Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 listopada 2019

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Czytanie... (odcinków: 188)

Roberta J. Wallisa, „Szamani, neo-Szamani”. O zwierzętach mocy

Kategoria: Nowy szamanizm

« Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Descoli. Linie graniczne między naturalizmem a analogizmem »

Na książkę „Shamans/neo-Shamans” natrafiłem kilka tygodni temu, szukając czegoś w Googlach. Znalazłem ją najpierw w dziwnej formie: ktoś ją całą zeskanował, z-OCR-ował i wynikowy plik tekstowy wrzucił do sieci, pod jakimś innym mylącym tytułem, zapewne celowo. Ja najpierw podczytywałem tamto znalezisko, potem je trochę udoskonaliłem, żeby dało się czytać w przeglądarce, w końcu odżałowałem ponad 100 zł (angielskie książki i ebooki są wciąż nieprzyjaźnie drogie, chociaż niby jesteśmy na Zachodzie od 30 lat) i kupiłem ebook na Kindle. Czytam do poduszki. Na Kindlu czyta się leżąc.

Książka jest fascynująca. Dlaczego? – Jest wnikliwą i nie-bez-krytyczną relacją z życia i poglądów „szamanów i druidów” z... Którego czasu? To pytanie o czas jest ważne. Książka powstała dlatego, że Wallis, zapalony neoszaman i neopoganin, do tego archeolog i antropolog, napisał doktorat z tego, co robi i myśli on sam i jego przyjaciele. Takie studia na samym sobie nazywa dowcipnie autoarcheologią. Ale kiedy, kiedy? Tu mina musi nam trochę zrzednąć, ponieważ książkę wydano w 2003 r., najświeższe notatki w niej opiewają na może rok wcześniejszy, ale większość materiałów dotyczy tego, co napisano lub opowiedziano w latach 1990-tych, a zbadano wcześniej – książka więc dotyczy lat końca XX wieku, właściwie jego ostatniej dekady, czasu po Wielkiej Kumulacji planetarnej, która miała miejsce w latach 1988-92 i która nie tylko przyniosła wolność od komunizmu wschodniej Europie, ale także niespotykany wybuch alternatywnej myśli i praktyki na Zachodzie; refleksy tamtych fal zakołysały również naszą (polską, wschodnioeuropejską) noosferą.

Cieszy, że ktoś – właśnie Wallis – ruszył to spisać i zrobił to dobrze. Martwi, że... Primo, że podobnej „przeglądówki” chyba już nie zrobiono dla następnych dekad, przez co lata od 2000 do dzisiaj nie mają podobnych kronik ani kronikarzy. Secundo, pomyśleć, jak my, Polskojęzyczni, jesteśmy zapóźnieni, od świata (tego anglo– ) fatalnie odcięci; przecież Eliadego fundamentalny traktat o szamanach dostaliśmy po polsku 43 lata po oryginale, książki Castanedy po 23 latach, a na Harnera „Drogę szamana” czekaliśmy aż 27 lat. (Błędy w tamtym przekładzie kiedyś wypunktowałem). Przy książce Wallisa nie jestem tak szalony, żeby przewidywać jakąkolwiek liczbę lat do naszego przekładu, ponieważ jestem (prawie) pewien, że nie zostanie spolszczona nigdy; prędzej wszyscy czytelnicy nauczą się angielskiego na tyle. Ale nie narzekajmy, milcz mój Księżycu w Pannie.

Dodam: właśnie Eliadego, Castanedę i Harnera wylicza Autor w tej właśnie historycznej kolejności jako głównych przenosicieli szamanizmu na Zachód, jako głównych inspiratorów czy wektorów-wlekaczy, którzy idee szamańskie przewlekli do świata Miejskich Białych. Tak, nie mylimy się, Wallis oto uznaje czyli docenia Castanedę, wcale nie upycha go w szufladce „pseudo”, co przecież znaczy „fałszywie”. Podobnie docenia Harnera, mimo iż na jego core shamanism, szamanizm „generyczny”, odarty z kontekstu lokalnych kultur, wiadra krytyk i banów wylano. Czytelnik, który czytając Eliadego dowiadywał się, co to szamanizm i szamani; który zazdrościł Castanedzie jego nieziemskich przygód i bywał na warsztatach bębnienia na Harnerową modłę, czyta to z ulgą: że może i sam nie jest aż taki „pseudo”, taki „fejkowy”, aż takim plastikowym pseudoszamanem nie jest niedzielnym. Dziękujemy, Robercie J. Wallisie!

Zarazem Wallis uważa ruchy i nurty „neo”, czyli neo-szamanów, neo-pogan i neo-druidów, o których pisze w swojej książce, za całkiem poważny i uzasadniony, i niejako „legalny” przedmiot poznania dla antropologii czyli (po naszemu) etnologii. Czy ten pogląd dotrze kiedyś do naszych instytutów?

Co jeszcze warto: utkwił mi w głowie tytuł, właściwie jego fragment: „...odrodzenie szamańskich praktyk w nowym tysiącleciu”. Pod tym tytułem pisał około 2000 r. Frank Henderson MacEowen – ciekawe, że jego teksty mamy w Tarace legalnie, za jego zgodą, po której udzieleniu autor ów... zniknął, zapewne zmieniając tożsamość. Może odnalazł się na nowo, nie czas teraz go szukać. Bardziej chodzi mi o tamten „próg tysiąclecia”, który naprawdę polegał na czymś innym i niewiążącym się z trzema zerami w dacie: bo oto w tamtych latach kończyła się, zanikała lub usztywniała się tamta fala poruszenia, sensacji i energii z jaką podczas Wielkiej Kumulacji Planetarnej lat 1988-92 rzesze duchowych nawigatorów ruszyły eksplorować Przestrzeń Wewnętrzną i Czas Snu. (Terminy od Holgera Kalweita, książka „Die Welt der Schamanen”, rok 1988, sam świt tamtej epoki.) Około 2000 r. najwyraźniej czuto, że coś się zmienia. Niestety, jak już pisałem wyżej, na kroniki szamańskich podróży w XXI wieku już nie natrafiłem i zapewne ich nie ma. Wallis na pewno ich nie kontynuował.

Książka Wallisa prosi się o przegląd i streszczenie. Właściwie powinna być „na stanie” każdego... może nie aż każdego czytelnika Taraki, ale każdego, kto poważnie interesuje się rzeczami szamańskimi i około-szamańskimi. Tutaj chcę wydłubać jeden rodzynek. („Dłubacze rodzynków” to jest termin: takim mianem, oczywiście odpowiednim angielskim, nazwano tych, którzy z oryginalnych indiańskich ceremonii wydłubują jakiś interesujący ich, ale ogólnie przypadkowy „smaczny kąsek” i dalej z nim „pracują” już na własną białą rękę. O tym Wallis też pisze.) Ale dość dygresji, dłubmy.


Alfred Wierusz-Kowalski, Samotny wilk, fragment

Zwierzęta mocy: jak zmieniła się nasza wrażliwość

Ale czy się zmieniła? Moja tak. A innych?

Ad rem. Ledwie wczoraj Jarosław Koziński zamieścił w Tarace swój „Sen o jedzeniu kotów”. Zwierzęta mocy lubią objawiać się, także w snach, w sposób taki, żeby zmaksymalizować to, że zwrócimy na nie uwagę. Dlatego sny ze zwierzętami – które możemy podejrzewać o to, że są śniącego zwierzęciem mocy – bywają drastyczne, szarpią nam nerwy. Tak jakby ów sen był zakomponowany tak, abyśmy mimo wszystkie opory jednak go zapamiętali. W tamtym śnie śniący się znajomy Autora przyniósł pieczone głowy kotów, którymi go (Autora) poczęstował. Robert J. Wallis w swojej książce wiele miejsca poświęca neo-Druidowi, który zarazem jest praktykującym neo-szamanem, imieniem Greywolf, alias Philip Shallcrass. Imię nawiązuje do wilka i w wywiadzie Greywolf opowiada Wallisowi, jak nawiązał więź ze swoim zwierzęciem mocy. Mówi, że chociaż pracował z energią ducha wilka już wcześniej, to właściwy początek, inicjacja, miała miejsce podczas ceremonii szałasu potu, prowadzonej „kilka lat temu” w stylu Lakotów, chociaż przez Białą medicine woman i w Anglii.

Przedstawiając nas czterem kierunkom świata, szamanka wymieniła, jako jedno ze zwierząt-strażników – kojota. Trochę mi to zazgrzytało, bo wiedziałem, że kojoty nigdy nie stąpały po tej części ziemi, na której siedziałem. Zadałem sobie pytanie, jaki byłby lokalny odpowiednik, i przyszło mi do głowy słowo „wilk”. W tym samym momencie w szałasie pojawił się dorosły wilk, zwinięty w kłębek w środkowej gorącej jamie. Świecące czerwono kamienie w jamie znajdowały się wewnątrz jego ciała. Wstał i spojrzał na mnie, zapraszając mnie do pójścia za nim. Wstałem (w duchu) i opuściłem domek. Na zewnątrz, zamiast zwykłego pola w Anglii, znajdował się stok ośnieżonej góry. Wilk poprowadził mnie po zboczu aż do linii drzew, gdzie kazał mi wrócić do loży, obiecując, że spotkamy się ponownie. Wróciłem do swojego ciała.

Następnego dnia Greywolf postanawia znaleźć jakiś materialny przedmiot, który łączyłby go z duchem wilka. Jednak...

...Chociaż żyję prawie czterdzieści lat, nigdy nie widziałem ani skóry, ani włosów, zębów czy pazurów wilka, więc pomyślałem, że to mało prawdopodobne, że coś znajdę...

Wkrótce potem, jak dalej opowiada Wallisowi, trafił na wyprzedaż w garażu u znajomych. Znajduje tam futro, właściwie nieobrobioną skórę. Jego przyjaciel informuje go, że to jest wilcza skóra z Kanady.

Opowiedziałem mu historię szałasu potu i moją wizję, a on podarował mi tę skórę. Okazało się, że składa się z sześciu małych skór z młodocianych wilków zszytych razem. Dodałem sznur koralików jako „krawat” trzymający na szyi i tak sporządziłem z niej płaszcz. Następnym rytualnym wydarzeniem, na które zostałem zaproszony, było zgromadzenie czarownic [witches], które miały ucztować jedząc dziczyznę. Byłem wegetarianinem, ale dla wilków postanowiłem wejść w to. Uczta poprzedzona była opowieścią o tym, jak polowano na jelenia i zabito go oraz jak przygotowano mięso. Jeleni udziec został przyniesiony do stołu z czcią i uhonorowany przez wszystkich obecnych. Kiedy zjadłem pierwszy kęs, poczułem, że skóry na moich plecach zaczynają falować życiem i ciepłem, które promieniowało przez moje ciało. Po czterdziestu latach spędzonych w torbie na strychu moje wilki znów jadły!

Teraz ode mnie, WJ. Do snu Jarosława z jedzeniem kocich głów nie mogę się przyczepić, bo to sen. Ale opowieść Greywolfa budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, super! Doceniam szamańską moc i „kanał” obcowania z energią zwierzęcia, wilka. Jest radość w tym doświadczeniu, że wilki ze skóry „znów jadły”! Ale czy to jakoś skasowało – odwróciło – zaszłości, „dzięki” którym wzięła się ta skóra? Przecież te młode, juvenile w oryginale, wilki, wilcze szczenięta, ktoś, pewien człowiek, gdzieś w Kanadzie zabił. Gdy wchodzisz w kontakt ze zwierzęciem, nie możesz nie traktować go jako osoby. Więc tych sześć wilczych osób zamordowano, dokonało się okrucieństwo, morderstwo. Sześć wilczych dzieci cierpiało umierając. Wiedząc coś o polowaniach na wilki i łowieniu ich w pułapki, nie była to lekka śmierć. Więc jak to? Nosić tę śmierć na sobie, na własnych plecach i cieszyć się tym „przedmiotem mocy”, tym wilczym medicine?

Zamień zwierzę na człowieka i wyobraź sobie kogoś, kto nosi na sobie skórę ludzką, zdartą z kogoś, kogo specjalnie w tym celu na skórę zabito?

Zaprzyjaźnianie się ze zwierzętami, nawet – a może zwłaszcza – gdy są to Zwierzęta Mocy, nie może być neutralne moralnie. Dla mnie, jak to czuję, nie jest.

Czy łatwiej jest usprawiedliwić, zmyć z winy kogoś, kto zwyczajnie, głupio i bezrefleksyjnie kupuje i je mięso lub nosi futrzaną lub skórzaną odzież? Sam mam skórzaną kurtkę, pocieszam się, że z second-handu. (Skórę w butach odłóżmy na później.) Skóra Greywolfa też z second-handu. – Czy łatwiej (usprawiedliwić i u-nie-winnić) kogoś, kto zabija lub przyczynia się do zabicia zwierząt, z którymi wchodzi w magiczne stosunki?

Zwierzę mocy to pojęcie, które przyszło od Indian Północnej Ameryki, gdzie było składnikiem tamtejszego totemizmu, jako pewnej warstwy tamtejszych wierzeń czy „ontologii”, by trzymać się Philippa Descoli. Samo słowo „totem” pochodzi od przekręconego algonkińskiego słowa znaczącego „mój przyjaciel”. Najpełniej wyrażony totemizm jest u Aborygenów, tych z Australii. Totemizm polega na jedności człowieka i jego totemu, którym najczęściej bywa zwierzę określonego gatunku, ale może też być roślina, minerał (np. ochra) lub zjawisko, np. szron, też przecież „obywatel”, chociaż dość rzadki, australijskiego interioru. Wspomniana jedność polega na tożsamości „wnętrza” i „zewnętrza”. Przedstawiciele totemistycznej ontologii uważają, a raczej taki świat dla nich jest, po prostu, że ich myśli i duchowe przeżycia są myślami i doświadczeniami ich totemu, jak również ich ciało nie jest różne od ciała ich totemu. Oni swoim totemem . Są z nim konsubstancjalni, jak Syn Boży z Bogiem Ojcem. Doktryna trójcy świętej jest z gruntu totemistyczna. (Którędy i od kogo ten totemizmem tam przyszedł?) Własny totem jest tabu, jedzenie go jest zabronione – takim jest zazwyczaj, na co dzień, ale właśnie z wyjątkiem sytuacji świątecznych i nadzwyczajnych, kiedy własny totem jest spożywany. Czy obejmuje to również zabijanie totemu, żeby z jego ciała, np. skóry, sporządzić rytualny przedmiot mocy? Lub raczej konieczne zabicie zwierzęcia-totemu należy „zlecić” komuś innemu, kto nie wiedząc, co czyni, dokona tej potworności? Co do tych pytań, niestety brakuje mi fachowej etnologicznej wiedzy, jak poszczególne pierwotne narody te dylematy rozwiązywały. W każdym razie, problem jedzenia zwierząt mocy, jak tamtych kotów w śnie Jarosława, i korzystania z produktów przemocy wywieranej na nich, dojrzał do solidniejszego zbadania.

W praktyce ten problem dotyka nas, gdy używamy bębnów. Bębny są robione ze skóry kóz. (Pytanie, czy przez to koza staje się zwierzęciem mocy szamana, który na jej skórze bębni i leci?) Czy mam prawo czuć się w porządku, gdy w celach jeśli nie sakralnych, to jakoś para-sakralnych używam obrobionego kawałka skóry ze zwierzęcia, które zostało po to zabite? Czuję, że problem ponoszonej tu winy jest bardziej rażący niż w przypadku kogoś, kto korzysta ze śmierci zwierzęcia, jak wyżej pisałem, zaledwie głupio i nieświadomie, jako zwykły zjadacz mięsa i nosiciel skóry. Jest bardziej rażący właśnie dlatego, że my tej skóry na bębnie używamy do celów bardziej wzniosłych, do duchowego rozwoju. Czy więc napędzany kozią skórą duchowy rozwój nie jest jakoś u podstawy skażony?

A może trzeba zrobić coś, co byłoby podobne do nakarmienia wilczych skór mięsem przez jedzącego jeleninę Greywolfa – tylko na rzecz kozy, którą zabito, by zrobić z jej skóry bęben? Tak, aby ją jakoś ożywić, nakarmić i udobruchać?

Prościej będzie używać plastikowych bębnów lub zastąpić bęben jakąś drewnianą kołatką. Ale wtedy co z krzywdą, którą uczyniono drzewu, z którego sporządzono kołatkę?

Pozostawiam te pytania do rozważania i jako wskazówkę, że przez te 20 lub więcej lat od entuzjastycznych prób zajęcia szamańskich przestrzeni przez Białych z Zachodu coś się zmieniło, zmieniła się wrażliwość, może nie w ospałych masach, ale w tej badawczej szpicy, którą reprezentuje, wśród innych, Taraka i jej czytelnicy, na pewno. Ta zmiana wrażliwości zapewne wiąże się ze zmianą planetarnych epok i cykli. Kończy się obrót cyklu Saturna i Plutona zaczęty w 1983 roku – zaczyna od teraz, a na pewno od 2020, następny, w którym razem z bratnimi Zwierzętami stajemy na krawędzi planetarnej zagłady, zagląda nam ona w oczy i nic już nie będzie jak dotąd, razem z praktykowaniem szamanizmu, także tego „neo”. Robert J. Wallis, pisząc swoją (znakomitą!) książkę 20 lat temu, jeszcze o to nie musiał się martwić.

Czytanie...: wstęp na końcu

Czytanie różnych książek i internetów, i uwagi o nich.


« Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Descoli. Linie graniczne między naturalizmem a analogizmem »

komentarze

[foto]

1. Polecam komentarz Ilony Szewczyk • autor: Wojciech Jóźwiak2019-11-18 16:06:55

-- zamieszczony jako osobny tekst:
18-11-2019. Animizm i nasz stosunek do zwierząt
[foto]

2. Antropocen • autor: Bartosz Kazibudzki2019-11-18 17:26:09

To jest konserwatywny szamanizm, szukający podgniłych korzeni, źródeł mocy, które były kiedyś dobre - ale już nie są. Je mięso i ma suva, nie to co ci eko new agowcy tfu.

No ale sen się zmienił. Nawet złoto, sławione we wszystkich tradycjach duchowych, nie ma już dobrych wibracji, ponieważ do jego wyprodukowania zatruwa się Ziemię.

Drewno egzotyczne (w tym palo santo), diamenty, niektóre kamienie półszlachetne, olej palmowy do magii świec i zniczy - to ma na sobie krew i rozczarowanie duchów natury.

Nie chodzi o to, żeby zamykać się w pudełku z plastiku i metalu. Po prostu na tym etapie pewne rzeczy nam nie przystoją.
[foto]

3. Też tak uważam • autor: Wojciech Jóźwiak2019-11-18 19:06:27

-- na tym polega to "przewartościowanie wszystkich wartości", którego doświadczamy.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)