Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

27 czerwca 2013

Alina Michalik

Przyroda jako dom, nauczyciel i terapeuta

Gdyby tak zastanowić się, jak długo żyjemy w miastach poza światem Przyrody, pozornie niezależni od jej prastarych reguł, okaże się, że na całej osi bytowania człowieka na tej Planecie to jakiś niezwykle krótki odcinek. Mała chwila. Można by śmiało rzec – epizod... Gdyby nie to, że trwa do dzisiaj i wygląda na to, że nieprędko się skończy.

Dotąd świat Przyrody był po prostu naszym domem, naturalnym środowiskiem, które dawało człowiekowi schronienie i pokarm, stanowiąc jednocześnie podstawowe źródło kultury materialnej i duchowej. Podobnie, jak każda z części otaczającej nas Natury, żyliśmy zgodnie z jej prawami, mierzyliśmy się z trudami codziennej walki o byt, potrafiliśmy rozumieć istotę współzależności.

Dziś istnieje już tylko kilka ostatnich enklaw prymitywnych ludów, które dryfują w rozproszeniu, niczym wysepki w morzu zachłannej cywilizacji. Te pierwotne kultury są dla nas ostatnimi świadectwami naszej przeszłości, a gdyby pozwolić im zostać tam, gdzie są... może wskazałyby nam drogę ku dobrej przyszłości. Oni mają jeszcze w sobie ten stary gen, wiążący człowieka ze światem Natury na każdym z możliwych poziomów.

W czasach, kiedy ludzie żyli jeszcze blisko dzikiej Przyrody, najważniejszą była głęboka znajomość wzajemnych powiązań tego świata, współzależności wszystkich żywych istot, ich – jak mówią Indianie – pokrewieństwa. I ta świadomość pozwalała przetrwać wszystkiemu, co żyło. Tak samo jak młody niedźwiedź, jaszczurka czy kruk, młody człowiek uczył się stopniowo obchodzić z otaczającą go zewsząd przyrodą, zdobywał wiedzę o innych istotach, zamieszkujących jego środowisko, o ich zwyczajach i właściwościach. Doświadczanie niebezpieczeństw, poszukiwanie ciepłych kryjówek i wartościowego posiłku wpisywało się w naturalną codzienność ludzkiego życia, tak więc tajemnice i prawa Natury były po prostu jego częścią. Podziwiamy zwierzęta za znakomitą znajomość Żywiołów, za doskonale rozwinięte instynkty i najróżniejsze specjalizacje zmysłowe. I my kiedyś posiadaliśmy wiele z tych zdolności, byliśmy jednak znacznie czujniejsi niż dziś, będąc nie tylko świadkami, ale przede wszystkim uczestnikami tego wielkiego spektaklu życia na Ziemi.

Dzisiaj, spotkany na drodze przeciętny dwunożny bezsierściowiec niewiele ma wspólnego ze swoim dawnym domem, rzadko bywa w miejscach, które przypominają dziką, samodzielną Przyrodę, nie zna jej i niestety wcale nie pragnie poznać. Dzicz (ang. wilderness) to świat albo nieistniejący w tej świadomości, albo bardzo odległy. Czasem straszny, czasem śmieszny. Dla bardziej odpornych Natura stanowi urokliwe tło spaceru, słono opłaconej przygody albo grillowego popołudnia.

Kształt i kierunek rozwoju naszego człowieczego świata i myślenia zmienił się znacząco. Nauczyliśmy się traktować Planetę jak bufet, rozpostarty tylko do naszej dyspozycji. Podobno mamy wszystko, czego potrzebujemy, albo przynajmniej... moglibyśmy mieć. Potrzeby ciągle rosną, podobnie jak rośnie dystans od tego, co wydawałoby się być nam najbliższe.

Człowiek żyjący w bezpośredniej bliskości z Naturą wie, jak długa jest droga od smacznego kąska do jego przełyku. Jest taka scena w dokumentalnym filmie „The Great Dance”, który opowiada o życiu ostatnich Buszmenów z Kalahari: widzimy jak myśliwy najpierw długo i bardzo uważnie tropi antylopę, a potem przez kilka godzin nieprzerwanie biegnąc podąża za nią. Słabnące zwierzę, jak wierzą Buszmeni, stopniowo oddaje swoją siłę i ducha myśliwemu, dzięki temu on będzie mógł je upolować i wyżywić swoją rodzinę.

Pomyślne łowy to okazja do świętowania. Są więc śpiewy i tańce, niektóre z nich opowiadają o trudach polowania, albo odzwierciedlają indywidualną naturę poległego zwierzęcia. Wspólna radość jest rytuałem i zaklęciem na dobrą przyszłość. Co dziś możemy powiedzieć o historii naszego obiadu? Często aż strach się zastanawiać. Dziesiątki beznamiętnych dłoni, taśmociągi, maszyny, strzykawki, wnętrza samochodów dostawczych... To wszystko oddala nas od najprostszej tajemnicy życia i umierania. W Polsce odchodząc od stołu przynajmniej mówimy tradycyjne „Dziękuję”.

Za każdym razem, kiedy wchodzę do apteki, zdumiewa mnie ten tłumek stroskanych bezradnych ludzi, a w tle tysiące chemicznych specyfików, które są skuteczne, godne zaufania, mają nawet aromat malinowy, ale nikt nie umie wymówić ich nazw. Wyobrażam sobie, że ból brzucha, łupież i bezsenność nie były dla naszych prababć powodem do rozkładania rąk. Bardziej do zakasania rękawów i wyruszenia na łąkę lub nad rzekę. Natura nadal dostarcza nam ogromnej ilości leków i terapeutycznych darów, ale dzisiaj to obszar zainteresowań paru szczęśliwców, namaszczonych przez ostatniego przodka, albo śmiałych adeptów pierwotnej wiedzy wtórnej. Ogólna tendencja do deformowania opinii społecznej na temat skuteczności medycyny naturalnej jest równie absurdalna, jak mitologia na temat ludowych sposobów zapobiegania ciąży. Kiedyś choroby leczono od „ziemi aż po niebo”, widząc związek między ciałem i duchem, między sposobem życia, jedzenia i chodzenia, między dziadkiem a wnukiem, między twardością kości i pobliskich drzew, między sacrum a profanum. Dzisiaj wtłoczeni w system kas chorych, izb lekarskich i pigułkowych koncernów siedzimy na łysej kozetce i opowiadamy znudzonemu facetowi o naszym bolącym stawie. Może przepisze nam coś do łykania, co zabierze żołądkowi treść i przywróci sprawność nodze. Na chwilę. A że doktor nie chce słuchać, a my nie wiemy, że to ważne – nie opowiemy mu, że nam zwyczajnie smutno iść przez życie.

Może współczesne kobiety nie pragnęłyby tak znieczulenia przy porodzie, gdyby mogły urodzić dziecko w miejscu, które znają, gdzie czują się bezpieczne, gdzie są bliscy, gdyby znowu umiały słuchać siebie i życia.

Może łatwiej byłoby żegnać dziadka, patrząc, że odchodzi wraz z jesienią, a nie przed sąsiadem z łóżka obok...

Wsłuchiwanie się w wielki oddech Matki Ziemi potrafi uleczyć wiele ran, poddanie się oczyszczającej mocy wody i innych żywiołów także. Leczenie powinno być uzdrawiającym rytuałem, podczas którego spotykamy się z pierwotną naturą w nas i wokół nas. Musimy być otwarci na dary i straty - to umiejętność rozpoznawania naszej drogi.

Terapeutyczną moc przyrody najłatwiej zaobserwować w czasie, kiedy w naszej szerokości geograficznej przypada czas jej rozkwitu. Od niedawna wynajmuję tymczasowe mieszkanie na blokowym osiedlu małego miasteczka, ale za to nad samym jeziorem! Latem promenada jest tak zielona, że tworzy jeden wielki zielony kołtun. Mieszkańcy suną tym szlakiem całymi rodzinami, refleksyjni, zrelaksowani, wyzerowani w swoim codziennym pośpiechu. Rodzice pokazują dzieciom ptaki drzewa i wodę. Dzieci, nie zważając na trwogę rodziców hedonizują się otoczeniem, dotykając i smakując, czego się da. Na pobliskiej plaży młodzież tylko symbolicznie osłania nagość, tak by kulturze stało się zadość. Powietrze wypełnione jest spokojnym gwarem i okrzykami dziecięcej euforii. Wystające z toni twarze niosą spokój i ulgę. Lubię patrzeć na taką ludzkość.

Zasadniczym problemem współczesnych dzieci urbanizacji jest hałas, chaos i samotność. Diagnoza: długotrwałe przebywanie z dala od zielonego królestwa harmonii i samoregulacji. Zalecenie: zmiana nawyków i utrzymanie ich na możliwie szerokim paśmie swojego życia. Tańsze zamienniki: płyta cd z nagraniami ptasich śpiewów; adopcja kota.

Gorzej z pracą. Gdyby tak filozoficznie spojrzeć na istotę tzw. pracy zawodowej na świecie, to najpóźniej po kilku godzinach przemyśleń dojdziemy do wniosku, że w większości przypadków jest to działanie bez sensu, służące bardziej taśmociągom systemu niż jednostce. Mnie bardziej martwi rytm. Czym innym jest wstawanie o świcie, by nakarmić trzódkę, albo zbadać wiatr pod łowy, a czym innym wsuwanie stóp w śpiące buty i przekonywanie organizmu, że zimą poranki też są jasne. Borsuki i niedźwiedzie są rozsądniejsze, nie marnują energii, nie mrużą oczu, nie jedzą czegoś, czego nie ma. W zgodzie z zimą, czekają na wiosnę.

Świat korporacji, spółek i popytu nie uznaje takich fanaberii. Musimy być wydajni wbrew klimatycznym teatrzykom i biologicznym zegarom. Po pracy nerwowo realizujemy pakiet rodzinny, a czasem urlopowy. Ten, kto przez dłuższy czas przebywał na leśnym lub wiejskim łonie wie, że rytm wciąga nas prawie natychmiast. To rytm z zewnątrz, wspólny puls ziemi i kosmosu. Bycie w nim nie męczy, nie łamie, praca sama ustawia się we właściwej kolejności, zabawa znajduje swoją przestrzeń i akompaniament. A kiedy dopada nas pierwsze ziewanie, przychodzi noc. W samą porę.

Tymczasem granice naszego codziennego świata wytyczają bryły budynków, mebli i sprzętów, porastamy górą tekstyliów, oblepiamy się gadżetami, robotami i modnymi artykułami „must have”. To są przedmioty. My jesteśmy nadzy. Tak w ogóle, a bez nich tym bardziej. Wydaje się być dość niepokojące, że narzędzia zamieniły się w zabawki udające narzędzia, a ozdoby dla naszych ciał i domostw przejęły władzę nad tożsamością grupy i jednostki. Śmieci rosną, podobnie jak brudne interesy, i ani my od tego zdrowsi, ani szczęśliwsi. W dodatku za chwilę nie będzie tych drzew, pod którymi można by dla wyciszenia usiąść i pooglądać mrówki na korze. A od mrówek można się wiele nauczyć...

Uważna obserwacja Przyrody, dostrzeganie analogii między różnymi aspektami życia człowieka i innych istot zamieszkujących po sąsiedzku nasze środowisko, jest wspaniałym źródłem uniwersalnej mądrości. „Jeszcze sto lat temu cały świat i wszechświat były dla licznych plemion indiańskich jedną olbrzymią biblioteką. Ich książkami były skały, kamienie, strumienie, rzeki, jeziora, morza, drzewa, kwiaty, trawa, zioła, słońce księżyc, gwiazdy. Z tych elementów tworzyli swoja kulturę materialną i otrzymywali natchnienie do komponowania swoich pieśni i ceremonii. Ryby, ptaki, owady i zwierzęta uczyły ich, jak być odważnym, szczerym, opiekuńczym i sprawiedliwym. W całym swoim otoczeniu nigdzie nie widzieli pustki, lecz pulsujące w wszystkim życie.” – czytamy w książce Wojownicy gwiaździstych tarcz.

Bogactwo świata roślin i zwierząt w każdej chwili dostarcza nam interesujących przykładów na to, jak wychowywać młode, funkcjonować w społeczności, stadzie i rodzinie, jak przetrwać w trudnych warunkach, albo korzystać z sąsiedzkiej „symbiozy”. Nauczyciele życia w dzikiej przyrodzie, Tom Brown i Jon Young, którzy swoją wiedzę zdobywali pod okiem indiańskich szamanów i nauczycieli, podkreślają, jak ważna jest znajomość specjalizacji i zachowań poszczególnych zwierząt, świadomość ich odmienności i potencjałów. To pozwala lepiej je rozumieć, komunikować z nimi, przetrwać wśród nich i dzięki nim – jak czynili to nasi przodkowie. Dla współczesnego człowieka lisi kamuflaż, koci pazur czy jaszczurczy ogon wciąż mogą być wspaniałą inspiracją przy rozpoznawaniu swoich mocnych i słabych stron oraz roli w społeczeństwie.

Na swojej życiowej drodze zdajemy się czasem niepotrzebnie błądzić, mozolnie odkrywamy na nowo i tasujemy priorytety... A odpowiedzi znane są od dawna, zapisane w księdze Natury i naszych własnych genów. Wystarczy tylko, by przywrócić pamięć o wspólnej przynależności do Ziemi, która stanowi jedyny uporządkowany punkt odniesienia dla wszystkich istot.

„W świecie rządzonym przez osobników z tytułami MBA każą nam się posługiwać tylko ułamkiem umysłu: lewą półkulą mózgu, częścią racjonalną i kalkulującą. (...) Musimy odzyskać kontakt z emocjonalno-intuicyjną prawą półkulą mózgu, ze zwierzęcą częścią naszej kory mózgowej, z całym ciałem. Potem musimy wyjść i poza to, żeby myśleć całą Ziemią.” – mówi działacz ekologiczny, autor „Wyznań wojownika Ziemi”, Dave Foreman.

Wiele było dotąd pomysłów ludzkości, by określić właściwy porządek świata. Dla ludów żyjących w harmonii z Naturą, takich jak Aborygeni, Indianie Lakota, ludy Syberii i Polinezji wszystko, co ją stanowiło było jednocześnie częścią ich duchowości i nierzadko skomplikowanej kosmologii. Rozprzestrzenianie się religii monoteistycznych na świecie oraz parcie w stronę bezdusznego postępu technicznego nadały naszej ludzkiej świadomości antropocentryczny kierunek myślenia i postępowania.

Ostatnie żyjące pokolenia rdzennych kultur na Ziemi próbują przypominać: „Krocz w harmonii z Matką Ziemią. To zdanie odzwierciedla duchowe nastawienie mojego ludu – ludu, który wierzył, że musi żyć w zgodzie ze wszystkim wokół siebie i w sobie samym. Oni również wierzyli, podobnie jak my, że należy osiągnąć moment, w którym prawdziwie odczujemy w nas bycie jednością, zespolenie ze wszystkimi częściami Wszechświata oraz że będziemy odzwierciedlać tę jedność we wszystkich obszarach naszej egzystencji.”

Autor tych słów, Sun Bear, wizjoner i nauczyciel z plemienia Chippewa przez całe swoje barwne życie próbował dzielić się z Indianami i nie-Indianami uniwersalną wizją Świętego Kręgu. Krąg życia, czy koło życia przedstawiane przez kamienne kręgi – znane były wielu kulturom na świecie. W kręgach niegdyś zasiadali nasi przodkowie, by rozmawiać, śpiewać, modlić się i biesiadować... Indianie Ameryki Północnej w Kręgu widzieli symbol Wszechświata, obraz cykliczności i etapowości ziemskiego życia. Filozofia Świętego Kręgu opiera się na wizji świata, gdzie wszystkie jego elementy, żywioły, istoty żywe i duchowe są ze sobą zespolone w harmonii. Święty Krąg opowiada historie o naszej codzienności i świętowaniu, o naszej młodości, dojrzewaniu i starości. Esencją Kręgu jest bowiem ruch i zmiana.

Dla mnie symbolika Świętego Kręgu już od 20 lat stanowi potężne narzędzie na drodze indywidualnego rozwoju duchowego. Aby świadomie wędrować przez życie, musimy najpierw rozumieć i szanować prawa Przyrody. Wówczas łatwiej nam będzie pojąć sens naszych osobistych doświadczeń, a tym samym odnaleźć swoje miejsce i rolę w tymże Kręgu. „Ścieżka Mocy”, jak mówił o tej drodze sam Sun Bear jest doświadczaniem i świadomością powinowactwa człowieka z Matką Ziemią, pomostem między pierwotną częścią naszej natury, a cywilizacją... Wizjoner pisał: „Tym, którzy prowadzą życie otwarte na nauki Stworzenia, właściwa wiedza objawia się we właściwym czasie, bez względu na to, kim jest nauczyciel. Dla nich Ziemia jest magicznym miejscem i prapoczątkiem nieskończonego podziwu.(...) To tylko arogancja naszego umysłu, która mówi nam, że jesteśmy najważniejszą częścią Wszechświata. Jeśli otworzymy nasze serca, wpuszczając światło miłości i jedności, które stworzyło świat, pozwolimy mu oświecić beznadziejne krajobrazy, które zamieszkujemy. Jeśli zdecydujemy się na podróż po magicznym Kręgu, nasze serca otworzą się same, podczas gdy my będziemy mogli na nowo rozpocząć doświadczanie życia, które zostało nam dane w tak różnorodnych i pięknych formach”.

Na zakończenie nawiążę do głównego kierunku moich rozważań: „Przyroda jako dom, nauczyciel i terapeuta”. Wydawać by się mogło, że autorka przede wszystkim próbuje dostarczać argumentów na „przydatność” przyrody dla zachowania psychicznego i fizycznego zdrowia homo sapiens, co przy okazji uzasadnia liczne odruchy globalnej ochrony przyrody.

Kieruje mną przekonanie, że współczesny człowiek nie będzie chronił czegoś, co dla niego samego jest bez znaczenia. Być może więc warto od czasu do czasu przypominać naszemu gatunkowi, co każda wiewiórka wie od dziecka.

Dave Foreman mówi wprost: „Każdy byt ma swoją własną, przyrodzoną wartość. O tej wartości nie decyduje to, ile wniesie on do kasy produktu narodowego brutto ani to, czy jest on „dobry”. On jest dobry, ponieważ istnieje. Jeszcze ważniejsza niż pojedyncza dzika istota jest wspólnota dzikiego życia – dzika przyroda, strumień życia niezmącony przez ludzką manipulację”.

Wielu mogłoby wytknąć mi rzewny ton kombatanckich pieśni o dawnych, lepszych czasach i zapytać, czy proponuję zatem wymazanie dobrodziejstw cywilizacji i powrót do szałasów, ziółek i łuków. Wtórując całej starszyźnie odchodzących rdzennych plemion, głosicielom filozofii Ziemi i kilku rozsądnym prorokom, wierzę, że ludzkość powinna powrócić do harmonii życia w zgodzie z Naturą. Wypisując się z 3,5 miliarda lat ewolucji człowiek robi wielką szkodę, nie tylko sobie samemu - ale i Planecie, która pozwoliła mu dotrwać do dzisiejszych czasów.


Alina Michalik



Autorka zaprasza do udziału w warsztacie pt. „Wędrując po Świętym Kręgu” w terminie 12-14.07.2013, w Parparach k. Sztumu.



komentarze

1. 1. po pierwsze... • autor: Nierozpoznany#57362013-07-03 09:58:27

1. po pierwsze dziękuję za to, że pojawił się ten temat, niby jest tak oczywisty jak to, że krowa daje mleko, ale po głębszym zastanowieniu muszę przyznać, że powiązania krowy i mleka nie dla wszystkich jest tak oczywiste jak dla mnie.
2. Można popatrzeć na temat właśnie tak, trochę z nostalgią, trochę biadoląc, czasem ze złością na to co wokół, z pozycji nauczyciela i z wyższością pouczać;
można popatrzeć na to co wokół z zupełnym spokojem, już nie jako współautor, ale jako ziarnko piasku i część Matki Ziemi: mieć świadomość i jednocześnie ufać jej, że jeśli wytworzyła takie coś co wymyśliło plastikowy śmietnik to widocznie na coś jej to jest potrzebne - chociaż ten poziom wglądu jest dla mnie bardzo trudny.  

2. cytuje na wstępie:Utrzymywanie,... • autor: Nierozpoznany#57362013-07-04 08:35:32

cytuje na wstępie:
Utrzymywanie, że kiedyś ludzie żyli "lepiej" bo żyli z naturą, jest pozbawione racji.
Zacytowane zdanie kończy przepojone jednoznacznością wypowiedzi, które w moim odczuciu maja zabarwienie tzw. "jedynej prawdy", a zawsze kiedy słyszę ten ton "jedynej prawdy" zapala się w mojej głowie "czerwona lampka".
Myślę, że takie stwierdzenie miałoby jakąkolwiek wartość, sens i byłoby prawdziwe jedynie w przypadku gdyby autor tego zdania napisał je co najmniej tak:
Utrzymywanie, że kiedyś ludzie żyli "lepiej" bo żyli z naturą, jest pozbawione racji,  ponieważ ja (lub ja i moje plemię)  nie doświadczyliśmy tego żyjąc w taki sposób.
lub też mam dowody na to w postaci....
;)

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)