Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 grudnia 2006

Wojciech Jóźwiak

e-tom: Rozważania pogańskie

Rozważania pogańskie. 8 - Sztuki rytualne na tle religii i sztuki
Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego


  < poprzedni    1    2    3    4    5    6    7    (8)  

część 1: Sięganie do Zoriana Dołęgi Chodakowskiego | część 2: Lud umarł | część 3: Osiem motywów Simpsona | część 4: Objawienia, prorocy i odnaleziska | część 5: Zapożyczenia i archetypy | część 6: MacEowen, ciemne plamy i słowiańskie Atlantydy | część 7: Sam rytuał


8.

Pisałem o kolejnych warstwach słowiańskich Atlantyd. Jest ich więcej. Za taką Atlantydę numer pięć można uważać folklor, kulturę ludową - która też właściwie jest już zabytkiem, przynajmniej u nas; może gdzieś w głębokiej Rosji czy na Bałkanach bywa inaczej. Atlantyda numer sześć to wszelkie neo - czyli nowoczesne literacko-inteligenckie słowianofilstwo wraz z próbami rekonstrukcjonistycznymi. Też warte studiowania.


Wobec chrześcijaństwa właściwe wydaje mi się ustawiać się bokiem, nie naprzeciwko, nie w opozycji i sprzeciwie. Bokiem, czyli tak, żeby jak najmniej wchodzić sobie w drogę. Nie przeszkadzać, a może nawet być mało zauważanym i nie postrzeganym jako oponent. Polemika i opozycja jest pułapką. Ustawienie się na pozycji krytykującego i oponującego jest tanie, wprawdzie łatwo na tym zbić kapitał i zyskać popularność, ale nie warto. Wszelka walka wiąże z tą drugą stroną, każe myśleć w tych samych kategoriach, znać się na sprawach ogłoszonego przeciwnika, studiować jego idee, a nawet za niego rozwiązywać jego problemy. Nic więcej niż tracenie energii i zbaczanie na cudze pobocza, jak również zgoda na wtórność i drugorzędność; in nie yang. Być psem szczekającym na procesję? Nie warto.

Ale na takiej pozycji ustawia już samo słowo "poganin", słownikowo znaczące tyle co nie-chrześcijanin i przeciwnik chrześcijaństwa, ale i którego często używa się z intencją prowokowania tej przeciwnej, eklezjalnej strony. W tym sensie nie warto robić za poganina. Słowo poganin, z łacińskiego paganus znaczyło tyle, co 'wieśniak', kiedy miasta w rzymskim Imperium już zostały ochrzczone, ale wieś trzymała się jeszcze starych bogów po gajach. W polszczyźnie słowo to obrosło adideacjami: poganiec, pohaniec, niby "po-goniony" - jak Tatarzyn przez "naszych" - lub "po-ganiony", nagany godny za swoje złe prowadzenie się, więc synonim do: "potępiony". Andrzej Bańkowski w swoim "Słowniku..." cytuje staropolskie zdania: "pogani, iże je, gdzie chce, dyjaboł pogania" (z 1449 r.); "ostatnim tu szańcem ... przyszło ścierać się z pohańcem" (S. Twardowski, 1681). A po ukraińsku (także wg Bańkowskiego), pohanyj (skąd pohanec) to 'zły, niedobry, kiepski, lichy, marny, nędzny, wadliwy' - wszystko od słowiańskiej "pogany-nagany", nie z łacińskiego "paganusa". Ale stopione z nim w jeden kłębek.

Zatem dalszym i bardziej rozwiniętym rodzajem pogaństwa jest takie, które wcale nie ogłasza się religią! A także nie ma w sobie zbyt wielu miejsc, do których mógłby ktoś przyczepić się, widząc tam "religię".

Sam-rytuał, "goły rytuał" o którym pisałem w poprzednim odcinku, może być religijnie neutralny.


Ważną częścią tej religijnej neutralności wydaje też mi się nie-kościelność, czyli takie zorganizowanie, które ani nie przypomina ani broń-boże nie kopiuje kościołów. Dlatego śmieszne jest tytułowanie się słowiańskich wyznań "kościołami". Istotę kościelności i nie-kościelności można dziwnym przypadkiem uchwycić przyglądając się samemu słowu. Słowo "kościół" pochodzi od łacińskiego castellum, co jest zdrobnieniem od castrum, co znaczyło "obóz wojenny, twierdza". Chytry duch języka - słowiańskiego, bo taka wolta dokonała się tylko u Słowian: u Czechów i u nas - pokazał tu, co myśli o chrześcijaństwie i kościele katolickim: że widzi go jako zbrojną twierdzę, odgradzająca się murem i szańcem od świata. Choć nastawioną na długie trwanie i przetrwanie, to izolującą się i światu obcą. Kościół jako oblężona twierdza, kompleks oblężonej twierdzy - ależ to zapisane jest w samej nazwie! W jakimś sensie jest to klątwa rzucona przez Ducha Języka (tego języka...) - podobna do tej równoległej klątwy zawartej w słowie poganin-pohaniec.

Nie-kościelność to brak teologii. A może nawet obywanie się bez wszelkiej metafizyki. Dalej: brak powoływania się na idee i wątki chrześcijańskie, podobnie jak np. nauczyciele buddyzmu tybetańskiego nic o chrześcijaństwie i jego pojęciach nie mówią, bo uczą swojej Drogi, nie tamtej, tamtą zostawiając fachowcom z tamtej drogi. Dlatego nie za bardzo gustuję w ruchach, nazwijmy je tak, neo-gnostyckich, nad którymi unosi się tęsknota za "prawdziwym chrześcijaństwem" i za jego przywróceniem, za "Jezusem, który był w Indiach" i za "Jezusem-Magusem".

Sam-rytuał, jako "wyższa forma pogaństwa", przestaje w końcu być pogaństwem i przestaje w jakikolwiek sposób kłócić się z chrześcijaństwem. Następuje rozdział - podobny do tego, jaki nastąpił miedzy religią a nauką.


Nie-kościelność to także brak organizacji. Dobrym ćwiczeniem jest pomyśleć sobie jakiś powieściowy świat - jak u Tolkiena! - w którym dominującą "religią" jest pogaństwo w omawianym tu stylu. Więc nie ma instytucji kapłanów, jako wyodrębnionych specjalistów, bo w chrześcijaństwie kapłan to wręcz inny gatunek człowieka (szczególnie i skrajnie to wygląda w katolicyzmie rzymskim, bo w kościołach wschodnich i reformowanych już trochę łagodniej, kapłani bez celibatu są jednak - chyba - bliżsi życia) - za to są przewodnicy rytuałów. Którzy w tej roli nie są realizatorami wzorca umocowanego poza nimi, lecz działają własną mocą, własnym autorytetem i doświadczeniem. Nie mają nad sobą żadnego "kościoła" w sensie nadrzędnej instytucji, która wystawia im certyfikat, że oto ich rytuały są ważne. Tak właśnie, na własną rękę, mocą własnego autorytetu i doświadczenia, popartego najwyżej autorytetem swoich nauczycieli, działali plemienni szamani, choćby ci "klasyczni" syberyjscy. Dziwne, ale to tego modelu zbliżali się cadykowie chasydów.

Wśród tych przewodników rytuałów przekaz, który mają, nie dotyczy całości ich "sztuki", ale tylko poszczególnych rytuałów. Ktoś może być mistrzem prowadzenia (powiedzmy, dla przykładu) szałasu potów, ale ktoś inny prowadzi (że ograniczę się do znanym mi rytuałów) tańce w kręgu lub rekapitulację. Przedmiotem przekazu jest dana, szczególna umiejętność, szczególny rytuał (który przy tym może istnieć w tysiącach odmian), nie zaś ogólna kwalifikacja, że ta oto osoba jest wyróżnionym, "namaszczonym" funkcjonariuszem kultu (jak kapłan katolicki lub mnich czy lama buddyjski). To, co "mają" ludzie zajmujący się rytuałami, to poszczególne umiejętności i uznanie dla tych umiejętności, nie zaś ogólny stan; żeby dosłownie tego stanu nie nazwać "kapłańskim".

Taka organizacja ma cechy sieci, która jest przeciwieństwem zarówno kościoła jak i wszelkiego centralizmu. Sieć rytuałów ma się tak do kościołów, jak postulowany przez Hansa-Hermanna Hoppe "porządek naturalny" do państwa, obojętne, monarchicznego, dyktatorskiego czy demokratycznego. (Zob. np. "Demokracja - bóg, który zawiódł") Zresztą aż nadto jest oczywiste, że to, co tu szkicuję, jest naturalne w przeciwieństwie do sztucznych kościołów i innych odgórnych centralizmów. (Jeszcze jeden przyczynek do tego, w jak dalece sfałszowanym świecie żyjemy.)


Tam, gdzie mówi się o religiach, czarną owcą są sekty, a właściwie samo pojęcie sekty. Sekta to coś "odciętego" (to etymologicznie znaczy to słowo), odcinającego się od macierzystego kościoła od którego odpadło, ale i odcinającego się od świata. Duch sekty, sekciarstwo, to właśnie odcięcie się od reszty świata, skupienie się na sobie, zwykle na charyzmatycznym wodzu-przywódcy grupy (ciekawe jak łatwo spadło u nas do tej roli pierwotnie przecież dostojne i szlachetne indyjskie słowo guru!), na własnych pojęciach i wartościach. Sekta konstytuuje się jako "jedyni prawdziwi, jedyni sprawiedliwi", niby łódź ratunkowa pośród wściekłego oceanu złego, groźnego i śmiertelnie skażonego świata. Historycznych początków takiej postawy szukać można w świadomości Żydów jako narodu wybranego zagrożonego prześladowaniami od potężnych ale i przeklętych gojim ("ludów", ethnoi, a więc w jednym słowie zarówno pogan jak i "zwykłych", więc nie-wybranych narodów), i w wierze gnostyków, którzy pośród skażonego, złego i beznadziejnego świata osłaniają przed "ciemnością" swoje "iskry światła". (Tu karta IX.Pustelnik przypomina się z Tarota!)

Sektowa świadomość to "my" - my dobrzy, my oświeceni, my wybrani, my ochrzczeni - kontra "oni - oni źli, oni szatana słudzy, oni potępieni, ono zagrażający nam. Nie ma i nie będzie lepszego wyrazu tej świadomości niż ostatnie strofy "Objawienia św. Jana". Świadomość sektowa wydaje mi się charakterystyczna dla religii jerozolimskiego typu. Łączenie ducha sekty z jakąkolwiek religią, z samym pojęciem religii, wydaje się najtrwalszym dorobkiem, wpływem i dziedzictwem chrześcijaństwa (i szerzej: "jerozolimizmu"!) w naszym myśleniu, w naszych pojęciach i mentalności. "Oświeconemu" Europejczykowi łatwiej jest odrzucić samą religię niż tego ducha sekty. Więc przestrzegam, że to trudny przeciwnik!

Duch sekty nie został jakoś "wymyślony", przeciwnie, jest kontynuacją potężnego instynktu zapewne zapisanego w genach Homo sapiens, mianowicie instynktu - czy archetypu - przynależności. Przez prawie całą swoją genetyczną historię gatunek ludzki żył w niewielkich, znających się wzajemnie grupach krewniaczych, pozostających w konflikcie z innymi takimi grupami. Zawsze był zdefiniowany krąg swoich i pozostający poza tym kręgiem wrodzy obcy. Odejście od swoich lub wygnanie od nich było wyrokiem śmierci na jednostkę, a o przeżyciu grupy decydowało zarówno poczucie jedności ze swoimi jak i odpowiednio wysoki poziom najeżonej nieufności wobec obcych. Oczywiście w szczegółach to się różniło od kraju do kraju. Jak słychać, Australijczycy (Aborygeni) żyli w stanie względnego rozejmu pomiędzy obcymi grupami, podczas gdy ich sąsiedzi przez cieśninę, Nowogwinejczycy (Papuasi) toczyli między sobą nieustanne i niekiedy ludobójcze wojny. Religie (te jerozolimskie zwłaszcza) przechwyciły i wykorzystały na swój młyn ten pierwotny i trudny do ucywilizowania instynkt.

No więc brak tego ducha sekty i samo-określenie się w opozycji do ducha sekty, to jest to, co powinno przyświecać ruchowi sztuk rytualnych, tak jak sobie go wyobrażam.


Brak ducha sekty i instynktu przynależności pociąga jeszcze jedną trudność i wątpliwość. Jak to ogrodzić? Tu winien jestem wyjaśnienia. Sam termin "ogrodzenie" podpatrzyłem u Żydów; u nich, u chasydów chyba, mówiło się o "ogradzaniu Tory"; chodziło o to, że kiedy czyta się Torę, omawia ją i studiuje i praktykuje z Torą, czynności te, jako święte, należy "ogrodzić" przed zewnętrznym światem. Służył temu zestaw rytualnych gestów, których nie miejsce tu przytaczać. Pojęcie "ogrodzenia" można natychmiast przenieść na inne dziedziny, jako że jeśli pewna liczba ludzi praktykuje pewien wspólny zestaw działań, to zachodzi potrzeba należytego zdefiniowania tego, co robią, choćby po to (to jest jakby warunek-minimum), żeby robić TO a nie coś innego. Na przykład uprawiać naukę a nie propagandę, rock a nie jazz, szamanizm a nie psychoterapię. Ogrodzeniem są wszelkie środki służące zachowaniu integralności tej dziedziny. Zaznaczające jej granice. Ustanawiające graniczne "płoty". Frans van de Loght, dzierżyciel śiwaickiego aśramu na górze nad Lanckoroną (zob. "Śiwa nad Lanckoroną"), przy wejściach na teren aśramu ustawił okrągłe kamienie pomalowane na pomarańczowo, w takim samym kolorze, co słoniogłowy bóg-strażnik Ganeśa, którego pomarańczowy posążek znajduje się w kapliczce na wielkim jesionie koło domu. Te kamienie, to strażnicy ośrodka i jak się okazuje, swoją robotę wykonują solidnie: faktycznie, nikt niepowołany tam nie wchodzi i nie docierają tam żadne nieprzyjazne wpływy, a większość ludzi przechodzących obok ruchliwym szlakiem z miasteczka do ruin zamku na szczycie góry najwyraźniej w ogóle hinduistycznego aśramu nie zauważa.

To było ogrodzenie choć symboliczne, ale jednak konkretne w przestrzeni. Częściej chodzi o ogrodzenie w przestrzeni znaczeń. I tu uwaga: jednym ze sposobów na ogrodzenie pewnej szczególnej religii jest uznanie i przyjęcie jej mitologii za prawdę. Ponieważ zewnętrzny świat dla (pewnej, tej oto) religii jest przede wszystkim światem nowoczesnego, naukowego czy raczej pop-naukowego (patrz Inqbus: W klatce światopoglądów) racjonalizmu, więc na ogrodzeniu religii stoi akt zaprzeczenia rozumowi. Tak jak van de Loght ustawiał pomarańczowe kamienie w przestrzeni realnej, tak w przestrzeni znaczeń w jego sandze odpowiednim ogrodzeniem jest uznanie za prawdę ("uwierzenie"), iż jej założyciel zwany Babaji był maha-awatarem Śiwy, a maha-awatar to takie ziemskie wcielenie bóstwa, które obyło się bez ludzkiej matki. Więc ojciec-założyciel tej grupy nie urodził się, lecz swoją boską siłą sam siebie zmaterializował. Jak widać chrześcijaństwo posługuje się w podobnym celu łagodniejszym zaprzeczeniem rozumowi: każe uznać, że jego mistrz urodził się, owszem, z kobiety, ale dziewiczej bez udziału ludzkiego ojca.

Dla wielu współczesnych grup i ruchów raczej okultystycznych lub magicznych niż stricte religijnych (chętnie hurtem zaliczanych do niuejdżu lub pomiędzy jego prekursorów), ale też bardzo bliskich "naszym" sztukom rytualnym i wielokrotnie służących pewnym z nich za inspirację, takim ogrodzeniem zasadzającym się także na zaprzeczeniu rozumowi, jest założycielski blef i przyjęcie tegoż za prawdę. Termin blef założycielski usłyszałem rok temu od Dariusza Misiuny (www.okultura.pl), z którym jadąc razem do Białegostoku odbyłem długą dysputę na ten temat. Blef założycielski pojawia się na początku działalności wielu (większości?) okultystycznych towarzystw, mistrzów i linii przekazu. Papieżyca nowoczesnego okultyzmu Helena Bławatska kazała wierzyć w swoje tajemnicze podróże do wnętrza Azji, spotkania z Białym Bractwem odwiecznych mahatmów i listy pisane do niej przez Mistrza Koot Hoomiego. Topos oświeceńczej inicjacyjnej Podróży-Na-Wschód powtarzano po niej. Gurdżijew, jak twierdził, także odbył, prócz innych wędrówek, podróż w góry Pamiru, gdzie otrzymał przekaz nauk Zakonu Sarmung (którego prócz niego, jak się zdaje, nikt inny nie widział). Po nim, pół wieku później, co jest już pełnym nieprawdopodobieństwem, bo w połowie XX wieku nawet środek Azji przestał być aż tak tajemniczy, podobne okolice wielkich gór środka tego kontynentu zamieszkałe przez nadludzkich Pełnych Mocy Oświeconych miały być miejscem przekazu tajemnych nauk dla Oscara Ichazo, boliwijskiego twórcy-wynalazcy enneagramu. Blef założycielski polega więc na tym, że pewien głosiciel "tajemnych" nauk i praktyk każe wierzyć w to, że owe nauki i praktyki nie są jego pomysłem-wymysłem, lecz że otrzymał je w przekazie z pewnego tajemniczego choć w myśl jego słów realnie istniejącego źródła - od pewnego mistrza, "zakonu" mistrzów lub księgi. Istnienie owych źródeł ani nie zostaje potwierdzone przez niezależnych świadków, ani nie zgadza się z wiedzą i rozsądkiem, należy więc przyjąć, że są one fikcją i "literackim" chwytem. Jednak w towarzystwie wyznawców owego założyciela powątpiewać w prawdziwość źródła jest co najmniej nietaktem... Drugi filar nowoczesnego okultyzmu, Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku (Hermetic Order of the Golden Dawn) nie sięgał po nauki aż tak daleko na wschód i swym źródłem uczynił "Cipher Manuscript", księgę rytuałów magii ceremonialnej odkrytą jakoby w Niemczech i przekazaną przez "Fräulein Sprengel" - osobę poza tym kontekstem nieznaną. W generycznej, dosłownej postaci założycielski blef został powtórzony w latach 1960-tych przez Carlosa Castanedę, który wymyślił swojego rzekomego szamańskiego mistrza Don Juana, jak i swoje inicjacyjne podróże na pustynie Meksyku, a później w podobnym stylu mistyfikował okoliczności powstania "magicznych kroków" tensegrity. Ale czy Castaneda zyskałby rozgłos i wpływ, rząd dusz wręcz, gdyby występował w swoim własnym imieniu? Bardzo wątpliwe, czy by ktokolwiek chciał go słuchać i czytać.

Zaprzeczenie rozumowi ("złamanie rozumu") jest pewnie w jakimś stopniu skuteczne i można by przyjrzeć się temu, czy w naszych "naukowych" czasach nie gra podobnej roli, jak bluźnierstwa przeciw prawdom wiary dominującej religii, które to bluźnierstwa konstytuowały kiedyś opozycyjne sekty. Ale właśnie, sekty. Złamanie rozumu dzieli świat na "nas", wierzących w pewną przeciwrozumną tezę, i "onych", czyli resztę oponującego nam, więc i wrogiego, świata - stwarza więc sektę, przynajmniej in spe. Więc nie podoba mi się ten sposób, nawet pomijając to, że samo łamanie rozumu mi się nie podoba.


Może jest tak, że sztuki rytualne usiłuję tu umieścić w nieodpowiednim dla nich sąsiedztwie, mianowicie w sąsiedztwie religii? Być może tak jest, bo przecież rytuały niekoniecznie muszą być religijne. Ale o ile drugi człon tamtej nazwy, "rytualne", każe umieszczać ten "przedmiot" w sąsiedztwie religii, o tyle pierwsze słowo, "sztuki", woła o sąsiedztwo sztuki. Ale i tu jest niebezpieczeństwo, że silne sąsiedztwo rozerwie i rozproszy, zdezintegruje tę słabą nowość jaką są ritual arts. Z pojęciowym sąsiedztwem w postaci religii już tak okazało się być! A tamto niebezpieczeństwo rozpoznaliśmy jako popadnięcie w sektę. Analogicznym niszczącym niebezpieczeństwem, ale wynikającym z sąsiedztwa sztuki, jest perfekcjonizm połączony z profesjonalizmem, czyli podziałem na wykonawców i widzów. Tym, co ostro odróżnia - przynajmniej w moim pojęciu - postulowane bardziej niż faktycznie istniejące, sztuki rytualne od sztuki jako takiej, jest zasada uczestnictwa. W rytuale trzeba uczestniczyć, inaczej rytuał przestaje być sobą, staje się przedstawieniem, widowiskiem. Przestaje być dokonywany, zaczyna być odgrywany. W rytuale biorą udział wszyscy obecni. Jeśli zasada uczestnictwa pada, rytuał degeneruje się do przedstawienia i odtąd traci swoją wartość. Aż nadto dobrze czułem presję w kierunku takiej degeneracji kiedy prowadziłem swoje warsztaty! Ale z drugiej strony mam bolesną świadomość, że zasada uczestnictwa buduje próg, barierę pomiędzy "nami" a ludźmi, od których wiele moglibyśmy wziąć i nauczyć się, od - po prostu - artystów. I tu jest kłopot, niemały, bo w tej rzeczywistości, którą mamy, artyści zostali przyzwyczajeni i wyedukowani ku byciu perfekcyjnymi zawodowcami dającymi przedstawienia przed publicznością! Tak jak oczywistym jest dla mnie, że kapłan (jakiegokolwiek wyznania) jest innym gatunkiem człowieka, z którym nie znajdę wspólnego języka, podobnie, choć tu już jestem mniej pewien swego twierdzenia, być może innym gatunkiem człowieka jest artysta. I być może przyczyną tego, że moje warsztaty nie przyciągały artystów, są nie tyle moje osobowościowe defekty (które znam), co właśnie strukturalna różnica między sztuką a sztukami rytualnymi. Być może jest tak, że na warsztatach "gramy" takiego bluesa, którego artyści nie czują...


Sztuki rytualne, byt nowy i słaby niby kiełek rośliny, ma wielu ojców, a może i matek. Niewątpliwym ojcem chrzestnym, który nadal mu imię, był Jerzy Grotowski, który od okultysty i gnostyka poszedł do teatru, a stamtąd, nie znajdując tam najwyraźniej zadowolenia, wrócił już ze swym ogromnym teatralnym doświadczeniem znów na pogranicze religii, przystępując do realizacji tego nowego, co nazwał ritual arts. (Jak się wydaje, wykreował - w Pontederze - tylko jeden egzemplarz tych sztuk, tytułowany "Action", patrz recenzja Jacka Dobrowolskiego "Jerzy Grotowski's Dancing Saviour", na razie tylko po angielsku.) Inni przekaziciele - wymieniam tu tych, których poznałem i z którymi ćwiczyłem, nie dlatego, żebym się chwalił, ale dlatego, że uważam siebie i swoją drogę za dość przeciętny i ilustratywny przypadek - częściej działali już raczej "nie wiedząc co czynią", więc dochodzili do sztuk rytualnych z inną intencją. David Thomson przekazywał religijne praktyki Indian Prerii. Victor Sanchez sam siebie definiował jako szamana, choć w tym co robił, był silny nurt swobodnego eksperymentowania ze stanami świadomości, nie patrząc na źródła i wierność przekazowi. Podobnie jako szamana dzisiejszych czasów widział siebie Frank Henderson MacEowen (którego nie poznałem, w Tarace jego tekst Wskrzeszenie gaelickiej tradycji Oran Mor). [Oraz drugi jego tekst: Przywrócenie naszych przodczych kości: odrodzenie szamańskich praktyk w nowym tysiącleciu. Dopisane 24.X.2012.] Można tu wymienić więcej twórców-przewodników, którzy wspólne mają to, że przychodzą z dwóch niejako kierunków: albo od religii, albo od sztuki; czasami z jeszcze jednego kierunku, któremu tu nie poświęciłem uwagi: od psychoterapii. Czy spotkają się? Czy "byt nowy i słaby" faktycznie kiedykolwiek urośnie? - Czy rozpadnie się? - Mylony z czymś innym, czym nie jest, jak młody brzydki łabędź z pięknymi kaczkami.


Wojciech Jóźwiak
taraka@taraka.pl
16 grudnia 2006





  < poprzedni    1    2    3    4    5    6    7    (8)  

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)