zdjęcie Autora

04 kwietnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Rozdrapany umysł (3)

Kategoria: Twórczość

« Rozdrapany umysł (2) Teorie naukowe i naukawe (1) Powrót tego, co przepadło »

Również tamten, drugi etap literackich fascynacji minął. Moje życie na emeryturze uporządkowało się nieco, znałam już swoje miejsce (... chociaż wiedzieć nie chcę...), problemy straciły swoją ostrość, a moja wrażliwość zmalała otorbiona czymś w rodzaju strupa i dodatkowymi, świadomie stosowanymi opatrunkami.

         Miałam już dużo czasu na czytanie i na kultywowanie swoich zainteresowań, choć o wiele mniej energii. Zmieniły się także moje upodobania. Szybka akcja i ekstremalne wydarzenia już mnie nie pociągały. Czytając książki zachowywałam się czasem jak zagapione dziecko, przystawałam rozmyślając nad nieistotnym fragmentem, popadałam w dygresje, potem w dygresje od dygresji. Nie skupiałam się już na jednej książce, przed nosem musiałam ich mieć przynajmniej dwie plus gazetę. W tym jedną z dziedziny lektur trudniejszych — po skończeniu studiów wróciło zainteresowanie sprawami bardziej skomplikowanymi i chęć dowiedzenia się czegoś nowego. Nie musiałam już być specjalistą od jednej, nazwanej i zdefiniowanej przez kogoś innego dziedziny; mogłam dziś zająć się tym, a jutro tamtym; porzucać i wracać do jakiejś tematyki, łączyć ze sobą sprawy na ogół odległe i z innych parafii. Nie obowiązywała mnie żadna dyscyplina zdobywania wiedzy i sterowanych rozsądkiem poglądów. Nie musiałam dzielić ich na prawicę, lewicę i centrum; postępowe i zachowawcze. Mogłam spróbować znowu być dzieckiem, niedouczonym i nieodpowiedzialnym dyletantem, znakomicie łączącym lęki przed portretem Robespierra i losem zamkniętego w piórniku Plastusia z przekonaniem, że końcówka reklamowego maila, od której odcięło początek jest prognozą wydarzeń, które nastąpią.

         Nabyłam wówczas przekonania, że najciekawsze rzeczy dzieją się na pograniczach: nauk, gatunków literackich, rozmaitych teorii; tym lepiej jeśli każda z innej beczki. Zainteresowałam się wówczas bardzo szeroko pojętą ezoteryką postawiwszy sobie warunek, że nie będę się nadmiernie przywiązywała do żadnego z panujących przekonań, opinii i wyjaśnień. I nie zawierzę nikomu tylko z powodu jego entuzjazmu do czegoś.

         Polubiłam książki biograficzne odkąd zrozumiałam, że wydarzenia autentyczne mają walor oryginalności i niepowtarzalności, której nie dorównuje żadna fabularna fantazja. W jednej z nich, stanowiącej wydaną własnym czy rodziny sumptem autobiografię kobiety, która przeszła daleką drogę od biednej dziewczyny walczącej z życiowymi przeciwnościami, zdobywającej wykształcenie w późnym wieku i osiągającej tytuł profesorski, przeczytałam niesamowitą historię o laurce namalowanej przez jej męża ze zwiędłym kwiatkiem i wydarzeniach, które rolę tego zwiędłego kwiatka w przyszłości potwierdziły i wyjaśniły. Była to jedna z takich historii tak dziwaczna, że gdyby nie była prawdą, trudno by ją wymyślić. Ale na okładce książki znajdowała się ta laurka, dokładnie taka, jaką autorka opisała i analizowała. Chciałam ją zeskanować, niestety, złośliwość rzeczy martwych – pamiętam miejsce, gdzie książka ta leżała na półce, ale już tam nie leży. W każdym razie autorką była Maria Holstein-Beck, a książka nosiła tytuł „Olśniewające bramy raju”

         Zachwyciłam się też książką Odo Bujwida, „Osamotnienie – pamiętniki z lat 1932-1942” (także z przeceny) — polskiego bakteriologa, pioniera higieny i profilaktyki lecznictwa oraz wytwórcy szczepionek, człowieka, którego żal po utracie żony całkowicie odmienił i skłonił do pisania o codzienności, którą nie miał już z kim się podzielić

         Prowadziłam rozległą korespondencję z przyjaciółmi, wysłuchiwałam różnych zwierzeń i dobrze mi było, gdy siedziałam w swoim gnieździe martwiąc się zmartwieniami innych ludzi, nie myśląc o własnych.

         Dużo pisałam, niestety, do szuflady. Moich powieści nawet nie czytano — tak ściśle przyporządkowano mnie kiedyś do gatunku SF, że wydawnictwa tego rodzaju literatury odmawiały, z powodu odejścia od kanonu gatunku,  wydawnictwa „kobiece” uznawały, że za mało w tym kobiecości, a  „poważne” wydawnictwa odpowiadały, iż nie czytają książek osób im nieznanych i przez nikogo nie poleconych. Miałam i mam przyjaciół wśród takich osób, ale to wszyscy z kręgu literatury SF, zresztą nie śmiałabym prosić o jakąkolwiek protekcję. Nawet nie bardzo wiem, co myślą o moich tekstach, w końcu SF to bardzo męska i prawicowa dziedzina.

         Zresztą nie byłam przekonana, że to, co piszę zasługuje na druk. Ciągle miałam i mam wrażenie, że moim powieściom sporo brakuje, bardzo wyraźnie widzę ich wady, zwłaszcza konstrukcyjne. Sama nie wytrzymuję napięcia, które powinno powstawać między początkiem a końcem powieści (na początku go zabili, a na końcu okazuje się że przeżył). Raczej bliski jest mi motyw wędrówek w stylu Odyseusza, Orfeusza i Ceres w Hadesie , jednak bez ich terytorialności — mnóstwo przeszkód do pokonania, czasem jeden krok przez salę i trzy przeszkody, a koniec dwuznaczny.

         Tu nawiążę do jednej z książek, omówionych w cz.2, które same w sobie są w stanie „rozdrapać umysł” zamiast temu zapobiec. Pisząc o szkodliwości dzieł w rodzaju powieści księdza Pasławskiego (którymi, mam nadzieję nikt dzieci dzisiaj już nie karmi) uświadomiłam sobie jak daleko może sięgać wrażenie, które padło na nieodporny dziecięcy umysł.

         Przedostatnia moja powieść, nie posiadająca zresztą tytułu i roboczo określana przeze mnie „Sierotka” zaplanowane 3 tomy, zrealizowane 2, w jakiś sposób odzwierciedla konstrukcję z tamtej lektury. Wprawdzie bohaterka nie jest żadną sierotką, ale życie ma trudne i mozolnie przebija się od pomocy domowej do lepszego życia, które, gdy osiąga, staje się „sierotką po PRL”. Nie ma nawrócenia ani życia długiego i szczęśliwego; trudności w zmianie swojego statusu społecznego i ich pokonanie nie sprzyjają osiągnięciom w innych, zaniedbanych sferach życia. Tak więc świadomość trzynastolatki zatoczyła jakieś koło i to, co kiedyś „rozdrapało umysł” powróciło w dojrzalszej formie utrwalając to rozdrapanie, choć przenosząc je na wyższy poziom egzystencji.

         Widać to zresztą wyraźnie w całej współczesnej, dobrej literaturze. To pęknięcie, rozdrapanie, powiększa się i sięga do sfer, dawniej dla niej niedostępnych. Przykładem może tu być książka „Igrzyska śmierci” tak bardzo obecnie popularna i podobno przeznaczona dla młodzieży. Jest to zresztą bardzo dobra literatura rozrywkowa, która stopniowo z tomu na tom kontynuacji pierwszej części traci swoją rozrywkowość. Gdyby autorka napisała kolejne, zapewne powieść musiałaby się zmierzyć ze swoistym rodzajem Holocaustu.

         Na koniec napiszę jeszcze o jednej bardzo dobrej powieści tego rodzaju, „rozdrapującego umysł”, bardzo mało znanej, bo w ogóle nie reklamowanej (a właściwie znanej tylko lokalnie), wydanej przez SuperNową, napisanej przez moją przyjaciółkę, Mirosławę Sędzikowską, nauczycielkę w szkole rolniczej z internatem w województwie toruńskim, odległej od miasta jej zamieszkania, gdzie dojeżdża raz w tygodniu. Jest osobą ciężko doświadczoną w czasach Przemian, do dziś wzbraniającą się przed przyjmowaniem odznaczeń i medali, ale kochaną przez uczniów. I odstającą od Kombatantów zagnieżdżonych w polityce i zajętych odcinaniem kuponów. Jej wydawcy płacą za teksty grosze, a ponieważ książki nikt nie reklamuje, jej sława meandruje wśród tych, którzy znają ją osobiście.

         Mirosława Sędzikowska kanwą swoich powieści, w tym i ostatniej, czyni środowisko młodzieży, co prowadzi czytelnika (i wydawnictwa) na manowce uznając że są to powieści dla młodzieży. Oczywiście nie są, w stopniu nawet większym niż „Igrzyska śmierci". Dlatego też krytycy czepiają się braku pedagogicznego zacięcia, utożsamiają nauczycielkę z powieści z autorką, mając jej za złe np. tolerancję dla narkotyków czy swobodny ton rozmowy z uczniami oraz niekonwencjonalny stosunek do lektur.

         O książce tej można przeczytać na stronie:

http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=95167

a moja polemiczna recenzja:

http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=74183

Wydawnictwo nadało tej książce tytuł „Eus deus kosmateus”, pierwotnie nosiła ona wiele tytułów, autorka nie mogła się zdecydować na żaden, w końcu zaakceptowała podpowiedziany jej „Tacy jak oni, tacy jak my”; tytuł ten jednak zmieniono, przypisując tym samym książkę do lektur z gatunku młodzieżowej fantasy, co wywołało oczywiście spór o  jej „pedagogiczność”.

I to jest właśnie pewien problem polskiej literatury i innych form sztuki w Polsce – szufladkowanie. Jeśli autora, czy jego dzieło zaszufladkuje się do jakiejś kategorii — nie jest możliwym jej opuszczenie. Promieniuje to na samych autorów (najczęściej Uraników), także i na mnie. Zastanawiam się często, czy tytuł mojego blogu „Babcia ezoteryczna” jest adekwatny do przekazywanych treści. Tak, na początku miałam zamiar pisać o sprawach ezoterycznych, ale to wymknęło się trochę spod kontroli. Sprawy ezoteryczne mają znaczenie w moim życiu, ale nie dominują go. Pojawiają się i znikają, stanowią nitkę wplecioną w tkaninę, niejednorodną i o różnej grubości, zmieniającą kolor, płowiejącą i jaśniejącą w swoim tylko rytmie.

Nawiązując zaś do cytatu z pierwszej części „Rozdrapanego umysłu” muszę dodać, że w świetle tego, co napisałam, wedle mojego przekonania, cytat jest trafieniem kulą obok celu – efektownym BUM, ale nie całkiem i nie do końca prawdziwym.

Ja bym napisała coś takiego: „Sztuka jest oswajaniem rozdrapanego do krwi umysłu, choćby nawet to oswajanie oznaczało dalsze rozdrapywanie ran”

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Rozdrapany umysł (2) Teorie naukowe i naukawe (1) Powrót tego, co przepadło »

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)