zdjęcie Autora

23 stycznia 2008

Wojciech Jóźwiak

Skąd wziąć mistrzów?
Duchowi mistrzowie i zagraniczne importy. Okultyzm a sztuka - problemy z oryginalną twórczością. Samowolny Rozwój Duchowy

Kategoria: Twarda Ścieżka

Taraka zmieniła podtytuł lub motto - czyli, jakby, herbowe zawołanie. Dotychczasowe brzmiało:

Sztuki rytualne,
symbole, astrologia,
szamanizm, Słowianie

Teraz jest:

Samowolny
Rozwój Duchowy

Uwaga: artykuł ze stycznia 2008 i wtedy takie motto było, teraz go nie ma. WJ. 15.X.2010

Komentarz? Ludzi działających na polu tak czy inaczej rozumianego rozwoju duchowego trapi kwestia źródła, przekazu i posiadania mistrza. Liczba azjatyckich autentycznych duchowych mistrzów czekających na swych Zachodnich uczniów i głosicieli w ostatnim półwieczu gwałtownie spadła w okolice zera - Ole Nydahl, odkrywca Jego Świątobliwości XVI Karmapy, był zapewne jednym z ostatnich, któremu tak się poszczęściło: pojechał w Himalaje i tam znalazł gotowego mistrza, w dodatku czczonego już, kochanego, potężnego, uznanego i tradycyjnego, przy tym chętnego, wręcz niecierpliwie wyczekującego, z nogi na nogę przestępującego, by wraz ze swą Linią Przekazu zostać oto przez nowego i wielce operatywnego ucznia przeniesionym na Zachód. No ale jak się rzekło, liczba takich czekających na odkrycie mistrzów spadła w pobliże zera. Środek Azji został nieprzyjemnie odkryty i gdyby teraz Oscar Ichazo pojechał w Himalaje, po czym twierdził, iż znalazł tam nieznany nikomu dotąd klasztor, gdzie udzielane są tajemne nauki (rzekoma wyprawa Ichazo z której przywiózł nauki o enneagramie miała miejsce w latach pięćdziesiątych ub. wieku), pierwsze o co by go spytano, to żeby pokazał, gdzie w maps.google.com figuruje zdjęcie orbitalne z widokiem na ów klasztor! Kiedy schło źródło w Środku Azji, szukać zaczęto bliżej swoich, w Ameryce. Ale mistrz Juan Matus odkryty przez Castanedę okazał się być odosobnionym przypadkiem: nikt już po nim następnego indiańskiego mędrca serwującego takie nauki, jakich oczekiwało środowisko kalifornijskich hippisów, nie odnalazł, a w istocie Castaneda zarówno zapoczątkował, jak i zamknął ten kierunek duchowo-geograficznych poszukiwań, skutecznie go kompromitując, na tle zaś fajerwerkowych pseudo-odkryć Castanedy faktyczne strzępy szamańskiej indiańskiej wiedzy przywożone przez etnologów okazywały się mało dla publiczności atrakcyjne, podobnie jak te z Haiti, z aborygeńskiej Australii czy od Buszmenów z Kalahari. Mało atrakcyjne tak samo jak wszystko to, co wymaga pracy, czasu i przełamywania kolejnych smug zwątpienia.

My tu w naszym polskim zaścianku jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że nie musimy szukać daleko ani z trudem. Typowy polski sposób polega na tym, że ktoś od nas znajduje w USA lub w Zachodniej Europie trenera chętnego w Polsce poprowadzić wykłady lub warsztaty, sprowadza go lub ją i staje się jego/jej delegatem na kraj. Sam kiedyś brałem udział w takiej akcji, pomagając przyjacielowi sprowadzić do Polski Victora Sancheza, meksykańskiego neo-szamana, na warsztaty w roku 2003. Sprowadzacze w końcu, gdy im się poszczęści, mogą wejść na wyższy etap, sami mianowicie uczyć tu tego, czego się od zagranicznego mistrza nauczyli. Dobra próbka takich praktyk widoczna jest w prawej kolumnie stron "Taraki" gdzie zamieszczane są ogłoszenia. Przykładowo w styczniu 2008 był tam import z hunicznych Hawajów od mistrzyni Morrnah Nalamaku Simeony; dalej import od amerykańskich Wingmakers, import tantry (i nie pytam, ile ma wspólnego z indyjskim oryginałem); import jasnowidzącej Debry Lynne Katz z Kalifornii; a i nasz Robert Palusiński zaznaczał, że nauki pobierał u Arnolda Mindella, skądinąd w Polsce reprezentowanego przez silną grupę swoich uczniów. Wspomniana lepszość naszego położenia bierze się stąd, że najwyraźniej działa u nas mit czy schemat, jakże archaiczny i jakże zgodny z polską chłopską mentalnością, zrównujący Obczyznę z Zaświatami, a Zaświaty ze źródłem Mądrości i Sztuk Magicznych. Tak, to ten sam schemat, w myśl którego przybysze spoza rodzinnej wioski byli honorowani jako nosiciele tajemnych nauk i potężnych mocy. Cyganie znali przyszłość, cyrkowcy umieli unosić się powietrzu i przeżywali pocięcie piłą, maziarze czyli obwoźni handlarze smarem i dziegciem umieli zarazem leczyć impotencję mężów i oziębłość żon. (Była maziarska wieś Łosie pod Gorlicami, od Akcji Wisła, 1947, jej nie ma.) W ten schemat weszli dzisiejsi mistrzowie, koniecznie z zagranicy. Kogoś kto pofatygował się przyjechać do nas z Kalifornii czy choćby ze Szwecji, nie pytamy już o szczegóły i nie patrzymy w papiery. Wie! Mistrzem jest! Wystarczy, że naucza nas przez tłumacza. Przy czym zauważmy, że inny rodzaj czci przynależy angielskojęzycznym, którym ufamy bez zastrzeżeń, inny zaś mamy wobec Rosjan lub innych gości zza wschodniej granicy, których automatycznie z racji tego właśnie pochodzenia i języka podejrzewamy o oszustwo lub przynajmniej inną jakąś pokątność, ale to podejrzenie miesza się z domniemaniem u nich jakichś dzikich i groźnych dzikością mocy, które mają prawo przejawiać się w formach niegrzecznych, zatem mistrzowi-Rosjaninowi lub, tu rzucam na chybił-trafił, mistrzowi-Gruzinowi wypada wręcz, by otrzeć się choć o triksterskie oszustwo, całkiem tak, jak wielkiemu bokserowi wypada czasem komuś przylać. Ale tym zachodnim tak nie wypada, o nie, oni musza być grzeczni i wymyci. Przy okazji: Tybetańczycy, a tym bardziej Japończycy, należą u nas do puli zachodniej.

Gdy chodzi o źródła, pochodzenie i przekaz, okultyzm (do którego należy i New Age, i neo-gnoza) stoi na pozycji przeciwstawnej do świata sztuki. W sztuce twórca powinien być oryginalny i właśnie oryginalność jest tym, co prawdziwego twórcę odróżnia od tych z drugiego szeregu; więc zarazem oryginalność jest miarą według której twórcy są oceniani. W okultyzmie czyli w rozwoju duchowym przeciwnie, oryginalność dyskwalifikuje, czyni mistrza in-spe jakimś błaznem oszustem, żałosną figurą. Znów przypadek Castanedy dobrze to ilustruje: Castaneda nie mógł nauk, które głosił, podawać w swoim imieniu, nie mógł wystąpić jako ich autor, a kiedy zaczęto mu autorstwo przypisywać, i że Juan Matus był stworzoną przezeń fikcją - musiał ze wszech sił bronić się przed tą demaskacją. A przecież Tolkien ani nie musiał upierać się, że wizje Śródziemia otrzymał telepatycznym przekazem od jakiegoś powiedzmy, Huora z Brathilu, ani bronić się przed demaskacją, jakoby sam wszystko to wymyślił, co gdyby należał do okultystycznej opcji, dzieło jego obróciłoby wniwecz, a jego spadkobierców w biedniaków. Okultyście czyli mistrzowi nauk duchowych głęboko, istotowo nie przystoi chwalić się niczym, co by było jego własną twórczością, jego - strach pomyśleć - wymysłem. Stąd też bierze się głód mistrzów, głód linii przekazu, głód przynależności do czegoś, do jakiejś "linii" - dającej to bezpieczeństwo, że zarówno jest się pewnym tego, co się głosi, jak i nie zostanie się posądzonym o ową samowolę, którą z drugiej strony tak sobie cenią ludzie sztuki, u których nazywa się ona oryginalnością. Nawet Crowley, przecież wielbiciel samowoli - "czyń wszystko według swej woli, niech stanie się twoim jedynym prawem" - nie odważył się wystąpić w swoim imieniu i potrzebował głosu Ajwasa rzekomo przemawiającego doń przez jego żonę w kairskim muzeum.

Gdy nie znalazło się solidnych mistrzów istniejących - wcielonych, ucieka się do mistrzów wewnętrznych, do channelingów, do przypominania poprzednich wcieleń, do rozmów z duchami. Ma tu się wielkich poprzedników: sama matriarchini nowoczesnego okultyzmu Helena Bławatska na tym ufundowała swój autorytet i przekaz. Ale o ile łatwiej i bardziej honorowo jest wyznać w zaufaniu, że tak, że jest się nawiedzanym przez wewnętrznego mistrza, który pouczył o pewnych pojęciach i praktykach, niż przyznać się ze wstydem, że się samemu jakieś pojęcia i praktyki wymyśliło. Być może właśnie tu leży główny punkt oddzielający okultyzm (zwany też rozwojem duchowym) od innych psycho-fizycznych rozrywek, i właśnie ten punkt jest progiem, przy którym wielu zawraca, bo nie chce wchodzić w tę grę z pomijaniem własnego "ja", a właściwie nie pomijaniem, tylko omijaniem, bo przecież nic tak nie winduje ego w górę, jak podparcie go odpowiednio wielkim mistrzem lub linią przekazu. Tak samo, choć z przeciwnego powodu, jak wielu jest odstraszanych od sztuki, literaturę wliczając, bo z kolei w tej grze trzeba ze swoim "ja" rozpychać się i wołać "jaaa!"

"Samowolny rozwój duchowy", który pozwoliłem sobie wpisać w podtytule "Taraki" jest więc jak wynika z powyższego, właściwie oksymoronem, bo skoro Rozwój Duchowy odsłoniliśmy (niby Bławatska swoją Izis) jako synonim okultyzmu, to samowolność jest tym, co go kasuje! Nie można wiedzy tajemnej budować na oryginalności czyli samowoli, jak na lodzie nie postawisz pieca. Więc musi być to już coś innego. Co? Nie wiem. Zobaczymy. Tytuły i hasła przyciągają. Poczekam i zobaczę, co i kogo przywabi to hasło. Zarówno ze świata, jak i z mojej wyobraźni.


Wojciech Jóźwiak

23 (sic!) stycznia 2008




komentarze

1. aaa • autor: Nierozpoznany#82112015-12-28 14:45:52

Świetny tekst.
[foto]

2. Dzięki! • autor: Wojciech Jóźwiak2015-12-28 15:17:11

Dzięki za Docenienie, Kino Siecioryco.

Komentowanie wyłączone wszędzie od 1 sierpnia 2020.

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)