Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 maja 2006

Wojciech Jóźwiak

Śiwa nad Lanckoroną
W aśramie wyznawców Babaji'ego

Kategoria: Podróże i regiony
Tematy/tagi: Indiejoga

W Długi Weekend Majowy na warsztatach hatha-jogi pod wodzą Ani Kalicy (www.studio-joga.com). Miejsce: Lanckorona. Nad tym zabytkowym, drewnianym miasteczkiem wisi góra, na szczycie ruiny (bardzo zrujnowane...) zamku Kazimierza Wielkiego, pod górą równie zabytkowy kościół, na ścianie kościoła wielkie muralium: Chrystus na krzyżu, po bokach dwaj Łotrowie wiszą. A prawie na samej górze mieści się aśram wyznawców Babaji'ego. Kim był Babaji? Maha-awatarem Śiwy. "Maha-awatar", w przeciwieństwie do awatarów zwyklejszych znaczy, że nie urodził się z kobiety - tak przynajmniej się o nim powiada. W 1970 roku w podhimalajskiej grocie, w której dawniej żył mędrzec uznawany za poprzednią inkarnację bóstwa, pojawił się młodzieniec siedzący w lotosie. Nikt się do niego nie przyznawał, że to jego krewny. Uznano go więc na żywego Śiwę. W aśramie zobaczyć można kilka jego podobizn. Najpierw jako urodziwy i eteryczny, na oko, siedemnastolatek, potem starszy i grubszy, około trzydziestki. Zmarł w 1984 roku, pozostawiając swoją linię przekazu, która, słowami gospodarza, "mało mówi i dużo robi". W lancokorońskim aśramie gospodarzą Renata i Frans van de Logt'owie, ona Polka, on Holender (nazywany po prostu: Franek) śmiesznie mówiący po polsku. Za komuny był tu dom wczasowy, dziś pachną kadzidła, wiszą indyjskie wizerunki, mantry idą z odtwarzacza, jeden z pokojów zamieniony został na świątynię Śiwy, jego małżonki Parwati i jego ziemskiego wcielenia Śri Babaji'ego. Miejscowy ksiądz podobno z początku marudził, że sekta, ale i on dał się przekonać. Społeczność miasteczka zaakceptowała Van de Logtów. Mają córeczkę, która każe wszystkim podziwiać się, jak tańczy. Nasza podróż w tamtą stronę była niewątpliwie inicjacyjna: nad Polską ciemne niskie chmury, jazda w mgle i deszczu, za Krakowem przyładowało ulewą, pod lanckorońską górą stanąłem w miejscu, nie wierząc, że po brukowanej kamulcami ścieżce da się wyciągnąć nawet na jedynce. Nie starczało mi wiary w moc silnika i momentami choć usiłowałem jechać naprzód, samochód osuwał się do tyłu. Ale udało się... Pierwszego maja, na trzeci dzień naszych jogicznych warsztatów, gospodarze ogłosili havan czyli ceremonię składania ofiar w ogniu. (1 maja, Beltaine, celtyckie święto Nowego Ognia - dobry moment na ceremonie ogniowe!) Miał to być wielki havan i ofiary nie w osobistych intencjach, lecz ku dobru całego kraju. Zostaliśmy wszyscy zaproszeni. Miejsce składania ofiar jest niewielkim placem wyrównanym i wyłożonym płaskimi kamieniami. Pośrodku jest kwadratowe palenisko, którego ważniejsza strona jest od zachodu. Tam jest umieszczony lingam w postaci obłego kamienia. Podczas ceremonii Frans recytując mantry polewał ów kamień wodą, mlekiem, oliwą (a raczej gi - topionym masłem) i miodem. Po zachodniej stronie umieszczone zostały na ozdobnej poduszce sandały - symbol obecności bóstwa, nie dojdę już, czy samego Siwy, czy jego awatara. I portret Babaji'ego. Gospodarz rozpalił ogień używając do tego kamfory i suchych drewienek, z czereśni - wiem, bo sam je rąbałem. Wrzucając większe polana dbał, żeby ogień nie był ani za mały (bo wtedy nie spaliłby ofiar) ani za duży (bo uczestnicy siedzący przy palenisku nie wytrzymaliby). O namaszczaniu lingamu napisałem - dalsza ceremonia polegała na wrzucaniu do ognia ryżu (białego) z ziarnem sezamu (czarnym) i rodzynkami, a także kwiatów i owoców - bananów, jabłek i kokosów. Mnie przypadło wrzucanie kokosów. Frans miarowym ruchem zaczerpywał gi chochelką z naczynia i polewał ogień śpiewając mantry czytane z małej książeczki, Renata powtarzała refren, a pozostali zebrani końcowy okrzyk: "swaha!" - który mnie brzmiał prawie jak słowiańskie "sława!". Ale to nie wszystko. Zaraz po rozpoczęciu ceremonii zaczęło kropić, a wkrótce lunął deszcz. Ale ceremonia raz uruchomiona, ma się rozumieć, przerwana być nie może. Więc podziwiałem Franka, który cały mokry z mokrej książeczki bez drgnienia powiek czytał dalszy ciąg sanskryckiej pudży, a my poprzykrywani kocami rzucaliśmy lepiący się mokry ryż z miseczek do ognia. Ogień osłabł, lecz nie zgasł. Po paru godzinach sprawdziłem: wszystko spłonęło. Został węgiel z drewna, ale kokosy, ryż, jabłka i banany zniknęły. Drugą częścią była ceremonia zwana aarati. Jej duchowy sens jest, jak się domyślam, potężny, a zewnętrznie polega na poruszaniu specjalnym kagankiem w którym płonie ogień. Po jakiejś półtorej godzinie ceremonie zostały wykonane, deszcz przestał padać (ale potem zaczął znowu), gospodarze zebrali masę ofiarnych naczyń, łyżek, tac, chust, kwiatów, różańców i innych szczegółów, sandały Siwy zostały odniesione do świątyni, plac wokół ognia zamieciony - i tylko ogień nie spiesząc się, już bez niczyjej obecności, dojadał dary. Było to pod wielkim jesionem, na którym jest kapliczka, sam daszek właściwie, kryjący Ganeśę - cynobrowej barwy bóstwo z głową słonia. Ganeśę wyobrażają też kamienie-strażnicy, pomalowane na ten sam cynober, stojący przy każdym wejściu na teren aśramu. I jak widać, strzegą go dobrze! Wyjeżdżaliśmy trzeciego maja zauroczeni gościnnością van de Logt'ów, przy wyżowym pogodnym niebie, raz nawet zobaczywszy kawałek Tatr z tamtejszej góry.

Lanckorona-Milanówek, 1-4 maja 2006

WJ. - taraka@taraka.pl


Strony aśramu w Lanckoronie: www.babaji.pl», www.satsang.pl»


zdjęcia




Jak ofiarować taki kokos do ognia?
foto Renata Radwaniecka


Gospodarze aśramu czyli Renata i Frans van de Logt'owie podczas havanu
foto Renata Radwaniecka


Słoniogłowy Ganeśa w kapliczce na jesionie. Zimą.
foto Frans van de Logt





Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)