Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

13 stycznia 2015

Izabela Kopaniszyn

Siostra sukcesu

Porażka, to słowo-widmo naszej psychiki. Należy do grupy straszydeł pochodzenia kulturowego, siejących spustoszenie w rejonie poczucia własnej wartości. Porażka jest nie tylko słowem, lecz także stanem umysłu i pewną orientacją poznawczą przypisywaną sobie, innym oraz całej rzeczywistości. Co więcej – okazuje się, że to, czy traktujemy kosmos jako miejsce nam przyjazne i sensowne, czy też jako zimne i wrogie, zależy wyłącznie od nas samych i rzutuje na całokształt naszego życia: od związków partnerskich, przez pracę po ogólną satysfakcję bez względu na wszystko, co nam się przydarza.

Zacznę od tego, że tak zwane porażki zwykle dzielimy na własne i cudze. Ponadto każda „porażka” ma kontekst indywidualny i społeczny. Przede wszystkim jednak to, co nazywamy porażką, podlega szerokiemu wachlarzowi interpretacji – od konwencjonalnych, występujących automatycznie, a wpisanych w dany kod kulturowy, przez obowiązujące w danej rodzinie czy grupie zawodowej; po niekonwencjonalne, w tym takie, które w ogóle zaprzeczają zasadności użycia słowa „porażka”.

Nie będziemy nadmiernie rozwijać tematu porażek innych osób. Po pierwsze dlatego, że nie nam sądzić – nie jesteśmy uprawnieni, by być arbitrami cudzego życia, nie mamy wystarczająco wiele danych i trudno nam ocenić czy to, co z zewnątrz (a ściślej z naszego punktu widzenia) wygląda na porażkę, rzeczywiście nią jest z perspektywy osoby, której to wydarzenie dotyczy.

Gdybyśmy jednak wciąż próbowali być aż tak nierozważni, aby osądzać czyny i wybory bliźnich, czy to w kontekście pragmatycznych zastosowań tych wyborów, czy też ich etycznych konsekwencji, czy w jeszcze jakimś innym – należy podać przynajmniej jedno zdanie ostrzeżenia: będąc sędzią w czyjejś sprawie powinniśmy wziąć także na siebie odpowiedzialność za życie tej osoby. Tego zaś zrobić nie możemy! Nie jesteśmy w stanie przefiltrować wszystkich doświadczeń, przekonań, warunków życia, wszelkich możliwych interakcji drugiego człowieka przez nasz tunel rzeczywistości, szczególnie stosując wyłącznie dziurawe sito „dobrej woli”.

„Pochodź tydzień w moich mokasynach”, zaleca znane indiańskie przysłowie. Potrzebę doradzenia komuś, chęć niesienia pomocy „w jego sprawie” odczuwamy często zastępczo, aby nie zająć się sobą. Radzę zatem nie radzić. A jeśli ktoś nas wyraźnie zapyta, wówczas bardzo ostrożnie dobierać słowa, gdy podpowiadamy komuś, co też takiego on powinien zrobić ze swoim życiem. I zawsze warto brać pod uwagę fakt, że im bardziej chcemy, aby ktoś inny coś zmienił, tym silniejsza jest nasza potrzeba potwierdzenia własnych wyborów, stylu życia, poglądów i upodobań. Krótko mówiąc – często pomagamy potwierdzając siebie, jako kogoś, o kim mamy dobre mniemanie. Im mniej mamy „problemów” z odmiennymi od naszych wyborami innych ludzi, tym mniej trudności z samoakceptacją. Im mocniej próbujemy wpływać na wybory innych w ich sprawach, tym bardziej znamienny to znak, że „ich” sprawa jest w istocie naszą własną. Niejedna Pani Dulska zbudowała całe imperium własnej nieomylności, kolekcjonując „porażki” innych, a wszystko po to, by nie zobaczyć, że to jej własne życie jest jałowe i może być odczuwane jako jedna wielka porażka. Z koszmarnych wizji bycia wessanym przez język Pani Dulskiej i przemielonym w jej wnętrznościach niechaj obudzi nas świadomość, że inni także śnią swój własny sen, a my jesteśmy tylko wyciętym z kartonu rekwizytem w ich spektaklu, repliką, co gorsza nie fotografią a karykaturą.

Jednakże w niektórych momentach nawet ludziom najbardziej pewnym swej wartości i najmniej skłonnym do osądzania bliźnich, niespodziewanie ziemia może usunąć się spod nóg: oto przegrywamy w konkurencji, do której przygotowywaliśmy się cały sezon, oblewamy egzamin, na którego zdaniu nam zależało, tracimy ukochaną podczas samotnego wyjazdu, ktoś krytykuje naszą twórczość itp. Wówczas, w pierwszym odruchu zawodu i żalu skłonni jesteśmy nadawać takim zdarzeniom oczywiste znamiona osobistej „porażki”. Spuszczamy głowę, załamujemy ręce, ściszamy głos, wzrok wbijamy w ziemię… Wydaje się wówczas, że stało się coś, co nie powinno było się zdarzyć, że „to koniec”, że „już nigdy”… itp. Ale czas mija i widzimy coraz więcej z szerszej perspektywy. I czyż nie znamy doskonale tego uczucia, kiedy cofając się we wspomnieniach, przypominamy sobie jakieś „przykre” i „zawstydzające” zdarzenie, ale wciąż nie możemy się nadziwić jak wiele dobrego zeń wynika dla naszej teraźniejszości? Z drugiej strony patrząc: któż z nas nie bawił się nigdy w wyobrażanie sobie rzeczywistości równoległej? Jeśli więc spotykamy w naszych wspomnieniach zdarzenia, które nasz mózg uparcie przedstawia jako „negatywne”, wystarczy zastosować metodę twórczej wyobraźni, zwaną także rewersingiem (z ang. reverse, odwracać) lub stosowaną w NLP jako desensytyzacja: cofamy się wzdłuż strumienia czasu płynącego w odwrotną stronę do momentu tuż przed „porażką” (znika wówczas mętny szlam poczucia winy, a strumień staje się krystalicznie czysty) i zawracamy ku chwili obecnej, płynąc w przezroczystej wodzie. Postanawiamy, że traumatycznego wydarzenia nie było. W ten sposób nasza podświadomość dostaje ofertę równoległego tunelu rzeczywistości. Powtarzać należy do skutku, to znaczy do chwili, w której poczujemy, że zdarzenie już nas nie obciąża, a całe błoto się odkleiło. Dla jednych wystarczy raz, inni potrzebują setek odwróceń. Wszystko zależy od korzyści, jakie czerpiemy z bycia ofiarą własnych interpretacji.

Tyle o przeszłości. Na przyszłość zaś, pragmatyczna postawa wobec „porażki” doświadczonego życiowo człowieka sugeruje skłaniać się raczej  ku zapytaniu siebie: „po co mi było to doświadczenie?”, „jak tą sytuację sobie wykreowałem?”, „ciekawe jakie korzyści przyniesie mi ta lekcja?”

Z wielu badań nad sukcesem i porażką, prowadzonych głównie w kontekście postaw wobec nich oraz z badań nad zadowoleniem z życia jasno wynika, że tym, co najlepiej sprzyja sukcesowi (to jest osiąganiu postawionych sobie celów) są dwa czynniki: po pierwsze – elastyczność w odniesieniu do zmiany zarówno samego celu, jak też drogi doń wiodącej; po drugie – przyjmowanie „porażki” jako wyzwania, nadawanie każdemu zdarzeniu pozytywnego wymiaru i traktowanie go z dziecięcą ufnością i ciekawością. Czy nie dlatego tak mocno wciąż oddziałują na wyobraźnię znane słowa Jezusa: „Jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie osiągniecie Królestwa Bożego”? Dodajmy, że mowa tu o tym królestwie, „które w nas jest”, cytując dalej to samo źródło. Czyżby nauka zaczęła wreszcie potwierdzać Ducha?

W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku przeprowadzono, podobne do wspomnianych powyżej, badania na temat satysfakcji mężczyzn i kobiet w parach. Badanie obejmowało setki osób w wielu krajach należących do różnych kultur. Za każdym razem sprawdzano dwie grupy: ludzi pozostających ponad 20 lat w satysfakcjonującym ich związku małżeńskim oraz ludzi, których współżycie było równie trwałe, ale nieharmonijne i pełne napięć. Chodziło o możliwie niezależne wyodrębnienie tych cech małżonków, które najbardziej sprzyjają trwałemu zadowoleniu z pożycia. Wynik eksperymentu podobny był do wniosków wyciągniętych z badań nad samorealizacją i ogólnym zadowoleniem (tzw. wellbeing). Okazało się, że istnieje tylko jedna ważna różnica, która sprawia, że ludzie są albo głównie sfrustrowani, albo głównie zadowoleni, jest jedno takie „prawie, które czyni wielką różnicę”. Z tej perspektywy można zapomnieć o obiektywnie trudnych lub obiektywnie łatwych partnerach, o obiektywnie trudnych lub obiektywnie łatwych sytuacjach. Jedynym, co naprawdę się liczy, jest po prostu nasz wybór reakcji na to, co nazwalibyśmy „trudną sytuacją” bądź „trudnym zachowaniem”.

W istocie, osoby które odczuwają satysfakcję ze swego życia, nie myślą ani nie mówią o nim w kategoriach porażki. Nie oceniają też negatywnie przywar i niedoskonałości swoich partnerów oraz innych ludzi, lecz zawsze starają nadać im pobłażliwe lub żartobliwe znaczenie. I tak na przykład w sytuacji, kiedy mąż „jak zwykle” spóźnia się do domu, żona ze związku naznaczonego frustracją i negatywną oceną zdarzeń powie przez zaciśnięte zęby: „Jak zawsze…, ty  po prostu nie wiesz, co to szacunek dla drugiej osoby! Możesz sobie darować przeprosiny!” W dokładnie takiej samej scenerii żona ze związku nastawionego na pozytywne aspekty bycia razem powie: „Och, ty mój gapciu. Znowu nie przypilnowałeś zegarka, ale ty przecież tak masz... No, najważniejsze, że jesteś cały i zdrowy!” Obydwie postawy różni zasadniczo poziom akceptacji siebie, swojego życia i występujących w nim zdarzeń oraz (tym samym) poziom akceptacji drugiej osoby. Wiadomo z kolei, że akceptacja – odmiennie do krytyki – rodzi paradoksalnie u „winowajcy” wdzięczność i większą gotowość do zmiany. W pierwszym przypadku sfrustrowana żona patrzy przede wszystkim poza siebie, tam szukając źródła satysfakcji lub klęski; w drugim akceptująca żona patrzy niejako do wewnątrz, postrzegając siebie samą jako źródło wyboru zadowolenia z życia. Różnica to podobna zaiste do tej, jaką ilustrują geocentryczny i heliocentryczny układ planet. I także podobna do kopernikańskiej, rewolucja w świadomości.

Zapytajmy per analogiam: jak zachowają się w takim razie dwie osoby, którym przydarzyła się poważna kontuzja w trakcie biegu? Cóż, frustrat i pesymista powie do siebie zapewne: „porażka”. Z pewnością też znajdzie zaraz mnóstwo dowodów we własnej sprawie przeciwko sobie samemu: że nie dość się rozgrzewał, że za mało ćwiczył, za mało przyjął wapnia i potasu, że źle wymierzył odległość itd… Lista zarzutów potencjalnie nie ma końca.

Dla odmiany coolman i optymista powie: „o, ciekawe… tego się nie spodziewałem… cóż, zobaczymy dokąd nas to prowadzi” i znajdzie wiele powodów do przyjęcia tej sytuacji za dobrą monetę, na przykład: „ech, przynajmniej trochę odpocznę, wcześniej dojadę do domu, wreszcie pooglądam z żoną film, na który nie mieliśmy czasu…”

Niestety, zauważmy, że kultura w której żyjemy, sprzyja negatywnemu ocenianiu „braku ambicji” i (zbyt) łatwej akceptacji „porażek”, namawia też do wyolbrzymiania własnych braków, ciągłego „naprawiania siebie”, aby skuteczniej i kosztem wielkich wyrzeczeń dążyć co „celu”. Nie definiuje się przy tym wcale, czym dokładnie ów Cel przez duże „C” miałby być. Tymczasem wymyka się on wielu z nas już od przedszkola…, przez uniwersytet, do emerytury… wciąż biegniemy za nagrodą umieszczoną na kijku tuż przed nami. Ale pakunek zawsze okaże się pusty. Dlaczego? Ponieważ to my sami jesteśmy jedynym celem naszego istnienia. Tylko my wiemy, jak ma przebiegać nasza niepowtarzalna lekcja w ludzkim ciele na tej planecie. To my każdorazowo wybieramy stan umysłu w obliczu tak zwanej porażki. I to, czy wstaniemy po tym, jak się potknęliśmy, czy wciąż słyszymy melodię po tym, jak zagłuszył ją dźwięk tłuczonego szkła, zależy wyłącznie od nas. W końcu nie ma żadnych dowodów, że cała ta gra w rzeczywistość w ogóle jest „na serio”. Nie oszukujmy się więc i powtórzmy za Alanem Watts’em: „Życie nie jest problemem do rozwiązania, ale tańcem do zatańczenia!”

Korekta przez: Radek Ziemic (2015-01-15)


komentarze

[foto]

1. Porażki • autor: Przemysław Kapałka2015-01-14 21:45:11

Porażki istnieją. Są naturalnym składnikiem życia, i tak właśnie należy je traktować, a udawać, że ich nie ma. Wynajdywanie dobrych stron jest jak najbardziej wskazane, ale pod warunkiem, że spojrzymy w oczy również tym złym i przyznamy się, jeśli jednak przeważą. To prawda, że jedna, a nawet wiele porażek, niewiele przesądza. Ale twierdzenie, że wszystko to sukcesy, które tylko trzeba umieć dostrzec, byłoby mamieniem się i oszukiwaniem.

(dla jasności: w większości zgadzam się z artykułem)

2. Komentarz do komentarza • autor: Nierozpoznany#87572015-01-14 22:14:58

Panie Przemku, dziękuję za komentarz! Przejdźmy zatem z poziomu psychologii sukcesu na poziom filozofii (a dokładniej ontologii): "Porażki istnieją." Czy aby na pewno? Kto tak twierdzi i w jakim stopniu jest to twierdzenie o istnieniu bytu obiektywnego? Czyż nie jest tak, że definicja "porażki" jest całkowicie arbitralna, zależna od odczuć podmiotu? Wróćmy do pragmatyki: co jeśli "mamienie się i oszukiwanie" to właśnie odmowa wykorzystania porażki jako wyzwania, jako lekcji, a zatem przedefiniowania jej, odcedzenia z negatywnych konotacji. A co jeśli utożsamianie siebie z porażką prowadzi do poczucia winy lub żalu, zaś uznanie porażki za wyzwanie prowadzi do rozwoju i sukcesu, dzięki uczeniu się (choćby "na błędach")? Moim zdaniem jedno z największych osiągnięć filozofii współczesnej sprowadzić można do twierdzenia, że nic samo w sobie nie ma znaczenia. Jest tylko to znaczenie, które my przypisujemy. Dlaczego moje czy Pana życie nie miałoby zatem być pasmem "sukcesów"? Dlaczego zamiast "wrogów" nie mielibyśmy mieć wyłącznie "wielkich nauczycieli"? Czy to nie dlatego Dalajlama znany jest z tego, że o Chińczykach mawia "moi chińscy przyjaciele"? To my definiujemy rzeczywistość. To my ją programujemy... Ona zaś jest niczym więcej jak posłusznym lustrem naszych programów. Pozdrawiam, życząc mimo wszystko samych sukcesów ;)
[foto]

3. Porażek ciąg dalszy • autor: Przemysław Kapałka2015-01-15 10:55:09

Ten, kto nie potrafi się przyznać do porażki, jest dla mnie niedojrzały. Takie karmienie się cukierkami po to, żeby sobie wmówić, że nie ma goryczy. Porażka jest wyzwaniem, jest nauką, jest jeszcze wieloma innymi rzeczami, ale przez to nie przestaje być porażką. To, że ją uznam, wcale nie znaczy, że się z nią utożsamię, właśnie na tym rzecz polega, żeby wyciągnąć z niej takie nauki i takie korzyści, jakie się da, ale jednak UZNAĆ. Spytam przewrotnie: co będzie, jeśli uznając z zasady, że wszystko jest w porządku i wszystko idzie tak, jak powinno, dopuścimy do ruiny naszego życia, bo cały czas będziemy uważali, że wszystko jest w porządku i tak, jak być powinno?

Kiedyś moja koleżanka, młoda dwudziestokilkuletnia dziewczyna, w przypływie depresji popełniła samobójstwo, i to w sytuacji, kiedy była duża szansa, że jej życie zacznie się wreszcie układać. Czy jej rodzicom też trzeba było wmawiać, że to sukces, i wskazywać dobre strony? Dobre strony niewątpliwie były - więcej czasu dla siebie, mniej kłopotów, zrozumienie tego i owego, i jeszcze wiele innych. Tylko czy to wszystko było warte śmierci dziecka na początku dorosłości?

Kiedyś zwichnąłem łokieć wtedy, kiedy było bardzo ważne, żebym działał i pracował, tymczasem na 2 miesiące poszedłem w prawie całkowitą odstawkę. Analiza wykazała, że wtedy zeszły ze mnie pewne blokady. A więc jednak sukces? Niekoniecznie. Po pierwsze, czy pozbycie się tych lekkich w sumie blokad było warte dwóch miesięcy odstawki w takiej chwili, plus ryzyka trwałego uszczerbku na zdrowiu? Moim zdaniem nie. Po drugie, ta sama analiza wykazała, że tych blokad mogłem się pozbyć wcześniej, i to w łatwy sposób, wystarczyło, żebym nie przeszkodził, kiedy same chciały zejść. A więc samo to, że musiało dojść do tego wypadku, było porażką. Moją porażką.

W moim życiu była masa porażek, od zupełnie drobnych, o których nie warto mówić, po wielkie życiowe klęski. I jakoś żyję z tą świadomością, i działam, i niewiele o tym myślę. Można? Można. Tylko trzeba patrzeć w oczy całej prawdzie, a nie tylko jej słodkiej części.

[foto]

4. Satysfakcja • autor: Katarzyna Urbanowicz2015-01-15 11:26:31

Mam sporo wątpliwości związanych z badaniami satysfakcji w związkach. Z własnego doświadczenia wiem, że moja odpowiedź dotycząca satysfakcji ze swojego życia, związku, dzieci czy innych spraw nie zawsze byłaby jednakowa. Są różne epoki w życiu człowieka i różny w nich stosunek do swoich doświadczeń. Czasami jakieś świeżo doznane negatywne doświadczenie może spowodować negatywną ocenę całego kompleksu doświadczeń, o który zostaliśmy zapytani. Traktowanie wyników takiego badania jako w pełni oddającego problem i używanie określeń typu "zawsze" - jak w artykule, nie uważam za wiarygodne. Cyt: (Nie oceniają też negatywnie przywar i niedoskonałości swoich partnerów oraz innych ludzi, lecz zawsze starają nadać im pobłażliwe lub żartobliwe znaczenie.)

5. Programowanie umysłu • autor: Nierozpoznany#87572015-01-15 15:12:32

Pani Katarzyno, dziękuję bardzo za uwagi. 
Dyskusję z Pani i Pana Przemka opiniami pozwolę sobie podsumować hasłem: "Nie wierz tym, którzy Cię zaprogramowali, zaprogramuj się sam!"
Oczywiście, że są różne sytuacje i etapy wszelkich długotrwałych relacji. Niemniej metodologia badań, o których wspominam, a które szerzej opisuje m.in. Charlotte Kasl w książce "Gdyby Budda się ożenił" według mnie pozwala na określenie zasadniczej różnicy pomiędzy związkami udanymi i tymi, w których przeważa rozczarowanie.
Różnica sprowadza się do tego, że wcale nie "obiektywne" zdarzenia ale nasza na nie reakcja decydują o satysfakcji z życia i ze związku. Dlaczego? Ponieważ to odpowiada sposobom, w jakie działa nasz mózg: to nie zdarzenia ale myślenie i emocje tworzą takie lub inne ścieżki neuronalne i wzorce "burz mózgowych", które są później odruchowo odtwarzane. Tak działają programy, które wgrano nam w procesie uspołeczniania w rodzinach, w domach itp. Ale nie musimy być ich ofiarami, możemy sami się przeprogramować. 
Wiadomo, że ludzie wyszukują w "rzeczywistości" dowodów właśnie tych doświadczeń, których wzorce mają zakodowane w ciele (w tym w neurobiologii mózgu) jako "rzeczywiste". Rzeczywistość zatem nie jest TAKA JAKA JEST, ALE TAKA W JAKĄ WIERZYMY, ŻE JEST. 
W ramach powtarzalności eksperymentu (raz za razem) świadomego wyboru aby nadać głównie (lub przynajmniej także) pozytywne znaczenie nawet dramatycznym i trudnym zdarzeniom (tu nawiązuję do uwag Pana Przemka) możemy oczekiwać, że skutkiem będzie wzrastająca wdzięczność i zaufanie do życia, mniej zawodów i więcej harmonii w relacjach. Ludzie, którzy popełniają samobójstwo to właśnie ci, którzy odnieśli porażkę w swojej zdolności do nadania pozytywnego znaczenia temu, co ich spotkało (samemu życiu). 
Co ważniejsze, nie mówię o tym wszystkim wyłącznie w teorii. Od lat pracuję z parami i jak dotąd nie znalazłam lepszej terapii niż AKCEPTACJA TEGO CO JEST. Tak działa paradoks akceptacji i jej potęga, że potrafimy zmienić dopiero to, co przyjęliśmy. A przyjąć najłatwiej jeśli nadamy jakiekolwiek pozytywne znaczenie. "Zawsze" oznacza odruchowo, zwyczajowo.
Myślę, że Pan Przemek stosuje w swoim życiu tę zasadę, bowiem pisze o tym, że wiele zrozumiał dzięki swoim "porażkom". Różnimy się tylko tym, że ja "porażkę" wybieram nazywać "wyzwaniem" lub "wielką praktyką" czy też "lekcją". Nie zamykam oczu na fakty ale wybieram nie programować siebie na żal i poczucie winy, które jest prawdziwym "szatanem psychiki" (o czym więcej w moim tekście "Gra w niewinność"). 

[foto]

6. Porażka a poczucie winy • autor: Przemysław Kapałka2015-01-15 20:42:48

Nigdy nie mam poczucia winy po porażce, żal czasami, jeśli czuję, że ominęło mnie coś ważnego. Idea, przedstawiona w tym artykule, jest słuszna, mam tylko zastrzeżenia co do realizacji. Nie chodzi o to, żeby ludziom tłumaczyć, że wcale nie ponoszą porażek, tylko żeby nauczyć ich z tym żyć. Porażki są nieodłącznym elementem życia, są warunkiem sukcesów i rozwoju. Ale nie ma co udawać, że ich nie ma. Są, tyle, że nie świadczą o nas źle i tyle. Ja już kiedyś doszedłem do punktu, w którym dłużej nie mogłem doszukiwać się dobrych stron i cieszyć się tym, co mam, bo zbyt bolesne było to, czego ciągle nie mam - trochę na tej zasadzie, że jak jesteśmy głodni, to myślimy o tym, żeby się najeść, i żadne estetyczne doznania, piękno przyrody, zstąpienie Boga na ziemię i inne cuda nas  nie ruszają. I co z tymi, którzy dojdą do tego stanu, a nie będą umieli żyć z porażkami?
[foto]

7. To prawda • autor: Radek Ziemic2015-01-16 00:22:00

optymiści patrzą na świat optymistycznie, a pesymiści pesymistycznie, co wcale nie oznacza, że Ci pierwsi nie miewają poczucia porażki. Opozycja optymizm - pesymizm nie może też być argumentem na rzecz nieistnienia porażek. Kwestia optymizmu i pesymizmu jest skomplikowana, należałoby zapytać, dlaczego ktoś jest opty- czy pesymistą. Ponadto w takim myśleniu, że nie ma rzeczywistości, a tylko moje wyobrażenie o niej, jest coś solipsystycznie niebezpiecznego. Rozróżniłbym też tragedię (na przykład niezawiniona utrata dziecka) od porażki właśnie (samobójstwo dziecka zawinione przez rodziców; w tym przypadku porażka wychowawcza, choć nie tylko). Zajmuję stanowisko pośrednie. Nie każda przegrana, pomyłka, błąd zasługuje na miano porażki, ale  też nie udawałbym, że porażek nie ma. Można je nazywać "wielką praktyką", sądzę jednak, że lepiej je nazywać porażkami, traktując zarazem jako ważne doświadczenie, którego przepracowanie uczyni mnie silniejszym i mądrzejszym. Niepokojąca jest moim zdaniem tendencja do usuwania sprzed oczu tego, co negatywne, bolesne. A porażka, zgodnie z etymologią - razi i myślę, że można czasem zaufać, przynajmniej w pewnym stopniu tym, którzy tak twierdzą, zamiast im wmawiać, że ich odczucia są nierealne i niewłaściwie nazwali swoje doświadczenia. 

8. rzeczywistość jest jaka... • autor: Nierozpoznany#87652015-01-16 07:25:07

rzeczywistość jest jaka jest. powiedzmy - złożona. doświadczamy tylko tego, co możemy zobaczyć, poczuć, zrozumieć...tu i teraz. reagujemy zgodnie z osobistym doświadczeniem. czy możemy wybrać reakcję? to pytanie o stopień swobody wyboru, zakres wolności. kto/co jest tancerzem? kto/co jest tańcem? serdecznie pozdrawiam

9. droga Pani Izabelo Ewo, może temat jest bardziej złożony niż to wynika z tego tekstu? • autor: Nierozpoznany#80162015-01-16 15:10:06

Pani teksty są obszerne i ciekawe, a ja w związku z brakiem czasu teraz tylko szybko je przejrzałem. Jak znajdę chwilę z przyjemnością się zapoznam. Mimo wszystko pozwoliłem sobie na tą uwagę.
Z tego co się zorientowałem to ma Pani wiedzę na temat wpływów systemów i ich energii na nas. A te wpływy mają więcej źródeł i są jeszcze większe.
Tak że nasze samostanowienie ma ograniczony zasięg. Oczywiście rozumiem też doskonale że każdy nasz tekst opisuje tylko mikroskopijny wycinek rzeczywistości. Czy raczej naszego jej postrzegania. Zawsze jest tylko malutkim fragmentem wyrwanym z nieskończenie większego obszaru istnienia.
"AKCEPTACJA TEGO CO JEST" kluczem do zmian. To twierdzenie niestety jest przykładem powielania błędów innych. Co jest powszechne i szkodliwe.
Przepraszam. Ale tym poprzestanę. W każdym bądź razie to jest błędne twierdzenie.
Powiem tylko tyle że, w tym przypadku jak i w innych podobnych, kluczem jest sens twierdzenia, terminu. Bo podejście Pani do tematu jest właściwe (że pozwolę sobie na ocenę, oczywiście to tylko odzwierciedla moje postrzeganie rzeczywistości). A ja zagadnienie błędów i porażek dokładnie tak jak Pani postrzegam i tak samo do tego podchodzę. Co czasami opisuję zwrotem; straciłeś pieniądze (coś), ważne żebyś nie stracił lekcji. Tym bardziej że prawdopodobnie kolejna będzie jeszcze bardziej kosztowna. 


10. Akceptacja • autor: Nierozpoznany#87572015-01-16 19:43:59

Drogi Panie Andrzeju! Bardzo dziękuję i za te ciepłe i za ciepło-krytyczne słowa. Z tego, co widzę, to rozumiemy się na tyle dobrze, że wyjaśnię to krótko: wiele zależy od tego co oznacza dla nas słowo "akceptacja".Mnie chodzi o brak oporu na coś, co już i tak jest i nie możemy tego zmienić, możemy natomiast (jak Pan zauważa) przegapić lekcję. Pracuję z ludźmi od wielu lat i nie odnotowałam szybszej drogi do zmiany, niż akceptacja! Podam przykład: rodzice są niezamożni i niewykształceni ale dziecko chce zmienić schematy rodziny i uzyskać jedno i drugie. Nie będzie mu się to udawało (lub odbędzie się wielkim kosztem) dopóki dziecko będzie osiągać swoje cele ´wbrew" rodzicom, udowadniając im (sobie)...natomiast kiedy zaakceptuje, że oni "tak mają", że to ich wybór - stanie się naprawdę wolne do podążania własną drogą. Ta sama zasada działa, w magiczny wręcz sposób, w przypadku konfliktów w parach (z którymi pracuje na co dzień) a nawet zagadnień globalnych. To nie jest teoria, to praktyka. No resistance... oto ścieżka zdrowia i pokoju, oto sposób na zmiany w dowolnej skali. Szerzej i bardzo pięknie opisuje tę postawę m.in. Byron Katie. Mówią o niej także Adyashanti, Mooji i Gangaji. A zapoczątkowało ją proste (?) pytanie "Kim jestem?" postawione kiedyś przez Ramanę Mahrishiego...

11. Droga i miła Pani Izabelo Ewo wygląda Pani na znacznie młodszą więc zaproponuję formę swobodniejszą, jestem Andrzej i jest mi mi • autor: Nierozpoznany#80162015-01-17 03:31:42

Przepraszam za samowolę ale tak wolę. Droga Izabelo. Doskonale Cię rozumiem i się zgadzam. Sam znam to i stosuję. Trochę prowokowałem a trochę chciałem zwrócić uwagę na pewien aspekt. Dla różnych osób "akceptacja" znaczy co innego. Tym bardziej w takich przypadkach niuanse mają duże znaczenie. Wszak w tym przypadku chodzi o to żeby się od czegoś uwolnić a nie przyjąć i zachować. Co dla nieświadomych osób może znaczyć przedmiotowa "akceptacja". Ja wolę raczej określać to odkryciem, poznaniem, rozpoznaniem mechanizmów, przyczyn, intencji. Postępować i opisywać zgodnie z powiedzeniem; prawda was uwolni.
Przy okazji. Mamy bardzo podobne zainteresowania. Z tym że ja bardziej jestem naturszczyk. Zdecydowanie więcej mojej wiedzy i świadomości pochodzi z mojego wnętrza czyli z serca jak to określiłaś. Chociaż jak raczej skłaniam się ku duszy. To jest moje źródło. Nie nadaję się do systemów, jestem zbyt niezależny. Tym bardziej do chorych systemów. Ale systemy są w centrum moich zainteresowań. Tym bardziej podziwiam takie osoby jak Ty, które potrafiły wyjść poza systemy i struktury z których pochodzą.
"Proste pytania" to jedna z moich podstawowych technik i narzędzi którymi jestem w stanie doprowadzić do Doświadczenia Stanu Duszy i odkrycia "Kim jestem" i co jest moim spełnieniem.
Fajnie że tu zawitałaś. I fajnie że ja tu zajrzałem po długiej przerwie.
Jak sobie radzisz z poczuciem winy? Bo już masz dużo na sumieniu.
Jest 3.20 rano. Co najmniej od 2 godzin bym spał gdyby nie Ty.  
PS.
Okazało się że w tytule jest "jest mi mi" też fajnie, ale napisałem że "jest mi miło spotkać, czytać i poznawać Ciebie". Tylko system to wyciął.
Ale "mi mi" też mi jest.
  

12. "akceptacja" • autor: Nierozpoznany#87652015-01-17 06:23:17

ma wiele synonimów. inaczej - jest i  rahat luokum/rahatłukum, i ziarenko gorczycy, i...serdecznie pozdrawiam.

13. Drogi Andrzeju, bardzo mi miło... • autor: Nierozpoznany#87572015-01-17 15:08:23

Czuję, że nasze wibracje są zbieżne i dlatego powtórzę: to dla mnie czysta radość czytać Twoje słowa. Bo wiem, że piszesz je z Tego Kim Jesteś, z centrum, z duszy... Od razu wiadomo, że czegoś doświadczyłeś i dlatego wymiana jest łatwa i piękna, bez konieczności rozbijania betonu lękowego oporu lub omijania rusztowań absurdów umysłu oraz misternych iluzji pałaców kompulsywnej konceptualności (specjalnie dostosowałam tu formę językową do opisywanego zjawiska ;)... Podoba mi się określenie "przedmiotowa akceptacja", faktycznie dla niektórych ludzi "akceptować" oznacza biernie pozwalać, zgadzać się bez prawa wyboru. Może niesłusznie, ale pisząc swój tekst (ten jak i inne) przyjęłam założenie, że czytelnikiem będzie osoba świadoma akceptacji jako określonego rodzaju energii, której nie da się oszukać. Bowiem bierna akceptacja to w praktyce nie-akceptacja, raczej samooszukiwanie się. W podświadomym tle takiego "przyjmowania" zawsze kryje się lęk przed odrzuceniem albo przynajmniej bierny opór i późniejsza potrzeba odreagowania. Zawsze to wiemy i czujemy czy naprawdę się zgadzamy (nie mentalnie, ale na to, że dane zjawisko w ogóle występuje, nasza mentalna zgoda i niezgoda nie mają tu nic do rzeczy), przyjmujemy z akceptacją (bez najmniejszego napięcia czy oporu) czy też wolelibyśmy inaczej, ale... Gdyby tak to nie działało, nie byłoby zjawiska bierno-agresji. A jest znacznie częstsze, niż się potocznie wydaje. Problemy z otyłością, prowokowanie innych do gniewu, zbyt ciche mówienie... aby wymienić tylko niektóre z objawów tłumionej, w momentach pozornej zgody, agresji. Prawdziwa, szczera akceptacja to zupełnie co innego - to potęga. Jeśli patrzę na świat akceptującymi oczyma, to pozwalam mu być, dziać się. Kiedy patrzę z miłością to daję wszystkim i wszystkiemu wreszcie odpocząć od bycia etykietowanym, porównywanym, naprawianym itp. Dopiero w tych warunkach coś/ktoś może się zmienić. Na przykład pracę z otyłością należy zacząć od akceptacji, że jest się otyłym, że były widocznie ważne powody, że kocha się siebie mimo tej otyłości... i wtedy schudnięcie przebiega łatwo i przyjemnie. Bo jest opcją wybraną w ramach wolności, a nie narzuconą sobie karą lub koniecznością. Nie jestem taka młoda jak może wyglądam, mam ogromne życiowe doświadczenie i jestem wdzięczna każdej chwili własnego dawnego braku akceptacji i niezgody na rzeczywistość, bo dzięki nim WIEM, że nie ma innej równie szlachetnej drogi. Moją praktyką codzienności jest patrzeć na WSZYSTKO, co spotykam z miłością, akceptacją i pozwoleniem. Dopiero na tej podstawie mogę proponować zmiany. Ludzie uczą się akceptować będąc akceptowani. Uczą się dziękować, kiedy im się dziękuje.Tak to działa, bo jakże by inaczej? Dlatego ludzie, którzy przychodzą do mnie na terapie doświadczają radykalnych zmian i przełomów. Bo często po raz pierwszy w życiu doświadczyli tego, że ktoś zobaczył ich z totalną akceptacją a jednocześnie nie kupił żadnej z gier. I samo to ich uwalnia. Dlatego DZIĘKUJĘ Ci Andrzeju, że Jesteś, że wszedłeś na tę stronę. I że pomagasz ludziom zadając im pytania!

14. maranathan...maranathan • autor: Nierozpoznany#87652015-01-17 15:25:41

mantra ciszy, pokory i cierpliwości. serdecznie pozdrawiam.

15. Spotkać drugiego człowieka to radość, spotkać bratnią (siostrzaną) Duszę to wielkie szczęście.... • autor: Nierozpoznany#80162015-01-17 16:17:15

..które mnie spotkało w twojej pięknej odsłonie.
Przyznam się że nie byłem bardzo chętny do dokładnego przeczytania tego co napisałaś. Jest tyle bzdur pisanych przez osoby które nie mają pojęcia o czym piszą że to zniechęca do czytania kolejnych tekstów. A jak zobaczyłem dr. to już całkiem zwątpiłem. Bo trochę wiem co robią te systemy z umysłami. Na szczęście się myliłem. I już w trakcie i teraz, po przeczytaniu wiem że TY WIESZ o czym piszesz. Cieszę się potrójnie.
Dla mnie kluczowym sensem życia jest rozwój. Lubię i staram się uczyć i rozwijać wszedzie zawsze i od każdego. A uczyć się od mądrzejszych po prostu kocham i uwielbiam. Bo to zwykle łatwiejsze i przyjemniejsze. Tak że będę czerpał z Ciebie pełnymi garściami. A odwdzięczę się może kwiatami.
Jedno pytanie. Byłaś na kursie tzw. mistrzowskim Hellingera w Krakowie?
Jak byłaś to masz krechę że nie poinformowałaś mnie że jesteś.
Jedna informacja. Jest tylko dwóch terapeutów, trenerów którym w pełni ufam. Oczywiście zachowując w pełni własną ocenę tego co przedstawiają. Pierwszym jest  Martyn Carruters który dał mi Stan Duszy i podstawy mojego systemu Soullive Coaching. To była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Nawet nie śniłem o tym co mnie spotkało, co doświadczyłem, czego się dowiedziałem i nauczyłem. Drugim jest Hellinger. Chociaż poznałem go w momencie jak już praktycznie niewiele nowego wniósł. Bo konstelacje (tak to nazywaliśmy) poznałem i stosowałem wiele lat wcześniej. Raczej pewne rzeczy usystematyzował i/lub potwierdził. I w pewien sposób dowartośiował to co dał mi Martyn wiele lat wcześniej. Bo Hellinger w Krakowie dopiero zaczynał coś przeczuwać że jest coś dalej, coś więcej. Coś co on nazywał Tajemnicą. Słuchałem tego i się śmiałem w duchu. Myśląc że jakby mi zapłacił to bym mógł wyjść na scenę i szybko pokazać jemu i innym nie tylko to czego szuka ale też jak to stosunkowo prosto można osiągnąć.
Obaj mają to samo, absolutnie kluczowe dla mnie podejście, że informacje, odpowiedzi i rozwiązania są w systemie którego to dotyczy. Jak też decyzje. I tam trzeba ich szukać a nie narzucać swoje. Przy czym oczywiście człowiek to też system złożony.
Ciekawostka intuicyjna. Jakoś bardziej mi pasuje do Ciebie Ewa. Tak sobie teraz uświadomiłem.

16. Coraz bliżej :) • autor: Nierozpoznany#87572015-01-17 16:58:33

Drogi Andrzeju,
oczywiście, że brałam udział w kursie Hellingera. I podobnie, jak Ty, niezależnie od przekazów mistrza, kultywowałam już wcześniej swoje metody odczytywania informacji z pola. Zgadzam się z hellingerem na pewno w tym, że praca z polem jest rodzajem służby czy powołaniem. W pewnym momencie i pewnym sensie po prostu nie miałam innej drogi. Teraz ustawienia, które prowadzę nazywam Mandalami Systemowymi. Od marca będę prowadzić w Polsce kurs mandali i psychosomatyki z Rinaldem. O Carrutersie sporo słyszałam, ale dotąd nie miałam okazji go zgłębić i spotkać. Zachęciłeś mnie, więc poszukam więcej.Moja ostatnia "miłość od pierwszego wejrzenia" (tu przyznam, że się nie ograniczam) to Jim Hardt. Pisałam już o nim w innym wpisie. Treningi biocybernaut łączą w sobie feedback i coaching na najwyższym poziomie, a do tego dają tak wiele nowych umiejętności i tak rozszerzają możliwości, że aż trudno opowiedzieć komuś, kto nie był i nie doświadczył. Podróże w czasie i przestrzeni przestają tam być science fiction a świadome śnienie to tylko skutek uboczny. Jedyne z czym mogę porównać tydzień tam spędzony to intensywne spotkania z Duchem ayahuasci. Co do Ewy - brawo! Ta wibracja o wiele bardziej mi odpowiada (także numerologicznie ;). Dziękuję, że Jesteś <3

17. Droga Izabelo Ewo, bardzo lubię dowcip i często się nim bawię. • autor: Nierozpoznany#80162015-01-17 23:56:51

Świetnie działa w grupie. Bardzo pomaga się zbliżyć i tworzyć dobry nastrój. Pomaga szybko się zrelaksować i odetchnąć. Często jest świetnym narzędziem przechodzenia przez ciężkie tematy i miękkiego przekazu trudnych spraw. Tym bardziej że praktycznie zawsze grupa fantastycznie reaguje. To zawsze jest dowcip, żart sytuacyjny. Do pamiętania kawałów nie mam talentu. Ale w błyskawicznej reakcji na sytuację zawsze byłem bardzo dobry.
Całkiem możliwe że coś co zawsze świetnie działa przy bezpośrednim kontakcie nie zawsze się sprawdza przy takiej formie kontaktu. Tym bardziej jak się jeszcze wystarczająco dobrze nie wzajemnie nie poznało.
Jeżeli w jakikolwiek sposób zrobiłem Ci przykrość to chciałbym to wiedzieć i oczywiście bardzo Cię przepraszam. Absolutnie nigdy nie mam w zwyczaju robić i przynajmniej świadomie nie robię przykrości w żaden sposób. Tym bardziej tobie. I to co najmniej z dwóch powodów. Bo Cię po prostu polubiłem. No i po bardzo długim czasie, w końcu, spotkałem osobę z którą rzeczywiście mogę dyskutować na ważne dla mnie tematy. Uczyć się i wymieniać. Trzech powodów. Bo mnie zaskoczyłaś, zaciekawiłaś.
Byłem jakiś czas w Nowym Jorku. Pewnego razu, gdzieś w części gdzie nie było Polaków wszedłem do sklepu i okazało się że za ladą stała Polka. Myślałem że mnie zagada na śmierć. Niemal od razu zrozumiałem że umiera z tęsknoty za językiem polskim, jakimś kontaktem z Polską. I po prostu nie miałem sumienia wyjść widząc jej radość i szczęście że może porozmawiać z Polakiem.
Piszę o tym bo jestem w podobnej sytuacji. Mam długą przerwę w treningach, szkoleniach itp. A nawet w jakichkolwiek kontaktach z tą dziedziną, która jest moją miłością.
Jak popełniłem błąd i sprawiłem Ci przykrość to przepraszam. A w każdym przypadku proszę o informację. To że pozwalam sobie na trochę frywolne dowcipy to dowód mojej sympatii. Po prostu.
Serdeczności.
Tu jest strona Martyna http://www.systemiccoaching.com/

18. Jak spękania, zeschła ziemia • autor: Stefanurynowicz2015-09-03 11:39:12

w czas posuchy wody łaknienia, tak ja łaknę Twej Wiedzy, Twej Mądrości, Izabelo.Po przeczytaniu Twego tekstu poczułem się, jak po biegu przez las, akcie miłosnym, smacznym posiłku, olśnieniu...  Nasyciłem się, a chcę jeszcze, wciąż nienasycony.
Tylko czemu mojość nie protestuje, nie krytykuje, nie szuka dziury w całym? Nie wiem, ale to całkiem przyjemne.

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)