zdjęcie Autora

05 lutego 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Rewolucja na tratwie

Kategoria: Twórczość

« Miejsca mocy i niemocy Pajęczyny i osty czyli historia pechowej nazwy »

W Paryżu jeszcze jeden obraz zwrócił moją uwagę. Przedstawia on tratwę z rozbitkami docierającą do brzegu wówczas, gdy większość z nich jest już martwa, lub bliska śmierci. Upamiętniać ma on katastrofę francuskiego statku La Méduse, a autorem jego jest Théodore Géricault. Łodzie z kapitanem i załogą odpłynęły, a tratwa z niektórymi pasażerami statku dryfowała kilka tygodni. Uratowało się z nich kilkanaście osób.


Obraz został namalowany w 1819 roku, a jego zarys w postaci płaskorzeźby powtórzony na nagrobku malarza na cmentarzu Pére Lachaise: www.cro.pl/paryz-raz-jeszcze-t28122-300.html

Cały dzień dreptania po ogromnym Luwrze, którego i tak w całości nie dało się zobaczyć, aby jak najlepiej wykorzystać drogi, ważny cały dzień bilet — powodował takie zmęczenie, że wszystko w oczach dwoiło się i troiło. Nie nastawiałam się na zapamiętanie obrazów i zanotowanie informacji (choć to było i tak dość trudne, bowiem nie znam francuskiego i na dobrą sprawę rozpoznawałam tylko nazwiska bardziej znanych twórców). W zamian robiłam zdjęcia obrazów, a po powrocie do Polski wyszukiwałam na ich podstawie reprodukcje i informacje w internecie.

         Dziś trudno mi odpowiedzieć, dlaczego najlepiej zapamiętałam kilka dzieł wcale nie najbardziej znanych malarzy i dlaczego one wówczas zwróciły moją uwagę.

         Luwr jest w znacznej mierze Jowiszowy. Cechuje go nadmiar tak wielki, że człowiek głupieje jak w czasie PRL w zachodnioniemieckim sklepie z wędlinami. Nie wiadomo na co patrzeć; choć wie się, że każda rzecz jest zupełnie inna, to mózg nie nawykł do rozróżniania tylu przedmiotów z jednej kategorii. Ucieczką od tego jest odwracanie wzroku na przykład na ulicę za oknami, ale mimo tego i tak umysł tworzy niejednorodną zbitkę, jak źle rozmieszane ciasto.

         Elementem, który zwraca przede wszystkim uwagę na tym obrazie jest powiewający nad tratwą żagiel. Dostępne w internecie reprodukcje nie oddają wszystkich szczegółów ani prawdziwej kolorystyki obrazu, więc takiej zbitce uległ on w moim odbiorze z kilka obrazów z wcześniej oglądaną „Wolnością wiodącą lud na barykady” (nie znam prawdziwego tytułu ani autora obrazu).


 Podarty żagiel i powiewający sztandar nad stosem umarłych w obu wypadkach oddaje entuzjazm niewielu pozostałych żywych: na widok statku i na myśl o zwycięstwie. Podobne są trójkątne kompozycje obrazów i podobny, trzypiętrowy schemat fabularny. Centralna postać w euforii (plus flaga i żagiel) to trzecie piętro, klęcząca postać błagająca o litość w „Wolności” i klęcząca za centralną postacią w „Tratwie” – także błagalna – to drugie piętro i pokotem leżący zmarli oraz na wpół żywi w malowniczych pozach – to pierwsze piętro. Za nimi skupione, prawie zlewające się postaci pod żaglem i pod sztandarem. Pod nimi jeszcze jest „piwnica” – to ciała tych, których głowy znajdują się poniżej korpusu w „Wolności”, czy spadają z tratwy w morze głowami w dół.

         W katastrofie Meduzy dryfujący na tratwie rozbitkowie podobno zjadali ciała zmarłych towarzyszy (czego malarz nie uwiecznił mimo ponoć dogłębnych studiów w prosektorium – ciała nie noszą śladów uszkodzeń), nie widać jednak by śmierć towarzyszy specjalnie ich obchodziła, a otumanieni walką rewolucjoniści nie przejmują się śmiercią towarzyszy, a może i wrogów, w pogoni za mrzonką na horyzoncie. I tu i tam nie jest ona zresztą widoczna dla oglądających obrazy.

         Dziś czytamy i słyszymy o tragicznych losach uciekinierów z Afryki, z krajów ogarniętych wojną, których tratwy tonęły nie zdoławszy dopłynąć do brzegu, albo były zawracane przez Włochów z powrotem na morze.

         Wydawałoby się, że taki obraz mógłby powstać i dzisiaj. Ale nie, wystarczy trochę tylko przyjrzeć się, żeby zobaczyć jak bardzo upozowane są postaci zmarłych. W „Wolności” dwa ciała z najbliższego planu przystają sylwetkami jak obie Ameryki z Afryką — kiedyś były razem ale oddzieliły się. Ciemna postać z prawej w mundurze, jasna postać z lewej odarta z ubrania. Ci po prawej zapewne wrogowie, ci po lewej, żywi i martwi — zwycięzcy.

         Rzeczywista śmierć na morzu wygląda inaczej. Zapewne w rewolucji — sądząc po zdjęciach z Syrii — także.

         O włos minęła mnie na morzu. W latach siedemdziesiątych za zasługi na polu zawodowym wraz z osiemdziesięciu innymi osobami otrzymałam nagrodę w postaci dwutygodniowego rejsu statkiem po Morzu Czarnym. Jak wszystko w tamtych latach było siermiężne tak i rejs wykupiono na starym statku, który jeszcze w latach przed II wojną Światową  pływał po Dunaju, a w ZSRR awansował do roli morskiego statku turystycznego dla turystów z demoludów. No i stało się to co stać się musiało. Po kilku dniach pięknej pogody i straszliwych oparzeń pań, które nie miały pojęcia o tym, że opalać się należało najpóźniej do godziny ósmej rano przyszedł gwałtowny sztorm. Wszyscy chorowali, także załoga. Z naszej wycieczki wolne od choroby morskiej byłyśmy jedynie dwie ze starszą już koleżanką, a z załogi oprócz kapitana i lekarza chyba niewielu. Wiem, bo pod dyktando lekarza obie zajmowałyśmy się chorymi i rannymi. Było kilka złamań, jeden zawał serca (mężczyzna zmarł potem na granicy polsko-rosyjskiej), wiele potłuczeń, rzyganie i biegunki. Przez nieszczelne bulaje wlewała się woda, wybijało też sanitariaty, tak że w kabinach woda była do pasa i najniższe prycze były zalane. Trzeba było nieustannie sprawdzać, czy ktoś nie spadł z koi i taszczyć na wyższe miejsca, żeby się nie utopił. Brodziło się nieustannie w gównie i rzygowinach, między połamanymi sprzętami, szkłem i pływającymi szczątkami bagażu.

         Otaczały nas statki marynarki wojennej, chyba kilka. Kapitan rozmawiał z nimi przez radio, głośno, żeby przekrzyczeć ryk morza i słyszałyśmy tylko, że „u nas oczeń płocho”, a od nich, że nie mogą podpłynąć bliżej.

Wszystko to trwało trzy dni zanim udało nam się w przechyle dopłynąć do portu w Odessie. Część z nas odwieziono do szpitala, reszcie wynajęto jakiś apartament z jedną wanną na pozłacanych łapach (ale bez toalety) i dwoma kozetkami. Położyliśmy się więc na podłodze i spaliśmy do wieczora, gdy odwieziono nas na dworzec, zdrowych, rannych i zawałowca, któremu leki musieliśmy kupić za własne pieniądze w aptece, bo szpital miał tylko aspirynę i wsadzono do pociągu do Polski, brudnych śmierdzących i bez bagażu.

Opisuję te szczegóły żeby wykazać, że scena przedstawiona na tratwie jest nieprawdziwa. Ludzie nie tak umierają i nie tak chorują na morzu. Nikt nie rozkłada się w dramatycznych pozach, każdy kuli się i stara się zajmować jak najmniej miejsca. Jest bezwładny, owszem, otępiały i bez energii. Jest zmarznięty, nawet w ciepłym klimacie. Jak może stara się izolować od wpływów zewnętrznych. Nie robi dramatycznych gestów, nie krzyczy i zapewne nie macha chusteczkami. Nawet gdyby zobaczył statek po tylu dniach nie miałby zapewne siły na malownicze pozy. No, może jeden by się na to zdobył, ale nie pięciu, jak na obrazie. Wyciąganie rąk pochłania energię, a gdy się nie je, nie pije i nie śpi, dramatycznie jej brakuje. Żyje się w półśnie, nawet zdrowi, a cóż dopiero ranni i chorzy.

To, co w obrazach jest mrzonką, której nie widać, a którą można sobie jedynie wyobrazić, w rzeczywistym życiu uzyskuję rangę symbolu wartego, by oddać zań życie. I na tym polega kłamstwo sztuki.

To jest jej destrukcyjna rola. Skłania szaleńców do udawania się na morze (choć oczywiście bohaterowie obrazu „Tratwa” działali pod przymusem) i rewolucjonistów do walki o zwycięstwo. Potem, gdy wydarzenia już trwają, nie myśli się o innych. Samemu stara się przeżyć. Niestety, prawdziwa śmierć nie jest tak widowiskowa, artystycznie upozowana, obliczona zgodnie z zasadami kompozycji. W jakimś momencie człowiek się godzi z nią i pragnie tylko jak najprędzej zasnąć i przestać cierpieć.

         Pozostaje pytanie: Czy nawet najszlachetniejsze mrzonki warte są tej ceny, jaką jest życie? W końcu mamy tylko jedno.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Miejsca mocy i niemocy Pajęczyny i osty czyli historia pechowej nazwy »

komentarze

[foto]

1. Czasem trzeba być szalonym... • autor: Ela Bazgier2013-02-06 09:02:50

Czytałam ostatnio wywiad z Wietnamką Kim Thuy, która w dzieciństwie uciekała z rodzicami z komunistycznego Wietnamu do Malezji – właśnie na tratwie. Po wygranej komunistów uciekali z obawy przed prześladowaniami. Na tratwie 12 m na 6 m było dwieście osób, stali sobie na głowach, płynęli cztery dni. Oni przeżyli, ale wtedy więcej takich łodzi tonęło niż dopływało do brzegu. Czy szaleństwo pchnęło ich do tej podróży, czy coś innego? Teraz poprawna politycznie jest opinia, że Powstanie Warszawskie to była głupota i bohaterszczyzna, nie bohaterstwo. Tak ocenia to historia i historycy z perspektywy swoich wygodnych foteli i bezpiecznego świata za oknem. We mnie decyzja tych ludzi, to szaleństwo, w które poszli, budzi podziw i szacunek. Nie nam sądzić o emocjach ludzi, którzy znaleźli się w tak ekstremalnych sytuacjach. Kiedy inne bardziej praktyczne i racjonalne środki zawiodą, podejmuje się walkę, która może wyglądać na obłąkaną. No bo co robić – siedzieć i czekać na zagładę? Powstanie upadło, większość zginęła, Wietnamka przeżyła, jest dziś pisarką. Mówi, że bycie szczęśliwą to jej obowiązek wobec tych, którzy zginęli. Opłacało się? A jakby zginęła, to znaczy, że się nie opłacało? Według mnie sam moment, kiedy człowiek podejmuje takie ryzyko, jest piękny. Kiedy powoduje nim go coś silniejszego niż instynkt ocalenia życia. (Może to niestosowna analogia wobec powyższych przykładów, ale podobnie jest w świecie zwierząt. W obliczu zagrożenia zwierzę uruchamia kolejne strategie, które pozwolą mu ocalić zdrowie lub życie. Walka jest ostatnim, najmniej racjonalnym i najbardziej ryzykownym z nich. Mimo tego czasem musi ją podjąć.)

Gericault było malarzem romantycznym, a oni jak wiadomo skupiali się na emocjach. Zapewne te gesty są przerysowane, chociaż kto z nas wie, jak to naprawdę wygląda na tonącej tratwie...?

[foto]

2. Masz dużo racji • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-02-06 10:22:52

Masz dużo racji Elu, ale nie sądzę, zeby wszystko było takie proste jak ja napisałam, a Ty skomentowałaś. Wietnamka, która dopłynęła do brzegu, jak każdy człowiek, który był na skraju śmierci i przeżył szuka w swoim doświadczeniu sensu i znajduje go. To, że ja jedna przeżyłam musiało mieć jakiś sens i uzasadnienie, w przeciwnym wypadku, dlaczego właśnie ja...? Nie wiem, jak by odpowiedziała, gdyby ktoś spytał ją czy wiedząc to, co wie po tym doświadczeniu powtórzyłaby go (i gdyby oczywiscie zdecydowała się powiedzieć prawdę.).

Odmienna sprawa jest z Powstaniem Warszawskim.Ludzie, którzy, jak wspomniana Wietnamka wyruszali na tratwie ryzykowali życie swoje i najwyżej swoich rodzin. Każdy podejmował indywidualną decyzję i na pewno albo miał poważne powody, albo był słabo zorientowany w realiach. Tak czy inaczej działał na własne ryzyko i w imieniu własnym. Dowódcy Powstania Warszawskiego podejmowali decyzję (co do której i wówczas można było mieć wątpliwości) w imieniu ludzi, którzy żyli normalntm życiem i nie zamierzali narażać się na większe ryzyko niż wynikałoby z okupacyjnych warunków. Ich zagrożenie nie było aż tak wielkie żeby jedynym wyjściem było wywołanie powstania (w przeciwieństwie do powstania w Gettcie - tam wszyscy byli skazani na zagładę). Ci ludzie ginęli albo, gdy przeżyli, nie byli już tacy sami, jak kiedyś. Ich rodziny borykały się z traumą, dzieci żyły w cieniu śmierci. Inne dzieci - Powstańcy - straciły życie. Wiem coś o tym, bo taką ofiarą była moja mama, która w ciąży spędziła Powstanie w przygodnej piwnicy bez jedzenia i pomocy. Jej nikt nie pytał, czy chce ryzykować życiem swoim i swojego małego dziecka (mnie) i jeszcze nie urodzonej siostry w imię tego, żeby ci, a nie inni zdobywcy wkroczyli do Warszawy. Nad konkretne zagrożenie dowódcy Powstania przedłożyli hipotetyczną dolegliwość tej czy innej nacji jako zwycięzców - a na to nie mieli zgody. A ich decyzja wywołała skutki u następnego pokolenia - dzieci Warszawiaków. Zapewne jednym z nich jest i mój pogląd na Powstanie Warszawskie.

[foto]

3. co możemy wiedzieć? • autor: Ela Bazgier2013-02-06 15:14:12

Wokół Powstania jest wiele emocji i głosów zarówno na „tak”, jak i na „nie”. Dla mnie bardzo ważne są argumenty, że tam gra szła nie tylko o dzień dzisiejszy, ale o dalszą historię Polski, granice itd. Jak wiadomo, wrogów mieliśmy dwóch. Niemcy słabli, niebezpieczniejszy stawał się wróg wschodni. Jak rozumiem, to przeciw niemu m.in. było ono wymierzone. I jak pokazała historia powojenna, rzeczywiście było się czego obawiać. Jak byłoby ono oceniane, gdyby się powiodło? Mówiłoby się pewnie tak: „Ryzykowaliśmy, i wygraliśmy! Strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy ryzyka nie podjęli. Stalinowska okupacja, a kto wie, może w ogóle nie byłoby nas na mapie.”

Nie chcę zaczynać dyskusji o Powstaniu, ale myślę, że decyzja w imieniu cywilnej ludności została podjęta już w chwili, gdy powstało Polskie Państwo Podziemne. Czy możliwa jest wojna, w której nie ginęliby cywile, dzieci? Przecież to nie jest wymyślona gra komputerowa, w projektowaniu której można uwzględnić, że biją się tylko żołnierze. A swoją drogą, dlaczego to niby miałoby być sprawiedliwe: zagłada młodych chłopaków, mięsa armatniego, sterowanego przez swoich dowódców i wszechobecny testosteron?

Nie znajduję słów, by wyrazić swoje współczucie dla tych, którzy musieli to wszystko przeżyć. Że urodzili się w tym miejscu, i w tym czasie. Byli wśród nich moja babcia, moja czteroletnia mama i mój dziadek, który nie przeżył, bo zginął na Starówce. Babcia, gdy słyszała, że Powstanie było niepotrzebne, miała taką minę, jakby ktoś jej chciał odebrać sens życia. Bo straciła w nim niemal wszystko co wtedy miała i musiała wierzyć, że to miało jakiś sens. Dopiero pod koniec swojego życia mówiła, że to wszystko nie miało sensu, ale nie wiem, o co jej chodziło: czy o powstanie, czy o wojnę czy o życie w ogóle... Może mówiła tak dlatego, że dziadek zginął.  A gdyby przeżył? Niektórzy historycy twierdzą, że szanse na zwycięstwo były, że to z góry nie wyglądało na beznadziejne.

Pytanie o sens tamtego powstania to jest w ogóle pytanie o sens wojny. No nie ma sensu. Ale jak już się zacznie, to chyba trzeba by mieć jakiś osobny system do oceny podejmowanych wówczas decyzji i działań, bo to były decyzje podejmowane w sytuacjach ekstremalnych, po traumach, podczas traumy i przed kolejną traumą. Więc co ja mogę o tym wiedzieć, jak to oceniać, jaką miarę do tego przyłożyć?

Wietnamka nie podjęła wtedy żadnej decyzji, bo rodzice podjęli ją za nią, podobnie jak KG AK za Warszawiaków w 44. Gdyby zginęła... ale przeżyła... A gdyby została w Wietnamie i nie przeżyła? Pozwól że zakończę słowami Grześkowiaka (nie wiem, czemu mi się przypomniały, ale może coś jest na rzeczy) „Straszne niebios są wyroki, straszne, straszne są roboki”.

[foto]

4. Kilka spraw • autor: Przemysław Kapałka2013-02-07 19:41:06

Oj, Kasiu, Kasiu, i ty powtarzasz komunały, że życie mamy jedno. Możesz w to wierzyć,  ale na tym portalu wcale nie jest to oczywiste. To po pierwsze.

Po drugie: Byłem na krawędzi, w sposób chyba jeszcze mniej efektowny niż ci na tratwie. I po tych doświadczeniach mówię, że nie w każdym przypadku warto jest ratować życie, nawet, gdyby istotnie było tylko jedno. Tak samo po różnych zdrowotnych przejściach mówię, że to nieprawda, że zdrowie jest najważniejsze.

Po trzecie. Akurat tej kobiety, która będąc w ciąży spędziła powstanie w piwnicy, nikt nie pytał o zdanie, jak również wielu innych. Ale Polacy jako ogół się wypowiedzieli. Pragnienie umierania za ojczyznę i bohaterstwa tudzież różne podobne pragnienia były w naszym narodzie tak powszechne, że decyzję o wybuchu powstania można uznać za podjętą przez cały naród.

Po czwarte, z tymi strasznymi wyrokami niebios to następny komunał. Straszne to jest to, co ludzie wymyślają.


[foto]

5. No, no • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-02-07 22:38:18


To już chyba ty Przemku się zapędziłeś. Na jakiej podstawie twierdzisz, że pragnienie umierania za ojczyznę było w naszym narodzie tak powszechne, że nie trzeba było żadnego głosowania, żadnych takich nieważnych sejmów i innych rodzajów zapytywania? Kilku zapaleńców występowało w imieniu narodu z umocowania boskiego zapewne, bo innego nie posiadali. Tyle, że historia jest najeżona takimi, którzy mieli monopol na jedynie słuszną prawdę i biedne dzieci muszą wykuwać listę ich klęsk w szkole.

Banały i komunały nie byłyby banałami, gdyby nie zawierały w sobie jądra racjonalności. W każdym razie dla mnie - im jestem starsza, tym więcej znaczy zdrowie i życie. Pisał już o tym niejaki Mikołaj Rej: " Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz aż się zepsujesz... itd" Co do jednego lub wielu żyć jest pewne przysłowie (banalny komunał także) " Lepszy kanarek w garści niż wróbel na dachu".

No ale w sumie to są sprawy indywidualne - Ty myślisz tak, a ja inaczej. Wolno nam, no nie? 

[foto]

6. Na jakiej podstawie... • autor: Przemysław Kapałka2013-02-08 13:24:36

Na jakiej podstawie tak twierdzę? Naczytałem się i nasłuchałem na ten temat. Źródeł nie przytoczę bo zbyt wiele ich było. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości niejeden rozkoszował się wizją, jak to go wywiozą na Sybir. A że chętnych do umierania za ojczyznę i do męczeństwa było multum, to chyba nie wymaga podawania źródeł. Wszak przechodzi nam to dopiero teraz, choć żadnej wojny od dawna nie mieliśmy.

Myśleć inaczej nam wolno, zresztą nigdzie nie napisałem, że z tym najważniejszym zdrowiem to jest komunał, komunałem nazwałem co innego. Proponuję jednak dla ćwiczenia zadać sobie kilka pytań, co byśmy wybrali:

- chorobę czy więzienie

- chorobę czy pobyt na bezludnej wyspie bez kontaktu ze światem

- chorobę czy totalny brak przyjaciół i samotność.

Czy każdy wybrałby to, co wymieniłem na drugich pozycjach? Jakby się dobrze zastanowił, to nie jestem pewien. Mam też koleżankę, która ma niepełnosprawne dziecko, ale wesołe, i ta jego niepełnosprawność nie jest tak bardzo uciążliwa. Rzecz w tym, że o zdrowiu myślimy ciągle i dlatego nam się wydaje, że jest najważniejsze. Gdybyśmy pomyśleli o innych problemach, rzadziej spotykanych i bardziej specyficznych, mogłoby się okazać, że jednak nie jest. Ja w każdym razie już tego doświadczyłem.

[foto]

7. katar • autor: Piotr Jaczewski2013-02-08 13:37:15

Z wybranych opcji wybieram standardowy siedmiodniowy katar :-) A że chętnych do umierania za ojczyznę i do męczeństwa było multum, to chyba nie wymaga podawania źródeł.
To nie, ale ocena "multum wobec czego" już wymaga takich źródeł. W odniesieniu do czego oceniać fantazje i chęci tego niejednego rozkoszującego się wizją wywozu na sybir. W jakim układzie owe multum i niejeden funkcjonowali ? Rzadki i specyficzny - względem czego i jak specyficzny problem? - to jest warto rozważania i doświadczenie jednostkowe samo z siebie niewiele tu daje.
[foto]

8. Co do wyborów • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-02-08 14:08:11


Zgadzam się z Piotrem. Zależy jaka choroba, jaka bezludna wyspa, jakie więzienie i jacy przyjaciele i jaka samotność. Z tym, że na dobór przyjaciół mamy wpływ.

Co do pożądania udziału w walce o niepodległość, to pozwól, że dodam spostrzeżenie (na podstawie rozmów z osobami starszymi ode mnie o jedno lub dwa pokolenia. Tu podział był taki: zależy czy mężczyzna czy kobieta, zależy czy biedny czy bogatszy, zależy na jakich terenach mieszkał i pod jakim był zaborem. Widać ty spotykałeś samych miłośników walki o niepodległość, ja zaś takich, którzy musieli dla tamtych zdobywać jedzenie, gotować im i opierać oraz rodzić dzieci (i utrzymywać to wszystko w stanie względnej równowagi).

Dopóki takich danych statystycznych nie uda się zebrać nieuprawnione jest twierdzenie, że multum oznacza większość i że to multum miało akurat rację w konkretnej decyzji o konkretnym Powstaniu i że miało rację nie przejmując się resztą.

Przeprowadź taki eksperyment myślowy: zbierz wszystkich mieszkańców Warszawy bezrobotnych, zarabiających poniżej minimum i bezdomnych i spytaj ich czy w imię wyzwolenia od swojej nieszczęsnej doli gotowi są zaatakować siedzibę rządu. Ilu jak myślisz, zdecyduje się na walkę? A ilu będzie mówić, że chętnie by to zrobili? Pewnie do mówienia będzie multum.

[foto]

9. Wiadomość • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-02-08 17:20:00

Przed chwilą w Teleexpresie poinformowano, że pewna Francuzka zniszczyła obraz "Wolność wiodąca lud na barykady" przez oblanie go farbą i umieszczenie jakiegoś napisu związanego z nazwą organizacji.
[foto]

10. Zdrowie i powstanie • autor: Przemysław Kapałka2013-02-09 09:31:39

Jeśli piszesz "Zależy jaka choroba, jaka bezludna wyspa" itd. to już przyznajesz, że zdrowie niekoniecznie jest najważniejsze. 90% problemów ludzi (jeśli nie więcej) to są błahostki i właśnie kiedy zdrowie zaczyna nawalać, widać to w całej okazałości. Co nie zmienia faktu, że są problemy, przy których zdrowotne wydadzą się błahostką, a szczęście większości ludzi polega na tym, że trudno im je sobie wyobrazić - co nie znaczy, że nie istnieją.

Co do tego atakowania siedziby rządu, to niewątpliwie masz rację. Ale ezoteryka uczy, że gadanie, emocjonalne i uporczywe, ma zasadnicze znaczenie, czasami większe niż to, na co się faktycznie zdobędziemy. Tym bardziej, że chęć umierania za ojczyznę w małym stopniu cechowała prosty lud, a w dużym tą jego wykształconą część, a więc tych, którzy mieli największy wpływ na coś, co można nazwać karmą narodu. Zresztą cała wojna, nie tylko w Poslce, to był jeden wielki ciąg wydarzeń, które po prostu musiały się spełnić, i pytania, jakie kto miał prawo, kto miał rację, co należało robić żeby uniknąć itp. po prostu mijają się z istotą sprawy. 

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)