zdjęcie Autora

08 października 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Pułkownik z Taszkentu

Kategoria: Twórczość

« Bycie wężem Troszkę o zwierzętach »

Przez wiele lat nie przywiązywałam wagi do dziwnych odczuć i wrażeń, które mi się przytrafiały. Jak wspominałam już, zajmowałam się tym co konkretne i namacalne. W nadmiarze obowiązków, którym usiłowałam sprostać, próba spekulacji, co właściwie mi się przydarza, obniżyłaby tylko próg zaufania do siebie, mojego trzeźwego osądu sytuacji i zdolności poradzenia sobie z pojawiającymi się problemami. Aż do pewnego momentu, gdy cały, pracowicie zbudowany przeze mnie zdroworozsądkowy świat runął i uwięziona w ciele, które okazało się słabsze niż przypuszczałam, musiałam wrócić do wypartych odczuć.

         Jednym z najważniejszych było poczucie (chwilowe), że jestem w kimś, w jego środku, znam jego życie, myśli, problemy – a jednak zachowuję swoją odrębność. Jest to znacząco inne odczucie niż opisane w „Zrujnowanej fabryce”, gdzie na pograniczu jawy i snu „przemieszczałam się” z jednej osobowości w drugą.

         Doświadczenie to spotkało mnie dwukrotnie – raz w stosunku do człowieka po straszliwych wojennych przeżyciach, drugi raz w stosunku do kilkumiesięcznego niemowlęcia. W obu przypadkach doznałam głębokiej fascynacji cudzym światem i dlatego zapewne do dziś te wrażenia nie opuszczają mojej pamięci.

         W sferze doznań fizycznych zanotowałam jedną prawidłowość: ogromne znużenie, zmęczenie powiązane z wrażeniem, że wokół mnie powietrze zgęstniało do konsystencji ledwie umożliwiającej oddychanie. Wielkie pragnienie znalezienia się gdzieś indziej.

         Pierwszy raz spotkało mnie to podczas wycieczki po krajach byłego ZSRR na końcu tej wycieczki, na lotnisku w Taszkencie dwa lub trzy lata po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło część miasta.

Po kilkunastu dniach podróży i zaliczeniu ośmiu samolotów w ciągu ostatnich dwóch; braku snu, z głodem, który wskutek zmęczenia stopniowo przechodzi w brak apetytu, z wyschniętym gardłem, ale i z niechęcią do picia, bo nie wiadomo, gdzie uda znaleźć się toaletę, osiąga się stan, kiedy wszystko wokół wydaje się bądź nieważne i nie warte chwili zastanowienia, bądź tak jaskrawie istotne, jak prorocza wizja. Nękają naprzemienne wybuchy wściekłości i chwile bezmyślnego otępienia. Czasem zapragnie się jakiegoś drobiazgu bez sensu, czasem zaś grymasi na wszystko, łącznie z tym, czego przed chwilą namiętnie się pożądało.

To lotnisko było piątym z kolei w turystycznym ciągu dwóch nocodni, gdy, jak na sali porodowej, mylił się noc z dniem, a różne czasy kolejnych miast wyświetlane na wielkich tablicach powodowały, że nie wiedziało się, czy naprawdę to były dwa dni...

         Byliśmy w Taszkencie zaledwie trzy godziny. Obwieziono nas autokarem po mieście, które zniszczyło trzęsienie ziemi, gdzie do oglądania zostało jedynie nowe budownictwo, noszące piętno pośpiechu oraz dziesiątków stylów, w których „zaprzyjaźnione kraje”, każdy po swojemu, budowały tandetne domy; kolorowe i opatrzone mnóstwem ozdóbek oraz pompatyczne gmachy publiczne. W miejscu, gdzie kiedyś było epicentrum, w promieniu kilku kilometrów ocalał jeden, niewielki domek, który pokazywano wycieczkom. Długo w jego okolicy nic nie budowano, aż wreszcie przyszła kolej i na ten fragment miasta.

         Zza okien autokaru pokazywano nam budujące się bloki, a z wykopu pod fundamenty wystawały kawałki gruzu, szmat, i kości. Wygonieni z ciepłego autokaru, senni i kulący się z zimna staliśmy bezmyślnie patrząc na ziemię miętoszoną koparkami. Ogromna łyżka przenosiła porcje gruzu, połamanych sprzętów i zetlałych szmat, gdy spomiędzy jej zębów wysypały się kości i czaszki. Pomyślałam wtedy, że jest to miasto zbudowane na cmentarzu i dlatego uczyniono go takim widnym, kolorowym i ozdobnym; szerokimi jezdniami zakryto miliony kostek i kosteczek, brokatowe spodenki kobiet, haftowane czapeczki, tony uśmiechów i kilometry warkoczy.

         Potem zawieziono nas do szaszłykarni, żebyśmy przed odlotem już nie zawracali głowy.

         Spytałam po polsku jakiegoś mężczyznę, siedzącego przy stoliku, czy jest wolne miejsce, zanim zdałam sobie sprawę, że nie może mnie zrozumieć i zanim sformułowałam swoje pytanie w niezgrabnym, szkolnym języku rosyjskim i zanim wskutek tego przypomniałam sobie, jak bardzo tu jestem obca, on skinął głową. Był wysoki, postawny i opalony – tyle zapamiętałam.

Marzyłam o piwie. Jedynie piwo zdolne jest zatrzeć oddech umarłych, piwo albo kawa. Kawa czyni okrutnym, piwo znieczula. Spytałam kelnerkę o piwo, ale nie było piwa. Poprosiłam więc o kawę. Ale nie było kawy, nie było piwa.

Szaszłyki podano mężowi bardzo szybko, ale ja kawy nie dostałam, musiałam czekać aż on skończy jeść, bowiem prawdopodobnie u nich w restauracjach jest przyjęte podawanie kawy na koniec posiłku, moja sprawa, że siedzę przy pustym stoliku i marzę o kawie, dostanę ją kiedy przyjdzie na to pora. Możliwe też, że w tamtych stronach kobieta nie otrzyma niczego przed mężczyzną, oboje zamówiliśmy kawę, najpierw podadzą jemu, potem jej – zbyt mało wiedziałam o tym mieście i tej szaszłykarni, której połowę umeblowano normalnie stolikami i krzesłami, a połowę we wschodnim stylu, podestami pokrytymi dywanem do siedzenia ze skrzyżowanymi nogami.

Mąż zajadał szaszłyki. Siedziałam pełna swojej niezgrabności, w wygniecionej i przykurzonej piaskami pustyni granatowej sukience Kieszeń sukienki pełna była posolonego piachu. Tłuste strąki włosów kłuły w szyję. Skąd ja się tu wzięłam?

Wyobraziłam sobie, że kawa jest tym wszystkim, czego pożądam, najpiękniejszym darem tego miasta, gdzie fundamenty kopie się między kośćmi, nagrodą za cierpliwość, nieprzespaną noc, głód i przepełniony pęcherz, jedyną rzeczą, której mi brakuje po obejrzeniu tych wszystkich cudów Samarkandy, Chiwy i Buchary, o których wiedziałam, że nigdy nie będzie mnie stać, aby spojrzeć na nie ponownie. Każde dotknięcie murów wyłożonych mozaiką sprzed setek lat było ostatnie, poślizgnięcie buta na starym kamieniu wygładzonym milionami stóp było pierwszym i ostatnim śladem, świadectwem przemijania chwil, które choć nieważne, jednak były i mijały, wiec i ta kawa, na którą czekam, będzie pierwsza i ostatnia. Kiedy napiję się kawy, myślałam, będę szczęśliwa i wówczas nie będę myśleć o tym, co mieści się pod moimi stopami,  a budynki wzniesione na grobach staną się piękne, i wraz z nimi całe miasto tak przepełnione ozdóbkami, jak koronka wyłożona na brzeg sosnowej trumny dla zatarcia tchnienia śmierci. Czułam tę śmierć wszędzie, pod sobą, obok siebie, bardzo blisko.

         Spojrzałam uważniej na mężczyznę siedzącego obok, bezwiednie i z przerażeniem, Patrząc na niego, wiedziałam o nim wszystko, nie wiadomo czemu i na dziwność tego zjawiska początkowo nie zwróciłam uwagi. Nagle on postawił przede mną butelkę piwa. Uśmiechnęłam się, tak było to dziwne i niespodziewane, podziękowałam uparcie trzymając się polskiego, wyciągnęłam z kieszeni otwieracz przyczepiony do kluczy otwierających mieszkanie tysiące kilometrów stąd. Już pierwszy łyk przyniósł ulgę. Teraz wiedziałam o nim jeszcze więcej i szok był większy. Zawsze czułam nieszczęścia wokół siebie, swoje czy cudze, bez różnicy, bez wyboru, bez możliwości ucieczki, nigdy nie wiedziałam tylko ty to one biegną do mnie jak łaszące się koty, czy to ja pcham się w ich kierunku niczym mucha do lepu.

         W dzieciństwie, gdy jeździłyśmy z matką na letnisko, ludzie w pociągach rozmawiali ze sobą, opowiadali sobie różne przeżycia, a potem rozstawali się uspokojeni. Czasem opowieści te otwierały przed dojrzewającą dziewczynką cały świat przeczuwanych dorosłych problemów i nieszczęść z tego pakietu, który stanie się dla niej dostępny w pełni, gdy dorośnie.

         Ten, który siedział obok, jak podróżny z przejeżdżającego pociągu mojego dzieciństwa, domyślił się, jak gorąco pragnę piwa lub kawy i dał mi to, co miał w swojej torbie, zaczynając snuć opowieść.

         Nie wiem, jak to się stało, że zrozumiałam wszystko, co mówił do mnie w swoim języku. Zniknęły bariery języka, zwyczajów, doświadczeń, poczułam aksamit swoich rąk i ból, który te ręce powinny koić.

         Niewiele zdążył opowiedzieć, zanim przewodniczka nie zgarnęła nas tak szybko, że na stole zostało niedopite piwo, a kawy nie zdążono już podać. Dowiedziałam się, że był pułkownikiem, wracał z wojny w Afganistanie, urodził mu się syn, którego jeszcze nie widział, a który miał już półtora roku.

Powiedział, że tam ich zabijali i oni też zabijali, że musieli i nie mieli innego wyjścia. On też zabijał. Teraz siedzi w tej szaszłykarni i nigdzie dookoła nie ma wojny. Żadnej wojny. Czy ja mogę zrozumieć, po co to było? On też o tym nie ma pojęcia, nikt dookoła nie widzi nic dziwnego w tym spokoju wokół, nikt nie czuje nic, co unosiłoby się w powietrzu, tylko on siedzi jakby w kokonie ze złej mgły, obcy tak, jak nie był w obcym kraju.

Nie chciałam myśleć, co on, mój sąsiad przy stoliku robił w ciągu tych dwóch lat, co jemu spędzało sen z powiek, wystarczająco wiele rzeczy słyszałam i czytałam, ale nawet gdybym wiedziała, nie mogłabym myśleć o nim źle. I on i ja byliśmy w tym świecie obcy, ja marzyłam o butelce piwa, on mógł spełnić tak śmiesznie niepoważne moje marzenie i nagle staliśmy się sobie tak dziwnie bliscy, tak przeniknęliśmy w siebie, jakbym ja mogła wiedzieć cokolwiek o zabijaniu, które nie pozwala spać nocami, o obrazach, które do końca życia pozostaną i rozsądek ich nigdy nie zaćmi, a jakby on mógł domyślić się tego, co uczyniło mnie obcą w stosunku do wszystkich możliwych światów... Mogłabym godzinami opowiadać o jego życiu, chociaż go w ogóle nie znałam. Wiedziałam wszystko o wojnie, którą prowadził i o rozczarowaniach, które go jeszcze czekają.

...Oni zabijali nas, obcinali nam ręce, nogi, genitalia. Na naszych oczach, w bezpiecznej odległości, po trochu, czasem kilka dni. Czasem dobijali ofiarę, a czasem zostawiali na pasie ziemi niczyjej, czasem pozwalali zabrać kadłuby, a czasem nie. My też ich zabijaliśmy. Jeśli zrobiliśmy to źle,  niedokładnie, strzelali do nas...

         Nie spytałam go jak miał na imię, pytałam za to o imię żony, o imię dziecka, o jego wagę i wzrost przy urodzeniu, o to, co umiałam zapytać dzięki szkolnej nauce, a nie spytałam o najważniejsze. To napływało samo w dziwnym, podwójnym dialogu.

Potem, kiedy samolot awaryjnie lądował w burzy śnieżnej kotłującej się tysiące kilometrów dalej, w chwilach najgorszego strachu powtarzałam sobie, że nie można nagle kogoś spotkać, kto tyle razy uniknął śmierci, poczuć naszą jedność i w głupi sposób umrzeć.

Według zegarka znaliśmy się 23 minuty. Zdążyliśmy jedynie podać sobie nazwy miast, w których mieszkamy. Dziś już nie pamiętam nawet nazwy jego miasta.

Teraz, została z tego zawartość krótkiego konspektu: zmęczenie wycieczką – zwiedzanie placu budowy – szaszłykarnia – zamówienie posiłku – marzenia o kawie lub piwie – postawienie piwa przez nieznajomego – rozmowa o Afganistanie – wyjście na lotnisko bez skończenia piwa i rozmowy. Cała reszta jest nieuzasadnionym, być może idiotycznym przekonaniem, że znajdowałam się we wnętrzu kogoś, a ten ktoś odwiedził moje wnętrze.

 

Drugi raz doznałam tego uczucia gdy zostałam sama na działce z chorym i gorączkującym niemowlęciem. Nie miałam możliwości odwiezienia go do lekarza, nie było jak wezwać pogotowia. Mogłam tylko siedzieć przy nim całą noc czekając do ranka. Od jego posłania dzielił mnie niski, podłużny stolik, który dosunęłam, żeby rzucając się po wersalce nie stoczył na ziemię.

Z drzemki po drugiej stronie stołu wyrwał mnie nagły krzyk pełen przerażenia. Zobaczyłam wtedy własnymi oczami, czego bało się dziecko. Otóż w jego śnie stolik przekręcił się, stanął na tylnich nogach, a przednimi, niby zły byk, zaatakował kopytami dziecko.

Uspokoiłam go oczywiście, napoiłam i uśpiłam. Oczywiście nie miałam jak sprawdzić, czy widziałam rzeczywisty sen małego, ale jestem pewna że tak. Moje własne, prywatne strachy nigdy nie przybierały podobnych form.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Bycie wężem Troszkę o zwierzętach »

komentarze

[foto]

1. Kawa okrutnym? • autor: Wojciech Jóźwiak2012-10-09 11:07:55

"Kawa czyni okrutnym, piwo znieczula."

Kawa czyni okrutnym -??
[foto]

2. okrucieństwo kaw • autor: Katarzyna Urbanowicz2012-10-09 12:35:40

Kawa pobudza, wyostrza odbiór otoczenia, w chwilach stresu skłania do walki, a jeżeli to, z czym checemy walczyć nie jest łatwo uchwytne... Tak więc bywa, że może czynić okrutnym (w stosunku do świata w sensie odarcia ze złudzeń). Ale to oczywiście licencia poetica i moje prywatne, ówczesne wrażenie. Przykład z innej beczki: "Przemierzyłem swe życie łyżeczką od kawy" (T.S.Eliot).
[foto]

3. Zdjęcia? • autor: Wojciech Jóźwiak2012-10-09 12:39:33

Kasiu, czy masz zdjęcia z tamtych podróży? Chętnie zamieszczę je, doklejając do Twojego bloga. Tylko by (jeśli są) trzeba było je zeskanować. Wojtek
[foto]

4. Klatch • autor: Piotr Jaczewski2012-10-09 12:59:02

"Klatchiańska kawa ma lepsze działanie trzeźwiące niż nieoczekiwana brązowa koperta od inspektora podatkowego. Entuzjaści tego napoju pamiętają, żeby przed skosztowaniem najpierw solidnie się upić, ponieważ klatchiańska kawa przenosi człowieka do trzeźwości, a jeśli nie był ostrożny, to na drugą stronę, gdzie umysł ludzki błądzić nie powinien."

Tak z Pratchetta mi się przypomniało :)
[foto]

5. zdjęcia • autor: Katarzyna Urbanowicz2012-10-09 13:14:21


Niestety, zdjecia nie zachowały się, złe odczynniki i amatorskie wywoływanie spowodowały, że wyblakły. Część skonfiskowali celnicy wraz z aparatem. Mam tylko kolorowe foldery i zestaw pocztówek. Jeśli Cię interesują, poszukam i zeskanuję.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)