Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 maja 2008

Mirosław Miniszewski

Re-kontr-antyterapia, odpowiedź na pytania
Odpowiedź na: Wojciech Jóźwiak, 'Kontr-antyterapia ... - pytania o wyjaśnienie'

Kategoria: Pytania i granice
Tematy/tagi: Wittgenstein

Pytanie pierwsze. Dlaczego, Mirosławie, negujesz i odrzucasz psychologię? Bo taki jest sens zdań: „Formy myślenia w kategoriach psychologicznych to jeden z poważniejszych problemów współczesnej humanistyki.” „wszędzie króluje psychologia. Jest to wyraz bezsilności kultury wobec kryzysu myślenia. Psychologia nic nie wyjaśnia, a jedynie zaciemnia to, co istotne.” Z powyższych zdań wyczytujemy Twoją niechęć do psychologii, ale to jest tylko Twoje prywatne odczucie, ponieważ nijak tego sądu nie wyjaśniasz.

Odp. MM: Nie odrzucam psychologii jako takiej. Nie mam powodów ani podstaw ku temu. Odrzucam jedynie psychologizację szeroko pojętej kultury. Jest ona przejawem kryzysu myślenia, a twierdze tak, bowiem nader często spotykam się z taką formą interpretacji różnych zagadnień, które zostają sprowadzone albo do nieświadomości, albo podświadomości albo szeroko pojętych emocji lub innych kategorii psychologicznych. Nie mówimy już na przykład o radości, uniesieniu, ekscytacji, ukontentowaniu tylko o pozytywnych emocjach; tak samo nie mówimy od gniewie, złości, obrzydzeniu, nienawiści tylko o negatywnych emocjach. Tak samo nie ma już głupoty, idiotyzmu, niegodziwości tylko są niedyspozycje będące rodzajem kalectwa psychicznego.

„Pielęgnuj pozytywne emocje i wystrzegaj się negatywnych” Te negatywne to wypchnięte w nie(pod)świadomość treści. A ludzi nie wolno nazywać głupimi, bo rani to ich emocjonalnie i w ogóle wolno tylko mówić o swoich emocjach, unikając oceniania innych.” Oczywiście, to jest bardzo uproszczony schemat i zaledwie jeden z przykładów psychologizacji.

Analizowanie treści filozoficznych, artystycznych czy społecznych sprowadzone zostaje coraz bardziej do kategorii psychologicznych i chociaż w samej psychologii nie ma nic złego, jest to zubażanie kultury. Mamy język, którym możemy opisywać świat i wytwory człowieka, a stosowanie do tego psychologii jest wynikiem: 1) powszechnego niedouczenia; 2) powszechności języka psychologii w mediach i kulturze a zatem jego dostępności; 3) łatwości opisu czegokolwiek w kategoriach psychologicznych; 4) tym, że psychologizowanie zwalnia z odpowiedzialności za udzielone odpowiedzi, podobnie jak interpretowanie wszystkiego protestancką metodą w oparciu o Pismo Święte; 5) zatrważającego ubóstwa językowego człowieka współczesnego.

Stawiam hipotezę, że myślenie w kategoriach psychologicznych zastąpiło w pewnej mierze religijny (chrześcijański) opis świata, a psychologia jako taka zajęła miejsce religii. Psychologia w takiej postaci jest substytutem religii. Stąd np. w cała masa psychologizmów ponieważ mównie i pisanie na sposób religijny jest w odwrocie, a cała masa terapeutyujących i psychologizujących autorów tzw. ezoteryki, czy instruktorów warsztatowych mogłaby być równie dobrze kapłanami kupczącymi rekolekcjami.

Ten, który mówi, jest odpowiedzialny za to, co mówi bo mówienie wymaga uprzedniego myślenia. Zaniechanie myślenia nie daje zatem prawa do mówienia, bo nie pociąga za sobą odpowiedzialności i uniemożliwia wydanie sądu. Myślenie zaś nie jest kategorią psychologiczną tylko fundamentalnie ludzką. Problem w tym, że nie da się zbadać samego myślenia. Można jedynie pomyśleć samo myślenie. Psychologia natomiast nie bada myślenia jako takiego tylko zachowania, będące częściej brakiem myślenia niż jego efektem, a to jest zupełnie inna sprawa.

Przykładem psychologizacji może być to, co sam ongiś napisałem: „Sokrates jako postać archetypowa”. Dzisiaj oceniam ten tekst bardzo krytycznie i wstyd mi, że postać Sokratesa wtłoczyłem w tak ciasną koncepcję. Ten tekst jest przykładem jak napisać artykuł na 10 tys. znaków i nic nie wyjaśnić. Nic bowiem z tego, co tam napisałem, nie wynika o Sokratesie tj. nie sformułowałem tam żadnej myśli na jego temat ani z tego, co wyłania się z tekstu platońskiej „Apologii”. A dzieło to jest zaiste bogate w treść i stanowi jeden z elementów fundujących kulturę europejską. Mój elaborat jest w istocie wysublimowaną postacią tezy, którą by można sparafrazować tak: „Sokrates wkurzał Ateńczyków i go zlikwidowali”, ale o tym wszyscy już wiemy i nie na tym polega czytanie tekstów źródłowych fundujących cywilizację, żeby mówić rzeczy oczywiste.


P. 2. Dlaczego negujesz Junga? „zwolenników Carla G. Junga, którzy zaproponowaną przezeń metodę i język wnieśli na ołtarze współczesnej humanistyki i zatruli nią tak wiele obszarów”. „trudno dzisiaj myśleć poza tym, dość mętnym niestety, paradygmatem”. Z powyższych stwierdzeń płynie Twoja niechęć do Junga, ale jak poprzednio, nie podajesz argumentów.

Odp. MM: Nie wnikając w szczegóły oraz moją intelektualną idiosynkrazję w stosunku do postaci Junga, napisze tylko tyle, że a priori, dla celów metodologicznych, odrzucam Junga i jego następców, jako twórców języka mi osobiście nieprzydatnego do tego, co chce ująć myśleniem. Mógłbym się nad Jungiem rozwodzić godzinami, ale nie w tym rzecz. To prawda, dyskurs, który reprezentują zwolennicy psychologii głębi, i jej późniejszych mutacji, darzę osobistą niechęcią, ale jedynie intelektualną. Nie widzę jednak powodu, abym miał to teraz uzasadniać. Odrzucam jungizm w tym przypadku tak samo, jak odrzucam analogicznie metodę fizyki teoretycznej, która do tego, co próbuję pomyśleć, jest po prostu nieadekwatna. Nie wiem, czy mogę to jeszcze jaśniej wyłożyć?


P. 3. Z jakiego powodu odrzucasz Mindella? „Z tego samego powodu odstawiamy na bok takich twórców, jak Arnold Mindell razem z jego „psychologią zorientowaną na proces”.Ale nie piszesz, co jest tym powodem!

Odp. Mm: Jak wyżej. Do tego jest epigonem Junga, więc jeśli chcę jungizmu, to wolę sięgnąć do źródła, które i tak jest bardzo bogate i barwne oraz stanowi przedmiot do badań na długie lata.


P. 4. Dlaczego odrzucasz podejście psychoterapii? „Rezygnujemy w ogóle z ujmowania tego typu doświadczeń w kategoriach terapeutycznych.” Ten pogląd jest arcyciekawy, ale skąd się wziął? Dlaczego? Z czego to wynika, czym to jest uzasadnione?

Odp. MM: Gdybym uważał się za osobę chorą psychicznie lub znękaną uczuciowo, poszedłbym do psychoterapeuty porozmawiać o moich problemach, złych wspomnieniach i lękach oraz zapłaciłbym mu 80 zł za godzinę porady. Ale nie widzę powodu, abym miał do niego iść i rozprawiać o Sokratesie albo o moich estetycznych, intelektualnych i somatycznych doświadczeniach w czasie sesji sauny albo medytacji bębnowej. Psychoterapeuci nich idą do chorych, nieść im ulgę w cierpieniu, a przedtem niech ukończą studia medyczne i uzyskają potwierdzenie swoich umiejętności lekarskich. Operowanie psychoterapeutycznymi narzędziami w ludzkiej psychice jest tak samo trudne, jak chirurgiczne cięcie skalpelem. Nie oddam się w ręce chirurga z dyplomem inżyniera budownictwa... A takich psychoterapeutów, niestety, mamy bardzo wielu. Psychologia jest w istocie dziedziną medyczną - tak uważam. Z bioetycznego punktu widzenia niedopuszczalne jest uprawianie psychoterapii przez amatorów, tak jak karygodne jest leczenie innych chorób przez szarlatanów bez dyplomu.

Na co mi zatem psychoterapia do opisu czegoś, co nie jest chorobą? Dlatego odrzucam tę dziedzinę medycyny jako nieadekwatną do moich potrzeb.

Mam wrażenie, że zalewa nas psychoterapeutyczny obłęd i wszystko zaczynamy postrzegać w kategoriach psychopatologii. Rzecz domaga się wyjaśnienia, ale forma tego tekstu wyklucza takie rozważania.


P. 5. Czym się różni pomyślenie od opisu? „Doświadczenia graniczne wywołane praktykami zwanymi niefortunnie neoszamańskimi domagają się nie opisu, nie ujmowania ich w kategoriach psychologicznych, ale POMYŚLENIA ich jako zjawiska ujawniającego jakąś treść narracyjną.” Dobrze, ale co mamy właściwie takiego zrobić, żeby przestać opisywać, a zacząć „pomyśliwać”?

Odp. MM: To jest temat na osobny artykuł i nie dam rady ująć go w tej formie. Opis jest technicznym ewidencjonowaniem faktów lub fenomenów. Opis to przedstawienie szczegółów dotyczących osoby, przedmiotu, zjawiska, sytuacji itp. Myślenie zaś jest samoistnym aktem dokonywanym za pomocą pojęć abstrakcyjnych, bez opierania się na danych, bezpośrednio w spostrzeżeniu, właściwościach i cechach przedmiotów.

Opisać można wszystko i zawsze. Myśl jest natomiast zjawiskiem rzadkim, coraz rzadszym w naszych czasach, kiedy myślenie jest zastępowane przez demona Google. Przychodzi do ciebie ta, a nie inna myśl i to jest tajemnica. Myśl jest jedyną furtką wyprowadzającą nas poza materię. Myśl jest czynnością najwyższego rzędu w człowieku, bo może pomyśleć wszystko, nawet samą siebie. Więcej – może pomyśleć siebie myślącą siebie. Nie ma żadnej innej rzeczy mogącej zbadać i pojąć myśl, jak ona sama. To jest coś niezwykłego. Jest ona dlatego ważniejsza nawet od wizji, że może ją pomyśleć. Wizja jakby nie należy do nas, jest nam dana jako fenomen. Myśl nie jest natomiast nam dana, bo to my nią jesteśmy. Ale myśl jest jeszcze bardziej niezwykła. Bo możemy pomyśleć siebie samego, jako innego! Dlatego to jest fundamentalne dla człowieka, żeby myśleć. Aby myśleć można się po prostu oddać kontemplacji. Przyznam się, że myślenie jako takie, odkryłem stosunkowo niedawno. Myślenie bowiem to nie rozważania ani refleksje. To jest coś więcej. Na razie tyle. Powiem tyle jeszcze tyle, że działanie wyklucza myślenie. Aby zacząć myśleć, należy być sobą u siebie, nawet jeśli się myśli o sobie jako o innym.


P. 6. Czy i (jeśli tak to) czym różnią się doświadczenia graniczne od doświadczeń liminalnych? „na temat doświadczeń liminalnych, związanych z praktykami neoszamańskimi” - „Doświadczenia graniczne wywołane praktykami zwanymi niefortunnie neoszamańskimi”. Raczej słowa „liminalny”, które jest od łacińskiego limen - próg, nie należy zastępować słowem „graniczny”, chociaż słowa próg (limen) i granica (limes) po łacinie brzmią podobnie. Zwłaszcza że słowo „liminalny” jest terminem w etnologii (antropologii).

Odp. MM: Jest to kwestia czysto semantyczna. Używam słów „liminalny” i „graniczny” synonimicznie. Jeśli ktoś uważa inaczej i w taki sposób, jak Wojciech, buduje swój słownik, to jestem gotów uznać taki podział. Nie ma chyba żadnych oficjalnych wytycznych w tej kwestii. „Uniwersalny słownik języka PWN” nie zawiera na przykład hasła „liminalny”. Słowa tego używa się raczej w polskiej nauce w odniesieniu do zjawisk hydrobiologicznych w wodach śródlądowych. Zatem dowolność interpretacyjna jest tu duża. W naukach humanistycznych przed przystąpieniem do opisu buduje się słownik, aby uniknąć takich nieporozumień. Używanie słowa liminalny jest w istocie trochę „lansowaniem” się w publicznym dyskursie, tak żeby poważniej brzmiało.

P. 7. Czy możliwe jest najpierw stworzyć słownik, a potem słowami-pojęciami z niego opisać coś? - „Przyczynek do badań nad znaczeniem doświadczenia granicznego, jako czegoś, co ukazuje treść wymagającą odczytania, zakładać musi projekt skonstruowania słownika pojęć którymi będziemy je opisywać.” Czy w ogóle te dwa działania, tworzenie pojęć i stosowanie ich do takiego lub innego opisania czegoś, da się oddzielić i wykonać osobno?

Odp. MM: Tak, słownik jest potrzebny, żeby wiedzieć o czym mówimy. Język jest tak elastyczny, że możemy w nim wyrazić co tylko chcemy. Działania są dwa, jak pisze Wojciech, ale ustalamy, na przykład, jak rozumiemy słowo „liminalność” i unikamy nieporozumień. Nic więcej - jest to zabieg czysto metodologiczny ułatwiający życie.


P. 8. Dlaczego doświadczenie liminalne uważasz za aż tak podstawowe, fundamentalne, że odmawiasz głosu komukolwiek, kto je dotąd opisywał? Nie twierdze, że tak nie jest - przeciwnie, ten pomysł bardzo do mnie przemawia, ale mniej wtajemniczony czytelnik może uznać Twoje zdania, które niżej cytuję, za przejaw megalomanii!

Odp. MM: Nikomu nie odmawiam takiego prawa, ale mam sam prawo, funkcjonując w przestrzeni publicznej, odrzucać taki sposób myślenia, który uważam arbitralnie za nieodpowiedni. To jest walka na agorze, a ponieważ kulturowo jestem „Grekiem” walczę bo to moje prawo uczestnika agory. Walcząc mogę przegrać, ale na tym polega moja wolność. To nie megalomania lecz czysta polityka, jako publiczne dyskutowanie. My o tym już zapomnieliśmy, ale nasza cywilizacja jest ufundowana na kwestionowaniu poglądów innych. Tym się różnimy od buddystów na przykład, że oni mają od 2500 lat tych samych mistrzów, których nie wolno kwestionować i trzeba się kłaniać przez wieki. My też od 2500 lat mamy naszych wielkich mistrzów, ale wszystkich ich zakwestionowaliśmy. Za wyjątkiem wiernych wyznawców, których zawsze wielu, bo mistrz uwielbiony zwalnia z myślenia. Anaksymander podważył nauki Talesa, swego mistrza; Anaksymenes Anaksymandra, Heraklit Anaksymenesa; Arystoteles Platona itd. aż do dzisiaj. Buddyści kochają Śiakjamuniego, Marpę, Naropę, Tilopę, Padmasambhawę etc., ale od wieków nie dowiedzieli się niczego więcej, niż owi mężowie rzekli. My, „Grecy”, kochamy Platona, Senekę, Tomasza, Nietzschego i Wittgensteina ale się z nimi częstokroć nie zgadzamy. Tak samo mogę kochać Junga i Eliadego za styl, rozmach i ogrom wkładu pracy, ale się z nimi do głębi nie zgadzam. To jest właśnie agora. Jedynie miejsce na tym świecie, gdzie jest możliwa wolność. Nie ma wolności poza agorą i lepiej, żebyśmy sobie to czym prędzej przypomnieli, jeśli chcemy nadal być cywilizacją.

Uważam po prostu, że wszystkie te antropologiczne opisy Eliadego itd. są zapewne cenne, ale jednocześnie dla mnie kompletnie nie przydatne. Podobnie z Jungiem – jest barwny i ujmujący w swych pismach, ale nie do przyjęcia dla mnie. Dlaczego? Bo nie i już. Nie odpowiada mi mentalnie, tak samo jak Wittgenstein, chociaż ten drugi jest przynajmniej klarowny.

Nic nie dowiedziałem się niczego o syberyjskich szamanach od Eliadego. To jest akademicki bełkot. Oni przełamywali wtedy pewne schematy akademickiego dyskursu. Ale cała antropologia kulturowa, którą uprawiamy my, ludzie Zachodu, wobec tzw. społeczeństw pierwotnych, to pozostałość epoki kolonializmu. Antropologia kulturowa jest nauką par excellence kolonialną. „Lepsi biali” badają szamanów i opisują ich językiem, który nic tak naprawdę nie wnosi, poza tym, że ci, który to pisali podostawali tytuły naukowe. Tymczasem kultury tamte były bogate w pewne treści, które domagały by się raczej odczytania i pomyślenia ich, na przykład na sposób hermeneutyczny. Eliade tego nie robił bo po pierwsze, pewnie nie umiał, po drugie nie takie było jego zadanie. Dlatego mnie on nie interesuje jako naukowiec opisujący, chociaż czytam jego dzieła z wielką przyjemnością poznawczą. Do tego Eliadego i Junga, podobnie jak Heideggera, skompromitowała sympatia do nazizmu. Przy czym Heidegger przynajmniej jakoś to odszczekał, nieporadnie i mało przekonywająco, ale jednak próbował. Czytałem pamiętniki Michaila Sebastiana, rumuńskiego intelektualisty i pisarza, który był w tym samym środowisku, co Eliade i znał go bardzo dobrze. Wynika z tych relacji, że Eliade był miłośnikiem sakralizującego faszymu. Już ten tylko fakt dyskredytuje go w moich oczach doszczętnie.


P. 8. cz II . Znowu, jakieś słowo wyjaśnienia by się przydało.- „Następnie trzeba porzucić kategorie socjologiczne, antropologiczne i etnologiczne, którymi opisuje się doświadczenia liminalne od lat. Całą koncepcję rytów przejścia w ujęciu Turnera czy van Gennepa wyrzucamy roboczo do kosza. Także Wierciński, Szyjewski, Eliade oraz Harner tam lądują. Między doświadczeniem a jego opisem jest przepaść nie do pokonania. Doświadczenie liminalne poprzedza opis świata i podmiotu, a nie deskrypcję samego doświadczenia – jako takie jawi się opisywanie jako jałowe, całkowicie bezsensowne działanie zwrotne.”


Odp. MM: Jak wyżej. Wystarczy poczytać Turnera albo van Gennepa i spróbować na tej podstawie praktycznie doświadczyć świadomości stanu liminalnego. Dla socjologa lub antropologa kulturowego to cenne, ale dla praktyka to bełkot. Psychologizm i socjologizowanie to przejawy scjentyzmu, z którym jako filozof mam wręcz obowiązek walczyć.


P. 9. Co to jest „pozytywistyczne ujmowanie doświadczeń granicznych”? Pytam, bo obawiam się, że mało kto rozumie to zdanie. „Pozytywistyczne bowiem ujmowanie doświadczeń granicznych uniemożliwia w istocie dotarcie do znaczeń komunikatu, który podczas nich się ujawnia”.

Odp. MM: Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedynie prawdziwą wiedzą jest ta, która może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej afirmacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm w tym przypadku to próba unaukowienia doświadczeń, które z natury nie podlegają tej metodzie. W tym znaczeniu zwolennicy pozytywizmu w praktykach „twardej ścieżki” jak tę metodę nazwał Wojciech Jóźwiak, to właśnie New Age, który jest pseudo-pozytywizmem par excellence. Na tym polega groza tego kierunku, że chce być nauką ale nią być nie może bo jest niczym innym jak manifestacją głupoty i niedouczenia. Trzeba to wyrazić wprost i konkretnie. New Age i wszelkie jego mutacje to przejaw głupoty i bezmyślności.

Mało osób o tym wie, ale przedstawiciel polskiego pozytywizmu, Julian L. Ochorowicz (1850-1917), wyprzedził Kalifornijczyków w New Age o kilka ładnych dekad. Oprócz rozważań filozoficznych podjął szereg badań, głównie technicznych oraz z zakresu parapsychologii. Twierdził, że pozytywistą można nazwać każdego, czyje doświadczenia poparte są dającymi się sprawdzić faktami. Odsyłam do jego książek. Wszystkie Wasanty wraz z reikowcami i hunowcami, jak też wszelkiej maści Sajbaby mogły by się od niego uczyć, jak poplątać wszystko ze wszystkim. Na szczęście pozytywizm się skończył gdzieś w raz z Diltheyem i Nietzschem, czyli na przełomie XIX i XX wieku, ale wielu do dzisiaj ma to w nosie.

Pozytywistyczne ujmowanie doświadczeń granicznych jest dlatego uniemożliwia ich zrozumienie, bo bada je jako fakt naukowy, społeczny itd. Tymczasem jest to nieadekwatne. Fakt to bowiem stwierdzenie konkretnego stanu rzeczy lub zdarzenia w określonym czasie i przestrzeni, stanowiące najprostszy, podstawowy element każdej nauki empirycznej. Czy możemy tak powiedzieć o tym, czego doświadczamy w doświadczeniu granicznym?


P. 10. Czy hermeneutyka, która właściwie jest pracą z tekstem, może być (jak sugerujesz) rozciągnięta na badanie doświadczenia? Skoro hermeneutyka dotyczy tekstu, to kolejność musi być taka: ktoś czegoś doświadcza - następnie zapisuje, mówi lub nagrywa swój opis tego - hermeneuta to analizuje. Czy nie jest tak, że proponujesz hermeneutyczne analizowanie samego doświadczenia, zanim zostanie w jakikolwiek sposób wyrażone? Przecież tego się nie da zrobić. „Propozycją jest „hermeneutyka opisu doświadczenia liminalnego" lub "hermeneutyka doświadczenia wizyjnego". Hermeneutyka była pierwotnie sposobem interpretacji dzieła. /.../ W ten sposób można potraktować doświadczenie liminalne, wywołane praktykami deprywacyjnymi lub ekstatycznymi.”

Odp. MM: Hermeneutyka to może być również praca z tekstem. Greckie ἑρμηνεύω to znaczy tłumaczyć lub przekładać z jednego języka na drugi lub po prostu wyrażać się w słowach, wymawiać coś. Natomiast termin ἡ ἑρμηνευτική τέχνη to po prostu sztuka tłumaczenia (czegoś); tak jak ἡ ἑρμηνευτική δύναμις to zdolność do wyrażania się. Hermeneutyka to zatem po prostu sztuka wyjaśniania. Tak, jak pisałem, jeśli wizję potraktujemy jako rodzaj języka, to można dokonać próby jego przetłumaczenia na coś więcej, niż opisywanie tych nużących w większości przypadków doświadczeń warsztatowych wizji, a to starych Indian ze złotymi kulkami w jakimś otworze ciała, a to duszy pod postacią sokoła lecącymi nad stepem gdzie delfiny wyprzedzają jelenie ze złotymi rogami. W większości przypadków moich własnych podróży bębnowych komunikat była taki: „nie mam sobie nic do powiedzenia”. Większość takich wizji to czcze konfabulacje. Ale zdarzają się doświadczenia innego rodzaju. Sam widziałem ludzi w takim stanie i sam tego ze dwa, trzy razy doświadczyłem. To się domaga wyjaśnienia, bo ukrywa jakąś treść.

Nie łudźmy się, my ludzie ery Google jesteśmy wszyscy w połowie naszych głowach, a drugiej połowie z mózgami w sieci internetowej. Z taką protezą jak Internet i gry komputerowe nasze wizje to większości przypadków śmietnik, tak jak Internet jest śmietniskiem. Ale czasami się z tego udaje nam wyrwać i wtedy potrzebujemy tłumaczenia, bo prawdziwy język, który w nas przemawia jest dla nas niezrozumiały. Szaman miał swój język translacji i dlatego był szamanem, bo umiał wyjaśniać.

Autentyczne doświadczenie graniczne rozkłada nas do tego stopnia, że wypisujemy się z Internetu i odcinamy od protez umysłu w postaci Google, ale pozostajemy jak niewidomi, którzy nagle zaczęli widzieć – to jest na tyle straszliwe doświadczenie, ujrzeć świat, takim jakim jest i usłyszeć prawdziwy głos z wnętrza, że potrzebujemy języka i systemu, który nas w tym poratuje. Gdy doświadczymy prawdziwie przekształcającego wydarzenia, wyrywamy kable od Internetu, ale pozostajemy sami, bo reszta „wizjonerów” siedzi i pisze swoje grafomańskie blogi i łudzą się, że podążają jakąś twardą ścieżką.

Zamiast tkwić z głową w sieci, lepiej poczytać starożytnych i zobaczyć, że niewiele tak naprawdę da się napisać odkrywczego. To jest dobry początek zacząć od Greków i zobaczyć, jacy wszyscy jesteśmy radykalnie wtórni. Wtórność jest tym, co zabija język duszy. A wydaje się, że próbujemy go usłyszeć i zrozumieć.


P. 11. Czym narracja (którą pochwalasz i zalecasz) różni się od opisu (który negujesz).- „Pisarze, poeci, artyści od wieków znają sposoby pobudzania wyobraźni poprzez na przykład okresowe głodówki, środki halucynogenne itp. /.../ aby uzyskać efekt w postaci narracji”

Odp. MM: Opis jest wtórny, jest jedynie ewidencjonowaniem faktów. Narracja jest także tworzeniem. Narrator nie tylko ewidencjonuje fakty i fenomeny, on ma zdolność ich pomyślenia i wymyślenia.


P. 12. Czy poza obowiązującym dyskursami w ogóle coś da się powiedzieć? Czy zdania takie jak to które cytuję niżej, nie są zwyczajnie sprzeczne? „te działania /.../ Są sposobem odzyskania prawa do opowiedzenia siebie i swojego życia poza obowiązującymi dyskursami.”

Odp. MM:  Dyskurs to „dyskusja, w której poważny temat omawiany jest w sposób uporządkowany i logiczny lub wywód, np. w rozprawie filozoficznej lub w dziele literackim, przeprowadzony na zasadzie ściśle logicznego wnioskowania” (za: „Uniwersalny słownik języka polskiego PWN”). Można go też ująć jako kategorię wyodrębniającą zbiór istniejących w sferze publicznej wypowiedzi według zadanego kryterium tematycznego. Jest to w ogóle mało zgrabne słowo. Jeśli pytanie dotyczy tego, czy da się powiedzieć coś poza tym, co jest mówione oficjalnie np. w mediach, to ja odpowiem, że tak, można, a nawet trzeba. Narracja nie jest dyskursem i dlatego jej uprawianie w naszych czasach dyskursów, jest warunkiem koniecznym zachowania człowieczeństwa w należytej kondycji.

Mirosław Miniszewski

miniszewski/at/onet.eu





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)