Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

26 listopada 2006

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Rozważania pogańskie

Rozważania pogańskie. 4 - Objawienia, prorocy i odnaleziska
Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego


  < poprzedni    1    2    3    (4)    5    6    7    8    dalszy >  

część 1: Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego | część 2: Lud umarł | część 3: Osiem motywów Simpsona


4.

Dlaczego ludzie w ogóle wierzą w bogów? (Nie robię tu różnicy między Bogiem monoteistów i licznymi bóstwami politeistów, ani "pomocniczymi bóstwami" jakie są w buddyzmie, gdzie o Amithabie lub Tarze powiada się, że są "formami oświeconego umysłu".) Dlaczego ta wiara jest tak uporczywa i trwa, propaguje się przez pokolenia? Dlaczego ludzie uznają za element swojej rzeczywistości coś, czego nie ma w otaczającym ich świecie, czego nie widzą i nie słyszą? Bo jednak ogromna większość nie widzi i nie słyszy, nie ma żadnych doświadczeń obcowania z bóstwami. Więc czemu ta nie-widząca-nie-słysząca większość tak chętnie daje posłuch, tak chętnie WIERZY tym, którzy utrzymują, że widzieli, albo tym którzy zaledwie zaświadczają, że wierzą, że ktoś tam tysiące lat temu pewne bóstwo widział. Do tej pory nie znam zadowalającej odpowiedzi na te pytania. Sam nie wiem i nie potrafię wskazać w literaturze opinii które by mnie przekonały.


Załóżmy, że neo-pogaństwa w Polsce nie ma. (Może tak twierdzić ktoś, o istnieniu różnych jego grup nie słyszał, a wielu ludzi faktycznie nie słyszało. Może też tak uważać ktoś, kto istniejących dziś grup nie uważa za "prawdziwe" pogaństwo lub za "prawdziwą" religię.) W jaki sposób mogłoby powstać? W jaki sposób mogłaby w ogóle powstać jakaś nieistniejąca dotąd religia? Najprościej by było, żeby dawni bogowie Polaków lub szerzej Słowian, objawili się. Objawienia zdarzają się, jak te najbardziej znane objawienia maryjne w Fatimie 1917, Lourdes 1858, w Medjugorju 1981, czy u nas w Gietrzwałdzie 1877. Ważne byłoby w takim przypadku, żeby objawiające się pra-bóstwo - lub bóstw takich grupa - dało dostatecznie jednoznaczne znaki, iż jest właśnie Swarogiem, Perunem lub Świętowidem, tak żeby ustrzec się od przechwycenia zjawiska przez katolików. (Jeśli chodzi o liczbę, mnie najbardziej pasuje, gdyby nowy bóg objawił się jak Światowid jeden w czterech postaciach.) Umieszczenie takiego wydarzenia w polskich realiach każe od razu szkicować powieść-satyrę. Śmiech śmiechem, ale koniecznie trzeba przypomnieć, że niezależnie od realności lub stopnia realności takiego wydarzenia, daje mu wiarę zrazu tylko niewielka grupa ludzi, przy czym oczywiście, jeśli objawienie jest zgodne z rozpowszechnionym wierzeniami, tak jak to jest z objawieniami maryjnymi, to o wiarę taką łatwiej. Kilkoro entuzjastów, którzy by twierdzili - i z pewnością każdy z nich inaczej! - że jeden z nich ujrzał był Świętowita w majestacie, stanęłoby przed murem oporu zarówno katolików, jak i przeciętnych oświeconych racjonalistów.

W objawieniach siła stoi po stronie bóstwa które się objawia (nie przesądzam kim-czym to "bóstwo" jest w istocie, chodzi mi o samo phainomenon) - objawieniowidze, czyli osoby, którym się objawia, są zwykle "mali": przeważnie są to dzieci, zwłaszcza dziewczęta, bez wykształcenia ni prestiżu. Istnieje jednak podobne zjawisko, które tu roboczo nazwę osobistym objawieniem entuzjastycznym. Bywa też nazywane oświeceniem, choć i inne rzeczy nazywa się oświeceniem. W zjawisku tym duchowego doświadczenia (które bywa podobne do poprzednich, publicznych objawień) doświadcza jedna osoba, i doświadczenie to skutkuje entuzjazmem, który pcha ją odtąd do głoszenia tego objawienia lub wynikających z niego nauk. Osobiste entuzjastyczne objawienie dla zewnętrznego obserwatora wydaje się być zjawiskiem czysto psychicznym i "zamkniętym w głowie" jednej osoby - a przez to przełkliwsze dla racjonalistów. Klasycznymi osobistymi entuzjastycznymi objawieniami były doświadczenia Świętego Pawła-Saula Tarsyjczyka (od którego zaczęło się chrześcijaństwo), przebudzenie Buddy Śakjamuniego i mistyczna podróż do nieba przyszłego proroka Muhammada - żeby poprzestać na tych, których wizje najbardziej zmieniły oblicze świata. Ale do nich też należą, gdy popatrzeć na inną "prowincję" ludzkiej historii - skromniejsi prorocy Indian: Black Elk lub Wovoka, też wzięty do nieba. Można w wielkim skrócie powiedzieć, że o ile w poprzednim wariancie bóstwo manifestuje się samo, osobiście, to tu wdziera się w świat poprzez swojego natchnionego ludzkiego pośrednika. W ten właśnie sposób - przez czyjeś ekstatyczne doświadczenia - mogłoby dojść do odnowienia rodzimej religii w Polsce lub w innym kraju słowiańskim. Tak jak w poprzednim przypadku pozostaje jeszcze kwestia: czy uwierzyć takiemu nawiedzeńcowi - bo widmo przypadków, od ewidentnej schizofrenii do delikatnej manii religijnej rozpięte jest szeroko. Wcale też niewykluczone, że wielu a może wszyscy dawni prorocy dziś by zostali rozpoznani jako maniacy.

Po nauczaniu proroków pozostają nauki. W jednym miejscu świata jest jednak tak, że "tamta strona" udziela nauk sama, bez pośredników-nauczycieli. Objawiają się nie bóstwa (choć one też), lecz księgi-teksty i inne przedmioty uznawane za akcesoria religii. Tak działo się do niedawna w Tybecie - ostatnie relacje pochodzą z lat czterdziestych XX wieku, a niewykluczone, że zdarza się i teraz. Księgi i inne przedmioty tak objawione, odnalezione, nazywają się terma, a ich wyspecjalizowani w tym dziele odnajdziciele - terton. (Zob. w Tarace: termy.htm.) Znaczna część tekstów "nowoczesnego" tybetańskiego buddyzmu jest termami. O termach w innych religiach, poza buddyzmem w Tybecie, nic nie wiem. Właściwie jest jeden taki przypadek w historii Izraela i jego religii: Księga Powtórzonego Prawa, o której powiada się, że odkryto ją w rozbieranym murze świątyni. Stare mury świątynne i lite wnętrza posągów w Tybecie są też ulubionym miejscem wynajdywania term. Jak to zjawisko ma się do naszej naukowej kosmologii, nie tu dyskutować. O termach wspominam nie bez kozery, bo miało miejsce u nas znalezisko, które łudząco przypomina termę: mam na myśli Światowida spod Liczkowiec nad Zbruczem (zob. w Tarace: swiatowid.htm.), tak: TEGO Światowida. Do tej pory nie odczytaliśmy tej "księgi" - bo posąg niesie wiele symbolicznych znaczeń, z których niektóre do pewno stopnia poznano, inne pozostają ciemne. W jakimś sensie termami są wszelkie archeologiczne wykopaliska, niestety dla dawnej słowiańskiej religii wciąż skąpsze niżbyśmy chcieli.

Tybetańskie termy i proces ich odnajdywania mają jeszcze coś, co w dzisiejszych entuzjastach dawnej religii może budzić nadzieję; otóż istniała taka metoda, polegająca na odnajdywaniu świętych ksiąg nie w ziemi ani w ruinach czy innych fizycznych lokalizacjach, ale w umyśle pewnych ludzi. Uzasadnione jest to legendą (lub prawdą: dla wyznawców) iż pierwszy krzewiciel buddyzmu w Tybecie, Guru Padma Sambhava (któremu przypisuje się wiele cudownych ponadludzkich właściwości) swoje nauki przeznaczone dla przyszłych pokoleń ukrył nie w zapisanych księgach, ale w umysłach swoich uczniów. Ci gdy przyszedł ich czas, umarli, ale jak wszystkie istoty inkarnowali się ponownie, i te inkarnacje tak dalej, ale nauki złożone w ich umysłach trwały niedostępne - aż w którymś inkarnacyjnym pokoleniu pojawiał się impuls, by je odtworzyć. Kolejny nosiciel księgi wypowiadał ją wtedy: i tak przekaz od Guru Rimpocze pojawiał się jako terma umysłu. Przenosząc to zjawisko na polskie rodzimowierstwo, można by spróbować z technikami regresyjnego cofania do przeszłości, a więc channelingu - może w ten sposób okazać się, że ktoś ze współczesnych jest inkarnowanym kapłanem Peruna i w odpowiednio wyindukowanym stanie świadomości potrafi wyrecytować dawne modlitwy, zaśpiewać dawne hymny... Nie wiem nic o podejmowaniu takich prób ani o wynikach.

Jest przy tym pewne, że z racjonalistycznego punktu widzenia takie ewentualne produkty "archeologii umysłu" zostałyby uznane za fałszerstwa. "Blisko nas", czyli w naszym obszarze zainteresowań jest dzieło, które ma cechy zarówno termy jak i termy umysłu: jest to tak zwana Księga Welesowa (zob. w Wikipedii polskiej i - więcej - w angielskiej), rzekomy zabytek staroruski spisany przez pogan, znaleziony jakoby podczas rewolucji bolszewickiej przez pułkownika Alego Izenbeka w okolicach Charkowa, a który faktycznie został ujawniony w pewnym antykwariacie w San Francisco około 1953 roku. Księga Welesowa jest uważana za fałszerstwo przez historyków, którzy jednak nie wiedzą, kto, kiedy i z jaką intencją ją wyprodukował.

Wszystkie te sposoby, na które mogą pojawiać się nowe religie i religijne odnowy, a więc objawienie bóstwa, wystąpienie proroka (skutkiem osobistego entuzjastycznego objawienia), odkrycie termy lub pojawienie się termy umysłu czyli natchnionego przekazu, to mają do siebie, że są niemanipulowalne, że nie można ich zrobić. Nie można wykonać całego procesu: podjęcie decyzji: oto robię-robimy coś takiego, opracowanie projektu, zebranie "sił i środków" i wykonanie. Cały ten proces jest niedostępny ludzkiej woli, tak jednostkowej jak i zbiorowej. Wymaga umiejętności ... nadludzkich.

Co możemy zrobić mając zwykłe, ludzkie umiejętności? Możemy wykonywać pewne małe ruchy sprzyjające, w takim zakresie możliwości, jaki mamy. To jednak uczyniłoby z neopogaństwa religię czekania. Ale o tym w następnych odcinkach.

c.d.n.


Wojciech Jóźwiak
taraka@taraka.pl
26 listopada 2006





  < poprzedni    1    2    3    (4)    5    6    7    8    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)