Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

17 marca 2012

Robert Palusiński

Rzut okiem na szamanizm po szesnastu latach praktyk


Zimą nadszedł dla mnie czas spoglądania wstecz. W chwili refleksji zauważyłem, że minęło ponad 16 lat od kiedy w tej czy innej formie praktykuję szamanizm. Szesnaście lat – to prawie dorosłość :) . Przed 14 laty napisałem też książkę „Szamanizm w praktyce”, która miała dwa wydania (pierwsze w 1999 roku) i dostała się nawet do spisu lektur niektórych kierunków szkół wyższych.

W tamtych czasach, pod koniec lat 90-tych, niewiele osób u nas prowadziło praktyki i warsztaty inspirowane szamanizmem. Przyjeżdżali wtedy z warsztatami Mattie Davis-Wolfe i David Thomson i kilka osób inicjowanych przez tę parę prowadziło możliwie wiernie praktyki przekazywane przez nich, w tym szałas potu. Inne osoby miały przekaz praktyk wywodzących się z rdzennej Ameryki, choć adaptowanych na potrzeby osób „białych” – mam tu na myśli tradycję zapoczątkowaną przez Sun Bear'a oraz przyjeżdżającego do Polski, a potem osiadłego w pobliżu Krakowa Srebrnego Lisa wraz z żoną Danutą Ogaoeno. Oraz byli „tubylcy”: Wojciech Jóźwiak i ja prowadziliśmy warsztaty w stylu nazwanym przez Wojtka „Twardą Ścieżką” i gdzie twórczo interpretowano praktyki z różnych tradycji. Zapewne nie wiem o wszystkich osobach praktykujących wówczas szamanizm, ale niewątpliwie w porównaniu do czasów współczesnych, roku 2012, była to naprawdę znikoma liczba.

Patrząc teraz na liczne oferty warsztatów, listy dyskusyjne, grupy na Facebooku, na szerokie spektrum osób uczestniczących w ceremoniach świętych roślin i innych tradycji południowo-amerykańskich lub hawajskich (Huna), domyślam się, że dzisiaj w Polsce liczbę osób praktykujących (choćby przez krótki czas) różne formy szamanizmu można liczyć na dziesiątki tysięcy! Jeśli ta liczba wydaje się przesadzona, to możemy dołączyć do tego wszelkie warsztaty czy praktyki, które mają w sobie nazwy „szamańskie” (np. „szamańska tantra serca” – cokolwiek to znaczy ;) – a wówczas osiągniemy naprawdę imponującą liczbę. W każdym większym mieście spotkasz osoby organizujące i prowadzące dla innych szamańskie podróże, pracę z roślinami czy temu podobne. Zatem zakres, powszechność i liczebność to jedna z różnic dostrzegalnych po latach.

Kolejna z ogromnych zmian jakie dostrzegam, to prawdopodobnie związany z szeroką popularyzacją zjawiska sam stosunek do szamanizmu. Choć dzisiaj może to zabrzmieć zdumiewająco (zwłaszcza dla osób przed trzydziestką), to kiedy 15 lat temu wynajmowałem pomieszczenia na warsztaty szamańskie zdarzało się, że odmawiano mi wynajęcia sali czy ośrodka lub przez długi czas musiałem tłumaczyć wynajmującym, że szamanizm to nie satanizm! Myślę, że zmiana jaka nastąpiła w tym zakresie jest w dużej mierze owocem mojej pionierskiej pracy i paru innych osób – w tym wydawcy Taraki :)

Jednak popularyzacja zjawiska i praktyk szamanistycznych wiąże się także z rozszerzeniem definicji szamanizmu, a nawet z jej rozwodnieniem. Kiedy w swojej książce definiowałem pojęcie i postać szamana, opierając się na wielu źródłach i inspiracjach, pisałem tak:

Słowo "szaman" pochodzi od Ewenków w dalekiej Syberii i oznacza osobę parającą się uzdrawianiem przy udziale pomocnych duchów. W języku tunguskim słowo to oznacza także "tego, który jest podekscytowany, poruszony" i stanowi aluzję do "trzęsienia się" szamana podczas tańca i obrzędu (Kazanowicz, 1924). Niektórzy wiążą je z palijskim (język używany w Indiach przed sanskrytem) śamana. To słowo jest w swej etymologii wiązane również z gorącem i wiedzą. Inni badacze wywodzą to słowo od saman, południowego pochodzenia, co oznaczało "ascetyczny" lub kogoś, "kto uprawia umartwianie się", oraz "nagrzewa się", panuje nad ogniem.

Szaman uzyskuje wiedzę i moc duchową od pomagających mu duchów. Duchy pozwalają się spotkać i poznać w innych światach, tam szaman zaznajamia się z nimi, czasem je oswaja, czasem przekształca, a czasem walczy z nimi czyniąc z nich swoich sprzymierzeńców. Szaman wędruje pomiędzy światami. Wymiary i odległości jego podróży (podobnie jak "królestwo" Chrystusa) są nie z "tego świata". W swych podróżach szaman świadomie wkracza do krain, które normalny człowiek spotyka tylko w snach, mitach i legendach. Stamtąd pochodzi jego wiedza o uzdrawianiu czyli przywracaniu równowagi chorej osobie, otoczeniu, plemieniu i samej planecie Ziemi. Bez względu na to jak cudowne lub przerażające byłyby to krainy, szaman dzięki swym pomocnym duchom zna drogę powrotu i potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji.

Każdy szaman ma własne duchy, które dają mu moc i wiedzę. Im potężniejszy jest szaman tym więcej pomaga mu duchów. Odpowiednie grupy duchów pomagają w poszczególnych problemach czy chorobach.

Na kartach tej książki podkreślałem często, że: „Tradycyjnie szaman działa z jednej strony w sferze duchów i duchowych mocy, a z drugiej strony stoi na straży plemiennych tradycji, obyczajów, rytuałów i struktury społecznej. Jest żywym zapisem historii plemienia, a także jego doradcą i konsultantem. Jest także zwykłym członkiem plemienia: myśliwym, rolnikiem, zbieraczem, wojownikiem. Jego sposoby leczenia i uzdrawiania tym różnią się od metod babci zielarki, że przy wyborze ziół radzi się swoich duchowych doradców. Podobnie postępuje przy interpretacji snów czy podczas rozwiązywania istotnych osobistych lub społecznych problemów.

Kiedy ukazywała się ta książka, bardzo istotne było dla mnie przekonanie, że szaman/ka żyje-istnieje w obrębie plemienia/społeczności i dla niej oraz poprzez nią działa. Że bez tej społeczności nie spełnia warunków definicji, a nawet, że faktycznie „nie istnieje”. We większości struktur plemiennych „ja” istnieję tylko w relacji do innych członków mego plemienia. Bez „nich” nie ma „mnie”. Jestem jak palec dłoni – którą jest plemię. Pięknie opisuje to filozofia Ubuntu: „istnieję, bo ty istniejesz”. Zatem określenie i umiejscowienie szamana w strukturze społecznej nie było czymś wyjątkowym, ale takim samym jak dla każdego członka plemienia. Bez plemienia nie byłoby „ciebie”. To nie jest czyste teoretyzowanie: Biali Australijczycy wielokrotnie wyrażali zdumienie, kiedy widzieli jak na pogrzeb członka aborygeńskiego plemienia ściągały klany porozrzucane w odległościach dziesiątek kilometrów od siebie i od miejsca gdzie żył zmarły. Kiedy (w epoce przed telefonami) pytali: „Skąd wiedzieliście, że pan X zmarł?” – słyszeli odpowiedź: „A jakby ci ktoś palec uciął, tobyś nie wiedział?”

Dziś nadal dostrzegam społeczną funkcję oraz kontekst postaci szamana, ale nie jestem już tak mocno przekonany do tego społecznego aspektu jako niezbędnego i koniecznego do identyfikacji postaci szamana. Bierze się to z coraz mniejszego przywiązania do określonego miejsca i czasu. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu nielokalności: szaman/ka jest zawsze i wszędzie. Potrzeba definiowania określonego zjawiska jest z pewnością korzystna z punktu widzenia łatwości i skuteczności komunikacji. Pozwala nam wyznaczyć pewne ramy odniesienia, punkty czy kryteria. Jednak uściślając precyzyjnie jakieś zjawisko „zamrażamy” je w ramach wyznaczonych przez określony kontekst kulturowy, leksykalny i znaczeniowy. Tak jakbyśmy wykonali fotografię martwej natury i to w tylko biało-czarnej technice. To niby nadal natura – tyle, że martwa i bezbarwna.

Definicję szamanizmu tworzyli biali ludzie z Europy, którzy nigdy sami nie liznęli doświadczalnie „fachu” szamana. Sam Eliade pisząc swoją książkę „Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy” ani nie widział na żywo syberyjskiego szamana, ani nie doświadczył opisywanych przez niego technik ekstazy. A przecież to ten właśnie badacz wpłynął na pojęcie szamana w świecie zachodu w równym stopniu jak film „Terminator” na zmianę znaczenia „swojego” słowa we współczesnej Polsce. (Kiedyś słowo terminator znaczyło zupełnie co innego ;). Oczywiście można tutaj oponować, stwierdzeniem, że ornitolog nie musi umieć latać. Tym niemniej z punktu widzenia np. kruka, ornitolog w najmniejszym stopniu nie zna kruczego doświadczenia.

W tym kontekście chciałbym się zastanowić nad tym, czego doświadcza „polski/a szaman/ka”. Inspiracją są dla mnie komentarze internetowe oraz komunikacja bezpośrednia. W obserwowanym dialogu wielu postaci i stanowisk dostrzegam z jednej strony rzeczywistą determinację i po-święcenie konieczne na ścieżce wiodącej do „tytułu” szamana – bo to faktycznie – zwłaszcza naszej kulturze – nie jest łatwe.

Dostrzegam także szacunek, jakim wiele osób darzy postać i rolę szamana oraz pragnienie jej precyzyjnego określenia wraz z dostosowaniem się lub ewentualnym nieprzystawaniem do definicji lub znaczenia słowa „szaman/ka”. Mam głęboką nadzieję, że stoi za tym pragnienie czystości przekazu i metody oraz inne aspekty związane z uczuciami i samymi duchami, które tego właśnie chcą.

Jednak z drugiej strony, chęć dopasowania działań tych czy innych osób zajmujących się szamanizmem oraz pochodnymi praktykami do pewnego, określonego standardu oraz określanych przez nich kryteriów uważam za potencjalną arogancję i "klanowość" lub – ewentualnie – za chęć stworzenia zamkniętej kasty, „gildii” osób zgadzających się na wypełnienie określonych przez daną grupę kryteriów pozwalających nazwać osobę szamanem czy szamanką.

W tym miejscu odczuwam cierpienie dwojakiego rodzaju: po pierwsze: kiedy piętnaście lat temu zaczynałem uczyć innych podstaw praktykowania szamanizmu, starałem się przekazać na ile umiałem swoje przekonanie o tym, że po pierwsze: sam szamanizm jest nieodrodną częścią natury człowieka, który spełnia ludzkie potrzeby na tyle dobrze, że nie uległ zanikowi czy wymarciu przez dziesiątki tysięcy lat, co przecież było (i będzie) udziałem wielu religii. Każdy z nas jest w pewnym stopniu szamanem lub nosi w sobie obraz, pierwiastek czy archetyp szamana. „Śnienie” szamana jest od-wieczne i niezniszczalne i nie można go „opatentować”.

Po drugie: osoby z kręgu kultury Białych – Amerykanów europejskiego pochodzenia - nazywając siebie szaman(k)ami popełniają przestępstwo kulturowego kolonializmu, który niewiele się różni od kolonializmu terytorialnego.

Coraz wyraźniej widzę, że kiedy „biały” z Europy czy Północnej Ameryki nazywa siebie szamanem, to kontynuuje to, co działo się setki i dziesiątki lat temu: po wykradzeniu Pierwszym Narodom ich ziemi, zgwałceniu ich kobiet i wymordowaniu setek tysięcy ludzi – kradniemy im teraz najcenniejsze nazwy oraz dobra i staramy się zaszufladkować je w naukowych definicjach.

Chciałbym zaapelować tutaj o refleksję i zastanowienie nad tym zjawiskiem. Chciałbym poprosić wszystkich czytających, żeby nie kolonizować i nie wykradać rdzennych praktyk od ludzi, którzy być może już nic więcej prócz tego nie mają. Jako biała rasa zabraliśmy im praktycznie wszystko. Kolonializm kulturowy na dłuższą metę jest gorszy od zabierania ziemi i środków do życia. W tym mieści się także kradzież znaczenia słowa szaman/ka – z jednej strony poprzez samą definicję: bo kimże jesteśmy, by to zjawisko definiować. Być może już teraz może się okazać, że ktoś znad Bajkału zupełnie nie przystaje i nie pasuje do naukowej definicji słowa szaman/ka, podczas gdy wiele osób w Polsce jak najbardziej spełni te kryteria. Z drugiej strony poprzez wypaczenia związane z samą warstwą znaczeniową tego pojęcia – jak to się dzieje, pokazałem na przykładzie słowa „terminator” (które dawniej znaczyło: uczeń rzemieślnika).

Co można zrobić w tej kwestii? Zasadniczo nie jest to trudne: po prostu trzeba o tym mówić i za każdym razem, gdy się korzysta z takich czy innych praktyk – należy powtarzać skąd one pochodzą i oddawać im oraz związanych z nim ludom szacunek. Byłby to rodzaj duchowych copy-rights lub kulturowej ekologii. Mam świadomość, że to może okazać się nie takie łatwe i być może nie ma na to ani kulturowego ani wewnętrznego zezwolenia.

Jednak żeby zobrazować o co mi chodzi, lubię podawać taki przykład: do niedawna biali ludzie wchodzili na świętą górę Uluru w środku Australii, by doenergetyzować się i "zdobyć szczyt". Niektórzy nadal tak czynią. W Polsce robimy tak z Radunią, Ślężą czy Łyścem. Aborygeni australijscy, którzy wchodzili na Uluru tylko w celach ceremonialnych w czasie ich świąt, sprzeciwiali się temu i odwracali sytuację mówiąc: "Jak to jest? Przecież gdybyśmy przyjeżdżając do Europy włazili na dachy waszych Notre Dame czy innych kościołów mariackich, to bylibyście zbulwersowani!"

Podkreślę jednak, że jest we mnie także wspominana wcześniej druga strona (medalu?) która przypomina, że każda/y z nas jest szamanem/ką! Cóż za niemożliwa sytuacja !!!
Przypominają mi się członkowie i członkinie Starszyzny różnych plemion mówiący o tym, że nadszedł czas podzielić się wiedzą, ceremoniami i tradycją z tymi, którzy się pragną uczyć. Przypominają mi się ci – jak Sun Bear, Srebrny Lis i wielu innych, którzy uczyli białych. I przypomina mi się Czarny Wapiti (Black Elk, 1863-1950 – imię często mylnie tłumaczone jako „Czarny Łoś”), który był Siuksem, wielkim szamanem, wizjonerem, dzierżycielem świętej fajki i twórcą otrzymanych w wizjach rytuałów, które wprowadzone w życie uratowały jego plemię.

W jednej z wizji Black Elk powiada: „Ujrzałem siebie na centralnej górze Świata. Tą górą był szczyt Harney w południowej Dakocie”. Przy czym od razu dodawał: „Ale góra centralna jest wszędzie”.

Dla Czarnego Wapiti szczyt Harney to metafora, a nie konkretne (choć faktycznie istniejące na mapie) miejsce. Wizja Góry wskazuje poza jednostkę – czyli także poza pojedynczego, konkretnego szamana. Jest czymś znacznie więcej. Na tym poziomie wglądu widzi się energie, które nie należą do nikogo, ani do żadnego konkretnego miejsca (to rodzaj poglądu, który podkreśla także Joseph Campbell – od którego zresztą wziąłem ten przykład). Góra czy szaman/ka w tym kontekście to czyste pojęcia lub poza-osobowe (transpersonalne) „Śnienie”: każdy/a człowiek może je zasiedlić, byty tych pojęć/idei nie należą do nikogo – albo mówiąc inaczej należą do Matki Ziemi oraz do tych mocy, które stworzyły Wszechświat i między innymi nas.

To odwiecznie istniejące śnienie, które nieustannie działa burcząc jak potężny silnik w podziemiach planety, potwierdzają swymi odkryciami liczni antropolodzy, którzy zauważyli, że szaman przeżywa mityczny (archetypowy także) scenariusz bytu Zranionego Uzdrowiciela a także mesjasza-zmartwychwstańca powielany w niezliczonych religiach i mitach, np.: Inanna/Isztar (pradawna szamanka władająca zwierzętami i podróżująca do krain podziemnych), Ozyrys, Attis, Odyn, Dionizos, Zaratustra, w końcu Jezus. To wciąż i na nowo jest powtarzane i odkrywane pokolenie po pokoleniu w przeróżnych odmianach.
Motyw wewnętrznego szamana(ki)-w-nas jest wszechobecny i archetypowy. To w tym właśnie kontekście Jung mówi o archetypie zranionego uzdrowiciela (w greckiej mitologii był to Chiron/Chejron oraz jego uczeń – pierwszy lekarz leczący snami – Asklepios) i o jego dynamice: bo to nie uzdrowiciel/terapeuta/szaman uzdrawia! Dzięki spotkaniu (ongiś zranionego i wyleczonego) Uzdrowiciela z uzdrawianym („chorym”), zostaje uruchomiony wewnętrzny aspekt/energia Zranionego Uzdrowiciela w „chorym/uzdrawianym”. Dzięki temu spotkaniu-inicjacji, wewnętrzny zraniony uzdrowiciel „chorego” uzdrawia "chorego". Oczywiście z punktu widzenia szamanizmu również Wewnętrzny Uzdrowiciel jest jak najbardziej duchem. Zatem to duch Wewnętrznego Zranionego Uzdrowiciela uzdrawia!

Zauważmy, że także w klasycznym uzdrawianiu szamańskim, to nie szaman „uzdrawia”, ale duch pomocniczy szamana/ki „dogaduje się” z duchami choroby i/lub duchem opiekuńczym chorego. Szaman/ka jest jedynie inicjatorem procesu uzdrawiania.
Innymi słowy: tak jak święta/centralna góra Black Elk'a jest wszędzie, tak i szaman, wewnętrzny, zraniony uzdrowiciel jest wszędzie: w każdym i w każdej z nas, włączając w to wszelkie istoty Planety. (By to zrozumieć, nie potrzeba teorii hologramu, kwantowego splątania, opisu lokalizacji „cząsteczki szamana” za pomocą funkcji falowej, nie-lokalności itp. - choć można by ich tu użyć.)

Szaman/ka jest nielokalny i nie-realna. Co więcej: to nie szaman/ka uzdrawia! Szaman/ka okazuje się być katalizatorem i pośrednikiem wzbudzającym uśpiony potencjał samo-leczenia.

Patrząc z tego punktu widzenia, wszelkie próby stworzenia ekskluzywnego „klubu szamana”, który pasowałby do określonej definicji wydają się być nieuprawnioną uzurpacją, by nie powiedzieć urojeniem wielkościowym. Chciałbym mieć nadzieję, że przemijającym.
Zjawisko, postać i archetyp szamana są zatem nielokalne: znajduje się w każdym czasie i w każdym miejscu naraz – a zatem potencjalnie także w każdym i każdej z nas. Być może ten archetyp również podlega przemianom, czego moim zdaniem jesteśmy właśnie świadkami. Podejrzewam, że za dwadzieścia lub pięćdziesiąt tysięcy lat ten archetyp z pewnością będzie nieco inny – o ile ludzkość dotrwa do tego czasu, by móc zaobserwować zmianę.


Robert Palusiński




komentarze

1. Mam kilka pytań • autor: Nierozpoznany2012-03-17 14:42:47

Przeczytałam pański artykuł o szamanizmie i jestem ciekawa jak wygląda rozwój duchowy ludzi młodych, w wieku 20-35 lat. Jaki jest przedział wiekowy osób, które decydują się m.in. na „Szałas Potu”? Jak to wygląda z perspektywy przepracowanych lat „w tym temacie”? Czy zauważyli Państwo więcej chętnych, młodych ludzi, którzy pojawiają się na takich warsztatach? Tak, Państwa, bo te pytania kieruję do osób które organizują takie warsztaty do Pana, Wojtka Jóźwiaka i pana Jana Szeligi.
Pytam, bo jestem ciekawa, sama nigdy nie uczestniczyłam w warsztatach z bębnem czy Szałasem Potu. Wydaje mi się, że to nie lada wyzwanie uczestniczyć w takich warsztatach, w końcu ci nieśmiali przełamują swoje opory (nagość przed nieznajomymi osobami) i strach, by przejść po rozżarzonym ogniu? To chyba akt odwagi z ich strony, by uczestniczyć w takich warsztatach, biorąc pod uwagę fakt, że oferty konkurencji według mniej są mniej złożone?
Jeśli chodzi o szamanizm, czyli rozwój duchowy, to myślę, że młody człowiek, jeśli ma taką potrzebę pojawia się na różnorodnych warsztatach, poszukuje „swojej bajki”, jeśli znajdzie wtedy bardziej „zgłębia temat” i rozwija wiedze w danej dziedzinie. Ciekawość mnie „zżera” jak wygląda sprawa szamanizmu wśród młodych osób? Czy są chętni, czy zaobserwowali Państwo „przypadki” osób w tym przedziale wiekowym, którzy powracają na Państwa warsztaty i z chęcią „praktykują”?
Wiem, być może „uczepiłam” się tego tematu ale…skoro istnieje tak potężny portal o szamanizmie to myślę, że idea ma zwolenników w szerszym kręgu ale czy ilość młodych osób jest imponująca?
Postawiłam jeszcze inne pytanie: Kiedy u młodego człowieka (w wieku 20-35 lat) zaistnieje taka potrzeba, by zainteresować się rozwojem duchowym? Mają Państwo jakąś koncepcję?
Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że w wieku 20-25 lat raczej nie rozwijałam się duchowo, nie przywiązywałam do tego wagi, dopiero gdy zaczęło coś szwankować w moim życiu (na zasadzie „nie tak miało być”) zaczęłam poszukiwać…Mimo to, myślę, że są młode osoby, które mają potrzebę rozwijać się duchowo bez konieczności zaistnienia boom w ich życiu.

Z chęcią bym przeczytała taki artykuł, w którym kilka młodych osób ( w tym przedziale wiekowym) dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o swoim rozwoju duchowym, poszukiwaniach „swojej bajki” (tak jak Wojtek zrobił to w artykule „Praca z Bogami”). Wiadomo, że ktoś może stawiać pierwsze kroki i nie musi mieć zbyt wiele doświadczeń ale…na pewno jakieś ma. To oczywiście jest Wojtek propozycja :).

Viki
[foto]

2. Wiek uczestników szłasu potu • autor: Wojciech Jóźwiak2012-03-17 18:44:03

Droga Viki,
mam przed oczami ostatni szałas potu na Pełnię, 8 marca. Oto wiek uczestników:
mężczyźni: 61 lat (ja), 48, ok. 40, ok. 40, 28.
Kobiety: ok. 40, 36, 31.
Więcej odpowiem w swoim blogu.

~Wojtek

3. Szufladkizm namaszczony. • autor: Nierozpoznany2012-03-17 19:12:47

A dlaczego nie nazwać "palusizmem" praktyk Palusińskiego czy "jóźwiakizmem" tego, co robi Jóźwiak? Co załatwia akurat "szamanizm", skoro to nie jest dokładnie (bo nie może być!) ta praktyka, która nosi tę nazwę w oryginale? Tak by było sprawiedliwie i uczciwie. No i bez tych wszystkich rozterek, rodem z auli uniwersyteckiej.
Czy może jest to (prze-ważnie) chwyt marketingowy dla lepszej przyswajalności - dla gapiów i "targetu"?
Może nadanie dodatkowej (czy uprawnionej?) rangi swoim pracom?
A może jeszcze coś innego?
Fetysz - sam w sobie?
(Uwaga - to nie jest ocena konkretnej osoby czy jej pracy!)
A może wcale nie nazywać?
Albo zupełnie neutralnie.
Czepiam się? Niezupełnie, ponieważ nazwy potrafią wiele. Dobrego i złego!

Z jednym się zgadzam w całej rozciągłości. TO jest wszędzie i zawsze. Dodam jeszcze - jest ogólnodostępne :)))
Ukłony - Foruser



Drogi Foruserze, piszesz tak, jakbyś NIE czytał tekstu, pod którym się dopisujesz. Z całym szacunkiem - Wojciech Jóźwiak




Drogi Wojtku.
Przeczytałem UWAŻNIE!
Nie chodzi mi o niczyj dorobek (szacunek!) a o pewne naciąganie terminów. W tym przypadku - SZAMANIZM, SZAMAN, etc.
Sam kiedyś używałem tego terminu, w stosunku do swojej roboty - lata temu. Do pewnego momentu. Obecnie nie pozwalam już sobie na to, choć brzmi ów termin dobrze i jest na tyle nijak określony, że można sobie na wiele pozwolić pod jego płaszczykiem. Też sobie pozwalałem...

Zróbmy inaczej.
Przykładowy człowiek z dorzecza Amazonii, znajduje się nagle w Warszawie. Trafia przypadkiem do budynku kościoła katolickiego - na mszę. No, wiadomo - fajnie jest, bo kolorowo, śpiewają i w ogóle - cegła, szkło i cały wypas... Jest pod wrażeniem!
Zachęcony swoim zauroczeniem (!), kupuje sobie księże szatki (w Caritasie są do kupienia lub na "ciuchach") i wraca do swoich. Jeżeli będzie miał siłę przebicia, to uzyska w wiosce pozwolenie na budowę nowej chaty z krzyżem na czubku. Jako nieszkodliwy dziwak :)
Po kilku latach będzie (w tym kawałku dorzecza Amazonii) guru od chrześcijaństwa i pośrednictwa z jakimś dziwnym (może nawet szanowanym - miejscami) bogiem. Będą się schodzili ludzie, jedli opłatki i szeptali różne rzeczy w wyplatanym konfesjonale. Będą chodzili co niedzielę, tylko...
Pytanie:
Czy to oznacza, że on jest chrześcijańskim "pasterzem dusz" a oni wszyscy chrześcijanami?
On w to uwierzy - po pewnym czasie. Reszta - w różnym stopniu - też. ALE...

Pozostaję z prawdziwym szacunkiem dla PRACY Twojej i Tobie podobnych. Ale z szamaństwem to (chyba - moim zdaniem) ma niewiele wspólnego. Chyba, że tak sobie używamy nazw, jak przykładowy człowiek znad Amazonki.
Do pozostałych treści, zawartych w artykule - w tych komentarzach nie odnoszę się!
P.S.
Jeżeli komukolwiek "brzęczy" przykład "chrześcijański", może sobie podłożyć dowolny kult.
Ukłony - Foruser

[foto]

4. Odpowiedź dla Viki • autor: Jan Szeliga2012-03-17 19:57:06

Patrząc z perspektywy 10 lat i około 100 szałasów potu w których brałem udział, powiem że wiek uczestników szałasów potu wahał się od 3 lat do sześćdziesięciu paru. Nie ma tutaj jakiejś wyraźnej przewagi ludzi w określonym wieku. Czasem przeważają ludzie młodzi w wieku 16-30 lat, a czasem 40-50.
Pytasz czy uczestnictwo w takich warsztatach jest dużym wyzwaniem dla ich uczestników?
Czasami tak, jednak zauważyłem że gdy już jesteśmy w trakcie warsztatów, to uczestnicy bardziej zwracają uwagę na korzyści wynikające z odbycia danej praktyki, niż przejmują się tym, co mają zrobić aby dokonać np przejścia po ścieżce ognia.
Sama nagość w szałasie potu, też staje się czymś naturalnym (nikogo nie dziwiącym) gdy już zaczniemy robić tę praktykę.

Jeśli chodzi o warsztaty które ja organizuję, to podkreślam wyraźnie że są to Warsztaty Twardej Ścieżki - patrz definicja.
Nigdy nie mówię że "są to warsztaty szamańskie" po których ktoś "zostanie szamanem". Co prawda korzystamy tutaj z praktyk, które są zdobyczami szamanizmu, jednak ani tradycyjnego szamanizmu nie uczymy ani nie uczymy jak takim szamanem zostać.
Z perspektywy lat uprawiania tych praktyk, powiem że przyczyniają się one w bardzo istotny sposób do rozwoju naszej świadomości w postrzeganiu zarówno nas samych, innych ludzi, jak też całego świata który nas otacza.
Jest to dla mnie wystarczający powód aby te praktyki uprawiać i zachęcać innych do ich odbycia.
Zauważyłem , że wielu uczestników takich warsztatów, odnajduje w takich działaniach coś dla siebie i do nich często powraca.

Z chęcią bym przeczytała taki artykuł, w którym kilka młodych osób ( w tym przedziale wiekowym) dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o swoim rozwoju duchowym, poszukiwaniach „swojej bajki”

Przewertuj Tarakę, a myślę że coś na ten temat tu znajdziesz.
Zapraszam też na warsztaty. Tutaj nie musisz mieć żadnego doświadczenia w tym temacie. Wystarczy że otworzysz się na siebie, na innych i na przyrodę, a wtedy dużo może się wydarzyć :)

5. wiek uczestników cd • autor: Nierozpoznany2012-03-18 08:52:57

Dzięki Wojtek za szczerą odpowiedź co do wieku uczestników ostatniego warsztatu, poczekam, aż rozwiniesz temat na swoim blogu.

Pozdrawiam
Viki

6. O warsztatach cd • autor: Nierozpoznany2012-03-18 09:01:47

Dziękuję panie Janie za odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, które zaspokoiły moja ciekawość i w jakimś stopniu przybliżyły temat (chodzi o atmosferę na warsztatach). Z tego wynika, że takie Warsztaty Twardej Ścieżki (sorki za to iż wcześniej pomyliłam pojęcia) znajdują zwolenników wśród osób młodych, którzy często powracają na pana warsztaty i odnajdują coś dla siebie.
Przeczytałam także artykuły Taraki (oczywiście nie wszystkie, bo przecież ja jestem tu od niedawna, a Taraka ma potężny zbiór) i wiem, że wiele osób spisało swoje doświadczenia w rozwoju duchowym opowiedziało o tym jak odnalazło „swoją bajkę”. Jednak na takich spisach brak jest danych na temat wieku (oczywiście wiadomo, że to sprawa prywatna tych osób), wiec stąd pomysł, by powstał artykuł na kilka rąk, by spisać doświadczenia osób w tym przedziale wiekowym (na kilka rąk tego wcześniej nie było :)) Oczywiście była to tylko „luźna propozycja” z mojej strony, nic szczególnego.

Dlaczego wyskoczyłam wczoraj z tym tematem? Bo przeczytałam artykuł na interii o kobietach, które chodzą do terapeutów- jedna z nich siedzi na „kozetce” już 6 lat i praktycznie nie zakończyła terapii, druga trafiła na kogoś kto podawał się za terapeutę (miał uprawnienia nie pamiętam jakie ale nie był to terapeuta). No i stwierdziłam, że są osoby, które w razie potrzeby chodzą do terapeutów (te trafiły akurat niezbyt dobrze), by rozwiązać swoje problemy, pomyślałam też, że inna grupa młodych ludzi w razie boom „wyciąga asa z rękawa” czyli korzysta z wiedzy nabytej na warsztatach/kursach.

Podkreślę tutaj, że np.: huny, kontaktu z Naturą, nawiązywania kontaktu z Duchem Opiekuńczym, czy medytacji dynamicznej (np.: taniec) nie uczą w tradycyjnej szkole, a szkoda. Dlaczego? Bo to jest jest o wiele przydatniejsza wiedza(w razie kryzysu młodego człowieka), który być może dzięki nabytej wiedzy (lub praktyki) sam wyjdzie z „dołka” lub „całkowicie go ominie”. To tyle „moich wyjaśnień”.

Acha dziękuję za zaproszenie na Warsztaty, pomyślę nad tym.
Pozdrawiam
Viki

7. terapie.... • autor: Nierozpoznany2012-03-18 10:26:57

Droga Viki,

z tą długością czasu terapii i "warsztatowania" bywa różnie. Czasem rzeczywiście występują "wiążący" i uzależniający od siebie terapeuci - i to jest smutne. Jednak z drugiej strony nikt z nas nigdy sam/a nie zobaczy własnych pleców - by nie powiedzieć - ich dolnej części. Ja sam korzystam z terapii już od 15 lat -- choć od wielu lat nieregularnie - w razie potrzeb i uczęszczam także na różne warsztaty :). Pozdrawiam .
[foto]

8. terapeutyczne działanie warsztatów • autor: Jan Szeliga2012-03-18 12:36:07

Chociaż nigdy nie reklamowałem ani nie zamierzam reklamować warsztatów które prowadzę jako "terapeutyczne" , to jednak
na podstawie kilkuletnich obserwacji muszę stwierdzić , że takie działanie terapeutyczne występuje u uczestników warsztatów.
Zwykle bardzo uważnie obserwuje uczestników moich warsztatów, ich zachowanie przed warsztatami, w trakcie i po warsztatach.
Zawsze widzę jak otwierają się oni co raz bardziej na siebie i na innych, o czym piszą w swoich wrażeniach z warsztatów.
Czytaj tu Szukanie inspiracji do malowania Vedic Art za pomocą praktyk Twardej Ścieżki
i tu Warsztaty Twardej Ścieżki w Rzepniku
Tak więc myślę że nie zaszkodzi spróbować rozwiązać swoje problemy w ten sposób, jeśli inne metody dotychczas stosowane zawiodły.

9. Terapie/warsztaty/kursy • autor: Nierozpoznany2012-03-18 13:49:41

Panie Robercie dziękuję za odpowiedź. Jednak myślę, że nie z każdym problemem trzeba latać do terapeuty, by spojrzał na czyjeś plecy i zobaczył co się znajduje prócz „dolnej partii ciała”. Czasami niektórzy przesadzają. Myślę, że wiedza nabyta na warsztatach czy jakiś kursach (o ile przypasuje danej osobie i stwierdzi, że to jest jego „bajka”) może wystarczyć by pokonać chwilowe „zawieszenie” lub stres. Z drugiej jednak strony jak poczytam o kursach 4-dniowych, po których ktoś staje się uzdrowicielem siebie lub innych to z moich prostych włosów robią się loczki :). Więc ogólnie dystansik mam.

10. ad reklamy warsztatów • autor: Nierozpoznany2012-03-18 13:52:17

Panie Janie dziękuję za reklamę Warsztatów, tak jak napisałam wcześniej przemyślę tę propozycję. Jeśli bym się pojawiła to po to by stwierdzić, że „mocna babka” jestem, bo przeszłam po rozżarzonym ogniu :). Natomiast jeśli chodzi o te panie, które siedzą u terapeuty i się nadziały-niestety nie mogę odnaleźć tego artykułu wczorajszego, by zaproponować im Pana link, mówi się trudno.
Jeśli o mnie chodzi to „o dziwo” chyba znalazłam swoją bajkę i powoli się oczyszczam :), nie jest to terapia ale czasami korzystam z wiedzy osoby, która ją posiada :).
[foto]

11. Odpowiedziałem Viki w "Autopromo 2" • autor: Wojciech Jóźwiak2012-03-19 10:54:33

[foto]

12. Odpowiadam dalej • autor: Jan Szeliga2012-03-26 17:45:40

Też jeszcze coś dorzuciłem w odpowiedzi dla Viki.
Strażnicy Twardej Ścieżki

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

.RN
x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)