Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

30 listopada 2006

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Rozważania pogańskie

Rozważania pogańskie. 5 - Zapożyczenia i archetypy
Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego


  < poprzedni    1    2    3    4    5    (6)    7    8    dalszy >  

część 1: Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego | część 2: Lud umarł | część 3: Osiem motywów Simpsona | część 4: Objawienia, prorocy i odnaleziska


5.

A może by pogańską religię od kogoś dostać? Zapożyczyć? Przejąć? Skoro własna rodzima religia została tak zatarta, że właściwie jej nie ma? Że nawet imion bogów nie jesteśmy pewni? (Bo nie jesteśmy.) Pytanie od kogo. Jak wydaje mi się, największy wpływ na dotychczasowe prądy neopogańskie w Polsce miały dwa bardziej doświadczone ruchy europejskiego pogańskiego odrodzenia: jeden to rodzima religia normańska (germańska, skandynawska), drugi to litewska Romuva, dzieło - znowu, "jak mi się zdaje", bo rzecz jest mi osobiście nieznana - jednego człowieka, Jonasa Trinkunasa. Tu jednak mógłbym podpowiedzieć, żeby szukać wzorów i pomysłów w tych krajach, w których etniczne religie przez cały ciąg historii rozwijały się swobodnie i nie musiały ani się kryć, ani nie było potrzeby odnawiania ich z niczego i mogą pochwalić się tym, czego nie ma nigdzie w Europie: nieprzerwaną tradycją. Z wielkich krajów dwa "świecą": Indie i Japonia. Z mniejszych bardzo blisko nas, nie jadąc aż na Syberię, bo niedaleko za Moskwą, uchowali swoją rodzimą wiarę Maryjczycy. Można sobie wyobrazić taki scenariusz i proces, że ktoś z Polski dostaje "przekaz" z któregoś z azjatyckich źródeł i towarzyszy temu jasna intencja po stronie tak dających jak i biorących, że studiowanie przekazywanych nauk jest działaniem tymczasowym, a celem jest stopniowe "usłowiańszczenie" przekazanych praktyk, obrzędów, pieśni itd. Stopniowa "lokalizacja" - jakbyśmy w języku Microsoftu mówili o komputerowych programach. Od razu dopowiem: nie słyszałem nigdzie i nigdy o aż tak daleko sięgającej wielkoduszności dawców religii! We wszystkich znanych mi przypadkach przekazu punktem honoru była dosłowna fundamentalistyczna wierność oryginałowi. A przecież nie chodzi o to, żeby ten i ów Polak stał się wyznawcą hinduizmu bądź śinto. (Chociaż może - tylko że to już będzie inna bajka, pod tytule: jak konwertować się na hindu lub śinto.) W tym wariancie, który tu mam na myśli, obcy przekaz były tylko (i "aż") wehikułem umożliwiającym stopniowe odrodzenie własnej drogi. Tutorem. Energetyczną osłoną. Coś jak z zapalaniem ognia, który wygasł. Nie będzie wprawdzie już nigdy tamtym dawnym ogniem, ale żeby go zapalić na nowo, trzeba zarzewie skądś wziąć - z innego ogniska.


Wymienione w tytule trzy rzeczy: poganizm, Słowiańszczyzna i szamanizm, są różne i ich spotkanie, zejście się w jedno, jest sprawą problematyczną. Twórcy Zadrugi szamanizm odrzuciliby (jak mi się wydaje) bez namysłu, choć w swoich usiłowaniach łączyli poganizm i słowiańskość. Znowu wszyscy śpiewający lub teatralni słowianofile, których (jak mi się wydaje) ostatnio jest bardzo wielu, wcale nie muszą być zainteresowani neopogaństwem, szamanizmem też nie. Jeśli zdefiniujemy dokładniej poganizmy jako alternatywne religie, lub coś, co w jakimkolwiek stopniu religie przypomina, a szamanizm jako wchodzenie w taki lub inny kontakt z "ukrytą stroną umysłu", to wzajemna osobność wymienionych trzech rzeczy okaże się jeszcze bardziej widoczna. Można działać w kierunku religijnej alternatywy, albo wchodzić na "odwrotne strony umysłu", albo być fanem słowiańskości - i nie mieć dokładnie nic wspólnego z pozostałymi dwoma kierunkami. Wymieniam je jednak razem, bo wydaje mi się, że w ich połączeniu jest pewna siła.


Szamanizm, jeśli odejść od lokowania go tylko w "prymitywnych", plemiennych kulturach Syberii, Ameryk lub Australii, mniej więcej pokrywa się ze zjawiskiem, które w astrologii zostało opisane jako dziedzina ("władztwo") Neptuna. Ludzi mających owe "neptuniczne" właściwości określa się, znowu myląco i nieprecyzyjnie, mianem "medialnych". (Daruję już sobie wybrzydzanie nad wielką nieadekwatnością tego słowa...) Mają oni bardziej niż inni rozwiniętą zdolność postrzegania fenomenów podprogowych lub wizyjnych. To co wspólne jest w szamanizmie "plemiennym" i w tym "neo", to użycie technik wzmagających tamtą zdolność "neptunicznego" odbioru. Howard Gardner (wiele książek, także po polsku, nam wystarczy artykuł w "Racjonaliście.pl") wyróżnił różne rodzaje inteligencji, zrazu siedem, później osiem, w ostatniej znanej mi liście wylicza ze znakiem zapytania dziewiątą. Dla przypomnienia są to "inteligencje": (1) językowa, (2) matematyczna lub ścisła, (3) muzyczna, (4) przestrzenna - operowania stosunkami przestrzennymi, (5) cielesno-ruchowa, (6) interpersonalna czyli zdolność zrozumienia innych ludzi, (7) intrapersonalna czyli zdolność zrozumienia siebie samego, nazywana też dostępem do własnych emocji, (8) rozróżniająca czyli zdolność rozróżniania złożonych całości, od najprostszego przypadku zwana naturalistyczną, bo umożliwia błyskawiczne rozpoznawanie gatunków roślin lub zwierząt, (9) egzystencjalna, o której autor, na razie ze znakiem zapytania, pisze: "Nazywam ją 'inteligencją wielkich pytań'. Kiedy dzieci pytają o wielkość Kosmosu, kiedy dorośli rozważają kwestie miłości, śmierci, przyczyn konfliktów czy przyszłości planety...". Uważam, że do tej listy koniecznie należy dopisać jako dziesiąty punkt inteligencję medialną albo wizyjną - która jest właśnie tym, co astrologowi sygnalizuje Neptun w pewnych miejscach kosmogramu. Inteligencja medialno-wizyjna pozwala "czytać" karty tarota lub urodzeniowy kosmogram, "wiedzieć" co się wydarzy, mieć wizje i umieć je zapamiętać, wizualizować sobie złożone sceny dziejące się niezależnie od woli podmiotu, a także spotykać się z bytami nie mającymi swojego materialnego korelatu czyli ciała. Szczególnych zdolności w których przejawia się ten rodzaj inteligencji jest wiele, bywają też one pakowane w jedno pojęcie, np. "jasnowidzenie". Ich praktykowanie bywa nazywane szamanizmem i warto tej nazwy używać nie tylko w kontekście pierwotnych plemion. Ludzie obdarzeni tą dziesiątą inteligencją są u nas, mówiąc ogólnie, w pogardzie i nie jest to związane z ich osobistymi winami ni zasługami, ale wynika z ogólnokulturowej anatemy, którą ten rodzaj inteligencji jest u nas obłożony. Anatema ta jest tak potężna, że nawet samemu autorowi koncepcji wielorakich inteligencji, Gardnerowi, nie pozwoliła tego - dla mnie i dla wielu oczywistego - rodzaju inteligencji w ogóle zauważyć. Należy podziwiać zakrywającą siłę paradygmatu! Choć możliwe jest, iż wprawdzie zna on ten rodzaj inteligencji, ale o nim nic nie mówi, żeby nie narazić się na zarzut "nienaukowości", "przesądu", "uprawiania okultyzmu" itd.

Jakieś pojęcie o losie inteligencji wizyjnej i ludziach nią obdarzonych daje łatwe do wyobrażenia podobieństwo. Wyobraź sobie, że w pewnej, poza tym podobnej do naszej, cywilizacji, przyjęte jest żywić odrazę do muzyki. Nieliczni którzy potrafią jakieś zorganizowane w melodie dźwięki wydawać, np. śpiewając albo stukając w jakieś przedmioty, budzą niechęć, bo są uważani za, powiedzmy, niekulturalnych (śpiewanie jest uważane za niegrzeczne podobnie jak u nas bekanie). Muzyka, jeśli jakaś jest, to ograniczona do niskich i pogardzanych subkultur: jakichś ciemnych chłopów, pijaków, innoskórych przybyszów. Ograniczeni do takich subkultur lub do ekscentrycznej prywatności muzycy czy śpiewacy są oskarżani o "wrogie działania", ponieważ zdarza się, że ich dźwięki kogoś przyprawiają o płacz albo o niemożliwe do nazwania i kulturalnego wyrażenia emocje i wzruszenia. Bywają też obwiniani o podstępne budzenie seksualnego pożądania i sianie innych niecnych wpływów. Nieliczni muzykalni potrafią zastosować swój "dziwny, obcy, zły" talent do dzieł społecznie uznawanych: na przykład nucenie sobie wulgarnych (bo innych nie ma) śpiewek pod nosem pomaga im skoncentrować się na malowaniu obrazów lub układaniu wierszy - bo inteligencja przestrzenna ani językowa nie są w tamtej cywilizacji przeklęte. Ale los większości muzycznych talentów, ba, geniuszy, jest tam ponury. Ta analogia, jak myślę, dobrze przedstawia dziejący się u nas los dziesiątej inteligencji, medialnej, i ludzi nią obdarzonych, a także dziedziny zastosowań tej inteligencji czyli wszelkich sztuk szamańskich. Tak jak w tamtej cywilizacji inteligencja muzyczna byłaby społecznie niezintegrowana, tak u nas niezintegrowana pozostaje inteligencja medialna.


Gdzie szukać bogów? Bo raczej jest tak, że religie mają jakieś poglądy co do istnienia bogów, ich wpływu na świat i możliwości kontaktu z nimi, takiego lub innego. W miarę jednak postępu nauki każdy kto jej ustalenia traktuje serio i nie uważa za wiedzę "ograniczonego zasięgu", ma przed sobą coraz mniej miejsc, w których boskie istoty mogłyby bytować i skąd sięgać do ludzi. Z tego punktu widzenia koncepcje Carla Gustava Junga wydają się ostatnią deską ratunku dla tych, którzy nie chcą bogów, boskich bytów, odrzucać całkiem. Nauka (science, nauki ścisło-przyrodnicze) wypędziła bogów ze świata, Jung zaś wskazał nowe miejsce, gdzie ich szukać, mianowicie we wnętrzu własnego umysłu - i w jego koncepcji to, co dawnej nazywano bóstwami, dostało nową i świeżą nazwę archetypu. Z nieba do "wnętrza umysłu", do podświadomości - to najkrótsze nazwanie pomysłu Szwajcarskiego Psychiatry. Czy w oparciu o jego koncepcję można systematycznie odbudować religie, dokonać ich metodycznej rekonstrukcji? Niewiele pisałem o tym, bo takie sprawy chodziły mi po głowie raczej w czasach, kiedy niewiele pisałem, a jeśli już, to nie o tym. W każdym razie pomysł ten wydawał mi się kiedyś - i długo - bardzo obiecujący. Więcej, był znakiem rozpoznawczym dla sporej części środowiska w którym się obracałem. Pamiętam, jak około roku 1986 z wielką uwagą słuchałem mojego ówczesnego kolegi z pracy (pracowałem w szkole jako nauczyciel), który wprowadzał mnie w grundlagen (tylko po niemiecku da to się wypowiedzieć...) buddyzmu, którego jednej szkół aktywistą być się okazał. "Medytacyjne bóstwa" tybetańskiej wadżrajany - usłyszałem wtedy od niego - to po prostu Jungowskie archetypy! A praktyki buddyjskie to najbardziej niezawodna droga do wejścia z nimi w kontakt i w energetyczną wymianę. Takie podejście, jak powiedziałem, wydawało się wtedy bardzo obiecujące. Jung i jego koncepcja energetycznych złóż trwających w głębi podświadomości stał się wehikułem, którym wjechałem na przystanek buddyzm. Ale też tego właśnie w tamtych czasach szukałem. Chociaż w latach 80-tych i wcześniej mało co docierało do nas i zwłaszcza do mnie, niemającego humanistycznego wykształcenia ani obycia, z ówczesnych filozoficznych mód, to jednak obowiązująca w świecie formuła postmodernistycznego wszech-relatywizmu najwyraźniej jakimiś kanałami przesiąkała do Polski, także tej poza-uniwersyteckiej i niebędącej na topie. Ów wszech-relatywizm przesiąkał więc i na zasadzie reakcji budził nieufność do wszystkiego, co wydawało się za bardzo "kulturowe" - co za tym idzie, przez swoją kulturowość umowne, zwyczajowe i wymyślone, więc względne, a skoro względne to nieprawdziwe. To co prawdziwe musiałoby mieć byt i status tak samo pewnie zagwarantowany jak wszystko to, co jest twardym, przyrodniczym faktem. Nasz umysł jest częścią gatunkowego wyposażenia, więc i częścią przyrody, więc i będące w nim archetypy nie są umownie i kulturowo względne, ale są tak samo przyrodniczo pewne, jak i ciało. To było potężne pożądanie: pożądanie duchowych bytów których pewność byłaby równie niewątpliwa jak pewność bytów cielesnych. Z góry dodam, że pod tym kątem oglądany buddyzm (ten tybetański) w końcu rozczarował, bo okazał się podobnie kulturowo relatywny jak każdy inny pomysł na religię lub coś podobnego... Przynajmniej ten i taki buddyzm, do jakiego miałem wtedy dostęp. Bo wciąż wtedy miałem wrażenie, że pokazywane mi są powierzchnie, pobocza, rąbki szat ledwie. Buddyzm okazał się kulturowy, bóstwa dowolne, z archetypami-powszechnikami jak rozumiał je Jung, większego związku nie miały, w snach się nie pojawiały ani w wizjach, nie bardzo dawało też się "przełożyć" na rodzime bóstwa pogańskich wiar i kultur, a przede wszystkim krzewiciele buddyzmu w żaden sposób w budowaniu takich analogii nie byli zainteresowani. To my mieliśmy się nawrócić na wiarę lamów, a nie oni zaadaptować swoją wiarę do naszych archetypów. Kupa śmiechu by była, gdybym to po kolei wyartykułował i gdyby ktokolwiek chciał mnie wtedy słuchać.

Tu odejdźmy od moich przygód z (nie)rozumieniem buddyzmu i wróćmy do Junga. (W ogóle ubolewam, że dyskusja o Jungu w Tarace tak szybko się wypaliła schodząc na mało ważne pobocza, i nikt nie miał ochoty do niej wrócić, kiedy zachęcałem. Bo mam wrażenie, że istoty "problemu Junga" wtedy nie tknięto...) Z doktryny Junga o archetypach i obcowaniu z bóstwami poprzez kanał dostępny dzięki inteligencji medialnej (a Jung sam miał Neptuna potężnego w swoim horoskopie!) wynika natychmiast wniosek, że archetypiczne bóstwa nie są czymś, co czasami i rzadko się pojawia, ani czymś, na co dopiero czekamy, że dzięki jakiemuś splotowi okoliczności się pojawi. Nie, tamte wnioski są błędne, raczej natomiast należy sadzić, iż praca bóstw-archetypów trwa i nie ustaje, trwa od tysiącleci, od mglistych narodzin gatunku ludzkiego a zapewne wcześniej, tylko my nie umiejąc do tej pory zjawisk ich działania adekwatnie nazwać, nie potrafiliśmy także ich dostrzec. A oni przecież ukazują się nam i są uchwytni w mistyczno-religijnych tradycjach nie jednego wybranego narodu - tylko narodów wszystkich. A najbardziej tych, które nie doświadczyły prasującego nacisku "wielkich", zwłaszcza monoteistyczno-wojujących, a więc jerozolimskich religii. Najwięcej prawdy o bóstwach-archetypach jest zatem u ludów starożytnych lub pierwotnych, poza-europejskich, czyli tych, które od nowoczesnego świata oddziela stosowna bariera przestrzeni lub czasu. I tak oto z jungizmu wynikają koncepcje znane w dwóch (chyba) głównych wykładzinach: przez Eliadego i przez Josepha Campbella. Zresztą sami twórcy psychoanalizy mieli jasną świadomość, że ich nauki nieuchronnie przedłużają się na religię i religioznawstwo.

Jednak religia (czy cokolwiek co ją przypomina...) jest sprawą zbyt poważną, żeby iść o aż tak daleki zakład i uzależniać ją od tej czy owej koncepcji jakiegoś Junga czy innego Eliadego. I w ogóle by uzależniać ją od jakiejkolwiek koncepcji, od jakiejkolwiek kosmologii lub ontologii, dalej: od jakiejkolwiek wiedzy. Chyba właśnie Campbell w którymś miejscu - nie jestem pewien miejsca ani źródła - przytacza anegdotę o tym, jak na międzynarodowym ekumenicznym zjeździe religii pewien prostestancki amerykański teolog spytał kolegę, kapłana japońskiego śinto, o dogmaty jego religii - a ten odpowiedział zdziwieniem: "Dogmaty? My tylko tańczymy." I to jest także moim ściganym od dawna ideałem. "Tylko tańczymy".

Religia - jeśli to w ogóle można nazwać religią, bo może lepiej wcale tak nie nazywać - skupiona na samych rytuałach. Dla przyzwyczajonych do teologii religia dokładnie pusta, bo obywająca się bez treści. Obywająca się także bez tego natrętnego "po co" i "co ja z tego będę miał" - pytań które uporczywie mi zadawano, kiedy opowiadałem w różnych miejscach o praktykach, które wykonujemy na naszych szamańskich warsztatach. Dobrze, spróbuję jednak powiedzieć, "po co". Najprościej by było tak: wszystko już masz. Nie musisz wzdychać do jakiegoś "przyszłego życia", o zgrozo po śmierci. Nie musisz wzdychać do jakiegoś "wyzwolenia". Jedyne, czego ci trzeba (- "is love" zaśpiewaliby The Beatles? - Nie!) to skupienie uwagi na tym, CO JEST. Twój byt w tym miejscu i chwili to jest to - także być może właśnie to, czego ci brakowało, o co czułeś się pustszy i zubożony. Rytuał jest środkiem, dzięki czemu TEGO możesz doświadczyć.

Co oświetla pewne problemy, ale ich nie rozwiązuje. O nich - może - później.

c.d.n.


Wojciech Jóźwiak
taraka@taraka.pl
30 listopada 2006





  < poprzedni    1    2    3    4    5    (6)    7    8    dalszy >  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)