zdjęcie Autora

04 grudnia 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Roje zdarzeń (1)

Kategoria: Twórczość

« Słodkie aromaty imitacji Roje zdarzeń (2) »

Krążyłam wokół rzeczy, które nakierowały mnie na ścieżkę dociekań ezoterycznych. Niektóre odcinki mojego blogu były takim przeczekaniem — pisaniem o wszystkim i niczym. Nie mam już przed sobą żadnych wymówek.

Czas napisać o tym, jak ze skrajnej sceptyczki religijnej, totalnej niewiary  w sprawy paranormalne, żartów z wróżek, Cyganek i kpin z naiwności ludzkiej przeszłam do całkowitej zmiany  podejście do tych spraw.

Sięgnę najdalej jak mogę – do czasów, gdy zaczął się ów proces, gdy był na tyle silny, że zwrócił moją uwagę. A właściwie gdy wybuchnął. Przydarzyło mi się to dwukrotnie. Nie wiedziałam wówczas nic o swoim horoskopie, astrologii, tarocie. Jeszcze nie pisałam opowiadań SF. Byłam typową gospodynią domową, perfekcjonistką, spędzającą czas między pracą, domem, dziećmi i wymagającym mężem. Musiałam przerwać studia polonistyczne i iść do pracy, ale nie traciłam nadziei, że uda mi się je podjąć na nowo. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że (jak dziś sądzę) w przebiegu naszego życia powstają w czasie i w danym miejscu coś w rodzaju „węzłów”, gdzie rozmaite rzeczy się łączą ze sobą, gdzie wydarzenia tłoczą się z szybkością, która nie pozwala ich śledzić ani na nie wpływać, wątki mieszają się lub przeciwnie, dzielą na wyraźne strumienie. Potem chwila taka mija i nic się nie dzieje miesiącami czy latami. O tym, że węzeł taki zaistniał, dowiadujemy się znacznie później. Kiedy się powtórzy – przestaje być pechem, a staje się zagadką. Tak było chyba i tym razem.

            Nazwałam to „rojem zdarzeń” i dobudowałam do tego całą teorię, którą wykorzystałam w opowiadaniu „Plama na wodzie”, a potem splagiatowałam do pracy magisterskiej.

            Przeżyłam dwa takie potężne roje i jeden mniej gęsty. Data pierwszego jest nie do ustalenia, data drugiego wypada na początku lipca 1974 roku.

Byłam wtedy inspektorem do spraw ubezpieczeń, pracownikiem działu przewozów zarządu spółdzielni transportowej. Pewnego dnia jadąc do pracy autobusem uczestniczyłam w wypadku. Nic mi się nie stało, ale przyjechałam roztrzęsiona do pracy i nie bardzo mogłam się skupić nad obowiązkami. Wtedy do mojego działu zgłosił się kierowca żuka z oddziału terenowego z korespondencją dla mojego szefa. Wraz z listami dostarczył przesyłkę części zamiennych do regeneracji w warsztacie, znajdującym się na naszym terenie. Miał jeszcze zawieźć silnik ciężarówki do remontu głównego, (który wykonywały wówczas tylko wybrane warsztaty, a w kolejce oczekiwało się nawet i rok), gdzieś na Pragę i nie wiedział, jak tam trafić. W ogóle twierdził, że nie zna Warszawy, że jeździ tylko ciężarówką na trasie stacja kolejowa – magazyny i że tak się złożyło, iż kogoś musiał zastąpić. W tamtych czasach mnóstwo było takich kierowców, zwłaszcza w mojej firmie; ich praca to kilkanaście lub kilkadziesiąt kursów na trasie długości czasem zaledwie mniej niż kilometr. Ponieważ miałam zawieźć jakieś materiały do dyrekcji kolei, mieszczącej się przy „pomniku śpiących”, szef polecił mi poprowadzić tego kierowcę.

W szoferce już ktoś siedział, więc usiadłam z tyłu, na ławeczce położonej wzdłuż skrzyni samochodu. Wjeżdżając na Rondo Starzyńskiego mój kierowca wymusił pierwszeństwo przejazdu i zderzył się z jakimś, będącym już w ruchu pojazdem. Nikomu nic się nie stało, jednak największe niebezpieczeństwo groziło mnie. Dla utrzymania równowagi na wąskiej ławeczce, przy skrętach w bok, gdy nie było czego się trzymać, wyciągałam nogi daleko do przodu i zapierałam się nimi o podłogę. Wskutek siły zderzenia zsunęłam się z ławeczki i moje nogi znalazły się w poprzek toru toczącego się silnika, który wskutek impetu ruchu wyłamał tylne drzwi samochodu i wytoczył się na jezdnię, uderzając w inny, nadjeżdżający samochód. Do dziś nie wiem, jak w tej pozycji i w czasie działania tych sił, rzucających samochodem we wszystkie strony, udało mi się uchronić przed zmiażdżeniem przez toczący się silnik. W każdym razie nic mi się nie stało.

            Wysiadłam z samochodu zostawiając resztę spraw kierowcom i policji i postanowiłam, dla uspokojenia się, do rzeczonej dyrekcji przejść piechotą. Szłam jakiś czas między osiedlowymi blokami, gdy zobaczyłam mały sklepik spożywczy i poczułam, że bardzo mi się chce pić. Postanowiłam wejść tam i coś kupić. Stałam przed regałem z towarami, wpatrując się w napoje znajdujące się na półce, gdy cały regał nagle runął na mnie. I w tym wypadku nie rozumiem, jak mi się udało uskoczyć tak, że nic mi się nie stało. To były czasy, gdy napoje sprzedawano wyłącznie w szklanych opakowaniach; butelki i słoiki były ciężkie i spadając rozbijały się; nie tylko, że przewracający się regał z ciężarem mógł kogoś zabić, ale też można było nieźle się pokaleczyć. Jednak miałam szczęście. Nie zostałam nawet draśnięta. Nie kupiłam jednak nic i wyszłam ze sklepu.

Ale COŚ albo KTOŚ mnie tropiło nadal. Na schodkach zawadziłam nogą o jakiś porzucony metalowy przedmiot, prawdopodobnie służący personelowi sklepu do blokowania otwartych drzwi i wyciągnęłam się jak długa rozbijając kolano i nos. Kolano zawinęłam kupionym w pobliskiej aptece bandażem, do nosa przyłożyłam chustkę, a gdy krwotok ustał ruszyłam dalej. Zawiozłam dokumenty, po czym wsiadłam w autobus i wróciłam do pracy.

Opowiadając szefowi o moich przeżyciach, niechcący wywróciłam czajnik z gorącą wodą, na szczęście uskakując w czas przed wrzątkiem. Miałam wtedy bardzo dobry refleks, pamiętam, że kiedyś, w pociągu, schwyciłam w locie spadającą mi na głowę paczkę, co napawało dużym podziwem współpasażerów. Prawdopodobnie ten refleks ratował mnie tego dnia.

            Po tym wszystkim mój szef kazał mi wracać do domu i położyć się do łóżka, bowiem, jego zdaniem, tylko tam nie spotka mnie nic złego. Przyjechałam więc do domu, rozłożyłam wersalkę, założyłam koszulę nocną, rozpięłam ciężki kok rozpuszczając długie włosy i postanowiłam się przespać, zanim dzieci wrócą ze szkoły. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie udało mi się od rana niczego napić i poczułam, jak bardzo jestem spragniona, poszłam więc do kuchni zrobić sobie herbatę. Dopiero znacznie później uświadomiłam sobie, że kolejność czynności, jakie podjęłam, uratowała mi życie.

            Najpierw odkręciłam wodę nad zlewozmywakiem, żeby umyć brudną szklankę. Potem nalałam wody do czajnika, żeby postawić go na gaz. Jednak wody nie zakręciłam, bo w zlewie stało jeszcze coś, co postanowiłam przy okazji zmyć w oczekiwaniu na zagotowanie wody. Jednak nie było tego dużo, co także miało później swoje znaczenie.

            W każdym razie woda lała się z kranu, a w zlewie było jeszcze dużo miejsca, gdy odkręciłam gaz i zapaliłam zapalniczkę. Prawdopodobnie pstryknęłam nią raz lub dwa razy, a ciśnienie gazu było większe niż normalne, bo płomień buchnął gwałtownie w górę, zapalając moje, przerzucone do przodu przez ramię, długie włosy. Uratowało mnie to, że błyskawicznie wsadziłam głowę do zlewozmywaka pod lejącą się wodę i w ten sposób ugasiłam płomień. Tego dnia bałam się już czegokolwiek robić, ale rano, przed pracą, musiałam zejść do fryzjera, na szczęście mieszczącego się na parterze w moim bloku i ściąć włosy tak krótko, na zapałkę, jak nigdy jeszcze ich nie ścinałam. Ale mimo to, jedna połowa głowy była prawie łysa.

            Zostawiając kuchnię, herbatę i spalone włosy, powędrowałam do łóżka. Leżąc w półśnie, za oknem widziałam, nie wiadomo czemu obniżający się helikopter, nadlatujący nad parking przed moim blokiem. Wtedy właśnie powstał pomysł „Plamy na wodzie”, wraz z rozbiciem się helikoptera kończącym życie ukochanego pechowej bohaterki opowiadania, za które otrzymałam pierwszą nagrodę i które wrzuciło mnie ze świata gospodyń domowych z powrotem (po przerwaniu studiów) w świat pisarzy, a zwłaszcza pisarzy leworęcznych. (To odrębna historia, mam nadzieję, że nie zapomnę o niej napisać). Kiedy napatoczyła mi się potem gazeta z ogłoszeniem o konkursie literackim na opowiadanie SF miałam już gotowy plan przerażającej historii.

            Z jednej więc strony ów rój zdarzeń stanowił zagrożenie dla mojego zdrowia, a być może i życia, z drugiej zaś strony wytrącił z torów gospodyni domowej i przekierował na tory literackie.

Który to mógł być rok? 1973? 1974? W każdym razie przed drugim rojem zdarzeń. Niestety, dokładna data jest nie do określenia. Nie pamiętam nawet pory roku, wiem tylko, że nie było śniegu i raczej była wiosna lub jesień, bo chodziłam w kurtce i półbutach. Uran przez parę lat tkwił w tym czasie w jednym miejscu, nie tworząc szczególnie znamiennych aspektów w moim horoskopie.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Słodkie aromaty imitacji Roje zdarzeń (2) »

komentarze

[foto]

1. proces wtórny • autor: Ela Bazgier2012-12-05 14:01:07

No niesamowite :) Mindellowski proces wtórny jak na dłoni :) coś w tobie domagało się wyjścia z utartych kolein. Czytając tę historię przypomniały mi się chwile, kiedy Saturn bądź Jowisz mijały połowę ćwiartki i też miałam wrażenie takiego telepania, coś jakby zwrotnica się przestawiała. Nie było to tak spektakularne jak u ciebie, ale wyraźnie pamiętam, jakby mnie coś przerzucało na inny tor. I faktycznie potem następowały zmiany... Widać, jednak się kręci :)

2. panta rhei.... • autor: Piotrdivine2012-12-05 18:18:04

Wszechświat pokazuje wtedy nam - że nie wszystko zależy od nas.
Rzeczy materialne się buntują.
Duchy mi mówią: że trzeba walczyć w życiu,,,, ale też
mieć w sobie trochę pokory.
Czasami Bóg ma inne plany wobec nas - niż my sami.

3. Ta cała historia... • autor: Nierozpoznany#32012012-12-06 09:11:46

Ta cała historia opisana tutaj przydażyła się Pani na początku lipca 74 roku i w tym że roku poszła Pani znowu na studia?

Oj coś mi wychodzi, że te zdarzenia nie wpłynęły na chęć powrotu na studia, a raczej działy się jako wątek równoległy, czyli jedno nie wynikało z drugiego. Pani ma już w swoim horoskopie urodzeniowym wyraźne tendencje do ekspresji(pisarstwo, itd.).


 

[foto]

4. Nie, to nie tak • autor: Katarzyna Urbanowicz2012-12-06 09:53:43

Daty tej opisanej historii nie udało mi się ustalić. Druga historia, o której dopiero napiszę
przydarzyła się na początku lipca 1974 (możliwe też że marca 1974). Miała ona związek z egzaminami wstępnymi na studia - których nie zdałam.

O wznowieniu studiów myślałam zawsze i kilkakrotnie zdawałam nawet egzaminy (w Warszawie na prawo, na studia administracyjne) ale nie dostawałam się z braku miejsc. Myślałam, że jest to kolejna próba w mieście, gdzie było może mniejsze obciążenie zdających i na nowo powstałym kierunku.

Ja tych grup wydarzeń nie wiązałam ze sobą - w każdej z nich "celem" było coś innego. W opisanej powyżej historii, która w całości została wykorzystana literacko i dała mi debiut w postaci tomiku opowiadań oraz umowę na kolejną książkę (której nie wydano z powodu plajty wydawnictwa) skutkiem było właśnie to wyrwanie z kolein "dom,praca,dom,praca..."

5. Zapytałem dla pewności,... • autor: Nierozpoznany#32012012-12-06 10:32:48


Zapytałem dla pewności, bo z tekstu nie wynikało jednoznacznie czy te zdarzenia miały miejsce w 74 roku na początku lipca, a ja to próbowałem zinterpretować poprzez horoskop, gdzie dokładność daty jest podstawą interpretacji.

Pani ma bardzo silny składnik w horoskopie, który określam jowiszowym-. mocno obsadzony strzelec i IX dom strzelca, stąd pisarstwo i chęć pójścia na studia. Jowisza(cechy jowiszowe) określam dla własnych celów interpretatorem, a czasem żartobliwie gadułą:)

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)