Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 lipca 2018

Paweł Droździak

z cyklu: Psychologia i polityka (odcinków: 25)

Recenzja filmu Zimna Wojna


« Love is all you need Pożegnanie jesieni Cz. 1: Chiny Murzyny, albo „dlaczego młodzi nie chodzą na kody” »

Oryginalny tekst w blogu Psychologia i polityka”, 8 lipca 2018. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Na Zimną Wojnę szedłem pełen najczarniejszych myśli. Jak mi powiedziano, powstał właśnie drugi film biało-czarny o czasach bezpośrednio powojennych i od razu dostał za granicą jakieś ważne nagrody. Obawy powtórzenia klęski Idy, która pod każdym względem jest filmem po prostu najgorszym, były na tyle wielkie, że przez wiele dni zwlekałem i może bym nawet się wcale nie wybrał, gdyby mi wprost tego nie zaproponowano. Od razu w tym miejscu czytelnik może się czuć zaskoczony. Bo co mi się nie podoba w Idzie, którą się tak wszyscy zachwycają?

Ida to podróbka. Nie twierdzę, że świadoma i że zamierzona, ale jednak. To tombak. Każdy ma w głowie takie klisze. Jakieś Bergmany, jakieś paryskie poddasza, biało czarne filmy z przesłaniem gdzie dużo się milczy, kawa i papierosy na tony, długie czarne swetry, w tle pomieszczeń wielkie regały pełne tysięcy książek w większości po francusku, na ścianach pamiątki z wiekopomnej eskapady do Iranu, kobiety z humorami tragiczne w małych czarnych i obowiązkowo przynajmniej alkoholiczki, dyskusje po świt, okulary w grubej oprawie i brodacze, brodacze, brodacze. Ida oczywiście nie to pokazuje, ale tego rodzaju tęsknoty ma wzbudzać i żeruje na tym. Jeśli oglądamy film czarno biały w 2018 roku to właśnie tacy jesteśmy jak oni wtedy. Niezwykli i pogłębieni. Daje przy tym ta Ida łatwo przewidywalny przekaz, schlebia komu ma schlebiać, gromi kogo ma gromić, łechce ambicje współczesnych absolwentów humanistyki rozumiejąc w co się zapatrują i kim by chcieli być a już nie będą i dostarcza w miejsce ich poczucia niespełnienia plasterek. I ty możesz zostać człowiekiem niezwykłym, o ile obejrzysz ten oto smutny film o Żydach, których ktoś z ziemi wykopał. I ten chwyt się udał niestety z większością publiki. Ja tego nie kupiłem. Nie podziałało, nie pogłębiłem się ani trochę. Ida nie jest filmem Bergmana, nie jest filmem z Cybulskim, nie jest Nożem w Wodzie. Jest produktem. Kiedy więc dowiedziałem się, że Zimna Wojna nie tylko jest biało czarna i nie tylko dostała nagrody, ale i użyto formatu 1,37:1, który jest obowiązkowo głęboko artystyczny i którego od lat już nikt nie używa, byłem przerażony tym co będę musiał wytrzymać. Powiedziano mi jeszcze, że przewija się tam paryskie poddasze, ale na szczęście za późno bo bilet był już kupiony. Dokupiłem więc czym prędzej kilogram popcorna, colę dla siebie i żony i weszliśmy pełni trwogi do perfekcyjnie wyklimatyzowanej i zupełnie pustej sali, której zdjęcie zamieszczam, bo widok doprawdy był niesamowity. Nikogo. Żywego ducha tak jak tutaj widać. Ida zrobiła swoje. Wszyscy się pozachwycali bo tak należało, ale po przyjściu do domu i przespaniu się samemu z tematem doszli do wniosku, że za kolejne 30 złotych od łebka to jednak never again. Ten numer nigdy nie wychodzi dwa razy pod rząd.

Puste fotele

Okazało się jednak, że obawy były nieuzasadnione. Zimna Wojna to film genialny. Odkupuje wszystkie grzechy Idy, jednak czyniąc to musi się poświęcić w tym sensie, że w odróżnieniu od Idy nie zarobi grosza. A szkoda, bo rzecz jest świetna.

I w tym miejscu zaczynają się liczne spoilery. Kto chce dalej czytać, niech klika na własną odpowiedzialność, lepiej jednak zrobić to już po obejrzeniu, bo nie wiem jak się będzie oglądać po przeczytaniu tylu wiadomości o akcji. Kto chce zatem, niech czyta.


Zaczyna się obrazem prawdziwej ludzkiej pasji. Jest rok 1949. Dwoje ludzi zafascynowanych muzyką i między innymi muzyką ludową jeździ po wioskach i nagrywa ludowe pieśni, bo mają niezwykły pomysł. Wziąć muzykę ludową, weselne i robocze przyśpiewki śpiewane przez baby piorące, pijaczków z wiejskich wesel, chóry dożynkowe, czy żniwiarzy przy pracy i oprawić to w estetykę wysokiej sztuki. Dołożyć orkiestrę, zaprojektować czyste stylistycznie ludowe stroje i wystawić to jako wielkie rewie w kraju i nawet na świecie.

To nie tak, że całkiem wcześniej o tym nie myślano. Takie fascynacje już były, tu zróbmy krótką dygresję i o nich powiedzmy. Bo przecież choćby cała akcja Wesela wokół tego się kręci i to wyśmiewa, odsłaniając fiasko takich pomysłów na bratanie się intelektualistów z ludem i dowartościowywanie go tą własną łaską. Był i Witkiewicz, co cały styl zakopiański jaki dziś znamy zaprojektował. Nie od zera oczywiście. Po prostu wyciągnął esencję z tego, co w różnych rozrzuconych elementach poznajdywał. No dobrze. Może też i trochę zmyślił, ale tylko trochę. Stworzył „góralskie” chaty, „góralskie” stroje i cały „styl zakopiański i to udało się naprawdę dobrze. Do dziś wyłącznie dzięki temu Zakopiańczycy zbijają majątek i dożywotnio zbijać będą, bo potrzeba prawdziwej, rdzennej ludowości w Polsce jest olbrzymia, a nigdzie poza Zakopanem się ona nie realizuje. Ludzie będą więc do końca świata wdychać tony spalin z zakopiańskiej doliny i przepłacać za apartamenty w cenie Chamonix, tłoczyć się całą Polską na jednym Giewoncie i jednym Kasprowym i słuchać bez końca po knajpach dosłownie trzech zachowanych góralskich melodii bo nigdzie indziej nie ma tej „prawdziwej, żywej ludowości”. Choćby Słowacy zainwestowali w Szczyrku nawet pięć razy tyle w narciarską infrastrukturę, ludzie i tak będą jeździć do Zakopanego, żeby się powpatrywać w magiczne kroje poddaszy, bo nigdzie indziej nie ma takich na świecie a to nasze. Własne. I choćby na Krupówkach postawili pięć galerii jeszcze, a nie tylko jedną jak teraz stawiają, to i tak tam będzie czakram dzięki tym rysunkom, co je Witkiewicz nakreślił i dzięki tym klamrom do paska w typie Janosika, co je tylko zakopiański dorożkarz ma prawo założyć.

Przed wojną był też taki Szukalski, co usiłował słowiańską estetykę wydobyć z zapomnienia i piękne rzeczy zrobił. Całkiem dziś wyklęty, kamieniami obrzucany przez progresywną lewicę, że narodowiec, przez większość ludzi w ogóle nie kojarzony. Szukalski chciał odnaleźć słowiańskie Wyparte i je Europie dać przed oczy w postaci rzeźb i obrazów, które będą im się podobać, ale które niczego nie przypominają ze znanych im rzeczy, choć ludzie będą mieć wrażenie, że gdzieś to już widzieć musieli. Freud mówił o takim czymś Unheimlich. Niesamowite. Znasz, choć nie wiesz skąd. Niby nie twoje, a jednak jakoś twoje. Bardzo niepokojące.

Ci dwoje na filmie, jak od razu widać robią rzecz co najmniej tej miary i jest w tym projekcie jakaś moc ogromna, bo ogromne jest wyparcie własnej ludowej tradycji u Słowian i zetknięcie z nią poraża właśnie tak jak to freudowskie unheimlich. Niesamowitość. Wiedziane niewiedziane. O – tak to się właśnie przeżywa.

Słowianie mają to bardzo mocno, a Polacy pewnie najwięcej, bo przez uwikłanie w obcy im kulturowo katolicyzm całkiem o źródłach własnej kultury zapomnieli i instynktownie się bardzo ich boją, wiedząc, że dłuższe ich dotknięcie narażałoby ich na konflikt. Stąd u nas taka sztuka ludowa w pogardzie i stąd pomysły niektórych, by ją dowartościować. Oczywiście tych dwoje na filmie nie o tym myśli. Oni są przekonani, że nie Słowiańszczyznę dowartościowują, tylko lud roboczy, do którego od teraz ma władza w Polsce należeć. Pokażmy – mówią – że lud ma nie gorszą sztukę od dawnej arystokratycznej, tylko trzeba dać jej szanse jakie tamta miała.

No to jeżdżą po wioskach i nagrywają. Wiejski grajek słucha zadziwiony nagrania własnej muzyki i kręci głową. To ja tak gram? To takie rzępolenie moje po szynkach i po weselach można nagrywać? Po to mogli przyjechać tutaj ludzie z miasta i to samochodem? Ma to w ogóle jakąkolwiek wartość? No ale słyszy, że ma. Podoba mu się, patrzy na tych dwoje zaskoczony.. Ale to panie pomysł.. Co to będzie z tego? Aleście wymyślili, żeby tak mnie starego nagrać…?

Szukanie „naszego” i „ludowego” komuniści poprzeć musieli, pasjonaci mają zatem wszelkie wsparcie. Że rok jest 49, przydzielono im też do tej pracy bezpieczniaka, żeby im patrzył bez przerwy na ręce. Ubek chłopek roztropek niewiele pojmuje z tego, w czym udział bierze, a tych dwoje traktuje go jak zło konieczne, z trudem go tolerują nie chcąc wiedzieć, że przecież to właśnie on jest kwintesencją wszystkiego tego, co na koniec mogliby znaleźć. Niczego innego, niż właśnie taki chamuś nie ma tam na końcu ich drogi, ale oni tego i przeczuwać nie chcą, choć wyśniony przez idealistów „lud” nie jest przecież ani na cal lepszy niż ten towarzyszący im bałwan. Żeby „lud” stał się tym, co oni sobie wymarzyli – surowym, lecz szlachetnym bytem, ostoją pierwotnej etyki i naturalności niczym z bajań Rousseau – trzeba będzie dopiero zrobić to, co zrobił kiedyś Witkiewicz, a co się nie udało oszołomom z Wesela. Trzeba wziąć kawałki i ulepić ten twór idealny, tak żeby był surowy i pierwotny, ale we właściwy sposób. Nie lud łapczywy i okrutny jak ten chamuś z ludu co im towarzyszy i tylko się trzęsie z niecierpliwości, gdzie by tu wykorzystać te troszkę nagle nadanej mu władzy, ale lud fascynujący i zaskakujący jak te ich nagrania już po odpowiednim ich przerobieniu.

Mają oczy, a nie widzą. Ale napędza ich idea niesamowita. Nie bez powodu tyle linijek pozornej dygresji tu już na ten temat piszę. Film pokazuje coś, o czym łatwo zapominamy. Projekt stworzenia takich zespołów jak Mazowsze, czy Śląsk, projekt stworzenia Cepelii, promowanie tej przerobionej na strawną kulturę ludowości kiedy powstawał, naprawdę był czymś niesamowitym. Dziś się z tego najczęściej tylko śmiejemy, ale w filmie widać czym to miało być w zamyśle i to jest naprawdę poruszające. Za samo to film na uwagę zasługuje i mogło nawet reszty nie być. A jest.

Projekt bohaterów filmu się udaje. Powstaje zespół jak Mazowsze i sukces ma jak Mazowsze. Publika jest zachwycona, a plan działa do tego stopnia, że nawet ten tępy bezpieczniak nagle naprawdę się wzrusza i przez jedną krótką chwilę jest jak człowiek. Mówi „to najpiękniejsza chwila w moim życiu” i mówi prawdę, co dwoje idealistów oczywiście musiało przeoczyć. Dla nich jest i pozostanie tylko durniem.

Lud dostał się na salony. Równolegle na prywatnym planie pomysłodawca projektu nawiązuje romans z dziewczyną z ludu, która ma ten projekt wykonywać. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy i nawet ta rewolucja ich nie zmieni. Podobnie jak w Weselu to wykształcony mężczyzna bierze za żonę dziewczynę ze wsi, bo ona w niczym nie gorsza. Niby w niczym, ale jednak nie dzieje się nigdy na odwrót. W filmie pomysłodawców jest przecież dwoje. Dwoje wykształconych muzyków, którym do głowy wpadło by swoją muzyczną wiedzę uczynić narzędziem emancypacji klas uciśnionych. Ale to nie ona bierze sobie wiejskiego chłopaka i w nim się zakochuje, by własnym życiem rewolucję zaświadczyć, tylko to on bierze sobie wiejską dziewczynę. Tak w Weselu, tak i tu.

I do czasu oboje bawią się świetnie. Miłość jest zawsze fantazją. Ona dla niego jest spełnieniem marzenia o ludzie szlachetnym, diamencie nieoszlifowanym który w jego rękach.. i dalej w tym stylu. On kim dla niej jest? Bogiem. To pierwszy i zresztą ostatni myślący mężczyzna w jej życiu, jedyny który usiłował zobaczyć w nie podmiot, a przy tym Kreator. Z niczego, bo z ludowej przyśpiewki o których bezpieczniak mówi „każdy pijaczek u nas to nuci” zrobił Coś – wielki zespół znany wszędzie i z niej wiejskiej dziewuchy Artystkę. Jest Bogiem. Spaliłby się ze wstydu gdyby to dotarło do niego naprawdę, ale on nie wie. Myśli, że to jak równy z równą, a nie chce wiedzieć, że to niemożliwe. Jest z nią właśnie dlatego, że tego wiedzieć nie chce i z kolei nie wie o tym ona. Są więc z sobą do czasu dzięki tej wspólnej niewiedzy.

Widać tu i na prywatnym i na szerszym planie ten wielki, tragiczny rozdźwięk, który był jedną z przyczyn fiaska komunistycznej rewolucji. Intelektualiści marzą o równości i chcą podnieść prostych ludzi do swej własnej miary. Ale prości ludzie podniesieni do wysokich godności nadal pozostają sobą.

Są prości i myślą prosto. Co miało być równością, staje się urawniłowką. Gdzie miała być sprawiedliwość, jest zemsta. Gdzie miała być godność dla każdego, jest dyktatura proletariatu. Dlaczego? Bo cham jest chamem i chamem zostanie. Intelektualista tego nie wie, nie chce tego uznać, bo mu się to kłóci z obrazem dobrego świata. Gdyby przyznał, że świat jest niemożliwy do zmiany, co by robił z tym nadmiarem swej mózgowej masy, która w dzieciństwie między rówieśnikami czyniła z niego dziwaka i idiotę? Musi znaleźć dla niej jakieś zastosowanie, w którego sens by wierzył. Musi żyć jakoś z tym kalectwem jakim jest niepotrzebny nadmiar inteligencji. Uznaje więc, że świat da się zmienić i że on wie jak. I robi rewolucję równości,, czym doprowadza do kolejnej jakiejś dyktatury bydlęcia, a kiedy zrozumie swój tragiczny błąd jest już za późno. Nie ma gorszego tyrana, niż jak zrobisz z chama pana, mówi przysłowie nomen omen ludowe. I mówi prawdę niestety. I dlatego rewolucje kończą się tak jak się kończą. Twórca pomysłu ludowego zespołu zaczyna to wreszcie pojmować i ucieka z kraju. Nie pojmuje tego rzecz jasna w całości, ale już czuje, że w tym świecie który pomagał tworzyć nie jest w stanie żyć, widząc czym on jest naprawdę.

Uciekając za żelazną kurtynę próbuje ocalić choć fragment swojego marzenia. Zabrać tę dziewczynę z sobą. Nie chce wiedzieć, że cała ta historia ma sens tylko w kontekście, tak samo jak okrutnie sportretowany w Weselu pan młody – Lucjan Rydel, co w ramach przedmarksistowskich przymiarek postanowił się z chłopką ożenić. To może się udać między tymi, co rozumieją tę grę, ale taka para przeniesiona do świata który nie wie o co chodzi będzie zupełną porażką. Ona wie to lepiej niż on, choć jak to prosta dziewucha wyrazić nie umie. Mówi tylko „jestem gorsza od ciebie, co ja tam będę robiła”. Ale on nie rozumie. Jesteś wspaniała, jesteś wyjątkowa.. Jest jak chłopczyk, co właśnie z morza kamyczek wyciągnął, świeci mu się ten kamyk w słońcu dzięki warstewce wody i myśli ten chłopiec, że jak kamień do domu zabierze to będzie miał skarb. Wielkie jest później zadziwienie, gdy się taki kamyczek po tygodniu z kieszeni wyciąga. Co się stało? Czy byłem ślepy? Ale tam nad morzem chłopiec tego nie wie.

On ucieka sam. I jego życie oczywiście traci sens. Po tej stronie kurtyny był twórcą symboli dla Nowego Świata. Co prowadziło do niewoli od której w końcu uciekł, ale i tak był twórcą czegoś naprawdę dużego. A teraz, po tej stronie, gdzie niewoli nie ma, on jest tylko melodystą. Nawet nie muzykiem. Dziś pewnie komponowałby melodyjki do komórek, albo mówiłby o dużym szczęściu, gdyby mu się trafiło zlecenie na muzyczkę do reklamy banku. W latach, gdy się dzieje akcja filmu siedzi ten człowiek w Paryżu, trochę pogrywa po knajpach do kotleta i robi chałtury w rodzaju podkładania pianinka do filmów. Nożownik schodzi po schodach – bom bom bom.. Nożownik wchodzi po schodach – bim bim bim.. Jest wolny i żyje życiem kompletnie nieważnym. Jedyne, co mogłoby dać mu pozór sensu, to miłość tragiczna, kocha więc tragicznie tę dziewuchę wiejską co tam została i roi, że w tym rzecz, że jej tu nie ma.

Mijają lata. Ona ewoluuje. Już ona nie wiejska dziewucha, co z parobami wódkę piła i tańcowała, tylko już artystka estradowa i teraz ma osobowość, co do której istnienia nie mamy żadnych zgoła wątpliwości widząc jej nową mimikę a’la wczesna Kasia Figura co to jeszcze pamiętała siebie u Szulkina, a już była znana z innych rzeczy. Europa czeka. Już nasza bohaterka nie czuje się tak bardzo gorsza. Jeździła za granicę, oklaskiwano ją wszędzie, urosła. Czuje, że by mogła w tym Paryżu spróbować, że może tu faktycznie jakoś duszno i ciasno w kraju, więc próbuje. Gdy jednak zaczynają żyć razem odkrywa na swój sposób kawałek tego, czego i on doświadczył. W tej porzuconej komunie jej sztuka była częścią społecznego projektu, więc nadawano jej osobie znaczenie. Po tej stronie jej muzyka może być tylko produktem. Przyjdź na kolację, będą ważni ludzie. Jak cię polubią, może nagramy płytę. Jak się sprzeda płyta, ktoś to zauważy. Może będzie druga płyta, znów przyjdzie gdzieś parę osób.. Z krawatem, czy bez? Jak iść? Z kim żartować? Bądź na luzie, bądź sobą.. Nie ma tu tępego bezpieczniaka, ale dylemat „z krawatem czy bez” potrafi być równie bolesny. Ona mówi wielkie słowa do niego. W Polsce byłeś facet a tu jesteś jakiś dziwny. Dokładnie. Tu już nie jest Bogiem. A kim jest ona? Nie mogąc być Artystką – bo jest tylko zwykłą dziewczyną umiejącą śpiewać, jakich się po klubach pokazuje tysiące – wraca do tego co zna. Zamiast tańca z parobkami jest taniec z kolejnymi facetami na przyjęciu, dużo wódki jedna po drugiej, idzie z kimś do łóżka, bo to umie, wchodzi w awanturę z jakąś jego byłą, bo umie się nie bać awantur.. Szuka własnej definicji w tym świecie gdzie tak bardzo jest zagubiona i jak to w takich sytuacjach bywa szuka tej definicji w regresji – w powrocie do tego, co z dawnych czasów ma przećwiczone. A co w tej nowej sytuacji wygląda w najlepszym razie niepokojąco. No więc wraca.

Ale tamtego świata który porzuciła też już nie ma. Bo w Polsce już nikt nie wierzy w to, w co wierzyło tych dwoje twórców zespołu Mazurek (kryptonim Mazowsza jak się zdaje) kiedy jeździli po tych wiochach i szukali Geniuszu w narodzie. Nikt już nie wierzy w to, czym jej Kreator ją wtedy w końcu zaraził. Tu już nie ma społecznego projektu, ale Zachodu też nie ma. Jest bajabongo. No więc ona śpiewa bajabongo. Baja bongo, baja bongo, baja bongo o bongo baja.. Dramat. Tam w Paryżu to nie było picie. Dopiero tutaj jest picie i tutaj jest prawdziwy dopiero przez stolik Upadek.

Miłość bohaterów jest oczywiście tylko pozorem. Poszukiwaniem punktu zaczepienia o sens w przestrzeni w której się tego sensu zachować nie daje. Iluzja, że się kochają czyni życie bohaterów możliwym. Z zewnątrz mamy obraz „miłości romantycznej mimo przeciwności złego świata”, albo film o „złej komunie słusznie minionej”. Ale to na szczęście tylko dekoracja. Podobnie jak tytuł filmu. To nie jest o tym. Jak mówią bohaterowie w ostatnich swoich słowach – przejdźmy na drugą stronę. Stamtąd widać lepiej.

Psychologia i polityka: wstęp na końcu

Re-publikowane z bloga Autora pod tym samym tytułem.


« Love is all you need Pożegnanie jesieni Cz. 1: Chiny Murzyny, albo „dlaczego młodzi nie chodzą na kody” »

komentarze

1. Odczucia • autor: Tomasz Ehecatl23 Sagara2018-07-09 19:44:41

Ciekawe , nie spodziewałem się znaleźć w Tarace recenzji Tego filmu. Piszę Tego filmy z dużej litery bynajmniej nie przypadkowo. Tak jak autor recenzji byłem pełen obaw idąc na film ale nie chciałem zrobić zawodu żonie , kupiłem bilety jeszcze na przedpremierę. I kino było puste , zaledwie 6 może 8 osób , to już mnie zaskoczyło i powiem że gdzieś w środku poczułem jeszcze przed seansem że czeka mnie całkiem niezła przygoda, pustka kina na przedpremierowym pokazie idealnie pasowała do mojego minimalistycznego podejścia do życia w ostatnim czasie. Szczerze mówiąc nie wiedziałem na co idziemy do kina, tylko tak powierzchownie coś tam do mnie wcześniej dotarło . Pierwsze kadry i byłem już zaskoczony do głębi, od dłuższego czasu żaden film nie zadziałał na mnie w ten sposób, to dobra opowieść , prawdziwa, nienaciągana , dla mnie gra pomiędzy wszystkimi czteroma funkcjami świadomości , odbiorem sensorycznym , emocjami, myśleniem i intuicją.
I do tego podana tylko tak jak można najlepiej ( czarno biały film , format , i nieprawdopodobna muza)
Zadziałało , takie filmy otwierają widza, szczególnie wrażliwego , zabierają w podróż głębszą, niż byśmy się spodziewali.
To naprawdę dobre kino, można zatrzymać się na chwile i przezywać  , a czyż dzisiaj w ultra szybkim świecie te chwile zatrzymania nie są bezcenne ? 

2. Dziękuję za tę... • autor: Ilona2018-07-14 21:40:18

Dziękuję za tę recenzję. Cos w tym filmie faktycznie jest. W kinie pusto a ja nie moglam wstac po zakończeniu projekcji. I chyba tak na wielu poziomach mnie wbilo w fotel. Autor recenzji swietnie to opisał, bo mi trudno to coś bylo nazwać.  Taraka jest takim miejscem, w którym to, co mi jest trudno nazwac i wyrazic znajduje swoją nazwę i słowo. I za to Wam Mistrzowie Słowa, autorzy Taraki, dziękuję bardzo. 

3. "Miłość bohaterów jest... • autor: Irena.kasprzak2018-07-16 17:57:14


"Miłość bohaterów jest oczywiście tylko pozorem." 

Całkowicie chybiona recenzja. W wywiadzie udzielonym Tadeuszowi Sobolewskiemu reżyser przyznawał, że w „Zimnej wojnie” od wielkiej historii bardziej interesowała go prywatna opowieść o jego rodzicach, będących pierwowzorami filmowych bohaterów: Wiktora i Zuli. Piękny poetycki film z fenomenalną muzyką.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)