zdjęcie Autora

01 kwietnia 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna (odcinków: 128)

Samotność z żyrandolem

Kategoria: Twórczość

« Jeszcze o rytuałach, niekoniecznie Wielkanocnych Rozdrapany umysł (1) »

Jarosław Iwaszkiewicz napisał o starości: "Najpierw jest to, że już cię nic nie spotyka; życie staje się wyschłą równiną bez zdarzeń."

Wspominałam już, że po śmierci męża nie umiałam się poskładać i nawet na sądową sprawę spadkową założyłam dwie różnokolorowe skarpetki: czarną i beżową. Jednak najbardziej rzucającym się w oczy objawem (który na szczęście minął po jakimś czasie) było poczucie starości i wizja drogi, która przede mną zwężała się na tyle, że groziła przemiana jej w wąską ścieżkę, przez którą trudno się przeciskać.

         Bardzo to pasowało do mnie. Może nie było tak, że zdarzeń tych brakowało w ogóle, ale zdarzeniami stawały się wypadki błahe i nieważne, którym to epizodom przypisywało się nadmiernie ważką rolę. Kiedy otrząsałam się z marazmu i poczucia „nicniemuszenia” i przystępowałam do organizowania sobie życia na nowo, uświadamiałam sobie, że przeżywam zupełnie durne drobiazgi z intensywnością nieadekwatną do ich znaczenia. Historia z żyrandolem była tego najlepszym przykładem.

Latami patrzyłam z obrzydzeniem na żyrandol, który kiedyś wybrał mąż, a teraz dzięki oszczędnemu trybowi życia miałam wreszcie środki, aby rzeczy najbardziej rażące moje poczucie estetyki zlikwidować i zastąpić je tymi, które mi się spodobają.

Słówko wstępu: gdy już kupiłam ten żyrandol, obrzydliwie drogi, ale piękny przez swoją elegancką prostotę i lekko staroświecki minimalizm, uświadomiłam sobie, że jest w stylu żyrandola z domu mojego dzieciństwa. Różnica polegała na tym, że tamten żyrandol  miał 3 ramiona, a ten obecny 5. Oba jednak sporządzono z mosiądzu, bez ozdóbek i przybrań, kwadratowe w przekroju ramiona wygięto w literę S i kremowej barwy klosze, gładkie, szerokie, ujęto w mosiężną obwódkę. Tamten, parę dni wisiał w naszym pierwszym mieszkaniu, ale szybko mąż go uszkodził i zdemontował na części pierwsze, jako brzydkie starocie. Któregoś lata owe resztki mosiądzu, pieczołowicie przechowywane przeze mnie na działce, nie nadające się już do niczego świadectwa przemijania, syn oddał sąsiadowi zbierającemu złom. Zapewne z innymi moimi "skarbami" wystarczyło mu na flaszkę.

         Ten żyrandol, który wybrał wcześniej mąż był z drewna, ale pomalowanego na biało, z trzpieniem, na  którym osadzono białe, mleczne kule. Sam w sobie nie był zły czy niegustowny — ot taki „nowoczesny” styl PRL, ale kompletnie nie pasujący do starych, dziewiętnastowiecznych mebli wyprawowych mojej ciotecznej babci z czeczotu (to żółte, meandryczne drewno starej gruszy), a ponadto znajdująca się na górze osłona na kable była za wąska i nie przykrywała zardzewiałego haka, wmontowanego w sufit jeszcze za Gomułki, starodawnej kostki i czarnych kabli z epoki Gierka. Obrzydlistwo. Co spojrzałam w górę (od dwudziestu z okładem lat), wzdragałam się, ale moja oszczędna dusza zawsze borykała się z niedoborem środków. Wrażenia estetyczne przegrywały ze wszystkimi potrzebami mojego męża, a nigdy nie uważałam sprawy za istotną na tyle, by czynić jakieś zabiegi i starania w celu wymuszenia zakupu nowego żyrandola. Wszystkie moje nadspodziewane dochody powodowały, że mąż wymieniał aktualny model samochodu na lepszy i o żyrandolu nie było mowy.

         I wreszcie, gdy postanowiłam kupić nowy, nie potrafiłam cieszyć się tym zakupem; mój Uran, jak zawsze, spaprał całą przyjemność.

         Obejrzałam go w małym sklepie, wypytałam o wszystko miłego sprzedawcę i oświadczyłam, że wrócę go kupić, gdy znajdę środek transportu. Ciągle jeszcze trudno mi się było przyzwyczaić do życia bez samochodu.  Na to sprzedawca zaofiarował się, że gdy przyjdę przed zamknięciem sklepu, to odwiezie mnie z zakupem do domu. Akurat wtedy coś wlazło mi w nogę i zaczęłam chodzić o jednej kuli (drugiej nie mogłam znaleźć) i poruszanie się sprawiało mi dużo bólu, im więcej chodziłam, tym gorzej bolało. Nie chciało mi się więc iść wieczorem do sklepu (przez taki późny powrót i strach przed nie wiadomo skąd rozlegającymi się odgłosami strzałów i przed majaczącą na horyzoncie grupę młodych napakowanych, nadwyrężyłam swoją nogę udając rączą młódkę, za co pokutowałam właśnie już trzeci tydzień), zaproponowałam więc sprzedawcy, że teraz zapłacę za żyrandol i podam mu adres i telefon, a on przywiezie mi go po zamknięciu sklepu. Spytałam, czy mogę zapłacić kartą, ale prosił raczej o gotówkę, bo płaci nią dostawcom. Poszłam do bankomatu, było tej forsy niemało, bo żyrandol ponad 590 zł plus pięć żarówek energooszczędnych po trzydzieści parę. Facet stuknął coś w kasę a na odwrocie kwitu postawił pieczątkę i wyszczególnił ceny poszczególnych pozycji podsumowując je. Wzięłam kwitek i odruchowo schowałam go do portfela.

         Człowiek ten miał być między siódmą i ósmą (w piątek oczywiście), ale nie pojawił się. Miał zadzwonić spod bloku, ale nie zadzwonił. Telefon z pieczątki nie odpowiadał, wyszczególnienie to nie żaden dowód, że zapłaciłam. W dodatku na kwicie kasowym figurowała cena nie bliska 900, a 120 zł. Nic, tylko zostałam zrobiona w konia. Nie jest tak, że nie brałam możliwości oszustwa pod uwagę, ale sklep ten znałam już od paru lat i obawy nie wydawały mi się na tyle realne, żeby zdecydować się na wieczorną wycieczkę przez wymarłe osiedle ( i kolejny bieg od stanowiska jednej kamery do drugiej, nie mając zresztą pewności, że ktoś przy tych kamerach czuwa).

         Przeżywałam katusze. Zarzucałam sobie naiwność, zwłaszcza gdy wyczytałam, że kwit opiewał na 120 zł. Sprawdziłam swoje wydruki z bankomatu z nadzieją, że może sprzedawca pomylił się i dał mi cudzy kwitek, ale nie, kasa przyjęła owe 120 zł pięć minut po godzinie realizacji gotówki z sąsiedniego bankomatu, a więc kwit był mój, a nie jakiegoś poprzedniego zakupowicza. Spirala samokrytyki, skądinąd wpojona mi w dzieciństwie za jeszcze stalinowskich czasów (zresztą: spowiedź czy samokrytyka, to jedno wredne zło!) kazała w przenośni policzkować się, wymyślać sobie i wołać na głos: durna idiotka, kretynka, niczego życie jej nie nauczyło, nie warta jest więc samodzielnie funkcjonować i wydawać forsę na jakieś bzdety, bo zaraz ją oszukają! Niegodna tej forsy i tyle! Powinna ją dać temu, komu bardziej potrzebna i będzie umiał ją lepiej spożytkować. Toż to cała emerytura kogoś mniej szczęśliwego niż ja! Żyrandola jej się zachciało!

         W niedzielę o jedenastej wieczorem zadzwonił właściciel sklepu z przeprosinami: dopiero gdy wrócił do domu i otworzył bagażnik, zobaczył w nim żyrandol. Miał taki zwariowany dzień itp. itd. Długo w noc nie mogłam zasnąć, choć już uspokojona, Mój Uran schował się w kąt i czekał następnej okazji. Mnie serce biło przez pół nocy wywołując dylemat: wziąć na zwolnienie rytmu serca dodatkowy proszek czy nie, ale proszki te są bardzo mało elastyczne, czasem zwalniają rytm aż za bardzo, do omdlenia, tak że nie wiadomo co lepsze. Poza tym są maleńkie i trudno podzielne.

         Rano dostałam swój żyrandol, ale w nocy, gdy wreszcie zasnęłam, usiłując zwolnić rytm swego serca siłą woli, miałam jakieś okropne koszmary.

Tonące dziecko ścigało mnie, nie chciałam go widzieć, to nie było moje dziecko, ale za każdym razem, gdy się wynurzało, czułam straszliwy lęk. Wiedziałam, że nie o to dziecko chodzi, że ono jest tylko nieświadomym zwiastunem, że ja nie mogę mu pomóc, że są od tego inni, że ono wcale nie wiadomo, czy tonie i że nie mogę go (nawet gdybym chciała) wyciągnąć, bo wyciągnięte zabije mnie i ponownie skoczy do wody. A jednak czułam wyrzuty sumienia i główkowałam jak go wyciągnąć, żeby samej nie doznać uszczerbku i nie mogłam znaleźć rozwiązania. I coraz bardziej bałam się, nie wiadomo czego.

         I wszystko przez głupi żyrandol!

Zresztą na tym się nie skończyło. Nie żył przecież mąż, który choć nie elektryk tylko inżynier budownictwa wodnego, sam sporządził instalację w naszym domu na działce i to lepszej jakości niż ta w mieszkaniu. Dla niego to byłaby pestka. Najpierw długo poszukiwałam elektryka, który zdecydowałby się przyjąć tak drobne zlecenie jak powieszenie żyrandola, potem, gdy go już znalazłam i ubłagałam, praca zajęła jemu i jego pomocnikowi kilka godzin. Okazało się bowiem, że instalacja elektryczna była uszkodzona, prąd przebijał przez sufit, hak trzymał się na słowo honoru i trzeba było pruć betonową płytę sufitu w której zatopiono przewody i jeszcze do tego kawałek ściany.

         I wreszcie, gdy mam swój wymarzony żyrandol, niewiele przebywam w dużym pokoju, gdzie go zawiesiłam.

         Wisi więc tam samotnie jako kosztowna pamiątka mojej bezradności.

Babcia ezoteryczna: wstęp na końcu

Ten blog ma opisywać zwyczajne doświadczenia w zwyczajnym życiu. Świadomie sterując swoimi zachowaniami (np. tzw. świadome śnienie) czy narzucając sobie pewne praktyki, zazwyczaj ma się na oku jakiś cel, w ostateczności zmierzenie się z nowymi doświadczeniami. W naszym wysterowanym do przesady życiu, możliwość naturalnych, nowych i silnych doznań jest ograniczona, poszukuje się ich wszakże dla lepszego zrozumienia siebie. W moim życiu przeszłam wiele krańcowych doświadczeń i dlatego, być może już ich nie poszukuję. Prosto mówiąc: boję się ich gorzej, niż diabeł święconej wody. Życie nauczyło mnie, że żadnym procesem nie można bezkarnie sterować. Niewinne wysłuchanie „kasety odchudzającej” zaproponowanej przez psychologa czy udział w tzw. „muzykoterapii” może pociągnąć za sobą nieoczekiwane skutki, z których niepożądanymi wpływami walczyć trzeba nawet kilka miesięcy. Jednak zarówno mnie, jak i innym ludziom doświadczenia takie przytrafiają się niosąc ze sobą NIEZROZUMIANE I NIEOCZEKIWANE, co próbujemy zrozumieć i ocenić już po fakcie. Często jednak ocena ta jest nieudolna z braku wiedzy. W tym blogu zajmuję się tylko opisem, niech ocenia ktoś inny. Dlaczego więc ezoteryczna babcia? W tym roku kończę 70 lat, jestem Słonecznym Strzelcem i Księżycowym Rakiem. Neptun, który właśnie wszedł do znaku Ryb niedługo będzie tranzytował mój ascendent i od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę porządkowania pewnych zjawisk w moim życiu. Kilka lat studiuję astrologię ale ona nie wystarcza mi do interpretacji niektórych zjawisk czy wydarzeń w moim życiu. Każde z nich osobno daje się zazwyczaj wytłumaczyć, ale razem, jako całość... Z podsumowaniem ich już znacznie gorzej. Pozostaje więc na razie tylko opis.


« Jeszcze o rytuałach, niekoniecznie Wielkanocnych Rozdrapany umysł (1) »

komentarze

[foto]

1. Niesamowity jest ten blog • autor: Wojciech Suchomski2013-04-02 00:24:24

Czytam Pani wpisy z przejęciem. Kawałek dobrej literatury.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)