zdjęcie Autora

28 grudnia 2012

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Auto-promo Taraki 2 (odcinków: 151)

Puste ognisko (orbity), głodne duchy, brak języka jak brak ciała

Kategoria: Projekt Taraka

« 21 grudnia 2012 – aż tak bardzo NIC? Czy może jednak COŚ? Mój świąteczny występ u Izy Frąckiewicz w Rodin TV »

Te trzy rzeczy, które powyżej próbowałem wyliczyć, mają coś wspólnego. Piszę „próbowałem”, a nie „wyliczyłem”, ponieważ wcale niełatwo było je nazwać.

Puste ognisko, to inaczej Lilith, rozumiana przez (niektórych) astrologów jako puste ognisko orbity Księżyca. Przypomnę: orbita Księżyca jest elipsą, elipsa ma dwa ogniska, w jednym znajduje się Ziemia, którą Księżyc okrąża, w drugim nie ma nic. Zasugerowałem, żeby ten punkt rozumieć jako siłę tego, czego nie ma. A co jednak, i właśnie dlatego, przez swoje nieistnienie, wpływa na ludzkie chęci, dążenia, plany, losy, wyobrażenia, świadomość – czyli na życie.

Głodne duchy to według buddyjskiej opowieści istoty, które trawione są potrzebami, pragnieniami i niedoborami – są głodne! - ale nie mogą się najeść, ba, nie mogą nawet uszczknąć niczego, co dostaną, bo ich głód-potrzeba jest niemożliwy do zaspokojenia. Rysowane są z wielkimi paszczami i cienkimi jak nitka szyjami-gardłami. (Głodne duchy to jedna z sześciu kategorii możliwych wcieleń, inne to bogowie, którzy mają wszystko czego zapragną, asury-tytani, którzy wciąż z kimś o coś gniewnie walczą, ludzie, którzy innym zazdroszczą i z nimi się porównują, zwierzęta, które wszystko robią bezmyślnie i nawykowo, wymienione głodne duchy - też nazywane wygłodniałymi upiorami, oraz istoty piekielne, których byt jest ciągłą udręką.)

Brak języka jak brak ciała. Podobno, o tym też się opowiada w buddyzmie, człowiek, kiedy umrze, z początku nie zdaje sobie z tego sprawy. W stanie OBE, Out-of-the-Body-Experience czyli wyjścia z ciała, w swoim widmowym ciele porusza się po świecie i nie może zrozumieć, dlaczego inni, ci żywi, go nie widzą, nie zauważają i nie słyszą bądź nie rozumieją, co do nich mówi. A on usiłuje się porozumieć, skontaktować, bo wydaje mu się, że wciąż żyje! To pół mojej metafory. Bo oto ci, którzy nie znają języków ogólnoświatowych, a myślą i tworzą tylko w swoim języku lokalnym, są jak ci wędrujący w OBE nieboszczykowie, których żywi ignorują. Polak, znający i używający choćby i po mistrzowsku swojego lokalnego (polskiego) języka, jest dla świata (komunikującego się po angielsku) jak ten nieboszczyk w OBE, niesłyszany, niewidoczny, spacerujący w jakiejś równoległej przestrzeni, bez kontaktu z tym „większym światem” podobnie jak cząstki neutrino przenikają „naszą” materię nie wchodząc z nią kontakt. Świat połączony wspólną siecią internetu naprawdę dzieli się na współistniejące ale ignorujące się warstwy, każda ze swoim językiem. (Jak nieboszczyk w OBE żywych ludzi widzi/słyszy, tak ja Pinchbecka czytam – ale on mnie ani Taraki nie. Z tymi co piszą po hiszpańsku lub węgiersku nawet w jedną stronę nie ma przepływu.)

Jak napisałem na początku, te trzy rzeczy czy zjawiska coś ze sobą wspólnego mają.

Miałem sen, że pojechałem do mojej siostry, tam poczułem się niezdrów i w jej domu, dużo większym niż ten faktyczny, znalazłem na wysokim pietrze pokój, w którym się położyłem i zamknąłem, żeby dojść do siebie - bardzo potrzebowałem odosobnienia. Wtedy przyjechali goście, wielu ludzi, których ani nie znałem w tym śnie, ani nie przypominają się jako ktokolwiek znany mi z realu, w różnym wieku i płci, starzy, młodzi i dzieci, i oni byli bardzo natrętni. Wszędzie zaglądali, wszystko komentowali, widząc mnie wycofanego usiłowali mnie zabawić, a kilku z nich, młodych mężczyzn dwudziestolatków, ogłosiło, co zaraz zaczną przestawiać (meble), wycinać (drzewa) i uruchamiać (pojazdy). Próbowałem wyjść i wyjechać, ale nie mogłem znaleźć butów. Ten sen opowiadałem później komuś w innym śnie i pewnie dlatego go zapamiętałem.

Śnił mi się też długi korytarz, jakby w jakiejś starej bibliotece, pod ścianami szafy z niewidocznymi książkami, pomiędzy szafami wnęki, jakieś krzesła. Idę z dwiema osobami, kobietą (znaną mi z realu) i mężczyzną (nieznanym). Korytarzem w naszym kierunku przebiega koń, potem krowa, bardziej z kreskówki niż prawdziwe zwierzęta. Korytarz się kończy, na wprost dalej jest przejście tylko dla personelu, drzwi wyjściowe są po lewej stronie, za nimi widać inny ciemny korytarz, ale wiem, że tamtędy się wychodzi. Przy drzwiach dopada nas mężczyzna, jakby pracownik tutejszego warsztatu, i pyta, dość uprzejmie, jakby naprawdę nie wiedział: „Co to jest dreszel?” - Usiłuję mu coś powiedzieć, chociaż nie wiem. Ale nas wypuszcza.

Dalej jadę z tymi ludźmi, co tam szli ze mną, samochodem po szerokiej pustej szosie, prowadzę, pada deszcz, i towarzyszący mi mężczyzna zauważa, że samochód jest cały odkryty, nie ma dachu ani przedniej szyby, i pokazuje mi, że jak się za coś z przodu złapie i pociągnie, to samochód nakryje się przezroczystym nakryciem od deszczu. Co robi.

Aha, Dreszel to nazwisko, w Googlach znajdziesz, kto je nosi lub nosił. Tamto słowo mogło też brzmieć „dreszer” - to też nazwisko. Jest też pisane po niemiecku Drescher, po ang. Dresher, także miasteczko w stanie Pennsylvania. Po niemiecku, okazuje się, dreschen to młócić (ale nie znałem tego słowa), Drescher – młócarz, Dreschflegel albo samo Flegel – cep, także jak u nas w znaczeniu prostak.

Strażnik Bramy zadający zagadki... - bardzo to archetypowe.

Auto-promo Taraki 2: wstęp na końcu

Starsze teksty z tego cyklu w blogu Auto-promo.


« 21 grudnia 2012 – aż tak bardzo NIC? Czy może jednak COŚ? Mój świąteczny występ u Izy Frąckiewicz w Rodin TV »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)