ich o to, czy nie jest im przykro? Obaj byli zdziwieni tym pytaniem, a odpowiedź Don Mariano była dla nas szczególną lekcją. Przede wszystkim, powiedział, jakkolwiek nie rozumiem tego o czym rozmawiacie, to widzę energię tej rozmowy i jestem spokojny, bowiem jest przyjazna, ale nade wszystko trzeba wam wiedzieć, że odkąd żyję, nigdy nie czułem się źle w swoim towarzystwie.

Wreszcie nadszedł czas ruszyć do Perú i doświadczyć wszystkiego, co jest mi tak bliskie, u źródła.

Dołączyłam do szwedzkiej grupy, z którą przez kilkanaście dni wędrowałam do siedmiu miejsc mocy w Andach. Dostawaliśmy inicjacje podłączenia do energii siedmiu inkaskich dziewic Ñustas,[3] które reprezentują różne aspekty energii żeńskiej.

Nad jeziorem Titicaca, zostaliśmy ceremonialnie podłączeni do energii Mamy Ochlio (bogini uziemienia, harmonii ziemskiej, która rozdaje świetliste ziarno życia) i Doñi Muchiji (rozwiązuje wszystkie negatywne aspekty ego). Podłączyli nas; Don Alejandro, Don Nasario i Doña Assunta - Pampamesayok -strażnicy ziemi ze społeczności Q’ero.


Kanion Colca

Potem ruszyliśmy do kanionu Colca na spotkanie z kondorami, które w tej tradycji są zwierzęcym archetypem wschodu, lecą u boku Wielkiego Ducha, a praca z nimi poszerza spektrum widzenia tego, co jest nam dane. Carlos, który od 30 lat pracuje z kondorami, był naszym przewodnikiem. Rozłożył nas na skale, kazał z otwartego serca prosić, żeby przyleciały i... przyleciały, przede wszystkim matki z dziećmi, na lekcję latania. Poraziła mnie siła tych pięknych ptaków, serce mi tak waliło, że myślałam, iż lada moment zejdę na zawał. Później każdy z nas był trzymany za obie ręce i tułów przez trzech Q’ero i zaczęła się symulacja lotu kondora. Do tamtego momentu latałam tylko w snach a tam, na szczycie skały miałam nieodparte wrażenie, że naprawdę lecę. Piękne doświadczenie, które zostaje w ciele i później bardzo ułatwia pracę z tym wspaniałym ptakiem. Można go wręcz fizycznie poczuć. W kanionie kondorów zostaliśmy podłączeni do energii Doñi Thomasy Teresy(bogini miłości) oraz Mama Simony (łączy nas z naszymi korzeniami i uzdrawia od wszelkich chorób).


Symulacja latania, o której mowa w tekście

Trzeciego dnia w Sacred Valley spotkałam kobietę, dla której tak naprawdę pojechałam do Perú.

Wiedziałam, że jest Altomesayok (najwyższą kapłanką społeczności Q’ero). Krążą o niej słuchy, że ma niezwykłą moc i jeśli zechce, to może zamienić się we wszystko, choćby w kruka. Różnie o niej mówią, na przykład, że nie można jej spojrzeć prosto w oczy (to akurat okazało się być nieprawdą), dziwne historie żywcem przypominające te o Don Juanie z powieści Castanedy. Czekałam więc na spotkanie z Doñą Marią z ciekawością, podnieceniem i... strachem.


Doña Maria

Spotkałyśmy się w autobusie w drodze do trzech zielonych jezior Quinsa Qocha, które uchodzą za święte jeziora starożytnej mądrości i wiedzy Inków. Siedziała na końcu, malutka wciśnięta siedmioma spódnicami w kolorze fuksji w twarde siedzenie. Wstała, a ja na powitanie jej musiałam przyklęknąć, bo jak mówią Q’ero, tracę energię z powodu wysokiego wzrostu. Objęła mnie jak byśmy się znały od zawsze, mocno i ciepło, allin punchay kachun (keczua 'dzień dobry'), skrzeczała chropawym głosem do ucha. Poczułam matkę.

Od tej pory była naszą przewodniczką, dawała nam kolejne inicjacje i kamienie reprezentujące kolejne miejsca mocy, jak męska góra Ausangate (wzmacnia męską energię), czy żeńskie: Maria Sakapana (od komunikacji), Juana Uamanatiqlla (zapewnia dostęp do wewnętrznych wizji), Soray Pampa (ołtarz), Umantay (góra wiedzy)... Na koniec każdy z nas miał mesę 7 Ñustas do pracy z różnymi aspektami energii żeńskiej.


Góry Maria Sakapana i Juana Uamanatiqlla

Pomimo 85 lat biegała po górach jak kozica, a my za nią z trudem nadążaliśmy, ociekający potem, z prawdziwie starczą zadyszką.

Uważna, silna, jak trzeba surowa, ale zawsze miłująca, spokojna i pogodna. Często rechotała jak chłop. Pokochałam ją. Każdego dnia pokazywała mi swój stary, piękny świat i uczyła go jak prawdziwa matka.

Po zakończeniu pracy grupowej, postanowiłam zostać z nią dłużej sama, zgodziła się, nadała mi imię Munay Ti’qua (kwiat miłości) i ceremonialnie przyjęła na córkę do swojej rodziny. Nauczyła mnie tradycyjnego uzdrawiania i zainicjowała do pracy z ludźmi. Wędrowałyśmy po górach do ważnych dla niej miejsc mocy; tj. Pacha Tusank (podpora matki), Anka Wasi (dom orła), Quilla Rumi (kamień księżycowy), itd. Uczyła mnie znajdować kamienie nadające się do pracy. Pamiętaj, mówiła, że tylko ten kamień, który jest ciężki, niekoniecznie duży, opowie ci starą i ciekawą historię, a pękniętych nigdy nie wybieraj i niech cię nie skusi ich uroda, wybieraj sercem, nie oczami.


Rytualne obmywanie pod wodospadem przed wejściem na ceremonię do Domu Orła

Któregoś dnia w połowie wyprawy zgubiłam wszystkie karty pamięci do aparatu fotograficznego, byłam na siebie wściekła, dostałam spazmów histerii. Przyszły do mnie wszystkie zgubione dowody osobiste, portfele, klucze..., uruchomił się lawinowy proces wspomnień coraz bardziej odległych w czasie historii gubienia przeze mnie rzeczy, aż przyszedł obraz z wczesnego dzieciństwa, kiedy zgubiłam portfel i klucze od domu, które zabrałam do zabawy, razem z torebką babci, bez jej pozwolenia. Wrócił tamten strach przed karą, z taką siłą, że tamtej nocy nie zasnęłam. Nazajutrz o świcie, nieprzytomna, z zapuchniętymi od płaczu oczami poszłam na spotkanie z „Maryśką”. (Tak zwracałam się do Doñi Marii, uwielbiała jak ją tak nazywałam, powtarzała koślawo „Maryszka” i chichotała.) Natychmiast zobaczyła, że ledwie zipię i zapytała o powód. Opowiedziałam, a ona się zwyczajnie wściekła: to ja Cię uczę, warczała, daję ci do ręki narzędzia, a ty ich nie używasz. Widzisz tą górę? - wskazała odległy o dobrych parę kilometrów Balkon del Diabolo, pójdziesz tam i zostaniesz tak długo, aż się uspokoisz i... włożysz swoją historię pod stopy, staniesz na niej i będziesz od niej większa. Nie wolno ci dopuścić swojej historii nawet do kostek, huknęła, to jest twoja praca, inaczej nie nauczysz się żyć tu i teraz, pod stopy, rozumiesz? Jeszcze jedno, syknęła, oddaj mi swoją czołówkę. Przyjdę po ciebie, dodała nieco łagodniej, jak będziesz gotowa. (Słońce było już nisko, zostały mi więc jakieś dwie godziny do zmierzchu, wiedziałam, że nie zdołam stamtąd wrócić sama, po nocy.) Szłam w deszczu i przypominałam sobie, jak mówiła wcześniej, że deszcz i śnieg otwierają rany, czyszczą je i uzdrawiają. Byłam prawie pewna, że wywołała ten deszcz specjalnie na tę okazję, przysięgam, że chwilę wcześniej niebo było czyste jak łza, nawet jednej chmurki. Rzeczywiście z każdą kroplą obojętniałam, w końcu dotarłam na miejsce, przemoczona do suchej nitki (to był ten jedyny raz, kiedy zapomniałam wziąć ze sobą kurtkę przeciwdeszczową). O dziwo, nie było mi zimno, siedziałam na tym Diabelskim Balkonie, stosując wszystkie techniki, które mogły mnie uspokoić. Zapadł zmierzch, w końcu poczułam błogi spokój i dosłownie w jednej sekundzie Maryśka wyskoczyła zza krzaka jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Oddała mi latarkę bez słowa i w milczeniu przez 4 cztery godziny wlokłyśmy się do domu w strugach deszczu. Następnego dnia była wesoła jak szczygiełek i nigdy więcej nie wróciła do tamtej historii, bo po prawdzie nie było potrzeby, sprawa została raz na zawsze załatwiona.

Taka jest Doña Maria, przez lud Q’ero uznana za najmocniejszą kapłankę. Nie umiem wyrazić szczęścia, z tego powodu, że we wrześniu przyjedzie do Polski, dzielić się z nami swoją wiedzą i doświadczeniem.


Ewa Korczak-Bobula



Doña Maria z synem Don Manuelem - ceremonia Despacho


Inicjacja pod górą Maria Sakapana - miejscem mocy Ñusta odpowiedzialnej za komunikację


Inicjacja pod górą Juana Uamantiqlla - miejscem mocy Ñusta odpowiedzialnej za dostęp do wewnętrznych wizji


Inicjacja jak wyżej

Przypisy

[1] Paqo: ceremonialny uzdrowiciel; u mieszkańców środkowych Andów mówiących językiem Keczua. Wg hasła The laika.

[2] Q'ero: grupa etniczna mówiąca językiem Keczua w regionie Cuzco, środkowe Perú. Zobacz też: Who are the Q’ero?

[3] Ñusta: 'księżniczka' w Państwie Inków.


komentarze

[foto]

1. Tradycja • autor: Mettanokit2012-08-16 18:46:51

Dziękuję za piękny tekst
Bardzo mnie wzruszył Twój tekst, to nie są tylko słowa, to energia. Jest to tak niezwykłe co piszesz że aż brak mi słów.

Pomimo że podążam tradycyjną Ścieżką mocy od wielu lat, to z wielką radością wybrałbym się kiedyś w taką duchową podróż

Mam jeszcze jedno pytanie czy inicjacje podłączenia do energii siedmiu inkaskich dziewic Ñustas, które reprezentują różne aspekty energii żeńskiej - to inicjacje Munay-Ki??

Pozdrawiam serdecznie

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)