Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

02 lipca 2013

Wojciech Jóźwiak

Przyroda. Po co nam ona?
O przyrodzie i jej energetyzującej mocy, o religiach i kapitalizmie

Kategoria: Ekologia

Scott Simpson w książce „Native Faith. Polish Neo-Paganism at the Brink of the 21st Century” („Rodzima Wiara. Polskie neopogaństwo u progu XXI wieku”), wydanej w Krakowie, po angielsku (sic!) w 2000 roku (i chyba jest to NAJNOWSZA książka o polskim neopogaństwie!) na str. 145 pisze, a ja tłumaczę jak potrafię:

Zdumiewająco często zdeklarowani neopoganie, pytani o to, jak nimi zostali, zaczynają swoją odpowiedź od następującego zdania: „Kiedy byłem/am dzieckiem, uwielbiałem/am długie spacery po lesie.” /.../ Jest zjawiskiem w pewnym sensie endemicznym, że dojrzali neopoganie postrzegają, iż ich duchowa wędrówka zaczęła się od ich wczesnych kontaktów z Przyrodą.

Niżej podpisany, czyli ja, w całości to potwierdzam: moja własna duchowa wędrówka również zaczęła się od „wystawienia” (exposure, jakby powiedział Anglojęzyczny) na Przyrodę.


Nes Kruk napisał, patrz „Homo Ledwo Sapiens” i „Homo Ledwo Sapiens c.d.” - dopiski pod tekstem Aliny Michalik „Przyroda jako dom, nauczyciel i terapeuta”- cytuję z tego fragment:

Miasteczko, w którym ja mieszkam (Dzierzgoń - ledwie 5 tys. mieszkańców od setek lat) otoczone jest lasami. Uciekam do tych lasów jak do rezerwatów. Nawet już nie udaję człowieka z lasu. Nie da się. Ot skrawek ziemi, którego zarządcy upraw leśnych przeoczyli. Czasem nawet nie wolno mi wejść do lasu, bo myśliwi polują, albo las otoczony ziemią czyjąś, nie moją (granice obsikane przez nieznanego mi osobnika), więc nie wolno, albo zupełnie zakaz. W lesie śmieci i druty kolczaste. I dziwnie pusto. Uciekam i czuję się jak w dziwnej bajce, w której cudaczne dwunożne zwierzęta tworzą rzeczywistość i wierzą, że to jedyna prawdziwa rzeczywistość. A za miastem rosnąca góra śmieci, bo pan burmistrz stwierdził, że to będzie dobra inwestycja - oddanie gminnej ziemi innemu miastu (Malbork) pod "ich" śmieci. Ludziom jakoś to różnicy nie robi. Butelki plastikowe przecież rosną na drzewach.
I tak prężny kapitalizm rośnie w siłę aż do kolejnego kryzysu, a ci inteligentni wolno-myśliciele chronią swoje małe podwórka przed złym industrialnym molochem.

Są ludzie, którzy do Przyrody przychodzą tak, jak tzw. wierzący do swoich kościołów. Lub nawet bardziej – bo z większym przekonaniem i bez wspomagacza, którym u „wierzących” jest presja rodziny i środowiska, oraz to „co sobie ludzie o mnie pomyślą”. (Bo my nie musimy o tym myśleć – „co sobie ludzie o mnie pomyślą”.) Tymczasem tej Przyrody prawie nie ma. Przyrody – ja ją lubię nazywać Anekumeną. Słowo jest greckie, więc bardziej dostojne. I lepiej odpowiada sensowi tego, o czym mowa, gdyż anekumena – an-oikoumene ge – znaczy dosłownie „nie-zamieszkana (przez ludzi) ziemia”; niezamieszkana lub niezagospodarowana, bo taki sens jest w tym „an-oikoumene”.

Pojęcie to, anekumena, ma dwa oblicza. Pierwsze, to „pustynia”, jako ziemia jałowa, nienadająca się do życia, groźna, niebezpieczna dla ludzi i nie tylko dla ludzi, bo dla wszystkiego co żyje – lub przynajmniej taką się ludziom wydaje. A jeśli zamieszkana, to tylko przez węże, skorpiony, sępy i inną „obrzydliwość”, gdzie wywiane piaskiem czaszki oczodołami straszą i przechadzają się szatany. Takie rozumienie Anekumeny-Przyrody zostało zawleczone do nas, jak jakiś zakaźny trąd, z Bliskiego Wschodu, gdzie faktycznie tamtejsza „przyroda” taką bywa. (Ale tu koniecznie trzeba dodać: jest tam pustynią, ponieważ taką została zrobiona przez ludzi i ich wielo-tysiącletnią rabunkową gospodarkę, która obnażyła teren do gołej skały i wydmy. W podobnym klimacie np. w Australii lub na Kalahari w płd. Afryce wcale nie było „gołej” pustyni, przeciwnie, całkiem złożone ekosystemy.)

Drugie oblicze anekumeny, to przyroda lub świat przez ludzi nienaruszony, świat dziewiczy – jako źródło mocy, jako źródło zasilania, energii, do której ludzie mogą się odwołać. Ten drugi sens Anekumeny jest naszym własnym, europejskim i rodzimym: słowiańskim, celtyckim, latyńskim. Grecy żyjący na pograniczu strefy wilgotnej i suchej „mieli z tym różnie”. Germanie, mający po sąsiedzku dzicz w postaci trudnych do życia lodowatych skandynawskich gór i zimnego burzliwego oceanu, przydali Anekumenie cech demonicznych; byli też jedynym europejskim ludem, który do własnej religii i mitologii przyjął, w przeróbce, chrześcijański i wrogi życiu apokaliptyczny mit „końca świata”, ostatecznej zagłady. Germanów z ich Ragnarökiem możemy w tym sensie uważać za zdrajców Europy. (Koniecznie dodajmy znaczek: smile.gif)

Mamy więc dwa sensy anekumeny: szatański i uzdrowicielski.

Uzdrowicielski sens anekumeny najlepiej został wyrażony w polskim micie o Godzambie. Ów heros, założyciel herbu Godziębów, idąc w straży przedniej pod Sieciechem, wojewodą Bolesława Śmiałego, napadnięty przez Morawianina i pozbawiony przezeń konia i miecza, ratował się ucieczką do lasu, gdzie wyrwał z korzeniem sosnę i wróciwszy do walki, tym zaimprowizowanym orężem zwyciężył. Szczegółowo analizowałem ten mit w tekście „Godzamba, czyli wyprawa po moc”, z 2000 roku.

Niestety, chrześcijaństwo narzucało nam i narzuciło swoje szatańskie rozumienie Przyrody. Którego nie można na chrześcijańskim gruncie łatwo „odczarować”, raczej jest to w ogóle niemożliwe; zbyt głęboko jest ten negatywny sens Przyrody wrośnięty w tkankę tej religii, jak i pozostałych religii jerozolimskich: judaizmu, gnozy i islamu. Zwłaszcza gnoza ostro „jedzie po bandzie”, wszystko co Naturalne uważając w czambuł za Szatańskie. Dlatego ja tej gnozy tak nie cierpię. Nawet, gdy jej dostojne dzieła publikuję w Tarace... Polecam tu niezwykły i wart czytania „w kółko” artykuł Ireneusza Kani, „Peru urewu - Dwa programy Jahwe a źródła współczesnego kryzysu ekologicznego” - z 1994 roku (sic!), na szczęście wciąż istniejący w Internecie na stronie Zielonych Brygad, nieczynnego już wydawnictwa. ("Peru urewu" to po hebrajsku "wydawajcie owoce i mnóżcie się".)

...Narzuciło swoje szatańskie rozumienie Przyrody. Na bliskowschodnią przypustynną modłę przeklęte i wycięte zostały święte gaje – a przecież to w nich świętowali Grecy, Latynowie, Celtowie, Germanie, Bałtowie, Finowie i Słowianie. Na bliskowschodnią przypustynną modłę to co święte (energetyzujące, ładujące, uzdrawiające) zostało zamknięte w ciasnych i ciemnych budynkach – trudno o dobitniej wyrażoną symboliczną nienawiść do „świata”. Jednocześnie kapłani starannie ukryli ciało, raz, maskując je długimi szatami, dwa rygoryzując sztywnymi „dostojnymi” ruchami, jedynymi, które dozwolone.

Grzechy jerozolimskich religii są znane i krytykować je łatwo. Nes Kruk wymienia drugiego winowajcę: kapitalizm. Z czego natychmiast wynika logiczny wniosek, że gdyby kapitalizm zastąpić czymś innym, to byłoby lepiej, lasów by nie śmiecono, ziemi by nie grodzono. Czy faktycznie? Co to jest, kapitalizm? Kapitalizm jest tam, gdzie istnieją pieniądze i za nie można wiele rzeczy kupić. Można kupić także ziemię, budynki, maszyny, technologię i ludzką pracę i przy pomocy tych pieniędzy zrobić rzeczy, które gdy się je sprzeda (i znajdą nabywców), przyniosą więcej pieniędzy niż te, które się w ich zrobienie włożyło. Jaka jest alternatywa, jak można inaczej zorganizować produkcję i czy można inaczej? Tak, można i próbowano tego w świecie i w historii wielokrotnie. Można nie kupować (przy pomocy pieniędzy), tylko ZMUSZAĆ. Tak robili Tatarzy, Wikingowie lub Arabowie w początkach ich kariery, i inni koczownicy, najeżdżając i rabując rolników i miasta. (Zamiast kupić ich produkty.) Tak robiła szlachta i właściciele plantacji zmuszając chłopów lub niewolników do pracy dla wytworzenia produktów, które sami sprzedawali z zyskiem. (Zamiast tamtym ludziom zapłacić za ich pracę.) Tak robili socjaliści, którzy do zorganizowania przemysłowej produkcji nie używali pieniędzy czyli kapitału, ale nakazu i przymusu, często będącego odmianą wojskowego rozkazu. A za odmowę karali więzieniem lub łagrem.

Ktoś może tu zaoponować, że przecież istniały łagodne alternatywy dla kapitalizmu, czyli jakieś formy kolektywnej własności i kolektywnej pracy, której owoce dzielono; jakieś formy wspólnej własności gminy, jakieś spółdzielnie... Tak, ale albo te formy okazywały się niesprawne w porównaniu z produkcją kapitalistyczną, albo były maską i „ściemą” stosowaną przez państwo i jego urzędy dla ukrycia przymusu i wyzysku.

Co jest wadą kapitalizmu? Pierwsza, że za pieniądze można kupić również to, co nie powinno być handlowane, np. zabytki kultury i przyrody; albo korzystne wyroki, nie tylko w postaci banalnego przekupywania sędziów, ale i skuteczniej – w postaci kupowania ustaw korzystnych dla bogatych; do tego przecież służą sejmy i inne parlamenty! Druga, że pieniądze mają właściwość koncentrowania się, skupiania w rękach oligarchii, która przejmuje władzę, także tę właściwą władzę, polegającą na przymusie i przemocy. Trzecia, że umiejętność robienia i koncentrowania pieniędzy jest sztuką samą w sobie i nie idzie w parze ani z wybitną ogólną inteligencją, ani z moralną wrażliwością, ani z dobrocią, ani z rozwojem duchowym, ani ze zwykłą umiejętnością dalszego przewidywania. Jest to nie tyle inteligencja, co spryt, więc właściwość raczej zwierzęco-demoniczna niż ludzka.

Czwarta (wada kapitalizmu) jest taka, że wspiera, ze wzajemnością, „małpie” instynkty dominacji w stadzie. Pieniądze gromadzą „samce alfa” i w drugą stronę: gromadzący pieniądze nabywają cech „samców alfa”, wraz z całym inwentarzem „samstwa-alfa”, czyli egocentryzmem, lekceważeniem podporządkowanych, ostentacją, zadufaniem, rywalizacją, agresją – wszystkie te cechy wykazują tzw. „silni ludzie”, strong men, czyli raczej „silni mężczyźni”. Ale to są te cechy, które w czystej postaci wykrystalizowały u tyranów jak Timur, Stalin lub Hitler. To jest nasze genetyczne dziedzictwo, „małpie” lub „łapacze”, bo cały ten rząd zwierząt, do którego należymy wraz z gorylami, szympansami, pawianami i lemurami należałoby przestać butnie nazywać „naczelnymi”, a zamiast tego nazwać „Łapakami”; łapaki od łapania-chwytania chwytnymi kończynami, co generalną cechą naszej linii ewolucyjnej – jak ssaki od ssania. Prócz chwytania pięciopalczastymi dłońmi, drugim wektorem naszej linii ewolucyjnej jest najbardziej wśród wszystkich ssaków rozbuchana hierarchia stadna i instynkty dominacji w jej obrębie; które u Homo Sapiens z racji życia nie w stadach tylko w masach zostały spotęgowane do zenitu, do tego stopnia, że na przysłowiowe skinienie mega-samców-alfa miliony osobników im podporządkowanych rzucały się na śmierć, w jawnej niezgodzie z jakąkolwiek korzyścią tak indywidualną jak i gatunkową.

Piąta wada bierze się z tego, że żeby zyskać na wyprodukowanych rzeczach, trzeba je sprzedać, a żeby sprzedać, trzeba znaleźć chętnych, którzy te rzeczy zechcą kupić, a więc uznają, że są im potrzebne i do tego bardziej potrzebne niż pieniądze, które mają. Ale lepsza strategia od szukania chętnych jest wyhodowanie sobie chętnych! To znaczy takie zmanipulowanie możliwych nabywców, żeby chcieli ten produkt kupić. To się udaje, a najskuteczniej przez uzależnienie nabywców od tych produktów. Dlatego rynek narkotyków jest taki zyskowny. Nie tylko kokainy i heroiny, ale i wódki, piwa, papierosów. Ciekawe, że ten dział gospodarki tak łatwo wypada z rynku i jest przechwytywany przez posługujących się przemocą: gangsterów przy kokainie, urzędników państwowych przy wódce i papierosach.

Ciekawe, że Nes Kruk tam, gdzie ironizuje na temat kapitalizmu: „I tak prężny kapitalizm rośnie w siłę aż do kolejnego kryzysu” – chwilę wcześniej zauważa, że „za miastem rosnąca góra śmieci, bo pan burmistrz stwierdził, że to będzie dobra inwestycja”. Ale Pan Burmistrz przecież nie jest kapitalistą! Jest urzędnikiem, funkcjonariuszem władzy, czyli struktury, która opiera się nie na handlu, tylko na przymusie, na przemocy. Powołany do istnienia został nie przez to, że nagromadził pieniądze, tylko dlatego, że został wybrany w wolnych i demokratycznych wyborach. Adolfa H. i jego socjalistyczno-narodową partię też wybrano wolno i demokratycznie.

Kapitalizm jest automatem, mechanizmem. Jego siłą są krótkie ciągi sprzężeń i tym góruje nad innymi próbami urządzenia społeczeństwa i jego produkcji, tymi opartymi nie na pieniądzu tylko na przymusie. Oto kapitalizm: mam wolny czas i koło mnie rosną w lesie jagody,a szosą przejeżdżają ludzie z miasta, którzy nie mają czasu, a potrzebują jagód. Co robię: idę, zbieram, po czym siadam z produktem przy szosie i sprzedaję zatrzymującym się przejezdnym. (Ten rodzaj mikroprzedsiębiorczości, jak to jest ładnie nazywane przez ekonomistów, jest w Polsce nielegalny, sprzeczny z prawem i zagrożony karami, czyli należy do szarej strefy.) Albo: mam konia i umiem na nim jeździć i umiem innych nauczyć jak to się robić. Co robię: w miejscach, gdzie gromadzą się ludzie, rozwieszam ogłoszenia, że oto udzielam za małą opłatą lekcji konnej jazdy. To także jest w Polsce nielegalne i zagrożone karami, czyli jest przestępstwem, o ile się nie ma zarejestrowanej działaności, nie zaliczyło się serii egzaminów, nie ma uprawnień sportowych i pedagogicznych, nie opłaciło opłat i zapłaciło podatku – ale jeśli to zrobisz, to (a) nie będziesz mieć już kiedy uczyć dzieci wsiadać na konia i (b) koszty tych urzędowych czynności przekroczą każdy możliwy zysk. Niestety, dla mikroprzedsiębiorców, mikrokapitalistów, ustawiono tak wysoką urzędową poprzeczkę, że pozostaje im szara strefa. Przez to właściwie każdy przyszły kapitalista musi zaczynać od wymuszonego przestępstwa. Przypadek? - Nie; bo to wygląda na gruntownie przemyślaną akcję ze strony Rządzących; to jest element tresowania ludzi poprzez poczucie winy i faktyczne bycie nieustannie winnym. Państwo to lubi – winni są posłuszni.

Ale wymienione wyżej krótkie ciągi sprzężeń między pomysłem a efektem, czyli inaczej mówiąc wolność gospodarcza, są tym, czym kapitalizm góruje (jeśli nie zduszony przez Państwo) nad organizacją opartą na przymusie i „centralnym planowaniu” (czyli nad wszelkim socjalizmem). Dzięki tym krótkim ciągom sprzężeń można wystartować z czymś nowym; można elastycznie dopasować się do potrzeb i do zmian. To jest wielka zaleta PIENIĄDZA i rynku; i ta zaleta w wielkiej mierze „gładzi grzechy” poprzednio wymienione.

Z drugiej strony te krótkie ciągi sprzężeń mają też swoją wadę: ich „krótkość” powoduje, że łatwo wyrażają się, łatwo dochodzą do głosu interesy „małe” – małoskalowe, lokalne i cząstkowe, a nie ma nikogo, kto by dbał o sprawy ogólne. Masa „krótkich” kapitalistów posprzedaje ziemię, wyrąbie drzewa, spali torfowiska, zje zające, wyłowi ryby – wszystko w odpowiedzi na czyjeś autentyczne i pilne zapotrzebowanie, po czym z braku ochrony interesów i wartości ogólnych zostawi za sobą pustynię i goniące się po niej szatany.

I to trzeba wyliczyć jako szóstą wadę kapitalizmu: to, że jest obliczony na doraźny zysk, czy ogólniej: na doraźny efekt.

Ale żeby temperować „wrodzone” wady kapitalizmu (czyli: rynku) z reguły społeczeństwa odwołują się do jego syzygii (do jego „drugiej połówki”) czyli do organizacji opartych na przymusie i przemocy. (Zwykle to jest państwo lub władze lokalne, przeważnie niczym od państwa nie lepsze.) Przysłowie, że „jak go nie kijem to pałką” jest tu najbardziej na miejscu. Państwo i inne organizacje oparte na przymusie i przemocy mają dziwną umiejętność psucia wszystkiego, za co się wezmą. Np. zauważono, że gdyby kapitalizmowi-rynkowi pozostawić edukację, to dostarczyłby wykształcenia tylko tej młodzieży, która ma bogatych rodziców chcących inwestować w swoje dzieci. Uznano, że tak nie można, co jest sensowne, bo zdolność dzieci nie jest skorelowana z zamożnością rodziców; dlatego organizowaniem edukacji zajęło się państwo, co przez kilka pokoleń jakoś działało, po czym zaczęło się psuć, w naszych czasach dramatycznie. Podobnie zauważono, że nie należy zostawiać kapitalizmowi-rynkowi leczenia, bo wtedy lekarze będą leczyć tylko bogatych, a najbardziej chorzy zwykle są najbiedniejsi. Leczeniem zajęło się państwo, co jakiś czas działało, ale potem zaczęło się psuć, w naszych czasach fatalnie. Każdy, kto ma psa, wie, że pies ma dużo lepszą od człowieka opiekę lekarską – bo weterynarze działają w ramach kapitalizmu i rynku, a ludzcy lekarze w ramach (chorobliwie nieudolnego) Państwa.

Piszę te oczywistości po to, żeby kiedy ktoś zamierzał o wszystko po lewacku obwiniać kapitalizm, to żeby ugryzł się w język (w klawiaturę), bo mniemane remedium na kapitalizm, czyli Państwo wraz z państwową systemową Wszechwładzą jest zwykle rozwiązaniem gorszym, a bywa że gorszym radykalnie. Nędza i upadek socjalistycznych rajów jak Kuba, były Związek Sowiecki, Korea Północna i Wenezuela niech będzie nieustanną przestrogą. (I nie jest przypadkiem, że tak się tam stało!)

Dla kapitalizmu wyliczyłem aż sześć wad. Dla symetrii to samo dla państwa. Pierwsza wada. Państwo jest ufundowane na przymusie i przemocy. Kiedy źle się dzieje, w sytuacjach trudnych (dla państwa i jego ludzi) rutynowo odwołuje się ono do przemocy przeciw własnym obywatelom: rozpędzanie demonstracji, aresztowania, policyjne oddziały do walk ulicznych, wewnętrzny „stan wojny”. Druga wada. Państwo jako instytucja z istoty przemocowa, sprawniej działa w sytuacji zagrożenia i przymusu, nazywanego czasem „wyższą koniecznością”. „Naturalnym środowiskiem” państwa jest wojna – w stanie wojny państwo „kwitnie” i jego instytucje mają okazję w pełni się rozwinąć i wykazać swoją niezbędność. Dlatego państwa często prowokują wojny; współczesnych i niedawnych przykładów jest mnóstwo i zbędne ich wyliczanie. Trzecia wada. Jako instytucja przemocowa, państwo faktycznie prowadzi nieustanną „wojnę” ze swoimi mieszkańcami; stosuje wobec nich działania typowe dla działań wobec wrogów: szpieguje swoich mieszkańców, zmusza ich do darmowych posług, rekwiruje ich własność (w obecnej Polsce bywa szacowane, że państwo zabiera nam pod przymusem w podatkach i w innych obowiązkowych opłatach do 85% dochodu!); oraz wykazuje wobec nich (czyli wobec nas!) ustawowy – zapisany w przepisach – brak zaufania. Czwarta. Państwo wyrównuje; zmusza wszystkich do bycia jednakowymi. Przykłady: musisz w państwowej szkole uczyć się tego, co wszyscy. Leczyć się możesz tylko z chorób, na które chorują „wszyscy”, czyli z tych, które są na urzędowych listach; podobnie jest z lekarstwami. Także poszczególne miasta, gminy, regiony, stowarzyszenia i przedsiębiorstwa muszą być formalnie jednakowe. Spróbuj założyć przedsiębiorstwo, spółdzielnię czy stowarzyszenie na zasadach, których nie ma w państwowych przepisach – natychmiast wypadasz poza legalność, stajesz się przestępcą. Piąta wada. Państwo się korumpuje, i chodzi nie tylko o łapówki dla urzędników, i nie tylko, że radni miasta brukują sobie ulice i zakładają latarnie dokładnie do swoich domów, ale ustawy są produkowane pod oligarchów, własnych i (u nas częściej) zagranicznych. Szósta wada. Państwo wytwarza własną klasę, „klasę polityczną”, która na nim się „wypasa” i wokół niego nieustannie się odtwarza, i często właśnie to – obsługa tej klasy - staje się główną czynnością państwa. Z Polski i od sąsiadów przykładów mamy mnóstwo... Pobocznym skutkiem jest to, że takie państwo nikogo (poza własną polit-klasą) nie reprezentuje, nie chroni niczyjego interesu prócz własnego, czyli tej klasy; staje się pasożytem.


Czy na wady (a) kapitalizmu, (b) państwa jest jakieś remedium? Czy są jakieś armaty który by można wystawić naprzeciw tych potęg? Są. W tybetańskim buddyzmie powiada się, że podczas umierania, najpierw „żywioł ziemi rozpuszcza się w żywiole wody” - co znaczy, także poza sytuacją umierania, że to co konkretne i materialne (co jest symbolizowane właśnie przez żywioł ziemi) zależy od emocji lub uczuć, i nie poparte emocjami/uczuciami traci swoje znaczenie. Żeby coś kupić za kapitalistyczne pieniądze, musisz wpierw tego pożądać. Żeby wykonać rozkazy państwa, musisz najpierw go się bać.

Powiada się tamże, że (w dalszym ciągu umierania, które jest modelem dla wszelkiej dekompozycji lub analizy) „żywioł wody rozpuszcza się w żywiole ognia”. Znaczy to, że nasze emocje/uczucia są stanie czegokolwiek dokonać lub jakkolwiek się wyrazić dopiero wtedy, kiedy są poparte naszą wolą, chęcią lub entuzjazmem. (Bo to właśnie symbolicznie oznacza żywioł ognia.) Twój żal, frustracja lub rozgoryczenie pozostaną twoją prywatną i bezsilną psychiczną dolegliwością, dopóki i o ile nie zostaną wsparte twoją wolą i entuzjazmem podobnie czujących – wtedy, być może, „wyrwiesz murom zęby krat”.

Dalej powiada się, że „żywioł ognia rozpuszcza się w żywiole powietrza”. Czyli wola zależy od pojęciowego myślenia, od systemu przekonań i od światopoglądu. I to jest to! Zarówno rewolucje, nie tylko te polityczne, jak i inne wynalazki i zmiany, zaczynały się od przesunięć w świadomości; zaczynały się od myśli. Od poglądów, teorii i systemów pojęciowych. To jest ten atut, który mają intelektualiści. Od nich zaczynają się zmiany. I te na lepsze, i te na gorsze.

Ale buddyści i Tybetańczycy mają jeszcze jeden żywioł, pomijany w Europie, piąty. Powiada się: „żywioł powietrza rozpuszcza się W PRZESTRZENI”. Co się tłumaczy, że myśl, pogląd i system poglądów, słowo i teoria zależą od czegoś, co nimi nie jest. Od czegoś innego. (Jan Ewangelista głęboko się mylił, sądząc i głosząc, jakoby „na początku było słowo”. Nie było!) To coś formalnie można by nazwać „przestrzenią”, ale patrząc od ludzkiej strony, jest to twój-nasz stosunek do przestrzeni, do „wszystkiego”, do „otoczenia”, do „tu i teraz”, do własnego uwarunkowania lub nieuwarunkowania.

Żeby uruchomić cały tamten łańcuch, to znaczy żeby zmienić teorię, następnie od tego nabrać entuzjazmu i zainspirować nim innych, następnie poprzeć wolę uczuciami/emocjami, w tym wiarą, następnie przejść do działania i spowodować trwałe materialne skutki – trzeba zacząć od przyjęcia właściwej postawy. To jest to coś, co zawiera się w następującym powiedzeniu Konfucjusza:

Cesarz Szun był bez wątpienia jednym z tych, którzy rządzili krajem przez niedziałanie [wu-wei]. Cóż on bowiem czynił? Pozostawał tylko z całą powagą zwrócony twarzą na południe, i to wszystko.*


Wojciech Jóźwiak



* „Dialogi konfucjańskie”, wyd. 1976, s. 151.



komentarze

[foto]

1. Dokładnie to • autor: Michał Mazur2013-07-03 17:14:26

"Państwo to lubi – winni są posłuszni" - dokładnie to!

2. Państwo lubi • autor: Nierozpoznany#2082013-07-04 01:10:03

>> "Państwo to lubi – winni są posłuszni" - dokładnie to!

Nie. Panstwo jest demonem bez mozgu, jak wszystkie zreszta tego rodzaju demony. Role mozgu spelniaja tymczasowi kierownicy. W tej chwili jest tak, ze wysoki prog wejscia do biznesu jest wymuszony przez wielkie firmy ktore nie lubia konkurencji. Klasycznym przykladem jest Szwecja. Niby socjalizm, pomoc dla wszystkich, pitu pitu, ale wysokie podatki wymuszaja tamtejsi giganci zeby biznes (ich biznes) nadal dobrze szedl. Malych nie stac na znoszenie takich obciazen.

>> Nie chciałem chodzić do szkoły. Las był oazą.

No tak. My wagarowicze juz raczej nie wracamy w pelni na lono zdrowego spoleczenstwa : )))
Jakis czas temu przeprowadzilem sie pod las zeby zaaplikowac sobie wieksza dawke kontaktu z przyroda, ale tez stwierdzam, ze chodzi o co innego. Pomijam teraz o co. Sam las jest ladny, dosc zroznicowany, ze spora iloscia starodrzewu. Teraz chca go wycinac pod budowe osiedla. No coz, nie kazdy musi lubic przyrode. Za zarobione pieniadze urzednicy z wladz gminy kupia sobie nowe samochody i telewizory, moze nawet uda sie cos pobudowac.
Lasy sa w tej chwili tylko hodowlami. Ostatnie prawdziwe wycieli rolnicy kilkaset lat temu. W tej chwili mozna w prawdziwym lesie (Bialowieza) odbyc dwugodzinna wycieczke piesza, potem won.
Moja enklawa na wagarach byl waski pas autentycznie dzikiej przyrody pomiedzy walem nad Wisla a sama rzeka. Sto metrow szerokosci, kikanascie km dlugosci. Rejony tak dzikie, ze w niektore miejsca nie dawalo sie wejsc. Kaczki, bazanty, kuropatwy, lisy i masa innej gadziny. Ale to miejsce tez sie cywilizuje. Wladzuchna odkryla ze jest piekne i dzikie i urzadzila tam rezerwat. Co sie stalo? Dzikosc tego miejsca zaczyna znikac, pojawiaja sie alejki parkowe i sztucznie zaimplementowane bobry. Niedlugo gmina zacznie sprzedawac bilety, bo dochody z radarow sa za male.

Nes, blad systemu otwartego (na ilustracji) polega na tym, ze w rzeczywistosci nie wszystkie wezly sa rowne, w zwiazku z tym powstaja centra i dzieje sie to, co widac po lewej. Jak go nie kijem to go palka : )


3. Właściwa Postawa • autor: Nierozpoznany#73772013-07-04 03:32:44

Im więcej kochasz - tym boisz się mniej.

Mam tutaj na myśli aby robić "swoje" - To co jara, kręci, pasjonuje tak naprawdę..
bez wyobrażania sobie wszelkich możliwych często złych rozwiązań i możliwości.
Ufając że to właśnie to TO.
Zgodnie z sumieniem (sercem lub czystym spojrzeniem jak kto woli)

dlatego że..
Że to właśnie to co mnie "napędza", bo to właśnie to kim jestem,
kim wybieram być mówiąc ściślej.
I wyjść z tym do ludzi. Żyć tym.

A system sam się ułoży, Taki system- nie system.



4. do Nes W. Kruk • autor: Nierozpoznany#66612013-07-04 23:06:49

A gdyby tak:
Krok 1. odwrócić pytanie: "jak zaprojektować system, który posiadałby zabezpieczenie przed alfami" (post 8) i zapytać: "jak zaprojektować system, który posiadałby zabezpieczenie przed omegami"?
Krok 2. Wytrzymać oskarżenie o oskarżanie ofiar.
Krok 3. Uznać oba stwierdzenia za  co najmniej niesprzeczne.
Krok 4. Wypracować kompromis.
Krok 5. Przełożyć ten kompromis na anekumenę, która ma: "dwa sensy [...]: szatański i uzdrowicielski" (teza z tekstu Wojtka).
Krok 6. Wytrzymać oskarżanie o profanację, idealizację, szamanizm, dyktaturę wszelkich jakości, pomieszanie zmysłów ...
Krok 7. Wypracować kompromis.
Krok 8. Zaprosić człowieka w[do] anekumeny i odwrotnie.
Krok 9. Wytrzymać oskarżenia o ....

dalej nie mam pomysłu, jakie podjąć kroki, ale coś mi migocze, że ostatni krok mógłby brzmieć mniej więcej tak:
Krok ostatni: Wszystkie węzły są równe (post 4) i równie potrzebne.

?

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)