Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

08 stycznia 2010

Anija Miłuńska

Ścieżki kobiet
Wypowiedź w ankiecie Taraki: Czy potrzebne są osobne ścieżki i warsztaty rozwoju duchowego dla kobiet i mężczyzn?

Kategoria: Kobiece a męskie
Zob. też: Wojciech Jóźwiak, Ankieta Taraki: Czy potrzebne są osobne ścieżki rozwoju duchowego dla kobiet i dla mężczyzn? (2009-11-04)

Wypowiedź w ankiecie Taraki: Czy potrzebne są osobne ścieżki i warsztaty rozwoju duchowego dla kobiet i mężczyzn?

Witaj Wojtku!
Dziękuję, że zadałeś to pytanie, które, moim zdaniem, doskonale trafia w ducha czasu i pewne charakterystyczne dla niego zjawiska, które najwyraźniej domagają się, abyśmy je zauważyli, przemyśleli i przedyskutowali.


Najprostsza, oparta na zaufaniu do życia odpowiedź byłaby taka: skoro istnieją i same z siebie się rodzą, to znaczy, że są potrzebne. Skoro ludzie nie przymuszani przez nikogo wybierają uczestnictwo w warsztatach rozwoju duchowego dla kobiet lub dla mężczyzn - to znaczy, że odpowiadają one na jakąś potrzebę czy tęsknotę, która nie może być zrealizowana w inny sposób. Może powinniśmy w takim razie zapytać raczej: komu i dlaczego są potrzebne? Jak to się stało, że nagle pojawił się i rozkwitł taki fenomen, którego nasi najstarsi mądrale nie pamiętają?

Od jedenastu lat niczym innym się nie zajmuję, jak tylko prowadzeniem kobiecych kręgów, warsztatów rozwojowych dla kobiet a także powołaniem do życia i działalnością w kobiecym stowarzyszeniu, którego jednym ze statutowych celów jest Przywracanie tradycji Przodkiń oraz korzeni kobiecej duchowości. Gdyby parę lat wcześniej, kiedy z wielkim oddaniem praktykowałam buddyzm zen, albo jeszcze wcześniej, kiedy zgłębiałam i nauczałam filozofii na uniwersytecie, otóż, gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że tak się mocno zaangażuję w odnawianie duchowej ścieżki kobiecej - ubawił by mnie tym do łez! To było kompletnie poza moją tożsamością i w najmniejszym stopniu nie mieściło się w moich planach życiowych.

Dlaczego więc zostawiłam godną zaufania i wiarygodną ścieżkę duchową, która mogła się poszczycić jak najlepszymi referencjami (dwa i pół tysiąca lat udokumentowanej linii przekazu od mistrza do mistrza, to naprawdę daje poczucie bezpieczeństwa!) dla niepewnej, zarośniętej chwastami i niewiadomo gdzie prowadzącej dróżki? Doprawdy, kiedy patrzę na to z perspektywy lat, nie potrafię znaleźć żadnego innego powodu, dla którego wpakowałam się w te kłopoty, jak tylko duchowy! Mój duch doskonale wiedział, co czyni, a nawet wyglądało na to, jakby był na coś umówiony z duchem czy mocą znacznie większą od niego, mocą niewątpliwie kobiecą. Z Matką Ziemią? Z Boginią? Z duchami Przodkiń? Wystarczyło, że uznały, że dość już tych przygotowań, że pora przystąpić do działania, wystarczyło, że zawołały - żeby kobieta zostawiła wszystko, w czym była już dobrze osadzona i bezpiecznie utożsamiona, całą swoją "duchową rangę", żeby zacząć wszystko od zera. Dla mojego "małego ja", dla mojej tożsamości uwikłanej we wszystkie te wzorce kulturowe, w jakich się wszyscy wychowaliśmy - to było kompletne zaskoczenie. Jeden z największych numerów, jakie sobie samej wywinęłam. A był to dopiero początek nieustannego dziwienie się: a więc cała ta stara wiedza, która jest mi teraz potrzebna jest we mnie zapisana?? Nigdy bym na to nie wpadła, gdybym nie weszła na duchową ścieżkę kobiecą i to od razu w charakterze przewodniczki, która pierwsza stawia stopę na nieznanym terenie.

Całe te jedenaście lat to historia o poddawaniu się. Temu, co we mnie większe i starsze ode mnie samej. Podobno na tym polega życie duchowe - niezależnie od tego, na jakiej "ścieżce" się ono dokonuje - na praktykowaniu poddawania i oddawaniu kontroli. Nauczyło mnie pokory i nie oceniania, a nawet nie interpretowania pochopnie tego, co robią inni ludzie, kiedy działają w sposób kompletnie inny od mojego, na innej drodze, w jakiejś dziwnej, nieznanej mi tradycji. Wiem już, bo sprawdziłam to na sobie samej, że każdy z nas działa na tym obszarze, który wyznacza jego duchowe pokrewieństwo. Gdyby moje związki zwane karmicznymi z rodziną Buddy były silniejsze niż z rodziną Bogini, to bym zapewne uczyła teraz medytacji zen - z równie mocnym zaangażowaniem. Albo krzewiła Reiki, bez którego - podobnie jak bez medytacji - nie wyobrażam już sobie życia.

Ale tak się jakoś dzieje, że każde poletko znajduje kogoś, kto na nim pracuje: jedni tłumaczą sutry, kiedy inni uczą medytacji, jedni dokopują się do naszych słowiańskich korzeni, kiedy drudzy opiekują się święta fajką, co wyrosła na całkiem innym korzeniu i w innej tradycji. Co wcale nie znaczy, że obcej. I właśnie ta wielość duchowych ścieżek, jakie się teraz pojawiają, spotykają, nawzajem w sobie przeglądają, robią do siebie miny, podają sobie rękę albo i wręcz przeciwnie - całe to zamieszanie jest sposobem, w jaki tworzy się nowy paradygmat duchowy. Sam fakt istnienia tak wielu sposobów, na jakie człowiek może przejawiać swoją duchowość, podkopuje jedynie słuszną prawdę starego paradygmatu, wedle której duchowość jest nieodłączna od religii i tylko w ramach nakreślonych przez system religijny może się realizować. Wszystko wskazuje na to, że w tym procesie, w który my, prowadzący tę dyskusję jesteśmy aktywnie zaangażowani, właśnie w ten sposób człowiek - a przynajmniej biały człowiek - odzyskuje możliwość i prawo do rozwoju i życia duchowego bez konieczności podporządkowania się Autorytetowi, który dostał glejt od Boga na Prawdę Absolutną. Która z założenia może być tylko jedna, dlatego nie jest żadną tam "ścieżką", tylko szeroko ubitym traktem, którym należy pędzić owieczki. Oczywiście, w jedynie słusznym kierunku.

Perspektywa ubitego traktu i perspektywa wielu duchowych ścieżek, to są zupełnie różne perspektywy, dlatego wydaje mi się, że nie możemy interpretować nowego paradygmatu kryteriami zaczerpniętymi ze starego. Jeśli wielość duchowych ścieżek jest dla nas wartością - a przecież jest, skoro je sami propagujemy - to niekonsekwencją (a nawet strzelaniem sobie samobója, jak zwykł mawiać mój syn ) będzie mierzenie ich miarą jakiegoś jednego, właściwego rozumienia, czym jest i do czego prowadzi rozwój duchowy. Dla mnie to jest czas pytań, eksperymentów, poszukiwań, znajdowania odpowiedzi, aby je samemu zakwestionować, czas twórczego fermentu, który znamionuje wielką, gruntowną przemianę. I to jest ta perspektywa, w której ścieżki, kręgi, warsztaty duchowego rozwoju dla kobiet i mężczyzn mają swoje miejsce. Właśnie jako część procesu transformacji paradygmatu duchowego, w którym żeśmy się wszyscy urodzili, ale na szczęście nie wszyscy będziemy w nim musieli umrzeć. Kiedy spełnią swoją rolę, być może przeminą bez śladu. A może wręcz przeciwnie?

Jak zatem widzę rolę, jaką spełniają?

Na pewno są częścią procesu odzyskiwania duchowości ciała, płci, seksualności, wydobywania jej ze sfery profanum, w jakiej usytuował ją dualizm mitu patriarchalnego. Część tej pracy można zrobić koedukacyjnie, ale są takie obszary, które mogą być odczarowane tylko w ramach własnej płci i to nie tylko ze względu na demona wstydu i poczucia winy, jaki został postawiony na straży tego podzielenia. Jak miałam okazję się przekonać, uzdrawianie chorego wzorca nie jest możliwe bez równoczesnego budowania zdrowego, życiodajnego, dającego możliwość celebrowania rytmów ciała, menstruacji, ciąży, porodu. Nie da się tego zrobić w pojedynkę, potrzebna jest zbiorowa energia, zbiorowa mądrość, wytrwałość, wzajemne zaufanie, intymna przestrzeń. Wspólne ceremonie, które dają szansę na doświadczanie tych wszystkich wyżej wymienionych sfer jako duchowych właśnie. W ten sposób dokonuje się stopniowe łączenie tego, co zostało rozdzielone: duszy i ciała. Poprzez powtarzające się pozytywne doświadczenie możliwe staje się uwolnienie od przekonania, ba od tej oczywistości, którą zakodowało dwa tysiące lat chrześcijaństwa, że ciało jest główną przeszkodą w rozwoju duchowym. Nie wystarczy tu wiedza czysto intelektualna: można poddać twórczej analizie powody, dla których problemy, jakie miał święty Augustyn z okiełznaniem potężnego libido doprowadziły go do uznania płciowości za potężną, niemożliwą do przekroczenia bez łaski boskiej przeszkodę w zbawieniu duszy. Można umieć wyjaśnić naukowo, jak to się stało, że zyskały one rangę prawdy wiary, stając się częścią doktryny Kościoła, można nawet sobie z tego żartować, a jednocześnie nadal podzielać przekonanie, że dusza jest bezpłciowa. I że ten poza-płciowy pierwiastek jest właśnie esencją życia duchowego.

Może jest, a może nie jest, nie będziemy wiedzieli, dopóki tego sami nie sprawdzimy.

Uczciwie i bez uprzedzeń badając siebie samych, ujawniając uprzedzenia, podważając prawdy pozornie oczywiste, włażąc w obszary zakazane, zepchnięte w ciemne zakamarki. Ludzie, którzy mają taką motywacje spotykają się właśnie na warsztatach "jednopłciowych", aby wspólnie przedefiniować tożsamość płciową. Wcale nie po to, żeby się w niej zakleszczyć. Takie jest moje doświadczenie. Dlaczego to robią? Bo im za ciasno w starym gorsecie, bo się w nim duszą, bo nie chcieliby wcisnąć go własnym dzieciom, ale nie wiedzą jak go zdjąć i co w zamian.

Jak mogę doświadczyć mojej autentycznej kobiecości? Jak odróżnić schematy i wzorce z którymi się utożsamiłam w procesie socjalizacji od autentyku? Co tu jest uniwersalne, a co kulturowe? (dzielę się własnym doświadczeniem, dlatego mówię tylko o kobietach - męskie historie znają mężczyźni ) Jeśli spotka się grupa kobiet gotowych przez czas odpowiednio długi zadawać sobie nawzajem takie właśnie pytania - no, to się robi z tego takie pole poznawczo-transformacyjne, że aż ogień idzie! Oczywiście przy takim badaniu poziom duchowy splata się nierozłącznie z psychologicznym, filozoficznym i społecznym. Jeśli jednak robimy to wytrwale, to z konieczności musimy zejść na poziom duszy zbiorowej (nieświadomości zbiorowej), gdzie zapisane i przechowywane są doświadczenia i przekonania poprzednich pokoleń, które dla nas stały się wzorcowe, niedyskutowalne w swej oczywistości. Ponieważ przekraczają one poziom jednostkowy, dlatego mogą być przetransformowane tylko zbiorową energią. I w tym widzę najważniejszą rolę, jaką spełniają warsztaty o których tu mówimy, tutaj dokonuje się przemiana, realna przemiana, której nie dałoby się uzyskać w inny sposób.

Może posłużę się przykładem, który uczyni moją myśl jaśniejszą. Od początku w mojej pracy posługuję się baśniami i to tymi, które pochodzą z naszego obszaru kulturowego, a zwłaszcza tymi, które są najczęściej opowiadane. Zakładam, że musi być jakiś ważny powód, dla którego wciąż i wciąż od nowa znajdują kolejne pokolenia słuchaczy. Choć bywają wcale niepiękne, a nawet budzą naszą złość i niezgodę. A jednak nie możemy się od nich uwolnić. Dlaczego? Dlatego właśnie, że baśń opowiada o historii, która wydarza się w zbiorowej nieświadomości - mogę ją też nazwać wspólną duszą - która opowiada sobie samej swoją własną historię i powtarza ją tak długo, aż się ona nie dopełni i nie przetransformuje. Tak długo, jak jakaś historia jest aktualna - tak długo wpływa na każdą jednostkową nieświadomość przekazując jej określone treści i wzorce zachowań, a nawet "wymuszając" określone uczucia, reakcje i doświadczenia.

W baśniach Braci Grimm wielokrotnie powtarza się pewien motyw, który najlepiej znamy z "Kopciuszka" - opisuje on przejście od dzieciństwa do dorosłości jako pojawienie się Macochy. Wchodzi ona na miejsce kochającej Matki, która bezpowrotnie umiera, albowiem życie to nie bajka, tylko ciężka harówa pod okiem wiecznie niezadowolonej Macochy: jakbyś się nie starała, to i tak nie zasłużysz na pochwałę. A więc na tym polega inicjacja w dorosłość! Na wykształceniu sobie takiej wewnętrznej Macochy, która będzie cię stale miała na oku i nieustannie musztrowała. A także porównywała z innymi kobietami, w których nie powinnaś widzieć sióstr, ale groźne rywalki do roli bycia wybranką królewicza. Dziękuję bardzo, chciałoby się powiedzieć, ale niestety Macocha nie z tych, które dają się łatwo wykurzyć. Jest tak silnym duchem pola, tak długotrwale w nim zakorzenianym, że ani prośbą ani groźbą, ani doktoratem na uniwersytecie, ani prowadzeniem własnej firmy, nawet zaniechaniem przycinania sobie nóżki, żeby pasowała do pantofelka - nawet tym jej się nie da całkiem zdematerializować (choć to ostatnie wydatnie ją osłabia).

Jaki jest więc sposób na odzyskanie wolności? Ujawnić wstydliwe sekrety, a zwłaszcza ten najbardziej kompromitujący: że masz konszachty z Macochą. Że się jej dajesz za nos wodzić, że jesteś wobec niej bezbronna. Żeby zadziałało - trzeba to zrobić wobec innych kobiet, zaufać im, że nie wykorzystają tego przeciwko tobie, czyli zachować się wbrew scenariuszowi. Kiedy okazuje się, że to, co wydawało się być tylko osobistym, indywidualnym problemem jest duchem pola, zakodowaną w zbiorowej pamięci samo się powielającą strukturą - wtedy pojawia się realna szansa na uwolnienie. Teraz możemy się zabawić w rozpracowywanie metod działania, a właściwie manipulacji, jakie stosuje "Macoszka" - jeśli słowo zabawa adekwatne jest dla pracy przypominającą tę w kopalni, na przodku. Ale bez umiejętności śmiania się z siebie samych na pewno nie da się zerwać więzi z tą śmiertelnie poważną instancją. A jeszcze jest tu masa potężnych emocji, co się długo na tym poletku zbierały, trzeba je wszystkie wypuścić, porządnie posprzątać, bo już wiemy, że jak my tego nie zrobimy, to wlezie paskuda na nasze córki i wnuczki, czego im przecież nie życzymy. A potem zrobić ceremonię uwolnienia, w której zawołamy inne duchy i moce kobiece, które mają inne nauki do zaoferowania.

Cały ten proces wymaga ogromnej szczerości oraz uczciwości, puszczenia wielu przywiązań, rezygnacji z różnych wyuczonych sposobów i sposobików chronienia siebie samej. Dlatego oczywiście nie każda decyduje się na tak radykalną, gruntowną przemianę. Ale dla tych, które się tu nie zatrzymują, coś zmienia się samoistnie przez sam fakt przejścia tego procesu do końca - w sposobie myślenia, czucia, postrzegania siebie samej w relacji z innymi kobietami, a przez to i z mężczyznami. Co sprawia, że oddzielenie i nieufność same się rozpuszczają, odbudowują się relacje siostrzeńskie. A więc rywalizacja i obgadywanie się wzajemne to wcale nie jest skłonność wrodzona kobiecej naturze! Okazuje się, że relacje między kobietami mogą wyglądać zupełnie inaczej. Trudno tak od razu w to uwierzyć, więc trzeba jeszcze zjeść razem parę worków soli, żeby zyskać tę pewność, którą przekażesz własnej córce. Nie jako nowinkę wyczytaną w modnej książce, ale jako oczywistość, o której nie trzeba nawet mówić, bo przenika całe twoje zachowanie.

W ten sposób inna "niedyskutowalna oczywistość" zostaje zakodowana na tym zbiorowym poziomie, gdzie zapisywane są wszystkie nasze doświadczenia. A równocześnie odzyskany zostaje kawałeczek pola, w który można wprowadzić nowy wzorzec inicjacyjny. To tylko jeden z przykładów, bo takich historii do odczarowania - wspólnych dla danej płci, narodu, czy innej wspólnoty - jest znacznie więcej. Jestem przekonana, że teraz właśnie jest czas robienia gruntownych porządków, właśnie na poziomie zbiorowej historii zapisanej we wspólnej pamięci, potrzeba oczyszczenia jej ze spadku po starym wzorcu, uwolnienia spod władzy duchów, jakie tam się zagnieździły. Bez takiej głębokiej pracy jakikolwiek "nowy paradygmat", czy nowy wzorzec nie ma szans się urzeczywistnić, pozostanie tylko piękną ideą, jedną z wielu, jakie już poszły do lamusa.

Tutaj mogłabym zakończyć, ale nie byłoby to uczciwe, bo nie powiedziałam jeszcze o najważniejszym. O tym, że największa pomoc i siła, która pomaga transformować płynie z głębokich poziomów, znacznie głębszych, niż ta cienka warstewka jaką zapisał w zbiorowej pamięci dualistyczny mit patriarchalny i ta epoka przemocy, jaka go zrodziła. Stamtąd płynie ten potężny impuls, który każe kobietom spotykać się na wszelakich warsztatach, kobiecych kręgach, stamtąd też wzorzec kobiecej, duchowej ścieżki i pewność, że teraz, właśnie teraz trzeba ją odbudować i przywrócić światu. W języku psychologii głębi powiemy, że budzi się archetyp Bogini, Wielkiej Matki. Kiedy zaczynałam moją pracę, tak to właśnie nazywałam. Ale kiedy doświadczyłam jego mocy "od środka", kiedy pozwoliłam, żeby we mnie samej się obudził, kiedy zobaczyłam, jak budzi się i co zmienia w wielu kobietach - to mówię już: Bogini się budzi. W nas się budzi i poprzez nas powraca do świata, aby przywrócić w nim równowagę. To taki skrótowy zapis przemiany, jaka się dokonała przez te jedenaście lat.

Straciłam możliwość patrzenia z jakiegoś "naukowego dystansu", który, tak naprawdę, jest jednym ze sposobów, w jaki funkcjonuje umysł oddzielony od ducha - filozofowie nazwali go "rozumem", który rządzi się innymi prawami, niż "serce", dzięki czemu uznany został za jedyne, wiarygodne, obiektywne narzędzie poznania.

Wiem już - bo sprawdziłam to na sobie samej - że pascalowska, rzekomo nieprzezwyciężalna "walka serca z rozumem" nie dotyczy jakiejś uniwersalnej sytuacji egzystencjalnej człowieka. Doskonale opisuje dylemat człowieka uwikłanego w paradygmat kartezjański z jego "albo - albo": albo wiara, albo rozum, albo życie duchowe, albo rzetelne, obiektywne poznanie. Poddałam siebie samą długiemu i gruntownemu eksperymentowi, w wyniku którego serce przestało walczyć z rozumem, za to świadomość połączyła się z duchem. Życie duchowe przestało być dla mnie kwestią wiary - w prawdy, czy dogmaty, których nie dałoby się pogodzić ze zdolnością logicznego myślenia, czy inteligencją. Mogę zaufać swemu doświadczeniu, gdyż pozwalam, aby wszystkie moje "władze poznawcze" współpracowały ze sobą: intelekt z intuicją, zdolność myślenia ze zdolnością odczuwania, zmysły i ciało z duchem - okazuje się, że one doskonale ze sobą współpracują, kiedy nikt nie wmawia im, że powinny ze sobą walczyć. To połączenie i ten rodzaj wolności, jakie ono daje, odnalazłam właśnie na "duchowej ścieżce kobiecej", którą mam zaszczyt odnawiać. Nie będę jednak jej tu opisywała, bo to oddzielny temat, który przekracza ramy wyznaczone przez postawione w tej ankiecie pytania.


Anija Miłuńska



Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)