Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

29 listopada 2011

Marcin Hładki

z cyklu: Chile (odcinków: 8)

San Pedro de Atacama

Kategoria: Podróże i regiony

« Jak tu jest Chuquicamata i Calama »

Wczoraj dojechaliśmy do San Pedro de Atacama - urocza wioska dla turystów na samym końcu świata. Jednak, mimo powtarzalności miejsc turystycznych, to miejsce jest dziwne i dziwna jest droga do niego.

Podróżowaliśmy banalnie, wielkim rejsowym autobusem, przez 24 godziny, praktycznie bez przerw.

Przez cały ten czas za oknem były pustkowia. Po wyjechaniu za przedmieścia Santiago skończyły się drzewa. Cały dzień jechaliśmy przez pagórki, równiny, rzeźba terenu zmieniała się, były nawet jakieś rzeki, niektóre normalnie płynące, inne w formie szeregu kałuż albo zupełnie wyschnięte, ale nigdzie tam nie było drzew, które stanowiłyby element krajobrazu - las, szpaler przy drodze albo wzdłuż strumienia czy miedzy. Pojedyncze i owszem zdarzały się, czasem nawet,w dolinach strumieni, rosły dosyć często, ale jeżeli w ogóle były, to pojedyncze, nie tworzyły grup. Wyjątkiem od tej jałowości były większe miasteczka, gdzie pojawiały się zagajniki platanów, z tego gatunku, który jest zawsze zakurzony, zrzuca korę i wygląda bardzo nieporządnie. Nie wiem czy to ludzie osiedlają się tam gdzie mogą rosnąć drzewa, czy dbają o nie tak, że mogą rosnąć przy nich mimo wszystko.

Jałowość tych pustkowi zresztą była pozorna: pierwsze, co zauważyliśmy, to kołujące jastrzębie, co kilkaset metrów jakiś wisiał na niebie. Musiały na coś polować i tego czegoś musiało być dużo. To dopiero spowodowało, że przyjrzeliśmy się dokładniej roślinom, na tyle dokładnie na ile to możliwe z autobusu jadącego sto na godzinę. Te krzaczki do kolan typ był prawdziwy, wielogatunkowy las, tylko niski. Czasem te rośliny rosły gęsto, czasem były między nimi przerwy, gatunki się zmieniały, ale wciąż pojawiały się jastrzębie.

Nad całym tym krajobrazem wisiały niskie chmury, naprawdę niskie: miejscami może nawet kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Czasami pojawiał się Ocean, ale nad nim też stała mgła przesłaniając horyzont, a brzeg, który widzieliśmy był albo kamienisty albo szarą, wulkaniczną plażą.

Wszystko to sprawia niesłychanie ponure wrażenie, potęgowane przez rzadko rozrzucone zabudowania. Przy czym nie są to domy z prawdziwego zdarzenia, tylko szopy i budki przypominające garaże albo kurniki. Zebrane w niewielkich grupach sprawiają niesłychanie nędzne wrażenie. To zresztą może być kolejna pomyłka, taka jak niepoważne, parterowe Santiago.

Ten widok z niewielkimi zmianami towarzyszył nam przez cały dzień, autobus jechał, zapadaliśmy w drzemki, na jedynym dłuższym postoju zjedliśmy niespodziewanie dobry obiad, i tak to trwało i trwało.

Wieczorem, mimo chmur, góry dały codzienny, niezwykły pokaż kolorystyczny ale to, choć piękne, nie było zaskoczeniem.

Kiedy słońce zaszło na dobre, za oknem zrobiło się czarno. Dosłownie. Nie było widać żadnych świateł, niczego. Z rzadka z przeciwka przejeżdżał inny samochód i tyle. Nie pozostało nic innego jak spać. Nie była to najlepsza noc w moim życiu, ale było na tyle wygodnie, że nadal planujemy nocne jazdy autobusem.

Rano krajobraz zmienił się,w ten sposób, że zniknęły rośliny. Na ziemi nie rosło nic, wzgórza na horyzoncie też były kompletnie nagie: hałdy ciemnego, szarego i brunatnego żwiru, czasem skały. Teren w pobliżu, aż do gór, był zupełnie równy, przecięty tylko drogą. Z czasem pagórki przybliżyły się i stały się bardziej regularne, to rzeczywiście były hałdy piachu i żwiru usypane przez ludzi. Na równinie pojawiły się też ślady opon i pracy spychaczy -jechaliśmy przez zaplecze odkrywkowej kopalni. I jechaliśmy tak przez dwie godziny, około dwieście kilometrów.

Co kilkanaście kilometrów przy drodze stały niezwykłe instalacje: miniaturki kościółków czy kapliczek, sięgające może do pasa, zrobione z blachy, rzadziej wymurowane. Do kanonu należało imię ułożone obok,z białych kamieni. Były też wariacje na ten temat: murki odsłaniające od wiatru i piachu, placyki wylane z betonu, raz nawet widziałem daszek nad całą instalacją. Zawsze jednak gdzieś było umieszczone imię. Nie umiem spytać o ich znaczenie, więc pozostaną tajemnicą.

Wjechaliśmy i wyjechaliśmy z Calamy, miasta, o którym nawet przewodnik mówi, że to zadupie. (Cytuję: shithole.)

Dalej pustynia nie miała już wielu śladów ludzi, miniaturowe kościołki przy drodze dalej się pojawiały, choć rzadziej, czasem nawet trafiały się kępki czegoś.

Kiedy wreszcie, po kolejnej godzinie i stu kilometrach znaleźliśmy się w San Pedro. To zakurzone miasteczko wydawało się cudem normalności. Drzewa, woda w kanałach wzdłuż ulic, a że była dopiero dziewiąta rano, upał nie doskwierał, więc ruszyliśmy dziarsko poszukiwać hostelu, z bagażami, których nie dało się ciągnąć na kółkach, bo ulice tutaj nawierzchnie mają z piachu i kurzu.

Ta energia mnie zgubiła, bo najgorszą rzeczą jaka można zrobić przy podatności na chorobę wysokościową, to zmęczyć się po wjechaniu na górę. Tu jest niby tylko 2400 (metrów npm), ale dla mnie wystarczyło. Trafiło mnie w samo południe, przy obiedzie - jak ciężki kac, dowlokłem się do łóżka, gdzie przechorowałem kolejne 12 godzin.

Wydobrzałem, minęła już doba,obejrzeliśmy to i owo, ale droga tutaj była tak dziwna, że zasłużyła na osobny odcinek.

Wrażenia z San Pedro i okolicznych wycieczek w następnych :-)

Chile: wstęp na końcu

Listy z wycieczki do Chile


« Jak tu jest Chuquicamata i Calama »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)