zdjęcie Autora

10 marca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Samotniczenie

Kategoria: Twórczość

« Deklaracja zgody Rodzinna karma »

Tuż po śmierci męża, przed sześciu laty, samotniczałam. Polegało to głównie na tym, że wszystko, co przerywało tok mojego myślenia albo działania drażniło mnie, a czasem powodowało wybuch. Nie miałam żadnej – jak dziś – tolerancji dla odmiennych zainteresowań innych osób i codziennych spraw. Siadałam przy komputerze i zapuszczałam się w świat rzeczy odległych, oderwanych od codzienności: filozofii, sztuki, ezoteryki i co tam jeszcze się nawinęło, im dalej od zwyczajnego życia, postępowania spadkowego, rodzinnych sugestii, rozliczeń i kalkulacji, tym lepiej. W końcu po raz pierwszy miałam czas wyłącznie dla siebie, nie musiałam go kraść obowiązkom i zachłysnęłam się nim. Wróciłam do stadium dziecka, dla którego istnieje wyłącznie jego punkt widzenia. A świat jest piaskownicą z której garściami czerpiesz i przesypujesz piach. No i to chwilowo starcza dopóki zabawa się nie znudzi.

 Oczywiście natychmiast pokłóciłam się przez telefon z bliską krewną, która zadzwoniła w nieodpowiednim momencie, gdy zajęta byłam pracą przy komputerze, sporządzaniem jakichś notatek (cofnęłam się mentalnie do czasów szkolnych) i zaczęła mi nawijać jakieś głupoty o swoim aparacie cyfrowym, który otrzymała w prezencie od syna i do którego ciągle dokupuje jakieś rzeczy, choć jeszcze nie zdążyła zrobić żadnych zdjęć. Aparat ma już od Bożego Narodzenia, a zbliżała się właśnie Wielkanoc i aż cierpłam na myśl jakim to rytuałom rodzinnym będę musiała się podporządkować, ile wysłuchać ubolewań innych ludzi, że zostałam wdową i ile pomysłów na moje dalsze życie (łącznie z ofertą do biura matrymonialnego) będę musiała znieść i odeprzeć. I oczywiście nie ma mowy, żebym spędziła samotnie święta. Makabra.

Więc gdy kuzynka zaczęła mi opowiadać o tym jakie baterie kupuje do aparatu, jakie akumulatorki i jaka ładowarkę i na moje pytanie: na ile czasu starcza jej jedno doładowanie odpowiedziała że nie wie, bo jeszcze zdjęć nie zrobiła i zaczęła mi robić wykład z rzeczy oczywistych, to znaczy że jak używa się lampy błyskowej, to jest większy pobór energii... nie zdzierżyłam i trzasnęłam słuchawką. Zadzwoniła ponownie więc powiedziałam jej że chętnie z nią porozmawiam, ale o czymś innym, zaczęła wyjaśniać poprzednią sprawę i swoje w niej stanowisko i znowu było blisko kłótni. Ona miała taki schemat prowadzenia rozmów: dzwoni i pyta co słychać? I ja muszę się męczyć, bo co może być u mnie słychać na przykład od wczoraj? Nic interesującego. Nie będę opowiadać jej, co jadłam na śniadanie i kiedy się wypróżniałam, ani co robię siedząc przy komputerze. Podstawowe informacje, na przykład, że kupiłam lodówkę albo byłam u lekarza, już ma. I tu są dwa możliwe kierunki rozmowy: jeśli u mnie "coś słychać", więc zaczynam jej mówić, ale ona odpowiada, że to nie na telefon, albo że już wyrozmawiała swoje minuty (po czym zaczyna mnie wprowadzać w tajniki swojej taryfy telefonicznej). W każdym razie jak by nie było, dba o to, żeby tematy rozmów były idiotycznie trywialne, wcale mnie, ani nikogo chyba nie interesujące. Rozumiem, że czując się osamotniona, chce z kimś pogadać, ale niech gada o czymś sensownym! A na pytania co ona porabiała, odpowiada: byłam z kimś umówiona, spotkałam się z kimś i wszystko. Żadnych szczegółów, z kim, po co, jak było i tak dalej. Tylko że kupiła coś tam i wydała trzydzieści złotych i że zestaw składał się z czegoś tam, co kosztowało dwadzieścia złotych i dwóch sztuk, zapewne po pięć złotych. To wszystko o aparacie fotograficznym, ale już jakie zdjęcia zrobiła i czy w ogóle je robiła - ani mru mru. Najściślejsza tajemnica. Może jej telefon na podsłuchu? Lepiej o prywatnych sprawach nie mówić.

Teraz, gdy jestem sama, nic nie stoi na przeszkodzie, że gdy czymś się zajmę, świat zewnętrzny przestaje dla mnie istnieć. Gdy byłam dziewczyną i na przykład uczyłam się intensywnie do klasówki, takie odloty miałam bardzo często. Stan najwyższej koncentracji. Dlatego wszyscy mówili, że nie uczę się, a mam dobre stopnie. Ja uczyłam się oczywiście, ale starczyło mi tylko niewiele, gdy się skoncentrowałam, szybko już wszystko umiałam. Potem, gdy miałam już męża, dzieci, gdy pracowałam, taka koncentracja była utrudniona. Ja nigdy nie byłam Napoleonem i nie potrafiłam robić na raz nawet marnych dwóch rzeczy; kiedy nie mogłam się skoncentrować, cierpiało na tym wszystko, co robiłam.

Teraz jest inaczej, na ogół nic mi nie przeszkadza i łatwo mogę, jeśli czuję taką potrzebę, wyłączyć się i zająć się pracą przy komputerze. Jednak im jestem starsza, tym trudniej przychodzi mi sama koncentracja, jeśli już wpadnę w rytm pisania, leci mi tak pięknie i tak wspaniale to, co piszę, łączy się z jakimiś wyższymi, nie zawsze świadomymi kalkulacjami, że ktoś, kto zaczyna mi nawijać jakieś bzdety, a w dodatku kłócić się, czy akumulatorki mają pojemność 6V czy jakąś inną, jest po prostu zbrodniarzem.

            Poza tym dziś wiem, że to był przejaw dobrego serca i troski o mój stan psychiczny. Rozmówczyni sama wcześniej owdowiała i zatrzymała w czasie swoje samotniczenie – słowotok gadek o bzdetach i detalach, broń boże o żadnych sprawach istotnych, które dotknęłyby rzeczywistych problemów. Ja samotniczałam zupełnie inaczej. Nie uważałam wówczas, że ta troska o mnie jest w ogóle potrzebna, ale bliscy zauważyli, że na sprawę sądową dotyczącą testamentu i ewentualnego podziału spadku założyłam do czarnych spodni dwie różne skarpetki: czarną i jasną. U osoby tak zorganizowanej i poukładanej, jaką byłam wcześniej, było to wręcz wydarzenie kwalifikujące mnie do wysłania do psychiatry. Nic dziwnego, że rodzina się martwiła i usiłowała przeciwdziałać mojemu samotniczeniu. Dzwonili więc bez przerwy i opowiadali byle co. Ale wiadomo – dobrymi chęciami piekło wybrukowane.

            Historyjka ta przypomniała mi się, gdy czytałam pochwały Przemysława Kapałki o kobietach tworzących kuchenne rytuały przy przyjmowaniu gości.

            Moja kuzynka też taka jest. Na jej przyjątkach trudno w ogóle z kimś porozmawiać, bo zawsze przerywa je zachęcanie do spożywania wymyślnych potraw i omawianie przygotowania oraz walorów potraw okraszonych kajaniem się, że to czy tamto nie wyszło, bo nie udało się czegoś ze składników kupić, albo za długo (za krótko) potrawa tkwiła w piekarniku. No i wszechwładne panowanie słodyczy oraz tłumaczenie z uzasadnieniem mojej odmowy jedzenia ich. Ostatnio w ten sposób nie udało mi się dokończyć bardzo ciekawie zapowiadającej się rozmowy z pewną malarką o drobnym detalu występującym coraz częściej w jej obrazach. Podawanie tortu przerwało jej opowieść wyjaśniającą, skąd ten detal się wziął. Potem już ktoś inny zdominował konwersację.

            Mimo, że to denerwujące, rozumiem to podpieranie się kulinariami, gdy rozmowy poważniejsze budzą obawy, a w głębi serca kołacze się niepewna siebie perfekcjonistka. W końcu jest to osoba w czynnym życiu zawodowym wykształcona, pracownik naukowy, specjalista niekobiecej dziedziny, której przymusowa emerytura i wdowieństwo zamknęło spojrzenie na świat według recepty Scarlett  „Nie będę o tym myśleć”. Scarlett dodawała wprawdzie „pomyślę o tym jutro”, a moja kuzynka nie chce myśleć o jutrze. Wprawdzie często zadaje mi pytanie: „Jakie masz plany”, a gdy odpowiadam, że żadnych i na szczęście nie muszę, złości się, ale ona planuje wszystko – tyle że w horyzoncie tygodnia.

            Wracając do pochwał Przemysława. Przykro mi, że nie zrozumiał mnie. Nie opisywałam kuchennych rytuałów, żeby krytykować kobiety tylko, żeby pokazać z czego się biorą. Piotr Jaczewski mnie zrozumiał, bo on także opisuje tego rodzaju sprawy, tyle że z pozycji teoretycznej, no i robi to w inny sposób niż ja. Ale oboje staramy się sięgać do dna, na ile jest to możliwe, oczywiście.

            Mogłabym powiedzieć, że wzorem Biblii stosuję metodę przypowieści ilustrujących jakieś zagadnienie, tyle, że robię to inaczej, po kobiecemu – od analizy do syntezy, a nie od syntezy do analizy.

            Smutno mi, jeśli ktoś nie rozumie moich historyjek. (zaraz myślę o spalonym Merkurym i innych astrologicznych herezjach). Osobiście denerwują mnie kobiece rytuały kuchenne, telefoniczne i tym podobne, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że ja też jestem pełna różnych takich zjawisk wskazujących na nieadekwatny transfer doświadczeń. Jeśli ktoś z czytających będzie chciał wiedzieć, niektóre mogę zdemaskować – co nie zmienia faktu, że mimo, iż rozumiem ich źródła, nie potrafię się zmienić albo nie uważam za sensowny wysiłek, który musiałabym w tę zmianę włożyć. W każdym razie za nieadekwatny do wagi zjawiska. Przykładem może tu być: zamykanie drzwi za zamek lub nawet trzy zamki, w zależności od pory, czasami nawet wstawanie nocą, aby sprawdzić czy drzwi są zamknięte, albo reakcja sprawdzająca czy nie ma gdzieś w bloku pożaru, gdy dobiegnie mnie zapach spalenizny (otwieranie okien i drzwi do mieszkania, stwarzanie przeciągu i węszenie przez zaspany nos). Podpadam też własnym dzieciom, bo czasem zapominam złożyć im życzeń urodzinowych, a kto jak kto, własna matka powinna o urodzinach dzieci pamiętać. Nie celebruję świąt, ale wściekam się, gdy wnuk nie chce podzielić się ze mną jajkiem lub opłatkiem, bo akurat takich rzeczy nie jada i tak dalej...

            Z osobami, które opisywałam, od czasu do czasu daję sobie radę, udaje mi się wytrącić je takim czy innym sposobem z ich rytuałów i wtedy naprawdę zaczyna być ciekawie. Czego życzę Przemysławowi — trochę perswazji, trochę zdecydowania i może wyłonić się niespodziewana perła konwersacji wśród stygnących potraw.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Deklaracja zgody Rodzinna karma »

komentarze

[foto]

1. Tyle do mnie • autor: Przemysław Kapałka2013-03-11 14:55:05

Cóż, nie wiem, czy mam się czuć zaszczycony, czy zganiony, że w tym krótkim tekście nastąpiło tyle odwołań do mnie i moich notatek. Przykro mi, że nie zrozumiałem, i że nadal nie rozumiem, o co chodzi z tymi życzeniami perswazji (nawet nie wiem, jakie zadawać pytania) i zdecydowania (wydaje mi się, że zdecydowany jestem, a kiedy nie jestem, mam na to proste sposoby). A z czego wynika mój brak tolerancji dla rytuałów itp., to może następnym razem, o ile kogoś to będzie interesowało. Ostrzegam, że może się zrobić dziwnie.


[foto]

2. rzeczy ciekawe • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-11 15:12:21

Rzeczy ciekawe bywają dziwne. Interesuje mnie brak tolerancji dla rytuałów. Wiem że są denerwujące, ale przecież wszyscy je mamy i dobrze jest siebie i innych lepiej rozumieć. Napisz, proszę coś o tym więcej.
[foto]

3. Z przyjemnością • autor: Piotr Jaczewski2013-03-11 17:34:00

też przeczytam :) Może nie okażą się tak dziwne. W kwestii tych życzeń perswazji i dziwnego dla męskiego ucha narzekania, mi się od razu kojarzą scenki:
1. Ona i on, spotykają się i rozmawiają. Mijają godziny rozmowy i nadchodzi pora wyjścia. On zadowolony, ona rozochocona,sugeruje nieśmiało dalszą rozmowę i(lub): A jeszcze nie jedliśmy? I mimowolnie prowokuje "nic ważnego,ale miło się rozmawiało!" po czym ona zaczyna naciskać tak jak potrafi, aby nie wypaść z roli "Ale co ze mnie za gospodyni, mnie uczono, że gość w dom..", a on nie chwytając tego języka myśli "Nagle p...liło babę, a było tak miło!" On idzie do domu by 20 lat później narzekać na szalony, niedostępny kobiecy ród, ona idzie zdjąć z siebie najładniejszą bieliznę..


2. On i On i Ona, spotykaja się u nich. Panowie pogrążają się w rozmowie, od czasu do czasu komentowanej i podtrzymywanej przez Panią, której jednak temat nie interesuje i zdeczko narasta jej poirytowanie, więc zaczyna wtrącać coraz bardziej prowokujące dla niej kawałki - nabijać się z męskiego grona. O dziwo, strategia ta panów nakręca na coraz dłuższe monologi i elaboraty. Jednak będąc miłą i stwierdzając, że nie było tak źle na zakończenie spotkania proponuje powtórkę, sugerując jednocześnie by była ona bardziej społeczna. Tj. obejmowała tematy zajmujące całe grono i powszechne. Zaczyna "oj, co ze mnie za głupia ... nic nie zrobiłam.." a panowie w swojej bystrości po męsku "Dobrze było, nie przejmuj się", a ona "nie wiedzieć czemu" robi się coraz bardziej skwaszona... Gość idzie do domu i dziwnym trafem z dobrej rozmowy nie wychodzi znajomość, bo gospodarz stwierdził, miło się rozmawiało,  coś w tym gościu irytuje moją lubą, lub ma baba jakieś dziwne zakusy i stąd strzeliła takiego focha, lepiej trzymać go z daleka..

Scenka 3. T
o gdy w gości przychodzi para i pani Gość, gra pierwsze skrzypce następując na odciski pani gospodyni. Panowie są zachwyceni. Ale z reguły pan Gospodarz MUSI się zgodzić, po ich wyjściu że choć z niego dobry kumpel i fajny facet, to z niej głupia ....

Gdzie do zmiany przebiegu tych scenek wystarczą dwa zwroty:
Ad 1. W sumie nie śpieszy mi się, aż tak bardzo.. w porywach do (Widzimy się kiedy? Zarezerwuję sobie wieczór?)
Ad 2. "Oj to trzeba będzie powtórzyć, może następnym razem u mnie ? Zaproszę moją lubą?"

Ad 3. niewiele można zrobić, by uratować sytuację, poza kupnem dużej ilości kisielu, popcornu i skrzynki piwa :)

[foto]

4. załącznik • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-11 17:59:17

Jest taka zasada, że autor nie powinien dodawać w postaci załącznika
 do swojego teksty wyjaśnienia, co miał na myśli jak napisał, co napisał. Ale aż mnie klawiatura świerzbi, żeby wyjaśnić ową "perłę konwersacji wśród stygnących potraw". Miałam na myśli całkiem realne zakończenie pewnego spotkania. Gospodyni tak się zajęła omawianiem swoich kulinarnych osiągnięć, że zamknęła wszystkim buzie i zapomniała podać cokolwiek do picia. Na szczęście ja noszę z torebce małą buteleczkę z wodą, wyciągnęłam ją i napiłam się bo bardzo mi było sucho w buzi. Nastąpiła konsternacja, ale szybko minęła, bo okazało się, że inne osoby też miały ochotę zacząć coś pić albo jeść. Celebra została przerwana, rozmowa zeszła natory, które nie były przewidziane w harmonogramie gospodyni i w pewnym momencie stała się tak ciekawa, jak rzadko w tym domu. Oczywiście nazajutrz gospodyni miała do mnie pretensję i wytknęła mi moje nietaktowne zachowanie (mogłaś wyjść do łazienki i tam się napić). W długiej dyskusji prowadzonej jednak w atmosferze życzliwości i zrozumienia dowiedziałam się wielu ciekawych spraw i lepiej zrozumiałam gospodynię i jej starania. Do następnego razu. Reasumując: uważam, że najlepiej postawić na stole co się ma i dać się rządzić w salonie i w kuchni każdemu, kto ma na to ochotę. Niektórzy lepiej rozprawiają na głodniaka inni najedzeni, a jeszcze inni muszą sobie najpierw poprawić humor. Dobrzy gospodarze powinni dać gościom wolną rękę i odpuścić sobie narzucanie komukolwiek własnych zwyczajów. Zwłaszcza dziś jest to nie tylko dopuszczalne ale i pożądane.

 

[foto]

5. c.d. • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-11 18:07:23


Kiedy byłam dzieckiem wzięłam udział w przyjęciu dorosłych, przedwojennych utytułowanych, ale po wojnie bardzo ubogich ludzi. Na stole zastawionym rodowymi srebrami i wszystkimi utensyliami stosownymi z takiej okazji stała wielka srebrna patera bogato rzeźbiona z kopczykiem cukierków. Po przywitaniu podbiegłam do stołu i schwyciłam cukierka. Miałam wtedy z pięć lat, ale okazało się, że moje wychowanie nie jest dobre. Mama zawołała z przerażeniem: Kasiu, to tylko dla dekoracji! Gospodarze taktownie milczeli. W domu wysłuchałam kazania jak bardzo skompromitowałam swoich rodziców wykazując dowodnie, że nie należą do lepszej sfery zapraszających.

Mam nadzieję, że takie rytuały nigdy już nie wrócą.

[foto]

6. Niestety lub niestety. • autor: Piotr Jaczewski2013-03-11 18:29:52

Niestety "potrzeba wyróżniania się" rytualną, ceremonialną ogładą bon ton od barbarzyńców wcale nie zagineła, i raczej nie zaginie dopóki starczy muszelek.

niejedna pani domu spędzi bezsenną noc z powodu własnej niedoskonałości i niejeden człowiek wypadnie z towarzystwa, bo ... i zawsze trafi się ktoś z jakąś nerwicą natręctw rozdmuchującą to do przesady etc.

Niestety, bo przywrócenie powszechności nauczania podstaw savoir vivre i np. języka kwiatów zdecydowanie pomogłoby zachowywać i spokój ducha i harmonię emocjonalną etc lepiej rozumieć kody językowe czy zachowań. Co ciężko ludziom przychodzi, gdy mają do razu do czynienia z dużą ilością grup, subkultur, podejść, pokoleniowych różnic i całą tą rytualno-komunikacyjną wieżą Babel.
[foto]

7. Na razie się powstrzymam • autor: Przemysław Kapałka2013-03-11 18:34:33

Zaczynam podejrzewać, że to, co chciałem napisać, mija się z tym, o czym mówi autorka notatki. A ponieważ dyskusja robi się coraz ciekawsza beze mnie i coraz więcej wyjaśniająca, więc jeszcze pozwolę sobie poczekać.

P.S. Byłbym za tym, żeby angielskojęzyczne ilustracje zostawiać angielskojęzycznej tarace, a w polskojęzycznej powstrzymać się z nimi. Nie znam angielskiego na tyle, żeby zrozumieć takie filmiki (wiem, że to niegodne człowieka wykształconego, ale tak już jest) i nie wiem, czy to jakaś aluzja, czy rozmawia się o czymś tak, żeby nie wszyscy mogli zrozumieć.

[foto]

8. Seashells • autor: Piotr Jaczewski2013-03-11 19:25:36

Nie rozumiesz czy to aluzja to jesteśmy w domu i bardzo dobrze zrozumiałeś moje intencje. Zamieściłem fragment człowieka demolki, w którym barbarzyńca z przeszłości nie wie do czego służą te dziwne 3 muszelki  i szuka papieru toaletowego..

Ps. W kwestii moich wpisów  - prośba usłyszana, a raczej przeczytana i zasadniczo oficjalnie i co do ogółu odmawiam przyjęcia takiej zasady;-) Poza zwyczajnym pilnowaniem siebie, żeby nie przesadzać i rozdzielać języki, żeby mi nie zlały się w jedno, oraz w polskim tekście używać tłumaczonego tekstu. Ten konflikt "ale ja nie rozumiem" z "ale tak jest łatwiej, angielskich źródeł jest więcej" jest nierozwiązywalny i obie strony mają swoje racje. Z tym, że ja stoję, co zrozumiałe w tych dylematach , w skali  -1 a 1 na -0,3 po stronie: można się nauczyć, można użyć tłumacza google, można żyć z tym, że się czegoś nie rozumie. I we fragmentach swojej dyktatury gotów jestem deptać ludziom po tym niezrozumieniu za cenę zgrzytu..

[foto]

9. Nie wiem, na ile to jest ciekawe • autor: Przemysław Kapałka2013-03-12 20:38:29

Przede wszystkim nie przejmuj się, Kasiu, że czegoś nie zrozumiałem z Twoich wpisów. Ja mam specyficzne rozumienie i mało się tym martwię, bo widzę dobre strony. W szczególności niewiele rozumiem z tego, co pisze Piotrek Jaczewski, więc w sumie niewielka różnica, czy będzie, czy nie będzie zamieszczał angielskie filmiki (choć nie ukrywam, że jestem zdegustowany jego postawą, ale to nie jest miejsce na rozwijanie tego wątku).


Zgadzam się co do tego, że należy doceniać starania gospodyń domu i ważne, żeby mówić im coś miłego. Zgadzam się co do tego, że każdy ma swoje słabości i trzeba mieć na to wyrozumiałość. Tylko żeby było to utrzymywane w jakichś granicach rozsądku. Gdyby każde spotkanie miało być zdominowane przez torciki, sosiki i przekąseczki, to przepraszam, ale ja w obronie własnej będę unikał kontaktu z taką osobą, a jak nie będę mógł unikać, to będę ją przywoływał do porządku (oczywiście nie zacznę od razu od awantury, trzeba próbować łagodnych metod). Mój pech polegał na tym, że byłem zmuszany do całkowitego podporządkowania się rytuałom, mającym wszelkie znamiona bezmyślności, bez najmniejszych chęci zrozumienia mojego punktu widzenia. I to ma spory wpływ na moją postawę i na to, co piszę. A ja z kolei u siebie zawsze potrafiłem dać dojść do głosu rozumowi, nawet wtedy, kiedy od nadmiaru emocji dostałem zapalenia korzonków, i nikt mi nie powie, że człowieka inteligentnego i wykształconego nie stać choćby na minimum panowania nad swoimi zachowaniami. Dlatego respektować rytuały mogę tylko do pewnego stopnia, dopóki nie trąci to za bardzo nietolerancją wobec mnie.

W moim mieszkaniu kiedyś ściany miejscami były prawie czarne, uważne oko bez trudu wypatrzy pajęczyny, bałagan jest wszędzie spory, do jedzenia na początku rzadko kiedy podawałem choćby ciasteczka. A jednak wszyscy, którzy u mnie trochę posiedzieli, mówili, że jest w moim domu coś szczególnego i dobrze się w nim czują. A niektórzy z moich gości nigdy nie mówią czegoś, czego nie myślą. Może więc niekoniecznie ważne są wykwintne torty i pięknie wyprasowane obrusy?

I pamiętajcie, drogie panie, że my też potrzebujemy czasem usłyszeć jakąś pochwałę. Większość z nas na to zasługuje tak samo, jak większość z was.


Co do zdarzenia, opisanego przez Kasię w komentarzu 4: Kasiu, nie przyszło Ci do głowy, żeby poprosić gispodynię o coś do picia? Chyba nie byłoby to bardziej konsternujące, niż wyjęcie swojej butelki z wodą.

Co do nauki savoir vivre, to nie przeceniałbym tego. Wydarzenie opisane przez Kasię w komentarzu 5 pokazuje dobitnie, do czego to może prowadzić.


A poza tym, to słyszałem taką fajną maksymę: Nie czyń drugiemu tak, jak chciałbyś, żeby on czynił tobie. Możliwe, że macie zupełnie różne gusty.



[foto]

10. picie z butelki • autor: Katarzyna Urbanowicz2013-03-14 11:45:40

Dopiero teraz się dopatrzyłam. Niestety, proszenie gospodyni o napój okazało się nieskuteczne. Najpierw były moje cienkie aluzje, potem już konkretna prośba, na którą gospodyni zareagowała idąc do kuchni, ale potem zawróciła w pół drogi mówiąc, że może dać coś gorącego, ale alkohole czekają na innego gościa który będzie je serwował, a woda jest do drinków, no i już znowu zagadała się. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego (poza powiedzeniem, że herbata też może być ale muszę się czegoś napić bo mi sucho w buzi) i odczekaniu jeszcze trochę, jak wyciągnięcie własnej butelki. Goście, którzy mieli serwować napoje pojawili się z półtoragodzinnym opóźnieniem, a tak tylko czekaliśmy 45 minut, bo obrażona czy nie gospodyni się zreflektowała.
Jest to ilustracja faktu, że ścisłe trzymanie się planu może być głupie, a o to chodziło na tym przyjątku. Gospodyni była (i jest) maniaczką planowania. 
[foto]

11. Ciężki przypadek • autor: Przemysław Kapałka2013-03-14 14:59:35

Cóż, w takim razie widać że gospodyni była ciężkim przypadkiem i łagodne rozwiązania nie mogły zadziałać. W takim przypadku o tyle nie należy się powstrzymywać przed drastycznymi (co też zresztą zrobiłaś i dobrze), że prędzej i później i tak dojdzie do jakiegoś ciężkiego uderzenia w łeb takiej osoby.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)