Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

21 marca 2017

Agnieszka Dołengiewicz Rajeshwarymai

Sabka Malik Atma
Podróż do aśramu Śri Janglidasa Maharaja

Kategoria: Własne doświadczenia
Tematy/tagi: Indiejogamistrzowie duchowipodróże

Przylot do Bombaju, ulubionego miasta w Indiach. Na lotnisku leniwe popołudnie. Czysto, schludnie i cicho, co mnie dziwi, bo pamiętam rwetes, ścisk, przepychanki i pełno dzieci pociągających za rękaw. A więc miła niespodzianka po długim locie – cisza i spokój, mogę zaczerpnąć ciepłego powietrza z zapachem Indii.

Dalej również wszystko gra: taksówka wiadomo gdzie i do tego niedrogo, miły, drobny pan zabiera nas z lotniska. Po żmudnej zimie wreszcie wita mnie słońce: piękne, jaskrawe, intensywne SŁOŃCE. Bombaj zalany słońcem, po drodze palmy, zero korków, we włosach wiatr. Po chwili jazdy zdumiewa mnie brak porażających, hałaśliwych i wszechobecnych klaksonów. Trudno uwierzyć, ale w Bombaju przestali wściekle trąbić! Niesamowita niespodzianka, wielka zmiana. Okazuje się, że wprowadzono przepis z zakazem trąbienia i kierowcy go respektują, ponieważ za jego złamanie można dostać mandat. Do tego na ulicach pojawiła się sygnalizacja świetlna. I o dziwo – znowu respekt – piesi swobodnie przechodzą na zielonym świetle, a auta stoją grzecznie i czekają na swoją kolej. Nie ma już więc przebiegania na chybił trafił przez ulicę i wciskania się między rozpędzone, pędzące i trąbiące auta. Naprawdę niezwykłe.

Wjeżdżamy do centrum, robi się gorąco i tłoczno. Patrzę na miasto i nie wierzę własnym oczom: nie ma śmieci, ulice są czyste, zamiecione. Przyglądam się, czy aby na pewno to prawda, ale tak, w rowach nie ma hałd odpadów i w rynsztokach też jest czysto. Wielkie śmieciary stoją w równych rzędach. W tak szybkim tempie tyle istotnych zmian. Przemiana w Indiach, ale czy na lepsze? Zapewne, ale czy to będą te same Indie? Zobaczę, przecież to dopiero początek. Te „westernerskie” wrażenia studzą sceny zaobserwowane pod wiaduktami, gdzie w najbrudniejszych zaułkach na zwałach śmieci koczują całe rodziny.

Dojeżdżam wreszcie na miejsce, na Kolabę, Pola Elizejskie Bombaju. Pięknie wystylizowany odźwierny otwiera klientom drzwi do Starbucksa. Mój hotel jest naprzeciw. Lubię go. W recepcji siedzą wiecznie ci sami dwaj panowie, z tym samym uśmiechem na twarzy. Czas zatrzymał się tu wraz z odejściem Anglików. W pokoju zrzucam plecak i wychodzę na taras, rozsiadam się na czerwonym, plastikowym krzesełku, oddycham głęboko i spokojnie. Głęboki wdech i przypominam sobie wiele chwil spędzonych w tym miejscu. Głęboki wydech i zostawiając za sobą troski zanurzam się w ciepłe popołudnie. Rzucam w kąt telefon z internetem, fejsbukiem, mailami i ważnymi kontaktami, nie ma już kalendarza, rutyny, spotkań i planów. Całkowicie zdaję się na flow i intuicję. Wkładam klapki, luźne spodnie i wygodny t-shirt. Pora na pierwszą masala dosę i czaj w ulubionej knajpie. Ta sama knajpa, ten sam widok, ta sama gadżar halwa, ten sam szum, słowem wszystko to, co lubię. Tak mijają dwa dni – nasycam się miejscem.

Nadchodzi pora na następny etap. Gokarna w Karnatace jest oddalona od Bombaju o 14 godzin sleeping busem. Kolejny dzień witam na plaży. Wszystko budzi się powoli, wstaje słońce i robi się upalnie. Znajduję wspaniały pokój w ptasim gaju, z prywatnym, czyściutkim basenem. Gokarna jest urocza. Plaże, wzgórza, masa przestrzeni i przepiękne spacery. Pełen relaks. Gorąco, 40 stopni. Woda w morzu cudowna. W sumie komfort na sto procent. W tym kojącym miejscu zostaję ponad tydzień.

Mogłabym więcej, gdyby nie fakt, że następnym etapem podróży jest mój właściwy cel czyli mój dom w Indiach – aszram Śri Janglidasa Maharaja, Babadżiego, medytującego Mistrza, za którym tęsknię już od dawna.

Żeby tam dotrzeć, muszę jechać dwie noce, po przyjeździe jestem wykończona. Jest to jednak zwykłe, fizyczne zmęczenie, więc po szybkim prysznicu wybiegam na łono mojego ukochanego, zalanego słońcem aszramu. Wszyscy, naprawdę wszyscy witają mnie radośnie i czule. Uśmiechają się promiennie na mój widok i sprawia mi to wiele, wiele radości. Dużo uścisków i wzruszeń, lawina wspomnień. U każdego spędzam chwilę, opowiadam, co słychać, jestem radosna i uśmiechnięta. To ciepłe przyjęcie bardzo mnie wzrusza i ujmuje.

Pierwsze widzenie z Babadżim trwa krótko, ustawiam się w kolejce do niego jak wszyscy. Spostrzega mnie i radośnie wita obdarowując kwiatami. Jestem szczęśliwa, że Go widzę. Śri Janglidas Maharaj, Sadguru, medytujący, milczący Mistrz. Spotkałam Go 15 lat temu i ten moment zmienił moje życie. Podróżowałam wtedy po Indiach z moim partnerem, byłam na kursie jogi w Punie. W wolny weekend wybrałam się do aszramu poleconego przez nauczyciela jogi. Aszram wydał mi się niesamowity, byłam pod wielkim wrażeniem, mimo że Babadżiego nie było wtedy na miejscu. Wszędzie czuło się jego aurę, wszyscy o nim mówili, miałam nieustające wrażenie jego obecności. Postanowiłam, że muszę Go spotkać. W tym czasie przebywał na odosobnieniu medytacyjnym i nikt nie wiedział, gdzie dokładnie jest. Odosobnienie miało się niedługo skończyć i Babadżi miał wrócić. Bardzo mi zależało na spotkaniu z Nim, więc poprosiłam w aszramie o kontakt, jeśli będzie coś wiadomo. Czy liczyłam na ten telefon, trudno powiedzieć, niemniej wiedziałam, że prędzej czy później tu wrócę.

Po powrocie do Puny każdego dnia myślałam o aszramie, o Babadżim i tej niesamowitej atmosferze. Budziłam się i zasypiałam z myślą, by tam wrócić. Tymczasem kończył się mój kurs w Punie. Zastanawiałam się, co dalej i wtedy nieoczekiwanie zadzwonił telefon: jeśli chcę spotkać Babadżiego, mam się pakować i jechać nocnym autobusem do Karnataki, gdzie Baba kończył odosobnienie.

Natychmiast byłam gotowa i następnego dnia znalazłam się w malutkim aszramie w małej wiosce Neerli. Po odświeżeniu się i zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w kilka osób na spotkanie. Szliśmy przez pola trzciny cukrowej, do malutkiej świątynki, gdzie mieliśmy na niego czekać. Nie pamiętam, jak długo czekałam. Kiedy wszedł Babadżi, drobniutki, spokojny jogin w białym stroju, doznałam całkowitego zauroczenia. Od pierwszego momentu miałam w oczach łzy. Zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Wszystko trwało krótko, a jednak wystarczyło, żebym natychmiast podjęła decyzję, że chcę przy nim zostać. Pojechaliśmy do głównego aszramu w Kokamtham, w którym zostałam tydzień, gdyż tyle miałam czasu przed powrotem do Polski. Był to dla mnie czas wielkiego uniesienia. Kiedy wróciłam do Polski, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wiedziałam, że muszę wrócić do Indii, do aszramu, do Babadżiego. Nie minął miesiąc, jak kupiłam bilet, spakowałam się i pojechałam, tym razem na dłużej. Na dłużej, to znaczy na prawie 3 lata z przerwami.

Od tamtego czasu minęło 15 lat. Dużo się wydarzyło, powroty, rozstania, dłuższe i krótsze chwile szczęścia i wielkiej radości, ale nie tylko. A teraz wracam do aszramu jak do domu, gdzie czuję się spokojnie, bezpiecznie, u siebie.

Tym razem trwają tu intensywne, całodzienne medytacje, nieprzerywane śpiewami, ceremoniami czy wyjazdami. Codziennie siedzimy po sześć, siedem godzin. Każdą medytację od początku do końca prowadzi Babadżi. To wyjątkowe, nie pamiętam, by wcześniej tak dużo z nami siedział. Dzięki jego obecności nasiąkamy medytacją jak gąbki, a godziny mijają jak minuty.

Na początku czuję się jak na urlopie z medytacją, wracają wspomnienia. Po kilku dniach na darszanie czyli osobistym spotkaniu z Babadżim dostaję wskazówkę, by nie opuszczać żadnej sesji i przychodzić punktualnie. Zaczynam jeszcze więcej medytować, przestaję mieć wrażenie wakacji, czuję, że medytacja pogłębia się i że zaczyna się właściwa praca. Mój zapał wzrasta. Podczas drugiego darszanu Babadżi poświęca nam dużo czasu, słucha pytań i odpowiada na nie. Udziela wskazówek i naucza, co jest absolutnie wyjątkowe. Każde osobiste spotkanie z nim jest niezwykle energetyzujące i szczególne. Z całych Indii płynie do aszramu, do Babadżiego potężna, wielotysięczna rzeka ludzi. Jest im dana tylko chwila, pokłon i krótki darszan. My natomiast mamy możliwość przebywania z nim codziennie, w czasie sesji medytacyjnych i na darszanach. To wielkie wyróżnienie.

Chciałabym zacytować kilka wypowiedzi Babadżiego. Są to zapiski sporządzone w czasie jednego z darszanów przez moją koleżankę Natalię. Darszany z Babą są bardzo osobiste i dotykają spraw indywidualnych. Są przeznaczone dla danej osoby, często stają się niezwykle wzruszające, zazwyczaj nie potrzeba wielu słów, by aura Babadżiego sprawiła, że wiele osób zaczyna płakać lub doświadcza czegoś szczególnego. Tym razem Babadżi poprosił, abyśmy podzielili się z innymi tym, co powiedział.

Babadżi wyrzeka się dóbr materialnych do tego stopnia, że posiada tylko ubranie. Permanand Maharaj, sannjasin, prawa ręka Babadżiego dodał, że jeśli w skromnym pokoiku Baby pojawia się drugie, dodatkowe ubranie, Babadżi natychmiast się go pozbywa, dając je komuś innemu. W miejscu, gdzie przebywa Babadżi, nigdy nie ma żadnych zbędnych przedmiotów. Babadżi niczego nie posiada i do niczego nie jest przywiązany. Kiedy przyjeżdża auto, by zabrać Go na program medytacyjny w innym mieście, On nie zastanawia się, co ze sobą zabrać, wybiega z pokoju i o każdej porze jest gotowy do drogi.

Babadżi podkreślił, że wszelka komunikacja, mimo różnic językowych i kulturowych, jest możliwa i nieustannie odbywa się na poziomie duszy.

Baba nie jest zwolennikiem kastowości. Przynależność kastowa nie ma dla niego żadnego znaczenia. W naszych żyłach płynie ta sama krew, wszyscy jesteśmy jednym. Wszyscy jesteśmy duszą. Zapytał, czy zdajemy sobie sprawę, co nas przyciąga do aszramu, wielkiego dzieła, którego jesteśmy świadkami. Z pewnością nie są to dobra materialne, pieniądze, budynki. W Indiach żyje wielu bogaczy, lecz nie przyciągają oni tysięcy wyznawców. Jedynym kapitałem, jakim dysponuje Babadżi, jest dusza, nieustanne, całodobowe połączenie z duszą. Jest to jedyny słuszny kapitał, stanowiący siłę sprawczą i przyciągający rzesze ludzi. Jedynym kapitałem jest dusza, cała reszta to śmieci.

Babadżi obdarza nas bezgraniczną miłością. Ta miłość do niego wraca.

Byliśmy po tym darszanie bardzo poruszeni, długo ze sobą rozmawialiśmy, dzieląc się wrażeniami. Było to jedno z kolejnych, niezwykłych spotkań, inspirujący i bardzo silny impuls do pogłębiania praktyki. Następnego dnia siadałam do medytacji przed czasem.

Dni mijały błyskawicznie, wszystko było słoneczne, uporządkowane i spokojne. Po trzech tygodniach nadszedł czas wyjazdu. W planie miałam inne atrakcje, również związane z praktyką jogi, w magicznym mieście Waranasi. Mimo to trudno mi było pogodzić się z koniecznością wyjazdu. Próbowałam zmienić rezerwację biletów na pociąg, rezerwacje w hotelu, jednak bez skutku. W dzień wyjazdu spakowałam się i byłam gotowa opuścić aszram. Czułam jednak, że rozstanie będzie dla mnie bolesne.

Tymczasem podczas ostatniego darszanu Babadżi wcale nie sprawiał wrażenia, jakby się ze mną żegnał. Na wstępie, zupełnie niespodziewanie podarował mi asanę czyli dywanik do medytacji. Dużo się przy tym uśmiechał. Zdumiona tym niezwykłym podarunkiem, czekałam na rozwój sytuacji. Symbolika tego daru wiele sugerowała. Babadżi zapytał o kilka spraw związanych z podróżą i zdałam sobie jasno sprawę, że nie jest to właściwy moment na wyjazd i że moja medytacja ma szansę na rozwój, jeśli tylko zostanę. Kiedy więc usłyszałam słowa „You should stay longer”, nie byłam w stanie odmówić.

Postanowienie to okazało się całkowicie zgodne z naturalnym porządkiem rzeczy. Pozornie miało znamiona chaosu, bo bilety na pociąg były kupione, tygodniowy pobyt w hotelu opłacony, warsztat jogi i spotkanie z bliskimi osobami umówione. Decyzja ta była szokująca również dla przyjaciółki, z którą podróżowałam, bo całkowicie rujnowała jej plany. Niemniej, nie było innego, właściwego wyjścia. Jasne było, co jest słuszne. W trakcie następnego dnia panowało jeszcze zamieszanie, potrzebowałyśmy trochę czasu, by oswoić nową rzeczywistość. W pewnej chwili jednak, stojąc na balkonie z widokiem na zachodzące słońce, obie, w jednym momencie poczułyśmy całkowitą akceptację tej sytuacji. Nie było sensu wyjeżdżać, nie w tej chwili. To była dobra decyzja.

Zostałam w aszramie jeszcze ok. dwóch tygodni. W tym czasie Babadżi zintensyfikował sesje medytacyjne. Bywały dni, gdy siedzieliśmy dwa razy po trzy i pół godziny bez przerwy. Tym razem nie było to dla mnie uciążliwe, wręcz na to czekałam. Atmosfera medytacji przenosiła się na rzeczywistość. Subtelności stawały się wyostrzone, uśmiech i dobre słowo naturalne. Wszystko do siebie pasowało. I kiedy zdarzało się, że nachodził mnie stan lekkiego lenistwa, natrafiałam na wzrok Babadżiego, zapraszający do praktyki.

W dniu ostatecznego wyjazdu z aszramu, o g. 4:00 nad ranem, Babadżi pomachał nam na drogę i czekał przed bramą, aż nasze auto znikło za zakrętem.

Piszę ten tekst tydzień po powrocie. Życie wraca do normy. Powracają rutyna i sprawy codzienne, jednak gdy kładę się spać lub mam wolną chwilę, wszystkie myśli i uczucia kierują się w jedno miejsce. Bardzo się cieszę, że przez prawie dwa miesiące mogłam zasilać się wspaniałymi, wyjątkowymi chwilami. Mam nadzieję, że moja relacja odda Wam przynajmniej namiastkę mojego stanu ducha.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytających.


W lipcu 2017 Śri Sadguru Janglidas Maharaj będzie gościć w Polsce »


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)