Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

15 czerwca 2011

Krzysztof Wirpsza

Punkt światła, albo jak sprawić, żeby wasz angielski mówił za was?
Metoda Empatycznych Konwersacji inspirowana diadami komunikacyjnymi

Kategoria: Techniki rozwoju

Motto: Mówić każdy może.
"Ratatuj" (prawie:))


Co nie zawsze mówią wam w szkole?

  • Nie zawsze mówią wam, że można się nauczyć mówić po angielsku w rok, bez wkuwania i gramatyki.
  • Nie zawsze mówią wam, że pieczołowicie przygotowane zajęcia często prowadzą do schematu i tym samym odbijają się na motywacji do nauki.
  • Nie zawsze mówią wam, że kontakt z drugim człowiekiem jest o niebo lepszy niż cały tzw. "fun" i przyklejony uśmiech.
  • Nie zawsze mówią wam, że wam że książka, zeszyt i tablica nie są jest koniecznym sprzymierzeńcem skutecznej nauki.
  • Nie zawsze mówią wam, że każdy człowiek jest jak książka, i że można tę książkę czytać, i że jest w niej tematów na milion lekcji - jeśli tylko potrafimy być przez godzinę obecni - BEZ LĘKU o to co za chwilę.
  • Wreszcie, nie zawsze mówią wam, że poczucie winy za brak postępów najczęściej wcale nie wspomaga nauki, a jedynie bardzo skutecznie ją blokuje.

Moja historia jako nauczyciela języka jest długa - ponad dwanaście lat. Jestem Polakiem, przeszkolonym w teorii i praktyce nauczania języka angielskiego i w przeszedłem chyba przez wszystko, co tylko oferuje nasz edukacyjny system. Studia językowe. Metodyka. Zajęcia grupowe i indywidualne. Nauka przez zabawę. Praca w firmach i przygotowywanie do egzaminów... Na początku byłem grzecznym lektorem przygotowującym swoim uczniom kserówki i w pocie czoła przeglądającym tragiczne dostępne w handlu podręczniki. Chodziłem na zebrania lektorskie, na których metodycy ­- nieraz niestety eksperci głównie od kserowania i przeglądania - nadzorowali efekty mojej pracy. Wierzyłem, jak zalecano, że im lepiej się przygotuję, tym więcej skorzystają na tym moi słuchacze. Niestety, w moim przypadku ta zasada się nie sprawdziła. Od stania przy tablicy i kserokopiarce cierpiałem przez jakiś czas na hemoroidy, a od przekrzykiwania dzieci nie byłem w stanie mówić.

Wiele się od tamtych czasów zmieniło. Latami po nocach nawiedzała mnie scena z "American Beauty", w której Kevin Spacey składa wymówienie swojemu szefowi. Chciałem być jak On (Kevin). Brakowało mi jednak amerykańskich guts - i nie odszedłem z zawodu. Dzięki temu dane mi było bardzo dokładnie przyjrzeć się jak zakłamaliśmy edukację. Przyjrzałem się temu od podszewki, od - by tak rzec - najwewnętrzniejszych jelit. No i teraz wreszcie przyszedł czas, że mogę coś w tym zmienić. Czyli chyba nawet dobrze, że zostałem. Gdybym odszedł, byłoby w edukacji o jednego pioniera mniej.

Zaczęło się od kubła zimnej wody. Jak uczyć? Zawsze byłem oryginalny i twórczy, łapałem też natychmiastowy kontakt z ludźmi, zdobywając sobie, z wzajemnością, ich zaufanie. To jednak kłóciło się dla mnie z wiedzą metodyczną, gdzie wszelka oryginalność pozostaje starannie przygotowana zawczasu, a kontakt z uczniem sprowadza się do przerobienia pewnych zaplanowanych z góry elementów. Na tym obszarze mało było pola do popisu dla pracy która mnie najbardziej interesowała - tj. psychologicznie, na poziomie motywacji. Dlaczego tak było? Oczywiście są zalety przygotowanych starannie zajęć, i istnieją lektorzy, którzy na tych zaletach bazują. Jedną z nich jest poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, jakiego wielu ludzi na zajęciach potrzebuje, szczególnie jeśli zajęcia te, z konieczności, są częścią codziennego stresu. Ja jednak, być może ze względu na moją specyficzną konstrukcję psychiczną, nigdy nie patrzyłem specjalnie w tę stronę, pochłaniało mnie natomiast co innego. Człowiek zajęty wykonywaniem zaplanowanych czynności rzadko kiedy zadaje sam sobie pytanie - i co ja na to? Może zresztą i czasem je sobie zadaje, to zależy, w dużym stopniu od lektora. Ale jeśli nawet tak jest, stosowanie bezpiecznej rutyny może znacznie ostudzić intensywność zapytywania i osłabiać zapał. Motywację ma zapewniać nauczyciel, kserówki, książki, metody, itp. Uff. Klient nieraz myśli - płacę i nie muszę się martwić - oni zmotywują mnie za mnie. To było coś, z czym, będąc tym kim jestem, nie potrafiłem się zgodzić. I ponieważ wszystkie opcje kariery w przytoczonym paradygmacie wydawały mi się obce, zacząłem kombinować - jak tu się mimo wszystko rozwinąć. W międzyczasie eliminowałem, konsekwentnie, jedną kłopotliwą rzecz za drugą. W ten sposób najpierw wyeliminowałem podręczniki, potem kserówki, potem testy, potem zebrania, potem dzienniki, potem kontrole metodyków, potem sztuczność, potem prace domowe, potem listening, reading, writing i na końcu - przygotowywanie się. Co zostało? To ciekawe - został sam Zainteresowany.

Cały galimatias bierze się stąd, że my lektorzy próbujemy coś na tych zajęciach z Zainteresowanym zrobić. A on, niejednokrotnie, żeby się zmotywować do mówienia, potrzebuje czegoś dokładnie odwrotnego - czyli ograniczyć robienie i zacząć więcej być. Robienie zresztą samo naturalnie wynika z rozluźnienia się w byciu, jest to jednak robienie zupełnie innej jakości, niż to, które wymuszają reguły. Charakteryzują je pasja i chęć, coś czego wszyscy szukamy. Często jednak sam Zainteresowany o tym po prostu nie wie. Na tym polega problem. Zainteresowany często myśli, że musi coś robić, bo tak go, jak każdego, wychowano. System edukacyjny ma tendencję do popadania w tresurę. Jedni nauczyciele to uwielbiają, inni mniej, jeszcze inni lubią być niezależni i działać po swojemu. Faktem jednak pozostaje, że ustalone metody treserskie przemawiają do zbiorowej świadomości, po prostu dlatego, że są łatwe i nie wymagają myślenia. Działają na zasadzie odruchu psa Pawłowa. Parę chwytliwych haseł, typu "uproszczone czytadła", "prace domowe", "listeningi", "nikt za ciebie tego nie zrobi!" i nasz delikwent zręcznie szermuje metodyczną pseudo-wiedzą, przekonując, że idzie jak burza i że mu się chce. Wprawny obserwator dostrzeże jednak na tej tafli skazę. Rzut oka do dziennika - połowa zajęć odwołana. No dobrze, praca, wyjazdy, to można zrozumieć. Ale rzut oka na efekty? Tu gorzej. Zainteresowany nie mówi - od trzech lat. Od pięciu lat. Od ośmiu (sic!)! Czasem to aż się chce uśmiechnąć, naprawdę sytuacja jak z czasów, kiedy w socjalistycznych szkołach uczyliśmy się po rosyjsku. Jak to od tylu lat nie mówi? Komedia. To co on robi na zajęciach? Mówić, w zdrowych warunkach, to się można nauczyć od zera w rok, i piszący te słowa poświadcza to własnym lektorskim doświadczeniem. Tylko trzeba się cieszyć, trzeba mieć kontakt z lektorem, trzeba iść na zajęcia lekko, a nie z musu. Pytanie okazuje się równie aktualne w dobie komuny co w kapitalizmie - jak to zrobić, jak?!

Tu parę słów wyjaśnienia. Nie jestem native speakerem. Choć mówię płynnie poprawną angielszczyzną, nie mam akcentu, zdecydowanie brakuje mi też zachodniego luzu i ekstrawersji. Jest wiele zalet w zajęciach z native-speakerem. To oni przecież pozostają źródłem żywego języka, kopalnią potocznych zwrotów, i wzorcem naturalnej intonacji. To oni potrafią w naprawdę niewymuszony sposób zachęcać nas do produkowania angielskich wypowiedzi, choćby dlatego, że jest to ich rodowity język, myślą w nim i nie potrafią inaczej. Należy docenić te zalety, należy jednak przyjrzeć się również miejscom, w których native-speakerzy zawodzą. Jednym z nich jest sytuacja, w której ktoś nie wierzy w siebie, lub zwyczajnie pozostaje zablokowany. Na samą myśl, że miałby sformułować zdanie po angielsku ogarnia go panika, zwyczajnie nie potrafi sobie z tym poradzić. Z mojego doświadczenia jest to sytuacja bardzo wielu Polaków. Polacy są narodem introwertycznym, pełnym zahamowań. Wielu z nas do otwarcia się potrzebuje właśnie Polaka, kogoś, kto wychował się w podobnym systemie, wie czym jest polski wstyd, i posiada takt oraz ciepło w związku z narodowym charakterem. Nabywanie akcentu na etapie gdy człowiek chce zacząć mówić, często nie sprzyja - z własnych obserwacji powiedziałbym, że wiele średnio-zaawansowanych osób nie dba specjalnie o akcent, ponieważ przede wszystkim zależy im, żeby zrozumieć co się do nich mówi. Na tym etapie nauki umysł logiczny, dający bezpieczeństwo, bywa bardzo potrzebny. Rzucenie delikwenta na głęboką wodę powoduje, że treść rozmowy traci na zrozumiałości, co natychmiast odbija się na motywacji. Bardzo często słyszę o native-speakerach opinie typu: "No i co, wszedł na salę i mówi do nas, ale w ogóle - kosmos - o czym?!" A człowiek który słabo rozumie, zwyczajnie traci wtedy chęć do rozmowy. Utrzymanie zdrowego zaciekawienia konwersacją zależy przecież bardzo często od tego, czy bierzemy w niej aktywny udział. Gdy się regularnie nie łapie istoty przekazu, narasta frustracja i nadzieja na przyjemny flow zanika.

W mojej metodzie - nakierowanej przede wszystkim właśnie na otwieranie ­- konwersacja z zablokowanym słuchaczem przypomina przesuwający się punkt światła. Ześrodkowuję się i rozmawiamy chwilę po polsku. Wczuwam się w klimat pomieszczenia, w nastrój dnia, w pogodę za oknem, popijamy soczek czy kawę. Niby impas, nie wiadomo co dalej. Nagle błysk - z głupia frant zadaję pytanie po angielsku. Pierwsze jakie mi się nasunie, o cokolwiek, na przykład jakiś obiekt na którym przypadkowo spoczęło moje spojrzenie. Wczuwam się w zmianę w powietrzu. Jeśli słuchacz płynnie udzieli odpowiedzi, podpytuję o jakiś szczegół. Patrzę co dalej - delikatnie obserwuję jak przemieszcza się punkt. Jeśli słuchacz jest znudzony, wycofuję się i pozwalam na kolejny impas. Znów napięcie wzrasta i znowu rozładowanie. Nowy temat. Wychwytuję w międzyczasie subtelne sygnały, mówiące o tym jak bardzo nowy temat słuchacza wciąga, na ile kojarzy mu się z czymś osobiście dla niego ważnym. Wybrany obiekt rozmowy jest tylko pretekstem. Cały czas czekam na spontaniczną dygresję słuchacza, i tę dygresje wykorzystuję, aby pozwolić mu przejąć prowadzenie. To on kieruje rozmową, moją rolą jest wspieranie go w tym i zarządzanie powstającym po drodze stresem. Moją rolą jest wczuwać się w wędrujący punkt, delikatnie popychać go lub wstrzymywać i - ogólnie - nie blokować autentyczności i naturalności. Jako układu odniesienia mogę używać przedmiotów w pokoju, przeglądanego na chybił trafił czasopisma, a nawet krótkich przygotowanych zawczasu gier lub zabaw. Chodzi jednak przede wszystkim o to, żeby każdy taki topic poprowadził nas ku własnym eksploracjom, w kierunku naszych własnych, pobudzających do rozmowy tematów. Bardzo często, dla dolania oliwy do ognia, opowiadam krótkie historyjki z własnego życia, ilustrujące poszczególne zagadnienia, upewniam się jednak po każdym zdaniu, że słuchacz je zrozumiał, i w razie czego zapewniam back-up po polsku. Przepływ i radość rozmowy są dla mnie nadrzędne wobec jakichkolwiek metodycznych założeń.

Jeśli punkt światła przemieszcza się prawidłowo, ja i słuchacz wchodzimy w specyficzny stan. Konwersacja staje się kompletnie na gorąco, i naprawdę nie wiadomo dokąd za chwilę podąży. Jest to stan bardzo przyjemny. Przy najmniejszej wątpliwości w zainteresowanie słuchacza, zatrzymuję się i czekam. Bach! Nieoczekiwanie spływa nowy temat. Nawet jeśli temat jest zupełnie od czapy, nawet jeśli nie ma żadnego związku z tym o czym mówiliśmy przed chwilą, skaczę w ciemno, ufając intuicji. Bardzo często związek sam ujawnia się dopiero po chwili. Czasem nie ma w ogóle związku i nasza konwersacja przypomina skaczącą iskrę. Jednak nawet wtedy tworzony przypadkowo wzór ma w sobie wdzięk i harmonię, ponieważ jest lekki. Lekkość jest w nauce języka kluczowa. Chodzi mi przede wszystkim o wyeliminowanie lęku przed tym co powiedzieć za chwilę oraz o całkowite zaufanie tu i teraz. Dlatego staram się nie dbać o spójność tematyczną i nie tłumaczyć dlaczego mówimy teraz o tym lub o tamtym. Zauważyłem że długotrwałe zachowywanie spójności tematycznej przy niskim zaawansowaniu językowym słuchacza wcale niekoniecznie motywuje; przeciwnie - często prowadzi na mielizny, które burzą lekkość. Zamiast tego lubię, w sposób trochę szalony, skakać z tematu na temat, podtrzymując wrażenie niewiadomej i suspensu.

Właściwie prowadzona otwierająca konwersacja w moim empatycznym stylu przypomina fraktal. Tematy i pytania są pozornie losowe, pozornie ze sobą niezwiązane. Jednak z szerszej perspektywy układają się w atrakcyjny, kalejdoskopowy wzór. Kalejdoskopowość spotkania staje się wartością samą w sobie, przy której walor omawianych tematów schodzi na plan dalszy. Wówczas ja i słuchacz możemy zupełnie zatracić się w rozmowie, zapomnieć czy i na ile posiłkujemy się w niej polskim, przestać się bać, że zaproponujemy coś co jest nie tak. (owszem! dotyczy to tak mnie jak i słuchacza!) Dopiero wtedy możemy docenić siebie nawzajem, naszą cichą, przyjazną obecność. Dopiero wtedy nasza komunikacja przenosi się na poziom serca - a to jest wartość, którą trudno opisać. Najprościej można by opowiedzieć o tym tak - jest to stan gdy zarówno słuchacz jak i ja oczekujemy na następne zajęcia :)

Jak wpadłem na pomysł Empatycznych Konwersacji? W przeszłości, jako trener warsztatów diad komunikacyjnych pracowałem bardzo dużo intensywnie komunikacją interpersonalną. W początkowym okresie praktyki byłem raczej zamknięty na kontakt i dzielenie się. Diady komunikacyjne były tym, co pomogło mi się otworzyć. Jako technika diady mają niezwykłą moc. Rozmawia się w nich w parze, z partnerem. Chodzi o to, żeby zaprzestać myślenia co się chce powiedzieć, tylko mówić już - to, co się akurat nasuwa. Oczywiście bez zbytniego cenzurowania się, osądzania, ale i bez obawy przed osądem ze strony odbiorcy. Jest to technika ogromnie wymagająca, w tym sensie że oczekuje ze strony zarówno słuchacza jak i mówcy kompletnej życzliwości i zaufania. Naruszenie zaufania w jakikolwiek sposób praktycznie uniemożliwia pracę. Zasadą jest to, żeby chłonąć siebie nawzajem i kompletnie nie oceniać tego co my - lub nasz partner - w danej chwili mówimy. W trakcie wykonywania konwersacyjnej diady powinna powstać zupełnie neutralna emocjonalnie, przyjazna przestrzeń bycia, w której niczego się nie narzuca, i niczego specjalnie nie blokuje. Efekty tego, pod względem głębi i obfitości konwersacyjnego materiału - są, co tu dużo mówić - niewiarygodne.

Inspirowany ogromnym przełomem w komunikacji jaki dokonał się we mnie pod wpływem pracy z diadą, jakoś naturalnie zacząłem wypróbowywać niektóre idee diad w nauczaniu. Pierwszą i podstawową korzyścią z praktyki było opanowanie umiejętności rozmowy bez osądzania, ­ tak siebie jak i partnera. Zauważyłem, że na lekcjach angielskiego naturalną przeszkodą dla większości uczestników jest lęk (wstyd) przed ostracyzmem. Co powiedzieć? Jak to powiedzieć, żeby nie musieć się z tego potem tłumaczyć i nie wywoływać tarć? Bardzo podobne katusze przechodziłem sam jako lektor. Naprawdę trudno opisać jak wielkim dylematem dla lektora na zajęciach konwersacyjnych jest obawa przed niewłaściwą oceną ze strony słuchacza. Przecież najczęściej my lektorzy nie znamy za dobrze naszych uczniów i nie wiemy jaki temat zaskoczy, a jaki postawi nas w kompromitującym świetle. Dlatego gros czasu spędzamy na dobieraniu tematów, które nas nie skompromitują, lub będą dostatecznie neutralne, aby nie ryzykować wiele. To jednak z kolei czyni naszą konwersację ograniczoną do garści bezpiecznych topików, a naszą pracę - wyrobnictwem.

Okazało się, że dobieranie czegokolwiek, podobnie jak wszelkie mozolne przygotowania do zajęć są, w moim przypadku, najzupełniej zbędne. Podobnie jak wysiłki aby dobrze, czy też profesjonalnie wypaść. Dopiero gdy przestałem cokolwiek robić i zacząłem być, w tej chwili, obecny ze słuchaczem i zrelaksowany bez oczekiwań, poczułem że istnieje szerszy pozawerbalny proces, który może nas poprowadzić. Dzięki wsłuchiwaniu się w naturalny bieg myśli, nagle odkryłem w sobie zgodę na to, by rzeczy toczyły się tak, jak mają się toczyć. Bez wymuszania. Ale i bez spanikowanego zalegania na mieliznach. Dałem sobie prawo do ciągłego bełtania w konwersacyjnej kadzi, bez analizowania co to mnie i/lub słuchaczowi praktycznie przyniesie. Wtedy nagle okazało się, że konwersacja nabrała zupełnie nowego wymiaru, wymiaru o którym nikt nie uczył mnie na nauczycielskich studiach. I to był początek.

Jednym z kluczowych markerów pokazujących, że metoda działa jest uśmiech. W którymś momencie widzę na twarzy człowieka uśmiech, ale nie ten zwykły, uprzejmy, ale taki jakiś taki trójwymiarowy. Zaraz. Nigdy tego tam wcześniej nie było, do tej pory był uśmiech, ale płaski, sztampowo optymistyczny. Albo, co gorsza, nie było go wcale, było natomiast napięcie i lęk. A teraz nie, teraz uśmiech ma głębię, taki się zrobił z tego wszystkiego jakiś - przekonujący... Czyżby sympatia? Czyżby nić porozumienia? Cóż - wcześniej wydawało się, że nam się chce, a teraz to nam się naprawdę chce. Zmiana prawie niezauważalna, ale to prawie - proszę nie brać tego lekko! - to prawie czyni zasadniczą różnicę. Wcześniej wszyscyśmy szli i biznesowo brali się do rzeczy. To jednak nie wystarczyło. Teraz coś w nas mięknie i topi się, bo wreszcie ktoś przestał przerabiać z nami lekcje. Jakie to jest upokorzenie, robić z kimś rozdział piąty albo przerabiać czytankę. Jeszcze z dorosłym człowiekiem! Człowiek nawet nie wie, zanim tego nie sam poczuje. A jak poczuje - to często ma dosyć i szuka czegoś innego. No, a mnie w to graj.

Idea Empatycznych Konwersacji jest bardzo prosta. Odkryłem, że konwersując lekko, byle jak i o byle czym¸ można wystawić do wiatru większość naszych negatywnych programów. Tych właśnie, które siedzą w środku i nie pozwalają nam mówić. Konwersacja taka z czasem nabiera przejmującego sensu i ciepła, które nie tak łatwo wywołać uczeniem się przez wysiłek. Z ogromnym sukcesem stosuję tę zasadę w nauce angielskiego. Z mojego doświadczenia lęk przed mówieniem, toporność i poczucie winy można wspaniale rozpuścić lekkością, można je niejako rozśmieszyć, do momentu w którym o nich zapomnimy. Ale lekkość może pojawić się tylko TERAZ, tylko jeśli MÓWIMY - jakkolwiek pokracznie by to miało wyglądać. I oczywiście potrzebujecie warunków, aby ta pokraczność nie zatrzymała was w pół kroku, byście szli dalej niezrażeni impasem, który, nie oszukujmy się, będzie wam na początku towarzyszył. Moje hasło w nauce angielskiego brzmi - English is NOW. To znaczy - idź do przodu bez uwagi na ogólne wrażenie. To znaczy - radź sobie jakkolwiek: popielniczką, gestykulacją, polskim, rosyjskim, czy wszystkimi 350 słowami po angielsku jakie znasz. Zapomnij się, puść do mnie oko i spróbuj jeszcze raz. To se da.



EmpatyczneKonwersacje - zacznij wreszcie MÓWIĆ po angielsku! :)

www.EmpatyczneKonwersacje.pl



zdjęcie Autora
Krzysiek Wirpsza

Jestem autorem piszącym do Taraki, performerem, poetą, slamerem i trenerem warsztatów rozwoju osobistego. Jestem także Empatycznym Coachem, wspierającym Cię w mówieniu po angielsku, autorem metody EmpatyczneKonwersacje. Podczas dwunastu lat pracy w zawodzie lektora zauważyłem jeden powracający motyw: ludzie nie boją się mnie i bardzo szybko zaczynają przy mnie mówić. Szczególnie dobrze działam na tzw. "beznadziejne przypadki", czyli ludzi zniechęconych przez system edukacyjny, i/lub przekonanych, że już nigdy nie nauczą się mówić. Stąd powstała moja metoda. Tworzę wokół siebie specyficzny klimat, coś w rodzaju naturalnej szczerości i otwartości. Ponieważ od lat zajmuję się rozwojem osobistym, praca ze mną jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż w warunkach standardowej edukacji. Dobrze rozumiem Twoje potrzeby i potrafię poprowadzić Cię od słowa do słowa, i od zdania do zdania, bez osądu i krytyki, jednocześnie wspierając cię w twoich wysiłkach, zachęcając i podsuwając rozwiązania. Nie uczę gramatyki i słówek - uczę mówić. Mówić - możesz nauczyć się w pół roku lub rok, i jest to fakt często przemilczany przez szkoły.


Krzysiek Wirpsza
Twój Empatyczny Coach
www.EmpatyczneKonwersacje.pl
LETNIA PROMOCJA CENOWA!
Skype!



W Tarace o tym także:
Krzysztof Wirpsza: Angielski jak z płatka, czyli jak odblokować się i zacząć mówić (2010-09-23)
Wojciech Jóźwiak: Język kołkiem?; w blogu Gdzie ja żyję?


Slam to jest dyscyplina polegająca na odczytywaniu swoich wierszy (pierwotnie - improwizowaniu) w klubach - jest to rodzaj konkursu, w którym publiczność pijąc sobie piwo i gawędząc nagradza występujących poetów wg specjalnego systemu punktów, i na koniec wyłania zwycięzcę :) Są też pojedynki slamowe, etc. Wroć


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)