Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

20 lipca 2013

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Babcia ezoteryczna Sezon drugi (odcinków: 82)

Siedzi baba na cmentarzu

Kategoria: Twórczość

« Gdzie naprawdę byliśmy (3) Techniki manipulacyjne dla dusz. Królik w cylindrze »

         W latach mojego dzieciństwa powtarzało się bachorom taki z lekka przerażający wierszyk:

Siedzi baba na cmentarzu

trzyma nogi w kałamarzu

 przyszedł duch

babę w brzuch

 baba fik

a duch znikł

         Potem były jeszcze inne wyliczanki. Jedna z nich, jakby w przeczuciu mojej starości utkwiła mi w pamięci do dziś:

W słonecznym cieniu

na miękkim kamieniu

siedziała stojąc młoda staruszka

i nic nie mówiąc rzekła:

Jaki dziś upalny mróz!

         Tragedie ludzi zdobywających najwyższe szczyty w śniegu, mrozie i zmęczeniu przepływają obok nas niczym owe makabryczne wyliczanki powtarzane przez telewizyjnych prezenterów na zmianę z informacjami o katastrofach, powodziach, pożarach i reklamowymi sloganami w rodzaju Dziś to już nas nie kręci. Słuchając namiętnych tonów w ich głosach myślimy sobie: co taki człowiek liczący sobie lat pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt kilka szuka w tak nieprzyjaznej okolicy? Czy chce jeszcze innym udowodnić, że jego młodość nie minęła całkowicie, że jeszcze jest zdolny do krańcowych wysiłków, czy może, właśnie szuka swojego końca tam, gdzie sam sobie wybrał a nie tam, gdzie ulokują go bliscy i obcy specjaliści? Dlaczego jednak naraża innych, młodych, nie tylko fizycznie ale i moralnie, wystawiając na próbę ich gotowość do niesienia pomocy koledze w tarapatach, gotowości przeciwstawianej krańcowemu wyczerpaniu i własnej zdolności do przeżycia?

         W młodości uwielbiałam wspinaczkę. Byłam szczupła, o drobnej kości lekka i nieustępliwa. Sama wspinaczka, to nie było nic przyjemnego, już wówczas miałam nierozpoznane problemy z sercem. Jednak odpowiednio dawkując wysiłek, zmagając się ze sobą i ze swoim zniechęceniem wchodziłam na różne polskie szczyty (doskonale wiem, że kuda im do Himalajów!). Potem, gdy już padłam i zdychałam, właściwie nie obchodziły mnie piękne widoki. Obchodził mnie i podniecał klimat szczytu. Przekonanie, że pokonałam siebie, na zmianę z wrażeniem, że nastąpił niesłychanie doniosły moment w moim życiu, co potwierdzały: inne powietrze, wiatr owiewający ciało, bliskość płynących chmur (nie rozumiałam dlaczego chmura jest rodzaju żeńskiego, instynktownie uważałam powinno być: „ten chmur”) i upał, który nie wiadomo czemu uznawałam za nużący na dole, a podniecający na górze. No i samotność wspinacza – sama decydowałam o sobie i na nikogo nie musiałam liczyć, za nikogo odpowiadać.

         Nie rozumiałam tych, którzy przedkładali zimę nad lato. Owszem, zimą można było jeździć na nartach i to chyba już wszystko, co można o niej dobrego powiedzieć. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy wspinać się na górę zimą, zresztą w Tatrach zawsze przestrzegano zakazu korzystania z pieszych szlaków. Zjeżdżanie na nartach wydawało mi się nudnym zajęciem, zaraz trzeba było wchodzić na górę i tak w kółko; zresztą miałam tylko narty biegówki (wypożyczalni wówczas nie było, ani wyciągów oczywiście), w pobliżu park Bielański, co zaspokajało moją potrzebę ruchu i widoków.

         Zima była w moim otoczeniu, równinnej Polki, naturalnym czasem siedzenia przy piecu, czytania i innych domowych rozrywek i oczywiście czekania na wiosnę, w przeciwieństwie do górali, którzy z racji naturalnych warunków musieli zapewne także zimą się wspinać. Wspinać się, ratować idiotów albo konspirować w czasach okupacji — mieli więc racjonalne powody swoich bohaterskich zachowań.

         Nie chcę przez to powiedzieć, że tragedie biorą się z nie respektowania tego, co naturalne: klimatu, nawyku, kultury danych okolic i wieku zwłaszcza. Ale coś w tym tkwi, że w dzisiejszej kulturze nie najmłodsi już ludzie podejmują wyzwania na przekór temu, czego należałoby po nich oczekiwać. Nie zawsze przynosi to dobre rezultaty: starsza pani, wymalowana jaskrawo (bo przecież oczy już nie te i czasem niedowidzą) uczesana w fryzurę za czasów jej młodości, w której kiedyś wyglądała olśniewająco, jednak dziś ma rzadziuchne włosy i hodowanie ich w długości do pasa nie dodaje uroku — nie osiąga swoimi staraniami założonego rezultatu, bo osiągnąć go nie może, chociaż swojemu wyglądowi poświęca trzy razy tyle czasu ile w młodości. Gdyby to widziała.

         Zaczynający dzień od piwka niedomyty stary podrywacz, błąkający się po osiedlu, ponieważ splajtowały trzy kolejne warzywniaki, pod którymi wystawał i zaczepiał nieco młodsze panie, pogubił się. Brak adresów, pod którymi brylował, wpędza go w głęboką depresję, ale nawet na jotę nie zmienia swojego zachowania. Mógłby w końcu się trochę umyć, wypachnić, zatuszować to poranne piwko albo przenieść go na wieczór, być trochę mniej nachalnym i pójść gdzieś indziej, na przykład do klubu emerytów, czy pod Biedronkę i dalej podrywać. W końcu kiedyś był chyba przystojnym mężczyzną i te resztki prezencji mu zostały; cóż, gadki ma takie jak w PRL-u, chamusiowate, urażające kobiecą wrażliwość i powtarzalne; no i przywiązał się do nieistniejących już warzywniaków. Nie namawiałabym go do kompletnej odmiany, do nauczenia się obsługi komputera (pobliski dom kultury oferuje starszym ludziom stosowne kursy) i prób randkowania w sieci, małej modyfikacji tekstów podrywu; to byłaby za radykalna wolta — ale trochę stonować swój sposób bycia mógłby z korzyścią dla siebie i otoczenia. Gdyby to widział.

        Może nietaktem jest z mojej strony po tych obrazkach nawiązanie do himalaistów; ale problem jest tego samego rodzaju, choć oczywiście na o wiele wyższym poziomie życiowej kariery.

         Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy najwyższy szczyt świata, Mount Everest był jeszcze niezdobyty. Kolejne wyprawy podejmowały wyzwania i musiały zawracać, aż wreszcie w 1953 roku zdobył szczyt i powrócił cało Edmund Hillary, ale zrobił to w towarzystwie Szerpów niosących bagaże, którzy długo się nie liczyli, chociaż mieli gorzej, bo zmuszeni byli do większego wysiłku. Jeden z nich (Tenzing) dostąpił zaszczytu i stanął na szczycie, ale o ile dobrze pamiętam, rzadko wymieniano jego nazwisko, choć sam Hilary go forsował. Ostatnio doniesiono, że szczyt zdobył Piotr Cieszewski , w dodatku w podróży poślubnej, a jego małżonka weszła na nieco niższy szczyt. Bardzo to pięknie, ale czy to już jest to samo?

          W tamtych czasach dyskutowano o używaniu masek tlenowych w czasie wspinaczki, podobnie jak dziś o dopingu. Uznano jednak, że zdobycie szczytu bez nich nie jest możliwe, chociaż ważyły kilkanaście kilogramów. Ubrania himalaistów przypominały zwykłe ubrania: puchowe kurtki, swetry z golfem, kilka par rękawiczek staroświeckie okulary.

         We wspomnieniach Hilarego możemy poczytać o jego śniadaniu przed zdobyciem szczytu: limoniada z cukrem i puszka sardynek. Dziś technika, strategia i organizacja wypraw jest nieporównywalna z ówczesną,  inne są etapy, ubrania, obuwie, sprzęt; żywność to nie zwykłe puszki ze sklepu; niekoniecznie trzeba być himalaistą żeby zdobyć ten szczyt,  dysponując technicznym wsparciem, jak zrobiła to aktorka, Martyna Wojciechowska.

         Stąd może bierze się przekonanie weteranów zdobywców (szczytów i innych „pików”), że czas zatrzymał się dla nich w miejscu i nic się nie zmieniło; zawsze mieli i będą mieli najwyższe kwalifikacje, potwierdzone ich osiągnięciami, sukcesami, uznaniem i zazdrością środowiska — i nic tu nie może ulec zmianie. Czasami mają szczęście,  jak 80-letni zdobywca szczytu Mount Everest, który „bardzo się zmęczył” lub 80-cio paro-letnia babcia, skacząca spadochronem ze wsparciem kilku podtrzymywaczy. Czasami.

         Jednak ich smak życia jest spaczony. Przyzwyczajeni do ostrych przypraw nie spróbują niczego innego, trwają przy swoim, jak wymalowana i wytapirowana babcia czy podrywacz spod warzywniaków – choć oczywiście na o wiele wyższym poziomie. W swoim dążeniu do utrzymaniu się na fali czasem pociągają za sobą innych i to jest przerażające i naganne. Gdyby to widzieli.

         Lepiej by było, żeby spoczęli w fotelach i zajęli się światem nierzeczywistym.

Babcia ezoteryczna Sezon drugi: wstęp na końcu

To jest ciąg dalszy, a wszystkie dalsze ciągi prowadzą nas niekoniecznie tam gdzie byśmy chcieli dojść. Więc wstępne ideolo pominę, możliwe, że zastąpię go posłowiem, o ile tego posłowia nie zapisze za mnie życie


« Gdzie naprawdę byliśmy (3) Techniki manipulacyjne dla dusz. Królik w cylindrze »

komentarze

[foto]

1. Sławomir Mrożek Indyk • autor: Wojciech Jóźwiak2013-11-04 10:47:50

Koniecznie trzeba dodać, że wyliczankę o Babie na Cmentarzu uwiecznił Sławomir Mrożek w sztuce "Indyk". Jak jeden z dialogów chóru wieśniaków.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)