Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 października 2011

Krzysztof Wirpsza

Satori. Jak odzyskałem słuch
- albo o nieprzewidywalnych konsekwencjach uczestnictwa w Intensywnym Treningu Oświecenia

Kategoria: Techniki rozwoju

Intensywny Trening Oświecenia jest jedną z najszybszych metod wywoływania głębokich (choć przemijających) doświadczeń satori[1]. Metoda ta wykorzystuje technologię Diady Komunikacyjnej. Dzięki intensywnemu wykonywaniu diad, satori powstaje na treningu w ciągu 1-3 dni, i, np. za ostatnim razem, gdy gościł u nas Shivam O'Brien, nauczyciel tej techniki, doświadczenie przeżyła większość uczestników treningu. UWAGA! Shivam lada chwila będzie w Polsce ponownie. Więcej o najbliższym ITO - tu.


Jest bezsensowne
Twoje pytanie
Bo gdzież tu sensu szukać
Ach gdzież?
Jest bezsensowna
Odpowiedź na nie
Lecz brak jej byłby
Bez sensu też!

"Alicja w Krainie Czarów"

Przestrzeń wywinięta na lewą stronę. "To", przy którym nie istnieje "tamto". Pośmiewisko domniemań. Rozsypująca się Madonna Salvadora Dali. Tajne przejście pod twierdzeniami. Korytarz wymijający pytania. Oksymoron, którego nigdy nie było. Światło, widzące samo siebie. To, co było zanim otwarto usta. Nakaz, którego nijak się nie uniknie. Wykolejony pociąg skutków i przyczyn. Wywichnięty zawi(j)as sylogizmu. Czas, toczący się wszędzie i zawsze. Ja, które przestało kombinować. Pęknięty arbuz, z którego wyskakuje Bogini...

Satori, samadhi, stan gnostyczny, sunjata, rigpa. Czasem zwane po prostu doświadczeniem¸ a już wtajemniczeni z tej lapidarności mogą wnieść, że to nie o tradycyjne "doświadczenie duchowe" chodzi. Tylko o coś o krok dalej. Ci, którzy je mieli, uśmiechają się zagadkowo - nie sposób przekazać słowami jego istoty. Nie sposób wytłumaczyć, co dzieje się z głową, która nagle pęka i zostaje przetransportowana w nowy wymiar. Co dzieje się z siermiężnym umysłem ciała, który nagle roztrzaskuje się w bryzgi, obwieszczając wokół umowność siatki percepcji? Nie jest to światło, jakie przychodzi do nas w ciszy umysłu, nie jest to klarowność nieba w słoneczny wrześniowy dzień. Nie jest to błogość spływająca w medytacji, i nie jest to energetyczne pobudzenie kundalini. Nie jest to uważność, zen codziennych czynności. Nie jest to moc, nie jest to pewność siebie, nie jest to rausz intelektu, podającego się za Boga, nie jest to też emocjonalny taniec życia. Nie ma utartych pojęć, które mogłyby określić co dzieje się, gdy zanika człowiek i zostaje Fakt. I jak ubrać w słowa to co wydarza się wówczas z ciałem? Przecież nie znika, choć, właśnie, przecież... znika. Zostajemy przeniesieni poza nie, ale nie, nie w sensie psychologicznym, nie "dysocjujemy". Ciało zostaje skasowane w sensie filozoficznym, a to jest właśnie to, co tak strasznie trudno nam przekazać. Ciało w stanie satori nie ma z nami nic wspólnego, ale bynajmniej nie dlatego, że uciekliśmy w światłość. Po prostu dlatego, że - O Santo Cielo! - z niczym innym też nic wspólnego nie mamy. Wszystko jest humbug, żart, pierdnięcie głupca...i naprawdę nie ma dokąd uciec. Naprawdę nawet droga do oświecenia okazuje się farsą. Chciałoby się zagwizdać jakąś głupią melodyjkę, i wielu, w tym pamiętnym (nie)momencie, czyni to.

Choć doświadczenia satori nie są niezbędne, niektórzy je lubią. Choć są nieopisane, są tacy, co, dla zwykłego żartu, próbują je opisać. Choć ich ilość niekoniecznie świadczy o nadczłowieczeństwie, niektórzy z nas mieli ich wiele. I choć przełom na drodze życia często oznakowany jest w zupełnie inny sposób, u pewnych osób strażnikami przełomów są właśnie one. Satori. Samadhi. Kensho. Oświecenie. Duch Święty i Madonna. To mniej więcej wszystko jedna i ta sama rzecz.

To konkretne satori, o którym opowiem poniżej nie było moim pierwszym. Wcześniej, na przestrzeni kilku lat wydarzyły mi się inne, i, w moim wypadku złożyło się tak, że każdemu z nich towarzyszyły potężne znaki. Pierwsze obwieszczało koniec kluczowej relacji z kobietą i początek drogi do samodzielności. Powstało w atmosferze walki i oporu. Drugie, to był definitywny koniec izolowania się od świata, uzdrowienie prastarej karmy. Towarzyszyło mu wydarzenie magiczne, swoisty szamański chrzest, o niewiarygodnej sile. Trzecie miało miejsce na łagodnym, zmiękczonym już gruncie, w sporym stopniu wolnym od cierpienia i mechanizmów obronnych, jakie towarzyszyły dwóm poprzednim. Zdarzyło się na Intensywnym Treningu Oświecenia jaki poprowadził Shivam O'Brien. Zaowocowało ponad czteromiesięcznym strumieniem spontanicznych doświadczeń, zdarzających się codziennie lub co dni kilka. Wyzwoliło wizję życia i pragnienie tworzenia, poruszając głębokie, zastałe pokłady energii twórczej. Uzdrowiło i wzniosło na anielskie rejestry mój związek z Agnieszką, nadając nowy wymiar i kształt naszemu życiu. Zaraziło samą Agnieszkę, chociaż nie wykluczam, że to ona pierwsza zaraziła mnie. I co najważniejsze - choć wymieniam na końcu - przywróciło mi słuch.

Słuch przywróciło mi właściwie nie to trzecie, a kolejne, czwarte doświadczenie, jakie wydarzyło się wkrótce po trzecim, spontanicznie. Tekst będzie właśnie o tym czwartym, najbardziej łagodnym, i jednocześnie najbardziej brzemiennym w skutki z dotychczasowych. Wszystko zdarzyło się dosyć nieoczekiwanie, jakiś miesiąc po Intensywnym Treningu Oświecenia, na którym asystowałem. Okazało się wtedy po raz pierwszy, że doświadczenie jest "zaraźliwe", to znaczy, że wcale nie trzeba robić techniki, aby je złapać. Shivam opowiadał, że ponoć na treningu czasem "łapie" je kucharz, który ani razu nawet nie był na sali medytacji. Regularnie "łapią" je asystenci - tak zwani monitorzy - którzy mają tyle obowiązków, że też prawie formalnie nie praktykują. A zatem, parafrazując słynne słowa: "tam gdzie dwóch czy trzech się spotka"... tam doświadczenie wisi. I może się roznosić wiatropylnie.

Tak właśnie udzieliło się mnie, dając się odtworzyć praktycznie w dowolnej chwili jeszcze przez kilka dni potem, i będąc przedmiotem rozlicznych moich dyskusji, odkryć i utarczek. Przypominam - cały czas mówię o trzecim. Po trzecim była przerwa, aż do pamiętnej nocy w lutym, kiedy wydarzyło się czwarte. Czwarte rozwiało wszelkie wątpliwości. Towarzyszyły mu znaki naguala - odrębna rzeczywistość, dreamtime. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie dotknąłem naguala tak intymnie. I żadne inne wydarzenie nie wywołało we mnie takiego remanentu jak to.

Podjęcie decyzji o zmianie trybu życia było zaiste punktem kluczowym. Stanowiło kulminację trwającej od wielu lat sagi niedostatku, jaka pod różnymi postaciami usiłowała podawać się za mnie. Jedna rzecz była pewna, i do tej jednej rzeczy dojrzewałem. Musiał nastąpić kres ofiary, ponurego miejsca w którym widziałem siebie, posądzając o zaistniałą sytuację wszystko inne - pecha, geny, pochodzenie społeczne czy niewesołą sytuację w kraju. Innym imieniem tego miejsca były: ciągnące się bez końca finansowe kłopoty, brak wiary w możliwość wykreowania modelu życia, który przynosiłby obfitość, ociężałość i rezygnacja, owocujące przeklętym i nieusuwalnym poczuciem, że nic nie warto, i tak dalej. I dlatego podjęcie decyzji o zmianie stanowiło główną ideę scenariusza. Był to jego motyw naczelny, dzięki któremu światło mogło wedrzeć się i dokonać reszty.

Ponieważ lata prób zmienienia sytuacji na lepsze własnym sumptem nie wydały owocu, pozostało brnąć przed siebie w przeświadczeniu, że, co by się nie działo, to nigdy więcej tamto. Nie wiem jak ma być, ale nie tak. I prosić o pomoc, wołać, modlić się czy po prostu pytać - kim, do cholery, jestem? (tfu!, skoro nie tamtym, to - kim?!). Zgodnie z przeczytanym zasobem lektur, liczyłem, że światło mi odpowie. Że jakoś, z tego wszystkiego, skrystalizuje się cudnie mój nowy zawód.

Piszę to miedzy innymi po to, aby podnieść na duchu wszystkich, którzy znajdują się, lub wkrótce się znajdą w kanale przejściowym. Satori, jak i wszelka praca z cieniem, nie zawsze dają natychmiastowy dobroczynny efekt. Negatywne przekonania mają to do siebie, że aby je rzeczywiście uzdrowić, potrzeba je najpierw wydobyć. Ten właśnie przydenny muł jeziorny, który, gdy po nim stąpamy, wypuszcza ławice cuchnących bąbelków, musi zostać poruszony u podstaw, musimy go wyciągnąć wiadrem wraz ze wszelkimi najbardziej toksycznymi, jadowitymi, chorymi i samobójczymi mętami jakie tylko zalęgły się het, w smrodliwej mazi. A gdy już to wszystko wytaszczymy wtedy - trzeba jeszcze będzie, bagatela, podstawić sobie to pod nos i po raz ostatni - powąchać. I gdy się już to zrobi, wtedy można zdobyć się na szczerą decyzję, być, albo nie być szambonurkiem. Dla tych, którzy wolą podjąć taką decyzję stojąc na brzegu, tj. z pominięciem opisanej powyżej procedury, nie mam porad. Nie potępiam, zwyczajnie się na tym nie znam. Być może można i tak. Jednak dla tych, którzy czują, że to, co opisuję ma głęboki, irracjonalny powab, niosę garść inspiracji, bo sam jestem jednym z nich.

Pierwsze satori wpędziło mnie w bardzo głęboką depresję, gniew, wściekłość, poczucie zranienia, nienawiść i wycofanie. Nie polecam nikomu miejsca w którym zaległem po pierwszym satori na tych kilka wlekących się lat. Wiem, że nie każdemu musi to zając aż tyle, że może być o wiele krócej. Drugie satori uświadomiło mi jak bardzo się opieram, ale dało mi też nadzieję. Duch przemówił ustami "przypadkowo" napotkanej osoby, a jednak z tak zapierającą dech charyzmą, że po prostu nie mogłem potraktować tego lekko. Powiedział: "Idź, odtąd wszystko zależy od ciebie. Wszystko się zmieni, kiedy pokażesz, że ci zależy." Trzecie satori uwolniło mnie od niskiej samooceny, od poczucia bezwartościowości i niemocy. Uzdrowiło też dużą część bólu z przeszłości wyzwolonego przez dwa pierwsze. Jednak dopiero czwarte uczyniło mnie szczęśliwym człowiekiem. Słynne zdanie rozpoczynające Kurs Cudów mówi, że celem Kursu nie jest nauczenie człowieka miłości. Celem ma być usunięcie blokad na drodze do uświadomienia sobie, że miłość już w nas jest. Och, ileż lat zajęło mi zrozumienie, co to zdanie znaczy. Kiedyś było tylko gładkim frazesem, brzmiącym dobrze, nasuwającym filozoficzny namysł i głębię. Jednak dopiero czwarte doświadczenie ukazało mi sens tej myśli w sposób, który uczciwie mogę nazwać "nie budzącym zastrzeżeń".

Moim głównym problemem było to, że od lat niedosłyszałem. Ci, którzy nigdy nie cierpieli na dolegliwości słuchu zapewne nie wiedzą co to znaczy. Ci, którzy wiedzą, nie potrzebują wyjaśnień. Brak słuchu jest dla mnie manifestacją głębokiego przekonania, o tym, że świat nas nie chce, że nas nie rozumie i że nigdy nas nie wysłucha. Czymże innym miałaby być nasza powszechna prośba o spełnienie marzeń? "Wysłuchaj mnie!", suplikujemy, a gdy zostaniemy wysłuchani, tańczymy, chwaląc Pana. A jak by to było, gdybyśmy wiedzieli, tak na sto procent, że nikt nas nie usłyszy?

Proszę sobie wyobrazić jak czuje się wygłodzony człowiek na sali pełnej najprzedniejszego jadła, w sytuacji, gdyby ktoś wcześniej zaszył mu wargi. Podobnie czuję się niedosłyszący. Ogromne bogactwo okazji zdaje się przemykać tuż obok nosa, wielość niewykorzystanych możliwości, przyjaźni, kontaktów, cennych informacji - rozprasza się w szumie eteru. Ludzie niedosłyszący albo się wtedy otorbiają, oddzielając od świata nieprzemakalnym murem, albo - uczą się funkcjonować bez muru. W tym drugim przypadku jednak, strasznie cierpią.

Ja znalazłem się w tej drugiej grupie. W towarzystwie często "znikałem", robiąc za miłego faceta, który grzecznie kiwa głową, udając małomównego. Nieliczni wiedzieli, że 60 % tego, co do mnie dociera jest rozmytą plamą ogólniku, z której trudno wyłowić jakiekolwiek niuanse zdarzeń, subtelności humorystyczne czy emocje. Nieoczekiwane zwroty konwersacji napełniały mnie wściekłością i przerażeniem. Z czasem nauczyłem się sprytnie analizować prawdopodobieństwa. Czy to, co powiedział właśnie ten pan to jest raczej "bardzo przepraszam, mogę...?", czy "pardon, zapraszam w drogę?" A może, coś w stylu "twardo uprawiam jogę"? "Marto, upraszam nogę"? Zgadywało się to z kontekstu, i z czasem mózg rozwinął taką sprawność w domyślaniu się, że właściwsze byłoby bardziej powiedzenie, iż słyszy się mózgiem, niż samym uchem.

Moja wada słuchu była tym bardziej okrutna, że nie trwała przez cały czas. Bywały okresy, że słabła, to znów nasilała się, pozostawiając mnie w ciągłej niepewności, ciągłym przekonaniu, że coś źle robię, i że "energia" za to mnie karze (dopełniali go okazjonalnie "pomocni" mędrcy, gdy świdrując wzrokiem wyrzucali z siebie sakramentalne "Czego nie chcesz słyszeć?"). Przytoczę tu, dla lepszego zobrazowania sytuacji, wiersz jaki napisałem w jednym z okresów nasilenia się mojego problemu. Wymienione w nim stany, wynik tzw. "szumów usznych", mogą dla cierpiącej na tę dolegliwość osoby stanowić codzienność, i to taką, której większość otaczających tę osobę ludzi zdrowych, pozostaje w dużym stopniu nieświadoma.

A oto ów przygnębiający poemat:

(bez tytułu)

w orszaku kochanek mych słota i pot
zrzędzących pod czaszką tysiąca głos ciot
patyna i cynizm, łysina i garb
i zaduch i zapach tapety i farb
i nuda i papier odłażą ze ścian
w orszaku kochanek mych rura i kran
i góra żelastwa i myśli mych trzask
w agonii na skroni nie wianek lecz kask
w katuszach ogłusza żelaznych brzęk much
i krew w uszach, krew w uszach bucha - buch-buch
miast serca szyderca, nabrzmienie i zgrzyt
w orszaku kochanek mych cyjanek - i wstyd
konkubin jęk stygnie jak rubin jak krew
kochanic mych na nic już na nic mi śpiew
kokoty zgryzoty pierzchnijcie gdzie pieprz
niech pożre was pożar i potwór i wieprz
niech kocha was locha, macocha i tryk
co rzekłszy zmiął w mózgu garść bluzgów i znikł

Wiersz posiada konstrukcję fonetyczną, oddającą drażniący szum i brzęk, coś na kształt jazdy rozklekotanym pociągiem. Sylaby przypominają tuwimowe to-tak-toto z "Lokomotywy", co mi się zrobiło nieświadomie, ale po latach widzę, że chodziło o rutynę wykastrowanego przez szum życia, do którego żadne ożywcze bodźce z zewnątrz po prostu nie docierają. Ostatnia linijka jest magiczną zapowiedzią wydarzeń, które za chwilę opiszę, choć, co najciekawsze, powstała w okresie na długo poprzedzającym moje pierwsze satori. A zatem... skąd autor wiedział? Prawdopodobnie pozostanie to jedną z niewyjaśnionych zagadek życia.

Wydarzenia tamtej pamiętnej lutowej nocy poprzedziła wieczorna decyzja. Powziąłem ją dokładnie kilka godzin przed snem. Teraz mogę powiedzieć tak: zadecydowałem o kształcie, naturze i konkretnych krokach jakie mam podjąć dla zrealizowania pierwszego etapu mojego przyszłego biznesu (chodziło o przedsięwzięcie innowacyjne, realizację ścieżki marzeń). To była w pewnym sensie decyzja kluczowa - nie kolejny projekt, nie fascynujący nowy pomysł i jakieś tam po-warsztatowe "hurra-hurra". Po prostu coś zatrzasnęło się w moim mózgu, i powiedziało "Tak, zrobisz to w ten sposób". Był w tym pozytywny gniew, wrażenie, że "zrobię, choćby się waliło i paliło", bez litości. Nigdy chyba wcześniej w moim życiu decyzja taka nie miała w sobie tyle determinacji i nigdy nie była tak konkretna. Z pewnością nie mogłem wywołać tego siłą woli. Decyzja zaszła jako rezultat wielomiesięcznego procesu, rozlicznych rozmów z Agnieszką, snucia planów i przyznawania się do emocji. Sama w sobie pozostała kompletnie niezaplanowana.

W nocy miałem dwa sny. W pierwszym detonowałem bomby atomowe. Stałem pośrodku bezkresnej białej podłogi i eksplodowałem te wielkie, żelazne banie, gołymi rękami uruchamiając zapalniki, i czekając potem, zupełnie bez lęku, aż nastąpi BUM. Trochę jakbym był bawiącym się dzieckiem, może nastolatkiem odpalającym za domem rakietę z zestawu Młody Technik? Byłem tam sam, chyba głównie dlatego, że za każdą kolejną eksplozją wszystko znikało, było tylko dużo białego światła. Światła było coraz więcej i więcej, a ja sobie odpalałem kolejne bomby, trochę tym rozbawiony trochę zaciekawiony, i tak to trwało. A gdy już narobiło się bardzo dużo światła, sen łagodnie przeszedł w inny.

W tym drugim śnie spotykałem się z ludźmi spacerującymi poniżej uzgodnionego poziomu rzeczywistości. To był fizyczny poziom, jakieś 2-3 metry poniżej gruntu, i ludzie ci chodzili na tej głębokości, przenikając sobą piasek i glebę. Byli to, jak się dowiedziałem, ci, którzy odkryli naturalny przepływ obfitości we Wszechświecie. Materialne bogactwo nie miało dla nich tajemnic, czego widomą oznakę stanowiły wypakowane kartami kredytowymi portfele. Ludzie ci gratulowali mi dopiero co podjętej decyzji i wyrażali swą gotowość aby przyjąć mnie do swojego grona. Byłem jakby nowicjuszem, uczniem, w wielkiej rodzinie manifestujących dobrobyt na Ziemi.

Nowi znajomi ukazywali mi moją przyszłość, w której, na skutek własnej inicjatywy, stałem się właścicielem kilkucyfrowego rachunku w banku. To jest na wyciągnięcie ręki, mówili, musisz się tylko przestawić. Twoje pieniądze leżą tuż obok, nie gdzieś daleko, hen. Spłyną one jako rezultat projektu, którego się podjąłeś. Twoja moc manifestacji jest bardzo duża, i właśnie postanowiłeś po nią sięgnąć.

Dochodzę teraz do partii snu, którą najtrudniej opisać. Jedyne na co liczę, to, że czytelnik odnajdzie w treści paralele z własnych sennych eskapad, które mu jakoś to przybliżą. Okej. Do tej pory działy się jakieś konkretne wydarzenia. Nawet szalone detonowanie bomb stanowiło specyficzną akcję osadzoną w normalnie płynącym czasie. Potem się to zmieniło. To znaczy nawet powiedzieć, że się zmieniło nie jest tym, ponieważ zmieniło się w wieczność. Czas nie może zmienić się w wieczność, bo wieczność była tu zawsze. Kiedy i w którym momencie uświadomiłem sobie, że mój sen (ten drugi) nie jest konkretną historią w danym czasie, ale całym życiem, całym bezkresnym strumieniem zdarzeń - nie mam pojęcia. Być może w ogóle nie było takiego punktu. W każdym razie koleje losu jakie nastąpiły pozostawały tak liczne, iż nie sposób było ich wszystkich spamiętać. Były tam lata, jeśli nie dziesięciolecia wydarzeń, na temat których pozostało mi tylko jedno wspomnienie: wydawały się piekielnie logiczne, piekielnie codzienne, piekielnie realne. Zupełnie jakbym w ciągu tych paru minut fazy REM przeżył całe życie.

Teraz nastąpiła faza kluczowa. Ten bezmiar wspomnień z wirtualnego - z mojej tutejszej perspektywy - życia, nagle płynnie okazał się częścią mojego leżenia na łóżku i gapienia się w sufit. Wszystko było całością. Moje życie w tzw. realu, moje przebywanie w mieszkaniu na warszawskiej Woli, stanowiło część tamtej wyśnionej rzeczywistości, i w żaden sposób się od niej nie odróżniało. Coś takiego zdarzało mi się pierwszy raz. (Leżąca koło mnie Agnieszka późnej opisywała, że w tym samym czasie wydarzało się u niej coś identycznego!)

A zatem:

nie było granicy pomiędzy snem a rzeczywistością!

Rzeczywistość realna stanowiła część snu, były one praktycznie tym samym, a czas nie płynął, bo trwała w nim wiecznie ta sama, teraźniejsza chwila. Nawiasem mówiąc, to było bardzo przyjemne doświadczenie. Leżąc przez całe eony na rozkopanym prześcieradle zadawałem sobie wtedy pytanie - czy to doświadczenie satori? Rozważałem to sobie nieśpiesznie, przeprowadzając mentalny test. Czy cokolwiek istnieje oddzielnie, jako "coś innego" - pytałem. Pytanie zdawało się nie mieć sensu, wszystko było tym samym. Rzeczywistość istniała w jednym kawałku, a czas i przestrzeń nie posiadały znaczenia. Jak się okazało, one również stanowią kawałki, a w chwili, kiedy znikają - pozostaje wielki ogrom. Ściany pokoju nie są konkurencją dla gwiaździstego Nieba, które się, jakoś tak poza-obrazowo, wlewa drzwiami i oknami. Przedmioty wyglądają jak nudnawy film w starym kinie na przedmieściach, nie stanowiąc żadnych sensownych barier dla świeżo przebudzonej doskonałości. Człowiek leży i jest szczęśliwy, ponieważ doświadcza wielkości nieporównywalnej z niczym. Tak, to ewidentnie było satori.

W tym stanie czułem jakby przemożną obecność, której nie da się wyrazić inaczej jak "kochającą opiekę". Wiedziałem, że nie jestem sam z własnymi neurohormonami, że to wszystko ma sens daleko szerszy niż moja ograniczona percepcja zjawisk może przyznać. Sam fakt, że stan ten wydarza się właśnie teraz, gdy jest tak trudno i gdy potrzebujemy pomocy silniej niż w jakimkolwiek innym okresie, budzi respekt. Faktu, że doświadczenie ukazuje nam nasze Życie jako już dokonane, jako plan który się spełnił, a jedynym warunkiem jego spełnienia jest własna człowieka (wyższa) wola, nie sposób chyba pominąć jako subiektywnego, a przynajmniej ja nie potrafię. Mówi się na to "miłość" bo trudno inaczej to nazwać. Coś, jakaś wyższa natura, przychodzi nie przypadkiem akurat teraz, kiedy jest trudno, i nie przypadkiem daje człowiekowi pewność, że będzie zdrów, że już jest zdrów, tylko trochę dotąd się przed tym bronił. Ale to nic - mówi wyższa natura - to już przeszłość, teraz mnie wpuściłeś, a ja jestem tobą. Jestem tym spełnionym, z optymalnego przyszłego wariantu tobą i niniejszym anuluję przeszłego ciebie. W takich chwilach, wydaje mi się, ludzie mówią o głosie Boga, zstępującym Duchu Świętym, czy zwiastowaniu przez anioła.

Powoli wracała mi zdolność konkretnego myślenia i świadomość ciała w trójwymiarowej przestrzeni. Zauważyłem, że Agnieszka też nie śpi, spytałem ją więc, drążony podejrzeniem, jak się czuje. Agnieszka i ja generalnie różnimy się tym, że ona nie przykłada takiej wagi do ścisłego definiowania zjawisk jak ja. Pierwszym co powiedziała, było, że nic specjalnego się nie wydarza. Znając ją już dość dobrze, nie dałem od razu za wygraną. Opowiedziałem pokrótce o swoim doświadczeniu, a na to ona, że owszem, tak, jest tak jakby ona to wszystko opowiadała, tylko moimi ustami. Po chwili ustaliliśmy, że właściwie Agnieszka nie musi niczego mówić, ponieważ ja mówię, a to jest tak jakby ona mówiła mną. Ja zresztą miałem bardzo podobne wrażenie - gdy ona mówiła, to było tak, jakby ja mówił nią. W ogóle nie posiadaliśmy takich stereotypowych koncepcji jak "ja" czy "ty" - współbyliśmy ze sobą, bez "w środku", oboje kompletnie zewnętrzni i tożsami, jak powietrze w pokoju. Powiedzieć że były tam dwa powietrza, trzy powietrza czy sześć powietrz byłoby nonsensem. Podobnie z nami. Nie byliśmy w ekstazie, nie tonęliśmy w świetle i nie przestaliśmy widzieć, czy myśleć logicznie. A jednak pozostawaliśmy sobą nawzajem, oraz każdą właściwie rzeczą na której spoczęła uwaga. Po jakimś czasie - leżeliśmy tak wiele godzin - Agnieszka wstała i podeszła do okna. Był środek nocy, a przed domem właśnie stała śmieciarka. Dokoła, w zimnym świetle latarni uwijali się śmieciarze, ładując do brzucha żelaznego cielca kontenery ze śmieciami. Pamiętam jak stojąc przy oknie komunikowała mi, co się w niej dzieje - śmieciarze, dosłownie, byli oświeceni, przeniknięci światłem. Pierwotna natura wszystkiego była jak przesypujące się śmieci - obejmowała wszystko, bez uwagi na pozorną jakość, kształt czy miejsce.

Aha, i byłbym zapomniał. Zanim nastał ranek uświadomiłem sobie, że wszystko idealnie słyszę. Byłem uzdrowiony z wieloletniej, uporczywej i bardzo nieprzyjemnej wady słuchu, i z szumów usznych, które tej wadzie towarzyszyły. Stan ten nie zmienił się aż do dzisiaj.


*


W około pół roku po opisywanym doświadczeniu, po przejściu przynajmniej kilkuset mini-doświadczeń tego typu, wydarzających się w zwykłym życiu, na przestrzeni trzech pierwszych miesięcy, jestem w miejscu, które każe mi myśleć, że opisany powyżej szamański sen nie był przypadkiem. Przez te miesiące poczyniłem konkretne kroki dla podwyższenia mojego poziomu życia, jak również w celu zbudowania mojej przyszłej pracy marzeń, przed czym wzdragałem się latami. Odsunąłem wszelkie rozwiązania kompromisowe, zaprzestałem pracy na kontrakt, otworzyłem własną firmę i usamodzielniłem się. Jestem w trakcie tworzenia dwóch autorskich metod alternatywnej i przyspieszonej nauki angielskiego, część z tego współtworzę z Agnieszką. Dostaliśmy dotację unijną. Moje poczucie odcięcia od dziejącej się rzeczywistości - charakterystyczne dla enneagramowego typu Dziewięć którym jestem - znajduje się w fazie intensywnego wypłukiwania. Wcześniejszy brak słuchu okazał się jedynie materializacją tego stanu, nie mając nic wspólnego z fizyczną medycyną. Przeszedłszy to doświadczenie, obudziłem w sobie żywe podejrzenie, graniczące z pewnością, że taka psychosomatyczna geneza dotyczy większości tzw. chorób. A transformująca potęga doświadczeń satori dopiero teraz stała się dla mnie namacalnym faktem. Czytając o tych stanach jedynie w literaturze odnosi się wrażenie, że są one jedynie bardzo zaawansowanym stanem energetyki fizycznego mózgu. Przeświadczenie to zostaje zakwestionowane z chwilą, gdy na skutek kilku pojedynczych wydarzeń "w świadomości", zmieniane jest od podstaw życie człowieka. Oczywiście to człowiek, własnym opętańczym wysiłkiem, zmienia to życie, a jednak... u niektórych z nas bez satori nigdy by do tego nie doszło. Pytanie - czym jest satori, że tak zmienia, pozostaje koanem, zagadką niemożliwą do rozwiązania. Być może, jak to w przypadku koanów, jego jedynym pełnym rozstrzygnięciem jest - właśnie samo satori.

Krzysztof Wirpsza

www.empatycznekonwersacje.pl/



Przypisy:

[1] Jak zwykle w tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na fakt, że nie chodzi o trwały stan oświecenia w jakim przebywają, z reguły dość nieliczni, nauczyciele i guru. Mówimy o tego stanu bardzo krótkotrwałym odpowiedniku, tj takim, który może osiągnąć każdy, po to aby następnie z niego wyjść i powrócić do zwykłego, nieoświeconego istnienia. Takie krótkotrwałe satori (samadhi) jest znaną rzeczą podczas treningów zen (pisze o nim w swojej książce Trzy filary zen Philip Kapleau). Czas trwania krótkiego samadhi wynosi zazwyczaj do kilku minut, przy czym towarzyszy temu obszerny energetyczny "powidok" trwający od kilku godzin do kilku dni. Może być też tak, że doświadczenie to, na skutek podwyższonego poziomu energii w umyśle, będzie z łatwością regularnie - np. codziennie - odtwarzane. Zazwyczaj jednak po takim odtworzeniu praktykujący powraca do codzienności, i musi zmierzyć z jej problemami, jak gdyby nigdy nic.


komentarze

1. O słuchu • autor: Jana2011-10-09 12:33:28

Witam Panie Krzysztofie!
Bardzo interesujący artykuł i co ciekawe pojawił się właśnie teraz gdy rozpatruje na wskroś, tam i z powrotem głuchotę mojego syna.
Sama wiele lat temu, przez wiele lat byłam nie tylko głucha, ale i ślepa.Do czasu, gdy wszystko, całe moje życie runęło z wielkim hukiem.Nic nie wiedziałam aż do teraz na czym polega SATORI, a pomoc znalazłam w sobie. Zainteresowałam się tarotem, kartami i ich magiczną mocą, w nich odnalazłam informacje mi potrzebne,które mnie osobiście pomogły wydobywać się z grzęzawiska.
To niedosłyszenie - to trochę jak ośli upór, na który w odniesieniu do mojego syna nie mam na razie sposobu. Ale szukam. Mnie to przekonuje. Pański artykuł pojawia się w stosownym dla mnie momencie.
Odzyskałam słuch i wzrok i pomaga, ale uważam się za nieco wtajemniczoną w te mechanizmy, to jest mi łatwiej wkraczać w nowe obszary.
Gratuluję, życzę powodzenia. Jana

Bardzo dziękuję za ten wpis. Niezwykłym przeżyciem jest usłyszeć, że to działa także u innych, że za każdym razem inaczej, a jednak zawsze jest jedno wspólne - działa przez to, ze zwróciliśmy się ku czemuś więcej... Naprawdę wzruszyło mnie to co Pani napisała. Pozdrawiam bardzo serdecznie i życzę powodzenia w pracy z synem.
PS "Ośli upór"! Dokładnie! U mnie chodziło dosłownie o opór, o takie zapieranie się "kopytami" przed życiem, o ślepy gniew na samego siebie, negowanie wszelkie pomocy jeszcze zanim została zaoferowana. Ciekawe byłoby porozmawiać o głębokich przyczynach tego stanu :)

2. Dzięki :) • autor: Nierozpoznany#70472013-02-27 17:31:52

 

Przed wizytą u laryngologa z powodu szumów usznych, bezpodstawnie zupełnie występujących, kłaniam sie i dziękuje za twoją interptetacje doświadczenia oraz opis okoliczności ..... osioł :)

 

podoba mi się pomysl na co było potem.... bedzie.... jest hmm..... :)

 

 

 

 

 


 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)