Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

24 stycznia 2014

Katarzyna Urbanowicz

z cyklu: Prababcia ezoteryczna (odcinków: 94)

Sierotka po PRL


« Uginająca się rzeczywistość Takie same jak my »

          W 3 odcinku wspomniałam o roli i doli pomocy domowej w PRL. Dzisiejsze prawicowe panie, rezydujące w grodzonych osiedlach i zatrudniające nianie z konieczności życiowej,  tłumaczące swoim córeczkom, że niań się nie kocha, bo się im płaci, (a wiem co piszę, bowiem mam znajomą panią i znajomą nianię) nie mają zielonego pojęcia czym była pomoc domowa w tamtych czasach. W mojej, nie wydanej niestety powieści, pod roboczym tytułem „Sierotka”, główną bohaterką jest właśnie taka piętnastolatka, pragnąca uczyć się w liceum, ale zmuszona „do służby” przez ojca. Historia dziewczyny do czasu podjęcia pracy jest autentyczna. Tatuś oprowadzał córeczkę po olsztyńskim osiedlu Likuzy, zwanym popularnie „Mankowo” (wiadomo z jakiego powodu) oferując jej usługi wśród wynajmujących domy pracowników Fabryki Opon Samochodowych w budowie.

         Pierwowzorem dziewczyny była pewna Jasia, która została zatrudniona do pomocy ciężarnej kochanki kierownika budowy oraz inna dziewczynka, Janeczka, moja pomoc domowa z Gdańska.  Inna historia (kopanie ziemniaków i ucieczka do szkoły) pochodziła z opowieści mojej koleżanki ze studiów zaocznych. Los tych wszystkich dziewczynek był nie do pozazdroszczenia z wielu powodów, co chciałam przedstawić w swojej powieści. Moja bohaterka potrafiła uporać się ze swoją złą karmą (jak to dziś się nazywa) i zrobić życiową karierę, ale zapłaciła za nią więcej niż wydawać by się mogło możliwe. Imię bohaterki — Iwona — nadano przez przypadek, urzędniczka zapisująca dziecko do rejestru urodzeń widząc przed sobą bełkocącego pijanego tatusia i mając gazetę z artykułem anonsującym nowe przedstawienie „Iwony, księżniczki burgunda” poproszona o wybranie imienia zapisała dziecko jako „Iwonę”. Dziewczynka była niepełnosprawna wskutek poparzenia rąk w dzieciństwie w wypadku, w którym zginął jej brat, po długotrwałym leczeniu i dlatego ojciec uważał, że nadaje się wyłącznie do służby.

         Pozwólcie zatem, że na jakiś czas oddam głos mojej bohaterce:

(Edward Munch "Młoda służąca rozpalająca piec" 1888 - ze strony http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje30/m48.jpg)

Rozdział 13

         – Nie tak wybiera się ziemniaki – narzekała matka. – Przysypujesz tylko inne i żeby je potem znaleźć stracisz czas i nie wszystkie pozbierasz. Patrz jak ja to robię! Albo Ela. Chociaż młodsza, o wiele zręczniejsza od ciebie. Co z ciebie w zrobili!

         Iwona po powrocie od ciotki i z sanatorium na nowo przyzwyczajała się do wiejskiego życia. Pochylona, bosa, z rozstawionymi szeroko nogami grzebała bez entuzjazmu w ziemi. Matka dała jej stare rękawice, ale ciągle zsuwały się z jej dłoni, no i nie dało się w nich tak zręcznie pracować. Jednak chciała chronić swoje ręce, starając się na razie nie myśleć o nogach. Rano był suty przymrozek i stopy marzły w bruzdach, ale nikt przytomny nie dałby marnować kobiecie butów przy wykopkach. W dodatku Iwonę bolał dół brzucha, pewnie od zimna, jak mówiła matka, i pewnie były to jajniki, jak mówiły koleżanki w sanatorium, nawykłe do październikowych prac w polu, ale to samo przejdzie, gdy się przyzwyczai i wygrzeje w cieple kuchni.

         Posuwały się w równym tempie; matka i Ela, zdawać się mogło bez wysiłku i Iwona, zdrętwiała, niezgrabna, ale usiłująca dotrzymać im kroku. Gdy sądziła, że nikt nie widzi, obiema dłońmi uciskała miejsce poniżej brzucha bo gdy trochę je utrzęsła i przydusiła, ból zelżał na jakiś czas. Obiecywała sobie, że nazajutrz owinie się ściśle ręcznikiem, pospina go agrafkami i może wtedy ból będzie mniej dokuczliwy. Podobno pomagały także gorące nasiadówki z rumianku, może warto spróbować.

         Kobiety czasami rozmawiały, ale niewiele, jak coś się komuś przypomniało. Mówiła głównie matka, Ela milczała niezależnie od tego co słyszała; zdawać by się mogło, że lekceważy całe otoczenie, zbuntowana i nabzdyczona. Matka tolerowała to wyraźnie, unikała rozmów z Elą, jakby córka miała prawo do buntu, a jej, matki zadaniem było łagodzenie jej nastrojów. Iwona w tym wszystkim zupełnie się nie rozeznawała i nie liczyła – zbyt długo była poza domem. Musiała się pogodzić ze swoją podrzędną rolą w rodzinie – dopóki oczywiście w niej była.

         – Wczoraj przysłali kartkę ze szkoły – powiedziała matka – że przyszły twoje papiery ze szkoły w sanatorium. Pani kierowniczka napisała, że masz zrobioną prawie całą pierwszą klasę liceum, więc przesłała te papiery do drugiej szkoły, tej średniej, i żeby tam się zgłosić. I że trzeba złożyć podanie o stypendium i internat. Gdyby ciotka pozwoliła ci mieszkać u siebie, może by coś z tego wyszło, ale ona nie chce. Cholera wie, czym jej tak zalazłaś za skórę. Zawsze nam pomagała, a teraz jest jak głaz. Mówi, że nie może na ciebie patrzeć. Ten jej synuś, to było niezłe ziółko, ale ona po jego śmierci to już całkiem na głowę upadła. – Po chwili milczenia dodała: – Nie miała szczęścia w życiu ta moja siostra, jak kogoś kochała, to diabli go brali.

         – Dlaczego ma nie wyjść?– dopytywała się Iwona, chcąc zmienić temat, chociaż doskonale wiedziała, dlaczego.

         – Ojciec nie chce. Mówi, że internat kosztuje. I że jesteś krnąbrna, więc szkoła ci tylko zaszkodzi. Mówi, że trzeba żebyś przyuczyła się do jakiejś pracy i poszła jak najprędzej za mąż i na swoje. Zawsze mówił, że nic z ciebie nie będzie. Nie umiesz się podporządkować, musisz więc szukać tam, gdzie twój charakter nie będzie nikomu przeszkadzał. I w dodatku jesteś kaleka.

         – Mamo...

         Ziemniaki plaskały równomiernie o dno starego kosza. Matka pochylona do tyłu, oburącz przytrzymując na brzuchu pełny kosz brnęła na skraj pola, gdzie powoli rosła sterta. Iwona zauważyła jak bardzo postarzała się. Figurę miała zniekształconą, z wielkim, wydętym brzuchem, za to nogi cienkie jak patyki oplecione niebieskimi żylakami. Popuszczała mocz i wiecznie od niej śmierdziało. Nawet jak się umyła wieczorem i tak jej spódnice przesiąkały amoniakiem. Włosy matki posiwiały i rosły w różne strony, tak że i wtedy, gdy się uczesała, wyglądała na rozczochraną. O rękach już lepiej nie mówić! Brud wrósł w nie głęboko, paznokcie wykrzywiły się i zrogowaciały, niczym u jakiejś czarownicy. Nic dziwnego, że matka nie lubiła pisać, nawet pocztówki na święta pisała za nią Ela. Iwonie wstyd się zrobiło, że niezbyt interesowała się do tej pory domem i matką, ale kiedy pomyślała, że za ileś tam lat może tak wyglądać jak ona teraz, obudził się w niej gniew na matkę, jakby to ona była czemuś winna. No bo właściwie była. Kto to słyszał tak podporządkować się głupiemu chamowi! Nie chciała dla siebie podobnego losu. Sądziła, ze jest mądrzejsza.

         Pochylona nad bruzdą teraz kombinowała, jak by tu wyrwać się z domu i załatwić swoje sprawy. Skoro ojciec powiedział nie, nie było żadnej nadziei, że się go przebłaga. Już prędzej może ciotka dałaby się namówić, a przynajmniej poleciła komuś, żeby pracowała za mieszkanie i utrzymanie oraz szkołę. Nie chciała rozmawiać o tym z matką, bała się, że powie ojcu albo w inny sposób zdradzi się. Tyle czasu nie było jej w domu, że nie wiedziała jak tam teraz jest, choć przeczuwała, że jeśli co, to pogorszyło się, a nie polepszyło. Matka się postarzała, Ela zrobiła jakaś taka przygaszona i nagrzdylona, brat to był już całkowity głupek z wielkim wolem i przekrzywioną głową. Wprawdzie ze dwa miesiące temu zrobiono mu operację, ale nic z tego nie wyszło, głowa się nie naprostowała i rozumu nie przybyło. Łaził jak pies za ojcem, zbierał czasem kuksańce, ale nie widać było, żeby się buntował. Zawsze zapatrzony w ojcowskie za przeproszeniem gacie, ze spuszczoną i przekrzywioną głową, silny i posłuszny. Nie rozmawiał ani z matką ani z Elą, Iwona podejrzewała, że miał się, podobnie jak ojciec, za co lepszego od bab.

         Wieczór przychodził szybko. Pole, z rana pokryte białą szadzią, wieczorem czerniało i kiedy już nie można było odróżnić ziemniaków od ziemi, nareszcie mogły wrócić do domu. Nie było w nim zbyt ciepło, dopiero teraz matka rozpaliła pod kuchnią i ustawiła na fajerce, obok wpuszczonego z tyłu paleniska, żelaznego sagana do grzania wody, duży czajnik z wodą na herbatę. Do czajnika wsypała pół paczki „gruzińskiej”, najtańszej herbaty. Miała ona tę wadę, że była bardzo jasna, tylko gdy więc solidnie się z wodą jakiś czas pogotowała, nabierała koloru i mocy. Dla rodziny starczy na dwa dni, a wygotowane fusy dobre są na ropiejące oczy i do ziemi w doniczce z czerwoną pelargonią – lepiej rośnie i zabija robaki

         Iwona schowała się w chlewiku z miską gorącej wody zaczerpniętej chochlą z sagana i robiła sobie nasiadówkę. Zabrała ze sobą pantofle, wyczyściła je w resztce ciepłej wody, natarła starym tłuszczem i wyświeciła do blasku. Wyprasowała białą bluzkę z koronkowym kołnierzykiem, granatową, plisowaną spódniczkę i oczyściła lakierowaną, czarną torebkę na okrągłej rączce, jeszcze po babci. W kieszonce torebki leżał schowany papierek – oszczędności Iwony, za które mogła kupić bilet na autobus do miasta. W sanatorium znalazła go w łazience, w szatni, gdy rozbierała się do kąpieli w paskudnym błocie; wiedziała, że powinna oddać go komuś z obsługi, ale tak z tym zwlekała, tak bardzo szkoda jej było rozstać się z tymi pieniędzmi, że w końcu i tak wstyd było oddać, gdy nie wiadomo było jak wytłumaczyć to zwlekanie.

         Nieuczciwie zdobyte pieniądze, zamiar oszukania rodziny i ucieczki z domu – lista jej przewinień stale powiększała się i coraz mniej budziły one wątpliwości i wyrzutów sumienia. Wyzwalały tylko tłumiony gniew. Może dlatego, że ból w dole brzucha wszystko głuszył i przesłaniał. Usprawiedliwiał ją. W sanatorium poszłaby do lekarza, a ten kazał by jej spędzić cały dzień w łóżku, zwolnił z zajęć i zabiegów, i jeszcze dał jakieś proszki na uśmierzenie bólu. Tutaj nikogo nie obchodził jej ból. Nikt się nim nie przejmował. Ważniejsze były kartofle, choć i tak nie wiadomo było, czy ojcu uda się je sprzedać.

          Przed świtem Iwona, śpiąca w małej przybudówce do chaty, dawniejszej werandzie, ubrała się po ciemku, trzęsąc się z zimna. Nie szła nawet do kuchni po coś do zjedzenia, tak jej było pilno na przystanek, kiedy jednak wyszła do sionki, okazało się, że brakuje tam nie tylko jej naszykowanych wczoraj butów, ale i kurtek: odświętnej, a nawet i zwykłej, roboczej. Od razu wiedziała, że ojciec domyślił się, że chce uciec i schował je, żeby nie mogła wyjść z domu.

         Nie wahała się ani chwili, zbyt była zdeterminowana. Owinęła się kocem, pod którym spała i boso, po twardej grudzie, pobiegła przed siebie. Dół brzucha jakoś nie dokuczał jej tym razem, wierzyła więc, że jakoś dobiegnie do przystanku, a w autobusie rozgrzeje się. Potem się zobaczy, Najważniejsze zapisać się do szkoły, może wezmą ją do internatu, przecież zajęcia już się zaczęły, tam pożyczy coś na nogi od koleżanek, w ostateczności pójdzie do dawnej pani od geografii, może ona coś wymyśli. Zawsze ją namawiała do dalszej nauki.

         Biegła przez las, czując głowę napuchniętą jak balon i suchość w ustach. Może miała gorączkę. Na bagienku zerwała nieco żurawin i rozgryzła je czując gorycz i kwas na języku. Przyniosły jej ulgę, więc przelotna myśl, która ją nawiedziła, że nie pójdzie w tym roku z matką i Elą na żurawiny, że nie napełnią nimi butelek i nie zaleją wodą ze studni, nie ustawią ich na półkach w piwnicy, wzbudziła echo nieznanego bólu i żalu. Jakby już nigdy więcej nie miała tych żurawin próbować. Nie wiedziała czemu pojawiła się ta tęsknota za żurawinami. Teraz, w październiku, były jeszcze bardziej białe niż czerwone, niektóre tylko miejscami zapalały się i dostawały koloru. Twarde kulki, prawie niejadalne, nie zapowiadały tych żurawin, które znała na Boże Narodzenie. Tamte w butelkach miękły i dojrzewały, równomiernie zabarwione. Matka przecierała je przez sito, na łupinach i wodzie, w której się moczyły, gotowała kisiel, dodając na koniec przetartą, surową kwasotę i cukier, kłócąc się z ojcem, który chciał wszystko dodać do bimbru. Albo matka dodawała żurawiny do kiszonek; kwaśna kapusta, choć zaprawiona kwaśnymi żurawinami smakowała słodyczą, pojawiającą się nie wiadomo skąd, taką dziwną, jak same żurawiny. Jeszcze lepiej smakowała kwaszona marchew z żurawinami, malutkie marchewki z pola, których nie opłacało się chować na zimę, można było oskrobać i zakwasić jak ogórki, dodając do nich trochę żurawin dla smaku. Kiedyś Iwona próbowała zbierać je przed przymrozkami i omal nie utopiła się w bagienku, gdy zarwał się pod nią kawał pływającej darni. Doznała wtedy dziwnego uczucia, że smak żurawin i ich kwaśna słodycz bierze się z niebezpieczeństwa i strachu, który wpełza między owoce i zabarwia je czerwienią, gdy dłużej poleżą.

         Poczuła jednak, że nie można mieć wszystkiego na raz. Uciekając do szkoły, wyrzeka się domu, kwaszonych ogórków, matczynych bułeczek i pierogów z resztkami, i żurawin, zbieranych na marznącym bagienku. Lepiej o tym nie myśleć.

         Wybiegając z lasu czuła, że nie dokuczają już jej tak bardzo zmarznięte stopy. W oddali widziała zakręcający na pętlę autobus i wiedziała już, że na niego zdąży. Nawet gdyby ruszył, zdąży wybiec przed niego na drogę, a kierowca na pewno zatrzyma się. Już w autobusie owinie kocem nogi, schowa je pod siedzeniem i rozgrzeje się. Potem już wszystko ułoży się po jej myśli. Pójdzie do szkoły, zamieszka w internacie, będzie pisała referaty i wypracowania. Kiedyś napisze wypracowanie o zbieraniu żurawin i konieczności wyboru: posunąć się do przodu ryzykując zerwanie płata darni, czy zostać na miejscu oglądając z daleka niedostępne, najpiękniej dojrzałe owoce. I opisze gotowanie kisielu z żurawin na Boże Narodzenie, smak tego kisielu i wzniosłe uczucia kwasu zmieniającego się w słodycz. I smak niedojrzałych owoców, gorycz zawodu, gdy zbieranie ich nie ma jeszcze sensu. Czuła, że to, co będzie wtedy chciała opisać jest bardzo ważne, cóż, niestety, na wszystko to było jeszcze za wcześnie.

          Omotana swoimi myślami wpadła na pętlę i rzuciła się do otwartych przednich dni, zza których spoglądał na nią kierowca. Wiedziała, że na nią czekał, więc uśmiechnęła się do niego miło, pamiętając nauki ciotki. Nagle jej głowa eksplodowała z bólu, a ból ten odezwał się echem w dole brzucha, jakby do tej pory uśpiony, przywołany został do życia. Przez moment nie wiedziała o co chodzi, dopóki nie spostrzegła ojca, stojącego przed otwartymi drzwiami, jakby miał zaraz wsiadać do autobusu, choć w rzeczywistości czekał na nią. W ręku trzymał jej buty i tymi butami dostała w twarz.

         – Panie, panie, uspokój się pan! – zawołał kierowca autobusu.– Kobiet się nie bije, nie wiesz pan?

         – To nie żadna kobieta, to moja córka –odkrzyknął ojciec Iwony. – Nie wtrącaj się baranie do nie swoich spraw!

         –To załatwiaj je w domu, a nie tutaj, chamie jeden – odpysknął kierowca.

         Ojciec popchnął Iwonę do środka autobusu i wsiadł za nią. Oddał jej buty, ale kurtki nie przyniósł ze sobą, musiała więc dalej trząść się w swojej białej, cienkiej bluzeczce z koronkowym kołnierzykiem pod zsuwającym się stale kocem, którego koniec przysiadł ojciec. Policzek zrobił się gorący. Dobrze, że ojciec nie trafił w nos, mógłby go złamać i jak by wtedy wyglądała z krzywym nosem? Jednej koleżance w sanatorium nie chcieli zrobić operacji, lekarze mówili, że to chrząstka, a nie kość, więc się tego nie operuje i całkiem niebrzydka dziewczyna wyglądała okropnie z takim kulfiastym nosem, jak jakiś wsiowy zabijaka. Przez to myślała, że jest już taka brzydka, że nikt jej nie zechce i rzeczywiście, nikt jej nie lubił.

         Przez jakiś czas dziewczynka łudziła się nadzieją, że ojciec pojedzie z nią do szkoły załatwić sprawę jej przyjęcia, ale na próżno. Wysiadłszy na dworcu w mieście, ojciec oddał jej buty i od razu skierował się w drugą stronę, gdzie trochę za miastem, u podnóża niewielkiego wzgórza, za jeziorkiem ciągnącym się podłużną rynną, wybudowano osiedle domków z ogródkami. Iwona wiedziała, że mieszkali tu pracownicy fabryki tytoniu, oczywiście ci na wyższych stanowiskach, dyrektorzy i kierownicy. Także kierownicy sklepów i urzędnicy. Osiedle to w mieście nazywano „Mankowo”, że niby wybudowano je za pieniądze za sprzedawany na lewo kradziony tytoń i papierosy, albo za łapówki. Ciotka zawsze mówiła, że jej mąż jest za mało sprytny, żeby coś ze swojej pracy mieć, chociażby taki domek z ogródkiem. Tak naprawdę jednak oboje woleli mieszkać w mieście, gdzie wszędzie było blisko.

         Wiele domów na Mankowie nie było wykończonych, ale w wielu mieszkali już ludzie. Ciągnąc Iwonę za sobą, ani na chwilę nie puszczając jej ręki ojciec dzwonił do furtek lub stukał do drzwi już zamieszkałych domów, a gdy mieszkańcy otwierali, pytał pokornym tonem w drugiej ręce miętosząc czapkę, czy państwo przypadkiem nie potrzebują dziewczyny do dzieci albo do starszej osoby albo do wszystkiego, na co się nada taka dziewczyna.

         Ludzie na ogół trzaskali mu drzwiami przed nosem, niektórzy tylko odpowiadali grzecznie, że nie potrzebują nikogo, wtedy ojciec próbował skusić ich mówiąc, że niewiele będą musieli płacić, tyle co nic dla takich ludzi, co pracują i pewnie nie mają czasu na różne sprzątania i tym podobne. Zachwalał także Iwonę, że posłuszna i mało wymagająca, i że czysta jest, nie ma wszy ani świerzbu. Dziewczynka myślała, ze spali się ze wstydu. Starała się nie patrzyć przed siebie, spuszczała oczy w dół, płonące policzki zasłaniała włosami, z których ściągnęła gumkę. Bała się, że rozpozna ją któraś ze znajomych ciotki i że pożałuje, że kiedyś rozmawiała z nią miło i sympatycznie sądząc, że ma do czynienia z kuzynką, a nie „garkotłukiem”, jak nazywała takie dziewczyny ciotka i jej znajomi. Jednocześnie jednak czuła, że może to lepiej, iż ojciec ją tak prowadza, niż miałaby sama prosić ciotkę o pomoc w znalezieniu pracy. Ojciec, to zawsze ojciec. Najważniejsze rozgrzać się, a potem się zobaczy. Toż to nie więzienie, zawsze można uciec, byle wiedzieć dokąd.

         Słońce stało już wysoko, gdy na osiedle przyjechał samochód, a z jednego z domów wyszedł mężczyzna z młodą kobietą w zaawansowanej ciąży. Mężczyzna rozmawiał z kierowcą takim tonem, że od razu widać było, ze jest tu szefem. Był gruby, postawny, ubrany w krótki, biały kożuch z ogromnym kołnierzem, spod którego wystawały cienkie nogi w czarnych spodniach. Gruby kożuch nie maskował jego potężnego brzucha i Iwona pomyślała, że wygląda jak balon. Potem dowiedziała się, że istotnie tak nazywano go w pracy, oczywiście gdy nikt ważny tego nie słyszał.

         Kobieta, która była z nim, a właściwie młodziutka dziewczyna, niska i szczupła mimo ciąży, miała na sobie zbyt wąskie paletko w biało czerwoną kratkę z granatową lamówką, kiedyś bardzo eleganckie, ale teraz nie dopinające się na jej monstrualnym brzuchu i nie pasujące ani do pory roku ani miejsca, a zwłaszcza do samochodu, którym miała jechać. Spod płaszczyka wyglądała workowata szara sukienka domowego szycia i cienkie pantofelki. Włosy miała przetłuszczone i poskręcane i trzymała się za szyję, jakby męczyła ją zgaga. Kulała na jedną nogę, ale niewiele. Może po prostu tego dnia ją bolała?

         Terenowy samochód miał brezentową budę i pakę, pod którą piętrzył się stos rur. Z przodu było tylko jedno miejsce obok kierowcy i zajął je mężczyzna. Kobieta przeszła na tył samochodu i odpięła klapę. Stanęła medytując widać, jak wsiąść i gdzie znaleźć sobie miejsce na niestabilnym stosie rur, kiedy mężczyzna wychylił się z szoferki i niecierpliwie zawołał:

         – Co tak marudzisz? Pospiesz się wreszcie, już jestem spóźniony!

          Iwona pchnięta impulsem wyrwała się ojcu i podbiegła do dziewczyny.

         – Pomogę pani. Proszę mnie objąć za szyję, mocno się oprzeć i nogami stanąć na brzegu. Potem podniosę panią.

         Kobieta posłuchała Iwony i objęła ją za szyję. Mężczyzna wysiadł z szoferki i zorientowawszy się dopiero, jakie ma trudności z wejściem, pomógł Iwonie podnieść ją. Potem zaklinował jakimś żelastwem rury, sprawdzając, czy się nie obsuną w czasie jazdy.

         – No, w porządku, możemy jechać. – Obrzuciwszy jednak uważnym spojrzeniem Iwonę i jej ojca spytał: – A wy kto jesteście? Szuka pan pracy? – zwrócił się do ojca Iwony. – Niestety, nie ma przyjęć. Proszę spytać na wiosnę, może coś będzie.

          Ojciec Iwony porzucił swoją pokorną postawę miętoszącego czapkę biedaka i powiedział:

         – Nie, ja nie szukam pracy. Jestem gospodarz. Szukam miejsca dla mojej córki w dobrym domu, do pomocy przy dzieciach i w ogóle. Za rok ma wyjść za mąż i chcę, żeby się wszystkiego nauczyła, jak sprzątać i gotować i zajmować się dziećmi.

         Mężczyzna pokiwał przecząco głową, ale ojciec Iwony nie odstąpił.

         - Pana żona spodziewa się dziecka, widzę, że słaba jest i delikatna. Moja córka we wszystkim ją wyręczy, a potem pomoże przy dziecku. Nie chcę dużo, niech będzie trzysta złotych. I nie trzeba ją rejestrować, ani robić badań. Badania ma porobione, więcej niż nawet trzeba, a nieletnia jest, więc nie trzeba ją rejestrować. No, a jakby pana żona dała jej jaki swój zużyty ciuch, to będzie szczęśliwa. I pana dom lepiej będzie wyglądać, gdy służąca będzie porządnie ubrana.

          – Teraz nie ma służących – burknął mężczyzna wyraźnie namyślając się. – Baśka – zwrócił się do kobiety – przyda ci się na co taka dziewczyna?

         Iwona podniosła głowę. Patrzyły na nią szare, nieco wyłupiaste oczy kobiety, łagodne i pełne udręki. Widać nieprzyzwyczajona do wyrażania swojego zdania, zastanawiała się. Może nie była pewna, czy mąż mówi to na serio. Nadal trzymała się za gardło, może ją bolało. A może ją dusiło. Niespodziewanie dla samej siebie Iwona w myślach wołała do pomniejszonej główki i WSZYSTKICH TYCH, CO SĄ ZE SOBĄ BLISKO: zróbcie coś, żebym tu została. Ona jest miła, a on chyba w porządku. Nie będą mnie bić. Może dadzą się namówić na szkołę. W końcu ten gruby jak zauważył, że trudno jej wsiąść, pomógł jej. Nie chcę iść gdzie indziej. Nie, nie, nie!

         Kobieta, nazwana Basią nieśmiało wyjąkała: – Tttak... Jej mąż zwrócił się do ojca Iwony: – No dobrze, to załatwione. Pożegnaj się pan z córką, bo pojedzie z nami na budowę.

         Ale mężczyzna nie znał ojca Iwony. Ten znów przybrał swój pokorny ton:

         – Ale te trzysta złotych to proszę płacić mnie. Młode, głupie to, wyda na jakieś bzdury, a tu przecież trzeba składać na posag. No i chciałbym, żeby pan za pierwszy miesiąc dał mi teraz, nie wiem kiedy przyjadę potem do miasta. W razie co, to proszę trzymać pieniądze do mojego przyjazdu, jej nie dawać. Chyba, że pana żona będzie chciała oprócz tego dać córce coś na drobne wydatki, na cukierki albo co.

         Mężczyzna sięgnął po portfel i spojrzał na ojca Iwony z rozbawieniem: – Targujesz się człowieku, jak Żyd na bazarze. I jeszcze to, i jeszcze to. No, mów już wszystko, gospodarzu.

         Iwona zauważyła, że przestał mówić do niego „pan”. I że ostatnie „gospodarzu” zabrzmiało wręcz złośliwie. Ale ojciec nie stracił rezonu:

         – No i jeszcze muszę zabrać koc. Córka wyprała kurtkę i nie wyschła na czas, więc wzięła koc, ale on jest w domu potrzebny.

         Mężczyzna po raz pierwszy przyjrzał się uważniej Iwonie. Natychmiast zauważył siniec na jej policzku, choć starała się go zasłonić włosami. Zauważył też, że nie ma żadnych rzeczy ze sobą. Wyjął z portfela dwieście złotych i dał ojcu Iwony.

         – Miało być trzysta – tamten zaprotestował.

         – Tak, miało być, ale ona nie ma żadnych rzeczy, trzeba jej kupić kurtkę. I jeszcze to i tamto. No i nie wiem, jak będzie się spisywać, czy zarobi na siebie. Może będzie trzeba ją odesłać. Dwieście za pierwszy miesiąc starczy.

         Iwona wiedziała, że pomocom domowym, takim na czarno, płaci się pięćset złotych, tym zarejestrowanym nawet osiemset, ale było jej wszystko jedno. I tak nie ona miała dostać te pieniądze. I to dobrze, że ktoś utarł nosa ojcu. Szkoda, że gruby pieniądze musi oddać jemu, ale rozumiała, że niepełnoletnia podlega rodzicom, sama nie ma nic do gadania i nie zarejestrują jej w urzędzie. A jakby mieli rejestrować, to tak łatwo pracy nie znajdzie. Musi mieć referencje, kwalifikacje i tak dalej. No i mieć gdzie mieszkać i czym płacić za mieszkanie. Na to samo wyjdzie. Szczęściem miała wszystkie wyniki badań z sanatorium – prześwietlenia, mocz, WR i tak dalej. Nie miała posiewu, ale może się nie dopatrzą. W końcu nie miała pracować w sklepie, czy taki kto wie, co to jest posiew?

         Ale ojciec nie poddał się.

         – To tym bardziej muszę zabrać koc. Taki ciepło ubrany człowiek jak pan, na pewno ma koców w domu ile chce. No i pan pracuje na budowie, zawsze coś można skombinować z magazynu, jak się wszystkich zna.

         Mężczyzna, rozbawiony spytał: – A wy, gospodarzu, myślicie, że kto ja jestem na tej budowie?

         – No pewnie, że dozorcą! Taki piękny kożuch ma pan i samochodem po pana przyjeżdżają!

         Iwona spodziewała się, że mężczyzna wybuchnie śmiechem. Doskonale wyczuła, że zajmuje znacznie wyższe stanowisko niż dozorca, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że jest wściekły.

         – Wskakuj na pakę, ty, jak ci tam na imię; jak zajedziemy na budowę, dam ci kufajkę. A oddaj tę cenną szmatę ojcu, podziękuj mu, że cię sprzedał za dwieście złotych bez kurtki i pokłoń mu się do nóg, że cię dobrze wychował.

         – Mam na imię Iwona – powiedziała dziewczynka wchodząc do góry i sadowiąc się na stosie rur.

         – Cóż to za dziwaczne imię! Skąd takiemu tacie przyszło do głowy cię tak nazwać? Słyszałem tylko o jednej Iwonie, ale ona była brzydka jak noc. I chyba była pijaczką, czy coś koło tego.

         – Iwona, księżniczka burgunda – powiedziała ciężarna kobieta.

         – No właśnie, tak jakoś było – powiedział ojciec – i takie imię poradzili mi dać w urzędzie, jak córka się urodziła. Ale nie pije. Za to ręczę głową.

         – No i nie jest brzydka – roześmiał się mężczyzna. Ktoś z ciebie zrobił durnia, gospodarzu – dodał złośliwie i wyraźnie poprawił mu się humor, gdy zauważył, jaki ojciec Iwony jest wściekły. Jego, magistra inżyniera, kierownika największej budowy w województwie, taki śmieć uznał za dozorcę! Niech ma za swoje.”



« Uginająca się rzeczywistość Takie same jak my »

komentarze

1. zagrożenia • autor: Nierozpoznany#66342014-01-24 16:59:54

No to jest ewidentnie gender propaganda... Nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać do wykładu księdza Oko...

2. Znam każde z... • autor: Nierozpoznany#33372014-01-24 18:22:05

Znam każde z tych uczuć...jedne osobiście inne z obserwacji.. w każdym uczestniczyłam poniekąd, stąd rozumiem bohaterkę Iwonę .autor: diwrad...nie wyczuwam u ciebie dawki humoru..Ty poważnie zatem?  Przypominam Ci, że tutaj nie ma ambony dla Oko a tym bardziej posłuchu. ....ani dla niego ani dla żadnych betonów jego pokroju.

Tekst jest autentyczny na wskroś i nadal w wielu przypadkach wciąż aktualny...tym bardziej poruszający...Co zmusza dzisiejsze kobiety do pozostawania w roli służebnej wobec "reszty świata"? Jakim hołdują stereotypom, jakim urojonym i narzucanym dogmatom ?....Katarzyna Urbanowicz napisała..."Los tych wszystkich dziewczynek był nie do pozazdroszczenia z wielu powodów, co chciałam przedstawić w swojej powieści. Moja bohaterka potrafiła uporać się ze swoją złą karmą (jak to dziś się nazywa) i zrobić życiową karierę, ale zapłaciła za nią więcej niż wydawać by się mogło możliwe. "..a ja spytam..dlaczego kobiety w krajach "cywilizowanych" muszą ciągle płacić tak wysoką cenę za prawo(!) do równych szans wyrażania siebie i bycia sobą....równych szans w pracy, miłości i swojej własnej drogi do szczęścia?

3. @Kalina • autor: Nierozpoznany#66342014-01-24 18:42:39

Oj, to niedobrze... Zapewne w mojej aurze zabrakło stosownie optymistycznych tonów, które gwarantują kamuflaż i chronią przed zdemaskowaniem. W ten sposób Twoja intuicja rozbroiła mój wrodzony, dziedziczny potencjał Wallenroda i przyczyniła się do tryumfującego pochodu akcentowanego lewactwa, w jego najgorszym wydaniu potwornej bolszewii...
[foto]

4. Mankowo • autor: Przemysław Kapałka2014-01-30 16:28:35

No proszę, Likusy (przez 's') znam bardzo dobrze od dziecka, nawet jedną wycieczkę tam poprowadziłem jako przewodnik, i nie słyszałem, żeby były nazywane Mankowo, a nawet że w ogóle były nazywane inaczej niż Likus/zy. Czego to można się dowiedzieć z nieoczekiwanych źródeł.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)