Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

11 stycznia 2009

Katarzyna Klonowska

Przydałaby Ci się śmierć...
Tanatoterapia czyli nauka umierania

Kategoria: Techniki rozwoju

Taką uwagę usłyszała moja przyjaciółka Marzenka od Seweryna, 'Ambasadora Śmierci na Ziemi', który organizuje kursy Tanatoretapii w Trójmieście:
"Masz fajną karmę, ale śmierć by Cię przyspieszyła"!
Wcale nie życzył jej źle. Uważa, że życie nie ma końca ani początku, a śmierć jest przejściem do innego stanu. Zajmuje się usuwaniem lęku przed odejściem (naszym i/lub naszych bliskich). Uczy oswajać śmierć.

Marzenka sobie jakichś szczególnych paranoi nie uświadamia, ale śmierć i tak miałaby jej nie zaszkodzić :-). Niestety wyjechała do Afryki, więc sama zapisałam się na kurs.

Mój mądry mąż uważa, że ani tzw. rozwój duchowy, ani jakiekolwiek drogi nie mają racji bytu ani sensu, bo gdzie by nie zakładać, że się dojdzie, może nam cegła w drewnianym kościele na łeb... - to lepiej się od razu położyć i wypić browara :-)

To może zaprosić tę śmierć do swojego życia i zobaczyć? Niech siedzi na lewym ramieniu jak u Castanedy i przypomina o uważności, albo w sercu jak Chrystus, w zenowskim nie-umyśle...
I może poprzeżywać małe śmierci zasypiając co noc, żegnać się z domownikami jakbym umierała i witać, jakbym zmartwychwstała rankiem? A jak się boję, że mi dziecko pod tramwaj, to założyć, że wpadło i cieszyć się na widok całego jakby było cudem? Że co? Że nie jest cudem? Że za trudne? Nieetyczne? Przerażające? A przecież dobre, jeśli nas wznosi...

Co się boi i czego się boi? Jak zginie ktoś bliski, to 'ja' cierpi z powodu bólu utraty, poczucia porzucenia, na dodatek czuje się oszukane (miało i nie ma; zabrali - kto i jak śmiał?) i boi się, że jest nieważne, nie ma wpływu i nie zasługuje na miłość.

Swojej własnej śmierci 'ja' też się boi, podejrzewając, że się rozpadnie. A więc co to jest 'ja', które się rozpadnie? Czy ciało to 'ja'? Chyba niekoniecznie, zapytajcie pana Kadłubka. To może ważniejsza część ciała? Głowa? Serce? Przecież gdy położymy obok siebie żywe ciało i martwe, to czymś się one różnią... To może 'ja' jest właśnie tym, czym się różni żywczyk od zewłoczka?

A może 'ja' to mój charakter? To, że lubię oliwki a nie lubię rapu? A jak mi się odmieni? Albo sobie wyhoduję guzek w głowie, co ponaciska synapsy i mi się pamięć pomiesza? Czy mój charakter jako siedmiolatki i dzisiejszy mają w ogóle coś wspólnego? Nieśmiała, szpinaku nie, a słuchałam Majki Jeżowskiej. Mam jednak przeczucie, że to 'ja' trwa od początku mojej pamięci i będzie trwało mimo alzheimera, więc czym jest to, co może przetrwa, a czym to, co się boi, że nie?
W literaturze mamy kupę nazw: osobowość, ego, dusza i duch, esencja...

Hej, a co to w sumie za różnica? Myślenie to umysł lub nasze przekonania. Chcemy wierzyć w niebo i piekło? Albo w reinkarnację? W światy-pułapki naszych systemów przekonań? Że jak umrzemy na morfinie, to my-tam będziemy stwarzać pokój szpitalny na wieki wieków? A jak podkręcaliśmy innych, to trafimy do czyśćców, gdzie nam pięknym za nadobne? Jeśli nas takie przekonania straszą lub obiecują gratyfikacje, i wznoszą, to OK; mniej OK, jeśli tylko głupio nakręcają i utożsamiają...

Już za życia mamy moc stwarzania własnych wszechświatów, więc jest pewnie szansa, że po 'przejściu' zachowamy ten talent. Jeśli jestem przekonana o swojej brzydocie, to na bank świat mi ją potwierdzi. Mogę sobie wykupić godzinę hipnozy NLP i zmienić przekonanie na przeciwne, a świat mi je znowu potwierdzi. Jeśli jestem członkiem osiedlowej bandy opryszków i uważam świat za niebezpieczne, pełne zagrożeń miejsce, to mam rację, świat mi to udowodni. A jak wierzę, że mam farta i spotykam wyjątkowych ludzi, a w życiu chodzi tylko o Miłość, to też tak jest. W świadomych snach tworzymy natychmiast, myślimy o lataniu i frrrru... W życiu na szczęście materia nas nieco spowalnia, ale i tak jest tak, jak powiemy, że jest. (Tzn. tak, jak wiemy, że jest, jak 'jesteśmy przekonani', że jest. Zawsze 'mamy rację' :-)).

Czy nasze przekonania to my? Kwestia głębi utożsamienia lub braku dystansu. Bywa, że dajemy się za nie zabijać lub sami zamieniamy się w bestie...

Na kursie Tanatoterapii można sobie poprzeglądać przekonania, które stwarzamy i zachować je lub zmienić nie tracąc nic ze swojej tożsamości. Można przyłączyć się do pięknego, wspólnego przekonania stworzonego przez przeprowadzaczy uwalniających np. ofiary raka i morfiny od szpitalnych salek z własnych wizji. Można sobie zrobić mentalną wycieczkę do zbiorowego myślokształtu przewodników, powiedzieć (wiedzieć), że Świetliste Miasto istnieje i będziemy mieli rację, ono będzie.
Dobre jest to, co nam pomaga, co nas wznosi, co jest skuteczne i działa.

Pamiętanie o śmierci może pogłębiać uważność czyli podnosić świadomość. Jak? No, normalnie, jeśli jedziesz autem i widzisz drogę 200 metrów przed sobą, to jesteś mniej uważny, niż jak jedziesz i widzisz zarazem drogę, pobocze, kierownicę i własne emocje. Im większa uważność, tym więcej zauważamy. Nie kosztem, ale dodatkowo. Więc jak jedziemy autem, widzimy drogę, pogodę, psa na poboczu, czujemy własne plecy, rozdrażnienie, słyszymy własne myśli o obiedzie i jeszcze uświadamiamy sobie śmierć... ;-)
Im bardziej uważni, tym bardziej świadomi, tym bardziej tu i teraz, zdumieni, akceptujący i szczęśliwi z bycia tu, "na wczasach od wieczności".

Myślenie o śmierci wymusza też pewne fajne refleksje, np. "co jest w życiu ważne" albo "czego nie zabierzemy do grobu".
Raczej nie zabierzemy pozycji w stadzie, awansu, snobistycznego auta, prestiżu ani zazdrości sąsiadów... A może jakieś umiejętności duchowe? Umiejętność tworzenia głębokich więzi? Wyższe uczucia? Też mogą się nie zmieścić do trumny, ale wydatnie poprawią kreację zanim :-) i będą nagrodą same w sobie :-)

Nie wiemy, co jest ważne dla nas? To weźmy kartkę i długopis, zanurzmy się na chwilę w sobie i odpowiedzmy w kilku podpunktach na pytanie "Dlaczego warto było tu przyjść, do tego życia"...
Jeśli zrobisz to 'na poważnie', to warto taką karteluszkę zachować i czytać pasjami w gorszych dniach, zadziała jak budzik na doły.

A gdybyśmy mieli przed sobą jeden rok? Jak byśmy go chcieli przeżyć? Na czym się skupić, czego doświadczyć? Czy tak właśnie żyjemy? Apiat' kartka, długopis i podpunkty :-)

A strach? Co nam daje irracjonalny strach przed tym, czego nie wiemy? Czy nas wznosi? Po co go stwarzamy? Chcemy go w naszym wszechświecie? W "Diunie" Herberta powtarzała się mechaniczna formułka, że "strach zabija duszę". U Harry'ego Pottera rozwija się sztukę panowania nad lękiem, żeby kiełznać własne projekcje. Im wyższy poziom irracjonalnego (niemotywującego do przetrwania) strachu, tym niższy poziom uważności. Nie boimy się, kiedy Jesteśmy. W 'Tu i Teraz' nie ma tego absolutnego strachu przed niewiadomym, nawet jeśli właśnie umieramy lub jesteśmy przy śmierci i nieco się obawiamy lub solidnie boimy. Strach nie jest absolutny, nie jest wszystkim, co jest. Jest jeszcze to, co widzimy dookoła, co słyszymy, jest nasze ciało, oddech, myśli, uczucia, doznania wewnątrz... I nawet jeśli strach jest jednym z doznań, to jest ich o tyle więcej, że sam nas nie utożsamia totalnie. Możemy utrzymać Świadomość.
Strach pochodzi z umysłu (ego). Jeśli wyjdziesz z myślenia (o przyszłości lub przeszłości) do 'teraz', to stanie się on doznaniem. Skurczem w splocie. Albo ukłuciem w sercu. Przyspieszonym oddechem. Zaciśniętymi pięściami, szczękami, barkiem...

Na kursie pokazywano filmy i prezentacje ludzi, którzy wrócili. I nie ma dowodu, że to nie mózg w momencie powrotu do życia wygenerował u wszystkich ten sam sen o tunelu i świetle, tak jak nie ma dowodu, że ci ludzie nie są aktorami, film propagandą, a cały świat - makietą. Czy potrzebujemy dowodów? Materii nie ma, atomy są w środku puste, nic nie jest pewne, jest tak, jak powiemy, że jest :-)

Ludzie z badań R. Moody'ego, autora książki "Życie po życiu" pozmieniali się nawet z agentów KGB - w anioły i apostołów Miłości. I jeśli tego również nie zabiorą do grobu, to o ileż wznioślejsze rzeczywistości tworzą, w o ile wyższych wibracjach żyją zanim ich ten grób dogoni :-)... A kto nie chce być dobry?

A jeśli ja sama lubię być dobra i szlachetna, a nikt już mojego trucia słuchać nie może? Nie uszczęśliwię na siłę, nie będę nawracać jak muzułmanin...
Albo jeśli sercem chcę patrzeć, a nieśmiała jestem i uczuć nie powyrażam?
To może to dla mnie ta opcja?

Fala tsunami, kolejna wojna, powódź, głód w Afryce i jest robota! Wchodzę w stan alfa, przenoszę uwagę do swojego serca lub wyższego ja, wyłapuję wibracje potrzebujących pomocy, współczucia, przeprowadzenia i już :-). Chwytam delikwentów, podnoszę ich wibracje (znowu, czakra serca, wyższe ja, anioły, intuicje, co kto lubi), obdarzam miłością współczującą, opromieniam (co wzrusza i mnie) i odsyłam do przewodników z drugiej strony. I bez weryfikacji czy to jawa czy sen, iluzja czy marzenie - wygenerowałam trochę fajnych emocji (metta), nastroiłam się na emanacje tzw. czwartej gęstości (czakry) i czuję się lepsza. Od razu bardziej sama siebie kocham i lubię i nawet jeśli na tym lista benefitów się kończy, to co? Mało? A jak wiem (powiem, mam przekonanie), że nie, to się lista wydłuża :-), uratowałam zagubioną duszę, nie będzie się biedna pętać...

A jednak pamiętam, że "memento mori" to tylko opcja, bez której też można żyć świetliście i prawdziwie. Bo przecież zanim weźmiemy się za przeprowadzanie, wypada powiedzieć, że druga strona istnieje, stworzyć ją wierząc, przyjmując filmy i relacje powracających za fakty, a nie opcje, nie mieć dystansu a pewność, odrzucić kontr-opcje o niebie i piekle, oświeceniu na przejściu i powrocie do domu, reinkarnacji itd... Można też je godzić. To nasz wszechświat, my wybieramy jak jest :-)

Ta opcja częściowo współgra też z naukami wielkich tzw. oświeconych mistrzów, bo donikąd nie prowadzi, jest 'teraźniejsza'. Osiąganie, dochodzenie i drogi pomijają proste prawdy o patrzeniu sercem i byciu obecnym w 'Wiecznym Teraz'.

Dla mnie uważność lub świadomość medytacyjna czyni śmierć i umieranie kolejnym doznaniem, nie mniej, ale i nie bardziej zdumiewającym niż każda inna chwila. Tylko ją jeszcze utrzymywać...
Nie, wcale nie cały czas.
Tylko Teraz :-)

Zatem nie muszę tłumić lęku, leczyć się z obaw, kupować opowieści tych, co wrócili ani wyznawać ich religii i przeprowadzać zmarłych... Ale mogę i czasem chcę :-)

A śmierć może się przydać :-). Przyśpieszyć. Ukorzenić uważność. Zanurzyć w medytacji i zdumieć moim własnym wszechświatem, tworem, bezczasowym byciem...

Tak więc, droga Kostusiu, jak Ci na tym lewym ramieniu wygodnie, to sobie tu siedź :-)
Nie jestem oświecona, to nie raz o Tobie zapomnę, więc się trzym i nie spadnij, bo mi się świat przewróci :-)


Katarzyna Klonowska





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)