zdjęcie Autora

07 grudnia 2012

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Roje zdarzeń (2)

Kategoria: Twórczość

« Roje zdarzeń (1) Kobieta z rowerem »

Wspomniane już opowiadanie „Plama na wodzie” powstało na kanwie zdarzeń autentycznych, a właściwie dwóch niezależnych ciągów takich zdarzeń, co sprowokowało mnie do wymyślenia literackiej teorii „roju zdarzeń” W poprzednim odcinku napisałam o pierwszym „roju”.

Po odchowaniu dzieci postanowiłam wznowić studia i w tym celu przygotowywałam się do egzaminu wstępnego do Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu na nowo otwarty wtedy kierunek ubezpieczeniowy, jedyny wówczas w Polsce. Otrzymałam wezwanie na egzamin pisemny, który miał odbyć się w trzy kolejne dni po sobie, w godzinach o 8-ej rano i ustny, na który należało się wcześniej zapisać. Z pieczątki na moim świadectwie dojrzałości wynika, że był to rok 1974, a egzaminy na wyższe uczelnie odbywały się wówczas w początku lipca, zazwyczaj od 2-go.  Jednak nie jestem do końca pewna – gdzieś zapisałam datę marcową i możliwe, że ona jest prawidłowa. Pamiętam, że było wtedy słonecznie i to wszystko.

Ponieważ pociąg z Warszawy do Radomia przyjeżdżał po godzinie 8-ej rano, mąż zdecydował się zawieźć mnie tam samochodem, naszą syrenką. Wyjechaliśmy rano ze znacznym zapasem czasu, jednak po drodze samochód się zepsuł i zanim udało się nam ruszyć, dotrzymanie terminu zgłoszenia na egzamin stało się niemożliwe. Na szczęście jednak, gdy już miałam odejść, nie wpuszczona na salę przez „bramkarzy” pojawił się któryś z pracowników naukowych uczelni i wysłuchawszy historii moich kłopotów powiedział mi, o czym wcześniej nie wiedziałam, że egzamin odbywa się w dwóch turach, z których następna zaczyna się o trzeciej po południu, i że może mi załatwić przeniesienie na turę popołudniową.

            Mieliśmy czas do trzeciej, więc postanowiliśmy przejechać się do lasu i tam poczekać. Postawiliśmy samochód na skraju szosy i poszliśmy przejść się. Była piękna pogoda, cieplutko, a my byliśmy zmęczeni i z powodu rannego wyjazdu oraz mojej nocnej nauki niewyspani, więc w trakcie spaceru przysiedliśmy na jakiejś polance i zdrzemnęliśmy się. Kiedy obudziliśmy się było już wpół do trzeciej, więc należało zaraz wracać.

            Kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie pozostawiliśmy nasz samochód okazało się, że ktoś zepchnął go do głębokiego rowu. Syrence nic się nie stało, stała na zaciągniętym hamulcu ręcznym, więc spychający musieli mocno się namęczyć i musiało ich być kilku, niemniej jednak wyjechanie z tego rowu albo wypchnięcie samochodu przez nas samych nie było możliwe.

            Próbowaliśmy zatrzymywać przejeżdżające ciężarówki, ale kierowcy albo nie mieli czasu lub linki holowniczej, lub po prostu nie chciało im się zatrzymać. Wreszcie zatrzymał się samochód osobowy obiecujący podwieźć nas do miasta, gdzie mąż miał szukać pomocy drogowej. Nie były to czasy takie jak dziś, że wystarczy zadzwonić z telefonu komórkowego i pomoc drogowa zgłasza się na wyścigi, a czasem nawet czeka na ewentualnych klientów w kolizyjnych miejscach. Nie było nawet pewne, czy mężowi uda się coś tego dnia załatwić. Właściciel samochodu obiecał mnie odwieźć prosto na egzamin, z mężem zaś umówiłam się, że jeśli uda mu się wyciągnąć samochód przed końcem egzaminu, to będzie na mnie czekać pod salą egzaminacyjną, jeśli zaś nie, to przenocuję u rodziny, mieszkającej jedną lub dwie stacje dalej, w Sarżysku – Kamiennej.

            Niestety, wskutek tych zawirowań spóźniłam się znowu na rozpoczęcie egzaminu o 15 minut. Tym razem nowi „bramkarze” byli na luzie i wyglądało, że nie przejmowaliby się moim spóźnieniem, gdyby nie to, że nie mieli mnie na popołudniowej liście egzaminacyjnej. Niestety, nie znałam nazwiska owego pracownika naukowego, który obiecał przepisać mnie z terminu porannego na popołudniowy i czego nie zrobił. Szukając tego człowieka trafiłam na panią docent, która sprawę załatwiła, kazała mi się jednak zadeklarować, że następnego dnia przyjdę na 8-mą rano, tym razem punktualnie. Obiecałam jej to solennie i weszłam na salę. Mimo wszystkich tych przeszkód byłam przekonana, że egzamin (z matematyki) poszedł mi bardzo dobrze.

            W optymistycznym nastroju wsiadłam w pociąg i pojechałam do Skarżyska do krewnych męża. Sprawdziłam na dworcu, że w tym kierunku mam rano zupełnie dobre połączenie i powędrowałam na osiedle, na którym mieszkali.           

            Jednak to COŚ (czy KTOŚ), co stawiało mi nieustannie na mojej drodze przeszkody, wcale nie spasowało. Gospodarzy nie zastałam w domu. Początkowo nie wyglądało to poważnie, ot, po prostu gdzieś sobie wyszli. Była to rodzina z dwojgiem dzieci, oboje pracowali jako nauczyciele, raczej nie wyglądało na to, że będą gdzieś wieczorem w środku tygodnia długo przebywać poza domem. Usiadłam więc przed domem na ławeczce, choć było już ciemno i postanowiłam czekać. Było dość zimno – ale na szczęście nikt mnie nie zaczepiał. Koło 12-ej w nocy nabrałam pewności, że już nie wrócą do domu (potem okazało się, że pojechali do rodziny na wesele). Do stacji było daleko, skończyły mi się papierosy, ale bałam się po nocy chodzić w obcym mieście po ulicach. Kucnęłam więc w zakolu muru śmietnika, gdzie znajdowała się ławeczka i próbowałam drzemać. Co jakiś czas wstawałam, żeby rozprostować kości i znowu siadałam i drzemałam. Tak doczekałam poranka. Rano wsiadłam w pociąg do Radomia. Pociąg powinien przyjechać zgodnie z rozkładem parę minut po siódmej, miałabym więc jeszcze trochę czasu, żeby na dworcu się umyć i coś zjeść. Niestety, nie przyjechał. Zatrzymał się po drodze i już więcej nie ruszył. Dopiero w trzy czy cztery godziny później kolej podstawiła autobus, który zawiózł nas do Radomia. Poszłam od razu na uczelnię, a było już koło południa, usiadłam na krześle i drzemiąc przeczekałam do trzeciej.

            Oczywiście o trzeciej problem się powtórzył, to znaczy nie byłam umieszczona na liście popołudniowej. Zanim odszukano panią docent, która zresztą była pewna, że tego dnia kazała mi przyjść normalnie, rano, a której ja udowadniałam, że zrozumiałam inaczej (co będę jej opowiadała o prześladującym mnie pechu!). Wreszcie niezadowolona i zapewne żałująca swojej decyzji machnęła ręką i kazała mi wejść na egzamin. Jednak trwał on już od godziny, więc czas przeznaczony na odpowiedź uległ skróceniu o jedną trzecią. Przy egzaminie z matematyki nie miało to żadnego znaczenia, wyszłam z sali już po godzinie odpowiedziawszy na wszystkie pytania i rozwiązawszy zadania, jednak przy historii połączonej z geografią nie poszło mi tak prosto. Prawdę mówiąc miałam ogromne trudności. Były dwa tematy z historii Polski i jeden z geografii, które należało przedstawić opisowo. Jeden z tematów z historii był tym, na którym zawsze się zacinałam, nawet w szkole, później zresztą na polonistyce także. Dotyczył dwudziestolecia międzywojennego, a właściwie partii politycznych w tym okresie działających. Polityka mnie nigdy nie obchodziła, nie odróżniałam socjalistów od komunistów, lewicy od prawicy, a już ruch chłopski był dla mnie mgławicą. Wszystkie te partie żądały bardzo podobnych rzeczy jak 8-godzinny dzień pracy, obchody święta 1 maja, wolność słowa, myśli i czegoś tam jeszcze i w dodatku miały jakiś beznadziejnie skomplikowane nazwy, jak np. PPS Frakcja Rewolucyjna, które nic nie mówiły o ich ideologii. Niektóre miały bojówki, inne nie. Temat opanowywałam wyłącznie pamięciowo, więc prawdopodobnie nie wstawiłam tego 8-godzinnego dnia pracy, święta 1 maja i rozmaitych wolności tam gdzie trzeba, możliwe, że pokręciłam coś z bojówkami, w każdym razie dowiedziałam się później, że nie zaliczono mi tej odpowiedzi. Za drugie pytanie z historii, o średniowieczu, otrzymałam maksymalną liczbę punktów, bo był to mój konik. Za to jednak zacięłam się na geografii. Temat brzmiał: „browary w Polsce”. Cóż ja wtedy wiedziałam o browarach, nic. Nie piłam w ogóle piwa, w domu rodzinnym ani w naszym się go nie kupowało, nie stało tak jak teraz w sklepach, żeby można było sobie pooglądać butelki, nikt go nie reklamował w telewizji. Skąd na Boga miałam wiedzieć, gdzie w Polsce są browary? Geografii nigdy się nie uczyłam, ale miałam niezłą orientację w tym przedmiocie pochodzącą z lektur, sądziłam więc, że zdanie tej części egzaminu nie będzie zbyt trudne. Wiedziałam o jednym browarze, w Sierpcu, bo mąż tam pracował budując ujęcie wody dla tego browaru, ale nigdy go nie zwiedzałam ani nie oglądałam. Wymieniłam więc Sierpc i zabrakło mi już czasu na dalsze spekulacje czy ewentualne podpytanie współzdających. Zmęczona, niewyspana i z gorączką, która pojawiała się zawsze u mnie w czasie stresów, nie myślałam odpowiednio szybko i przytomnie. Czas przeznaczony na egzamin minął.

            Wróciłam do domu bez żadnych przeszkód, pociąg nie spóźnił się nawet minuty.

Trzeciego dnia, na egzaminie z języka rosyjskiego, też pojawiły się jakieś przeszkody, ale dokładnie ich nie pamiętam. Zresztą nie były już ważne, bo mój los zadecydował się wcześniej.

Po dwóch tygodniach dostałam wezwanie na egzamin ustny. Godzina rozpoczęcia była lepsza, przyjechałam pociągiem bez żadnych problemów, ale jako osoba z nazwiskiem na „U” byłam na końcu listy zdających i wreszcie, gdy zmęczona i zdenerwowana weszłam do sali, trafiłam na równie zmęczonych i zdenerwowanych egzaminatorów, a wśród nich na panią docent, która od razu mnie poznała. Widać niezbyt życzliwie mnie zapamiętała, bo od razu, zanim padło jakiekolwiek pytanie i zanim zdążyłam wyciągnąć jakąkolwiek kartkę, wygłosiła mowę na temat tego, jaką to ogromną dozę tupetu okazałam (ja i tupet!) nie mając pojęcia o geografii i historii, a przystępując do egzaminu na wyższą uczelnię. Stwierdziła, że nie zostałabym dopuszczona w ogóle do egzaminu ustnego, gdyby nie nalegania kolegi matematyka, który z faktu, że dostałam maksymalną liczbę punktów, wyciągnął wniosek, że zasługuję na pewną szansę. Ona jednak uważa to za bzdurę, bo albo się coś umie, albo nie umie, a wtedy w ciągu 2 tygodni nie da się niczego nauczyć. Nie dając mi w ogóle dojść do głosu, zawołała retorycznie: „Czy pani uważa, że ekonomista może pracować i działać nie znając historii?”

            Miałam już dość, jej, tego egzaminu i mojego pecha. Wypięłam więc dumnie pierś i odrzekłam: „Właśnie dlatego tak w Polsce jest, jak jest, że ekonomiści znają historię, ale nie umieją liczyć!” Na to ona zupełnie spokojnie: „W takim razie nie mamy o czym rozmawiać, proszę wyjść”. Mnie pozostało tylko trzaśnięcie drzwiami.

            I komu historia przyznała rację?

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Roje zdarzeń (1) Kobieta z rowerem »

komentarze

[foto]

1. I co dalej • autor: Przemysław Kapałka2012-12-10 17:49:32

Napisz lepiej, czy z perspektywy czasu dobrze się stało, że nie dostałaś się na te studia.
[foto]

2. Nie mam pojęcia • autor: Katarzyna Urbanowicz2012-12-10 18:26:16


Nieco później dostałam się na znacznie lepsze studia - obecne SGH w Warszawie. Pracę licencjacką i magisterską pisałam u późniejszego ministra finansów, który proponował mi potem zatrudnienie. Niemniej tej szansy życiowej nie wykorzystałam - z przyczyn pozamerytorycznych.

To co możemy zrobić i co robimy - rozgałęzia się na szanse wykorzystane i szanse zaprzepaszczone. ale co nimi jest?

[foto]

3. Jeszcze inaczej • autor: Katarzyna Urbanowicz2012-12-10 23:49:18

Patrząc jeszcze inaczej - na studiach poznałam koleżankę, która miała dom nad Bugiem, postanowiliśmy razem z nią i z jej mężem kupic większą działkę i wybudować tam domy obok siebie... Poznałam też inne osoby ważne w moim życiu do dziś.

Co mnie ominęło? nie wiem. Z kim mnie jeszcze los skrzyżował i co nie doszło do skutku - także nie wiem.

4. Miałem takie "roje... • autor: Krabat2012-12-11 08:11:01

Miałem takie "roje zdarzeń" i do tej pory nie wiem, przed czym chciały mnie powstrzymać... Chociaż podejrzewam, że jeden z nich miał zapobiec mojemu kończącemu się właśnie małżeństwu.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)