zdjęcie Autora

04 kwietnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Rozdrapany umysł (2)

Kategoria: Twórczość

« Rozdrapany umysł (1) Rozdrapany umysł (3) »

Pierwszy etap poznawania świata za pomocą przypadkowo dobranych lektur zakończyłam w 1966 roku wraz z urodzeniem dzieci. Wówczas już wiedziałam wszystko (albo mi się wydawało) z dziedziny męsko-damskiej; nie pociągały mnie już lektury w rodzaju „14 karatów dziewictwa” czy inne, wprawdzie nie będące pornografią, ale tak traktowane. Na czytanie dla przyjemności nie miałam czasu, a świat poznawałam, można by rzec, organoleptycznie.

         Co do poznawania świata przez erotyczne aberracje szczególnie należy tu się parę słów pewnemu pisarzowi dwudziestolecia międzywojennego, księdzu Stanisławowi Pasławskiemu. Z nieznanych mi bliżej powodów, może dlatego iż  „ksiądz” przed nazwiskiem uspokajał wszelkiego rodzaju rodziców, nawet bardzo ortodoksyjnych w tropieniu „nieczystości” wpływających na niewinne duszyczki młodych panienek, lekturę tę polecano licealistkom albo jeszcze młodszym dziewczynkom. Przeczytałam chyba jego 3 książki, mając lat trzynaście. Pisząc ten tekst w internecie znalazłam jego bibliografię i książka, którą najlepiej zapamiętałam (możliwe, że połączyłam we wspomnieniu elementy pozostałych dwóch) nosiła chyba tytuł „Tajemnica sieroty”.

         Ksiądz Pasławski był niezłym pisarzem, jeśli przyjąć za wyznacznik wartości literackiej sugestywność opisu, ale żadna z panienek nie zdawała sobie z tego wówczas sprawy, jak bardzo szkodliwe treści zaszczepiał (przynajmniej mnie zaszkodziły). Dziś zaliczylibyśmy go do rodzaju powieści „Harlekinowatych” to znaczy takich, które opisują coś z ogromną dozą sentymentalizmu. Nad losami sierotki księdza Pasławskiego można było się spłakać do zużycia zapasu chusteczek, gdyby wówczas używano tych papierowych, a nie ozdobnych z haftem na brzegu.

         Typowa bohaterka powieści księdza była sierotką, która trafia do bogatej i nieczułej rodziny posiadającej syna jedynaka, bardzo złego chłopca. Cóż on za ogromu krzywd nie wyrządza nieszczęsnemu dziewczęciu! W jednej z powieści, o ile dobrze pamiętam, wygania ją gołą na śnieg (chyba dorwał ją, gdy się myła w miednicy w kuchni), poza tym bije ją (szpicrutą, potem rózgą czy czymś takim – na gółkę oczywiście). Wygnana na mróz sierotka zapada na ciężką chorobę i leży  bliska śmierci. Wówczas przy jej łożu chłopiec nawraca się, przyjmuje sakramenty, a sierotka zdrowieje. Na końcu po dojściu do odpowiedniego wieku pobierają się i żyją długo i szczęśliwie.

         Możliwe, że książka była całkiem w porządku, tylko ja odbierałam ją w niezdrowy sposób. Fascynował mnie erotyczny związek katowania biednej dziewczyny z nastawaniem na jej cnotę i przyznam się, że było to chyba w moim odczuciu bardziej pornograficzne niż znacznie późniejsze obejrzenie filmu z autentyczną pornografią, przywiezionego przez kogoś zza granicy w 1965 roku. Film ten oglądałam u rodziców mojej koleżanki, której nie pozwolono go obejrzeć – wolno było to zrobić tylko mężczyznom, no i mnie, bo byłam już w ciąży — ale niestety źle się czułam i w połowie wyszłam. Obie z koleżanką miałyśmy 22 lata. Obejrzany niemiecki film pornograficzny Beaty Ushe nie był nawet w połowie tak szkodliwy jak książka Pasławskiego z jednego powodu: ciężkawa i statyczna pornografia filmu prezentowała na swój sposób zadowolenie z życia — choć dowcip był z rodzaju „żołnierskich” jednak był i nie wskazywał na to, że całe te wygibasy ciał, pod którymi zarywał się stolik w parku oraz podglądający towarzystwo czarnoskóry,  korzystający z dziupli mogą mieć inne, drugie dno. Inaczej było przy lekturze „Sierotki”. Tam seksualność, choć tylko domyślana, była mroczna, nacechowana przemocą i koniecznością poddania się osoby zależnej komuś, kto dysponuje siłą i brakiem skrupułów. Całe zakończenie z nawróceniem chłopca i jego wewnętrzną przemianą łącznie było niewiarygodne, jakby doczepione na siłę.

         Przez następne kilka lat niewiele czytałam, choć kupowaliśmy z mężem książki, żeby mieć co czytać kiedy już znajdziemy na to czas. Jeśli już jednak je czytałam, pełniły zupełnie inną funkcję. Nie wymagałam już od nich poznawania rzeczywistego świata, a przeciwnie, zatopienia się w nierealności nieistniejących światów lub przeniesienia mnie w nieistniejące realia, gdzie mogłam pędzić przed siebie, sprawować władzę nad rzeczami, na które w realu nie miałam wpływu, a im bardziej świat ten był sugestywny, tym lepiej. Wówczas zainteresowałam się science fiction, a potem fantasy. Tam nic nie było z góry postanowione ani wytyczone, wszystko mogło dziać się inaczej, jeśli książka mi się nie podobała, a autor moim zdaniem zmierzał w złą stronę, odkładałam ją i przy wieczornym zmywaniu, praniu, czy gotowaniu posiłków na następny dzień snułam swoją własną opowieść, jeszcze bardziej nieprawdopodobną, choć zawsze zawierającą domieszkę rzeczywistości. Ta domieszka sprawiała czasem wrażenie kulki z ołowiu tkwiącej w zamkniętej przestrzeni, poruszającej się w niej, ale niezbędnej do tego, aby przedmiot spadając, trafiał we właściwe miejsce. Bo przecież nie tylko o same wymyślone światy chodziło.

         Jednym z przykładów powstawania takich opowieści może być opowiadanie o dzieciach spotkanych w opustoszałym Beskidzie Niskim. W 1967 roku, gdy moje dzieci miały nieco ponad rok, moja mama w trosce o mój stan psychiczny i fizyczny mimo zaawansowanego wieku i złego stanu zdrowia namówiła nas, byśmy z mężem wyjechali gdzieś na dwa tygodnie na pieszą wędrówkę. Mąż miał bardzo dobre wspomnienia z Bieszczad, ale okolice te już zaludniały się, a my poszukiwaliśmy najbardziej odludnych miejsc i niezbadanych rejonów, więc uznaliśmy, że Beskid Niski to znakomity pomysł. Wędrowaliśmy wzdłuż granicy i jedynymi spotykanymi ludźmi byli pogranicznicy. Na każdym następnym etapie spotykając nas pytali wymieniając nasze i jeszcze drugie nazwisko. Nie przebywało tam więc wiele osób. Do wczesnego popołudnia szliśmy dźwigając nasze plecaki z żywnością i ubraniem, a na długim kiju nasz namiot i ciężkie dmuchane materace. Rozbijaliśmy go po południu nad jakimś strumykiem, wyciągaliśmy menażki i gotowaliśmy jakąś kaszę. Chleba nie mieliśmy, bo nie było gdzie kupić, raz tylko spotkaliśmy na tym odludziu gospodarstwo, gdzie podarowano nam świeżo upieczony bochenek i trochę kartofli, ale to było już pod koniec wyprawy.

         W dniu, o którym chcę opowiedzieć, rozbiliśmy namiot nad małą rzeczką, w której zanurzyliśmy dla ochłodzenia plastikowe butelki po oleju (innych wtedy nie było) z zaparzoną świeżo kawą. Położyliśmy się na kocu w cieniu drzew i zasnęliśmy zmęczeni upałem. Obudziliśmy się nagle zaatakowani przez stadko dzieci, najstarsze miało nie więcej niż 10-11 lat, ubranych w łachmany, prawie nagich. Ogołociły nas właściwie ze wszystkich drobiazgów, a najbardziej do gustu przypadły im te plastikowe butelki. W jakimś momencie ten atak zaczął być groźny, dzieci było więcej niż dziesięcioro i były bardzo agresywne. Mąż chciał im odebrać co cenniejsze rzeczy więc podbiegliśmy za wzgórek za którymś złodziejaszkiem i zobaczyliśmy bajorko z gnojówką, w której z upodobaniem taplało się kilkoro. Pod gradem kamieni zebraliśmy co się dało, namiot, materace, resztki ubrań i żywności  i czmychnęliśmy. Wieczorem doszliśmy do jakiegoś gospodarstwa i tam dowiedzieliśmy się, że dzieci było szesnaścioro i że ich rodzice zostali aresztowani za zabójstwo jakiejś pary turystów (to było to drugie nazwisko, o które dopytywali pogranicznicy) i że w najbliższych dniach miał ktoś przyjechać po te dzieci i zabrać je do Domu Dziecka, tyle, że potrzebny był samochód terenowy z braku dróg i sprawa się odciągała. Tam właśnie przenocowano nas i poczęstowano świeżo upieczonym bochenkiem chleba.

         Nie do pomyślenia dla mnie było, że w uporządkowanym i nadzorowanym ściśle kraju (gdzie pogranicznicy z wyprzedzeniem znają twoje nazwisko, trasę i zawód oraz miejsce pracy) może dochodzić do takich napadów i że można bać się w końcu małych, choć agresywnych  dzieci. To przeżycie tak silnie tkwiło we mnie, że napisałam opowiadanie o dzieciach pozostałych na opuszczonej przez ludzi planecie, spotkanych przez ekspedycję ratunkową. Opowiadanie to znalazło się w pierwszym moim tomiku i był to początek mojej przygody z fantastyką. Po kilku latach sama zaczęłam pisać opowiadania, początkowo „do szuflady”.

         Kiedy urodziły się moje dzieci, kupiliśmy pierwszy w życiu telewizor, w którym obejrzałam w 1976 roku najpiękniejszy film w moim życiu — „Tylko Beatrycze” według powieści Teodora Parnickiego. Film ten powtórzono w telewizji w 2012 roku i zrobił on na mnie równie wielkie wrażenie, które trwa do dziś. Odnalazłam w nim wiele mrocznych tajemnic, opowieści o fascynacjach i przeznaczeniu, wydarzeń, na które ludzie nie mają wpływu, sieci intryg, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy, i wszechogarniający pesymizm. Nie rozumiem do dziś dlaczego tak mądry film został prawie zupełnie zapomniany.

Współczesność dopisała pointę do tamtej fascynacji. Znalazłam jedną możliwość obejrzenia w internecie filmu „Tylko Beatrycze”. Niestety, film dostępny jest tylko dla tych, którzy zarejestrują się w faceboku i klikną „to lubię”. A ja nie po to wypisałam się stamtąd, żeby wracać.

         Czego szukałam w sztuce w tamtym czasie? Ucieczki. Czułam się jak samotny myśliwy wystawiony na kły i pazury drapieżnika, ale zdający sobie sprawę, że od jego bystrości i zrozumienia natury ścigającego go zwierzęcia zależy jego życie, więc nie przerywając biegu musi szybko kombinować i wysilać cały swój spryt. Chciałam zrozumieć, czym jest perfidia, przemoc sprawowana przez prawo i jego procedury, młyńskie kamienie mielące cudzą indywidualność i jak można przed nimi się uchylić. I oczywiście SF zaspokajało moją potrzebę ukrycia się, wyartykułowania swoich problemów w języku zrozumiałym tylko dla wybranych.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Rozdrapany umysł (1) Rozdrapany umysł (3) »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)