Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 kwietnia 2013

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Życie lokalne w okolicy Milanówka (odcinków: 39)

Refleksje z Warszawy: kanary i www.jezusnastadionie.pl

Kategoria: Podróże i regiony

« Los polnych dębów, czyli „cry to oak” Drzewo w drzewie »

Do tej pory w tym blogu pisałem głównie o przyrodzie podmilanowskich pól, ale Warszawa też leży w okolicy Milanówka. Więc byłem w Warszawie. Jechałem w obie strony koleją firmy Koleje Mazowieckie. Wsiedli kanarzy. (Chyba należy im się forma męskoosobowa, prawda?) O nich:

W dawnych czasach bilety sprawdzał konduktor. Konduktor nosił mundur, do munduru urzędową czapkę. Na tle cywilnej dowolności przechodzącej w bylejakość wyróżniał się, ba! wybijał swoją urzędową schludnością i mundurowo manifestowaną dyscypliną, wręcz zakonem. Koleje były wtedy państwowe, co nie było nieznaczące, przeciwnie, kolej była organem państwa – jak było nim wojsko, policja i urzędy. I tak było w naszej części świata prawie zawsze i od początku. Nawet jeśli koleje zaczynały jako prywatne spółki, jak „moja” Kolej Warszawsko-Wiedeńska, to upadały i były przejmowane przez państwo (rosyjskie, niemieckie, austriackie, potem polskie) albo do początku przez państwo budowane. Mundur konduktora oznajmiał, że ów jest urzędnikiem, wykonawcą mocy państwa. Wraz z mundurem spływała na niego charyzma Państwa, rzeczy jak wiadomo niemal boskiej, a na pewno ponad-ludzkiej, na pewno stojącej ponad zwykłym ludzkim „życiem” z jego krzątaniną, dowolnością i bałaganem. Mundur konduktora, konduktor w mundurze przez sam swój uniform był sytuowany na innej płaszczyźnie niż pasażerowie, którym sprawdzał bilety – był sytuowany w jakimś empireum, wśród bytów, jak państwo-jego emanator, koniecznych i bezdyskusyjnych, i „specjalnych” czyli sakralnych. Dlatego konduktorzy mieli prawo i mogli demonstrować urzędową niespieszność, urzędową wyniosłość, urzędowe niezniżanie się do pasażerów-petentów. Będą emanacjami państwa, z zasady ustanowi byli wyższymi niż tamci. Przez tę państwową emanacyjność byli też po części odczłowieczeni; można powiedzieć, zwolnieni ze swojego człowieczeństwa, czyli tego czegoś, co zawiera nie tylko poufałą sympatyczność, ale również i cechy mniej pozytywne, jak lęk, gniew, bałagan czy wulgarność.

Tych konduktorów-oficerów zastąpili ochroniarze-kontrolerzy czyli kanary. Weszło ich trzech, dobra liczba, bo dwóch potrzeba do poskromienia ewentualnego agresywnego osobnika, a trzeci ma wtedy baczenie na otoczenie i wolne ręce by dzwonić po pomoc. Inaczej niż dostojni uczapkowani mundurowi i krawatowi konduktorzy-urzędnicy, swoim wyglądem demonstrowali cechy zdecydowanie marsowe. Mówiąc prosto, wyglądali na trzech bandytów: łyse łby bez czapek, żeby te łysiny świeciły, chytre świdrujące oczka, wredne pyski, specyficznie „brudny” wyraz twarzy, jest coś takiego. Trzymali wizualny styl kryminalistów. Co miało sens, ponieważ tak jak zewnętrzność (exterior) konduktorów obliczona była na budzenie szacunku, tak exterior kanarów obliczony był na budzenie trwogi i lęku. Jesteśmy tacy, nie inni, bo masz się nas bać! - tak ogłosili swoimi łysymi łbami i przerośniętymi wszerz plecami mnie i innym jadącym wszedłszy do wagonu. Podczas swoich czynności byli grzeczni i broń boże nie mam do nich pretensji, ot, specyfika zawodu. Ale dlaczego ta specyfika stała się właśnie taka, gansteroidalna? (banditowidnaja, rzekłby Rosjanin?) Bo relacje między obsługą pociągów a pasażerami stały się ludzkie! Kolej przestała być państwowym urzędem, utraciła „sakralność”, stała się zwykłym przedsiębiorstwem, do władzy niepodłączonym. Nie ma już żadnego źródła charyzmy, która spływałaby na tych i owych pracowników kolei. Więc stają oko w oko z pasażerem jak człowiek człowiekiem, nie jak potężny urzędnik z pobladłym petentem. Stają jak równy z równy, a ten drugi może być też wypasionym nieobliczalnym osiłkiem, albo całą kupą takich - więc co? Goła siła z jednej strony musi natrafić na takąż brutalność z drugiej. Dlatego kanary muszą (widocznie...) demonstrować swoją potencjalna brutalność – ale jakież to jest ludzkie!

W metrze rzuciły się (mi w oczy? na mnie?) wyświetlacze z ogłoszeniem: http://www.jezusnastadionie.pl/

Znakomita puenta budowy tego koszmarnego* stadionu. Teraz posłuży on takim sakrocyrkom - jakby specjalnie dla takich imprez został zbudowany. Mają widać nosa religijni biznesmeni z Ugandy. To może być nowa jakość w polskim chrześcijaństwie-katolicyzmie: najpierw było tradycyjne parafialne chodzenie na mszę i religijność kościoło-centryczna (w sensie budynku). Potem Ojciec Rydzyk zaprowadził religijność społecznościowo-medialną, radio-centryczną. Teraz Ojciec Bashobora (jakie wspaniałe stylowe nazwisko!) zaprowadza trzecią fazę: religijność stadiono-centryczną. Sorry, że jako poganin i sceptyk się wcinam w nieswoje, ale gdy do tradycyjnego modelu czułem pewien szacunek, to na ten stadionizm patrze tylko jak dziwo. Ale, z drugiej strony, ów Jan Bashobora musi być potężnym czarownikiem, skoro tak oporny, konserwatywny i trudny do przekierowania egregor jakim jest Kościół Katolicki, zwłaszcza polski, okazał się być tak plastyczny, podatny w jego rękach. Podziwiam... i omijam. Przechwycenie Kościoła Polskiego przez afrykańskich Men-of-Power... Nie wyfantazjowałbym, że do tego dojdzie.

*) Ad koszmarność stadionu. Warszawa jest chora na tandetę, prowizorkę i makiety. W większości jest z tego sporządzona. Stadion tzw. Narodowy jest tandetą specjalnie z rozmysłem i twórczą starannością zaprojektowaną – widać architekt dobrze wyczuł specyfikę miasta i umiał w nim (w tym stadionie) ucieleśnić królujące w Warszawie plastikowo-dyktowo-blaszane dziadostwo.

Życie lokalne w okolicy Milanówka: wstęp na końcu

Mieszkam w mieście, którego nie ma na mapie. Powstało ono przez zrośnięcie miast i zmiejszczonych wsi w Paśmie Zachodnim, w którym są Piastów, Pruszków, Brwinów, Podkowa Leśna, Grodzisk Mazowiecki i dalej Żyrardów, plus Nowa Wieś, Kanie, Otrębusy, Owczarnia, Żółwin, Jaktorów, Książenice, Czarny Las - nie wymienię wszystkich; bliżej Warszawy Michałowice i Reguły, bardziej z boku Nadarzyn i Janki, z drugiej strony Błonie, Leszno, może i Teresin. Na horyzoncie Skierniewice. Mieszka tu ze 200 tys. ludzi. O lokalnych sprawach tego mini-regionu mam czasem coś do powiedzenia.


« Los polnych dębów, czyli „cry to oak” Drzewo w drzewie »

komentarze

1. tandeta • autor: Jerzy Pomianowski2013-04-06 23:19:52

Stadion istotnie jest szpetny. Przypomina niedokończony wiklinowy koszyk ze sterczącymi patykami. Coś zaczęte byle jak i rzucone w kąt.

.
[foto]

2. Szkoda mi Warszawy... • autor: Michał Mazur2013-04-12 23:49:48

Szkoda mi Warszawy i jej mieszkańców. Kraków przed tandetą w skali masowej jakoś się jeszcze broni (choć może nie do końca przed tą religijną i kebabowo-jarmarczną) - pytanie tylko jak długo tak będzie. 
[foto]

3. www.warszawa1935.pl • autor: Wojciech Jóźwiak2013-04-13 00:10:40

Byłem parę dni temu na filmie "Warszawa 1935". Jak się porówna Warszawę sprzed II Wojny z W-wą obecną, to widać, że to miasto się do tej pory nie podniosło z tamtej wojny. Warszawa nie będzie sobą, póki nie zostanie zburzony Pałac Kultury im. Stalina i nie zostanie na jego miejscu zbudowane śródmieście takie jakie być powinno.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)