Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

05 października 2007

Wojciech Jóźwiak

Słowiańskie ślady
O herbach i chrzcie Słowian - Czy istnieje Słowiańszczyzna - Neopogański resentyment

Ufff...! Skończyłem, upubliczniłem artykuł o herbach: Herby jak okna, w Tarace. Przymierzałem się do tematu od dawna, pierwszy krok wykonałem w maju zeszłego roku (Herby. O słowiańskich śladach w polskich herbach) po tym, jak byłem w ojczystym Łowiczu na ślubie mojej siostrzenicy. Wtedy połaziłem z aparatem foto po łowickiej katedrze, porobiłem zdjęć. Bywałem tam od wczesnego dzieciństwa, dziwiły mnie i trochę przerażały tamte znaki, były jak z innego świata, z innej cywilizacji - z całkiem podobną emocjonalną otoczką, pamiętam, moje dziecięce oko wyławiało wtedy z książek ilustracje ze starożytnego Egiptu. Zwłaszcza nabożną grozę budziła głowa krowy z wbitym mieczem. Dużo czasu minęło, zanim dowiedziałem się, że to herb Pomian. Tylko dlaczego władze kościelne są tak przewrażliwione na robienie zdjęć? W katedrze wiszą zakazy fotografowania. Podczas nabożeństw, to rozumiem, ale kiedy kościół jest prawie pusty, to dlaczego? Jakaś niska zawiść właściciela. Przecież nie zjem mu tych zabytków. Jakaś starsza kobieta połajała mnie, kiedy błyskałem fleszem na Szembeki i Odrowąże. Powtórzyło się to w łowickim muzeum, gdzie piękne Grabie, Brogi i Rawy (panny na niedźwiedziach), tym piękniejsze, że malowane prymitywną sarmacką, a może po prostu wiejską manierą. No ale na zdjęcia konieczna zgoda dyrektora, niedziela była, dyra brak. Straciłem rozpęd i dalej się nie starałem. Potem wpadłem na pomysł, żeby do zadania zaprząc mojego syna: niech powie swojemu profesorowi, że chce do swojej pracy oprócz pomników i nazw ulic na węgiersko-ukraińskim pograniczu dołączyć herby, a do tego powinien porównać tamtejsze z polskimi, więc musi zrobić dokumentację polskich herbów - i dostanie papier z uniwersytetu, upoważniający do fotografowania nawet tajnych teraz za teokracji (jak perony kolejowe były tajne za komuny) wnętrz kościołów. Ponadto syn jest etnologiem, więc zawodowo umie rozmawiać nawet z księżmi.


Ale wracając do tamtego artykułu o herbach. Rok temu zabrakło mi czasu, temat ledwie napocząłem, ale narastał, przychodzi taki moment, kiedy nie możesz w głowie wszystkiego, co się wymyśliło, utrzymać i musisz to przerzucić w zapis. Ale do obszernego tekstu o herbach wziąć się nie wciąż mogłem, bo w tym temacie prócz tekstu jest jeszcze masa rysunkowa i to trzeba wszystko narysować i zeskanować, lub wyszukać i zeskanować, potem obrobić choćby najprymitywniej. Na początku lipca korzystając z wyjechania rodziny zebrałem się w końcu i w dwa wolne dni nadludzkim wysiłkiem najpierw te godła herbowe schematycznie wyrysowałem, potem napisałem. Dalszy ciąg, czyli poprawianie, uzupełnianie i wklejanie rysunków do tekstu trwał jednak prawie cały następny miesiąc. Dzisiaj wreszcie doszedłem do momentu, kiedy mogłem to opublikować. Parę szczegółów jeszcze poprawię.


Właściwie po co mi te herby? Początkiem moich zainteresowań nie była wcale żadna rodzinna tradycja, bo herbowych przodków nie mam, ani jakaś miłość do dawnych dziejów, bo ja niespecjalnie jestem zorientowany na historię (chociaż staram się nie być ignorantem). Raczej jest tak, że w historii, Polski i świata, mam kilka swoim ulubionych miejsc, punktów, które mnie obchodzą - i wielkie obszary, które są mi obojętne. Jestem więc fanem dawnej Słowiańszczyzny - bo może przez to, że tak niewiele o niej wiadomo, to amator może łatwo na tym polu wyrównać z zawodowcami. Herby zostały skojarzone ze słowiańskim i pogańskim dziedzictwem przez Cetwińskiego i Derwicha w ich książce „Herby, legendy, dawne mity” z 1989 roku. To była jedna z najważniejszych książek dla mnie, dla mojego rozwoju i moje herbowe rozważania mają coś z kontynuacji tamtej książki. Tamta książka należy znów do czegoś, co lubię, do pogranicza nauki i fantastyki, podobnie jak Graves, Eliade i Jung. (I właśnie to w tych wspomnianych autorach jest cenne, że NIE są naukowi - i nieco niesmaku budzi, kiedy sami się wspinają na naukowe koturny, udają naukowych ważniaków, kapłanów katedralnych, a jeszcze bardziej, kiedy ich wyznawcy ich tak stroją.) Ale „herbologii” nie da się uprawiać inaczej: źródeł mało, wnioski niepewne, każda śmielsza hipoteza ląduje od razu w polu „fantastyka” czyli za tarczą. Jest prócz Cetwińskiego i Derwicha jeszcze jedna książka o legendach herbowych, autor Mariusz Kazańczuk, tytuł „Staropolskie legendy herbowe” - ale właśnie przez to, że książka ściśle naukowa, to ostrożna, ale i stawiająca na ziemi, pokazująca, że jak niewiele w tych bajaniach, które szlachta snuła w zimowe wieczory z braku tv wgapiając się w swoje herby, mięsa faktów i przekazów. Sam dym zmyślenia... Że Cetwiński i Derwich umieli spoza niego coś więcej - i aż tyle! - zobaczyć, tym większa im chwała.


Po co mi te herby? Najważniejsze o tym piszę na końcu tamtego artykułu. Herby powstały - jeszcze jako pre-herby, jako znaki nazywane dziś protekcjonalnie „własnościowymi” - jako symbole MOCY. Mocy, która zamieszkiwała w ŚRODKU. Ludzki „dom”, zasiedlony kawał ziemi, ojczyzna, musiał być skupiony wokół ŚRODKA. Postrzegano to raczej odwrotnie: tu był środek, tu się garnęli, stąd nie odchodzili. A jeśli musieli odejść, bo na przykład wróg zaatakował, to moc środka, więc właściwie środek sam, brali ze sobą. Rysowali go na sprzęcie, na odzieży, na broni. Na granicach, by ładunkiem mocy zawartym w jego rysunkach wzmocnić skraj, najbardziej narażony na poszarpanie i utratę tej mocy.


Ziemia ludzka siedziba - ekumena - w myśl prymitywnej myśli koniecznie miała więc swój ŚRODEK. Środek był miejscem skupienia MOCY. Środek dotyczył terenu, kraju, powierzchni ziemi - ale także dotyczył przestrzeni, bo w tym miejscu przechodziła OŚ, pionowa oś świata, często wyobrażana jako kosmiczne DRZEWO. Oś ta była zarazem drogą komunikowania się, kanałem łączności między równymi poziomami świata: między niebem bóstw, ziemią ludzi i podziemiem demonów. To było miejsce, gdzie z góry spływał strumień mocy, zasilając ludzką społeczność. Na drzewie przysiadały święte i świetliste ptaki, spod drzewa biło święte źródło. („Biały istok” = Białystok. Istok = źródło. Najbardziej stołecznie i osiowo się nazywające w Polsce miasto!) Wszystko to jest zapisane w herbach.


Z herbowych legend da się wyczytać też receptę na to, co robić, jeśli moc środka słabnie, wyczerpuje się. Kiedy zaczyna w nim zasiadać łże-moc - a to jest przecież przypadek, z którym my teraz mamy do czynienia. Bo nie ma już prawdziwych środków, a w nich prawdziwych mocy! Wtedy trzeba udać się na WYPRAWĘ PO MOC. Trzeba pójść na poszukiwanie zewnętrznego źródła mocy. Ta moc jest, tylko dzika i nie-ludzka. Rezyduje ona w ANEKUMENIE, więc poza ekumeną, poza światem ludzi. Co zarazem oznacza, że moc, prawdziwa moc, rezyduje dziwnie blisko śmierci. C.d.n.

Odpowiadam Wasylowi, Emfn i Sosence

# Wasylowi ze Stali:

- Jeśli chodzi o praktykę płukania jelit, to zapraszam na warsztaty, które będę prowadzić w końcu września. Płukanie jelit ma skutki naprawdę niezwykłe.


# Emfn:

- Zachodnioeuropejska heraldyka i polska (polsko-litewsko-ruska) miały inne zasady. Główna różnica była taka, że tam były urzędy heroldów (heroldie) pod patronatem królów i książąt, co skutkowało tym, że herby były urzędowo rejestrowane i kontrolowane. W razie wątpliwości można było odwołać się do książęcego urzędnika, który ewentualne wątpliwości wyjaśniał. Dzięki istnieniu tych urzędów mogła nastąpić daleko idąca indywidualizacja herbów, tak aby każda rodzina szlachecka a nawet każdy poszczególny człowiek tego stanu mógł mieć swój herb. Oczywiście to powodowało komplikację herbów, także łączenie wielu herbów w polach, na które była podzielona herbowa tarcza, zwielokrotnianie motywów graficznych - stąd te istne "lasy" lilii heraldycznych czy stada heraldycznych lwów na tarczach.


U nas heroldii nie było - co zapewne było jednym z wyrazów większej niż na Zachodzie niezależności stanu szlacheckiego, co doprowadziło w końcu do przekształcenia monarchii w de facto republikę. Brak heroldii i prowadzonych przez heroldów "ksiąg wieczystych" rejestrujących herby wraz z ich odmianami, powodował, że jedynym sposobem na to, by herb nie był negowany przez zawistnych sąsiadów, było kurczowe trzymanie się archaicznych form tego herbu i niedopuszczanie do zmian. Herb polski nie był czymś "urzędowym" jak na Zachodzie, ale "naturalnym", danym od przodków raz na zawsze. Zaszedł też ( w 14-15 wieku) proces skupiania się wielu rodzin pod jednym herbem, czego skutkiem było istnienie wielu rodzin mających wspólny herb. Przez to w Polsce herbów jest znacznie mniej niż na Zachodzie (chociaż sama szlachta herbowa była liczniejsza), ale za to lepiej przechowały one pierwotną postać tych znaków - właśnie dlatego, że nie było ani możliwości ani motywacji do wprowadzania zmian.


Po unii z Litwą pojawiła się nowa masa znaków spontanicznie "awansowanych" na herby z dawnych tamg tatarskich, z jakichś monogramów, ligatur cerkiewnych? - nie prześledziłem jeszcze dobrze tego zjawiska. W artykule skupiłem się na herbach polskich albo od dawna "spolszczonych" jak Korybut lub Salawa. W każdym razie nowsza warstwa herbów litewsko-ruskich wnosi jeszcze inne jakości, których nie było w herbach oryginalnie polskich.


# Sosence

Dzięki za miłe uwagi. Co do zakazów fotografowania, to flesz malowidłom szkodzi tak samo jak szkodził peronom kolejowym za komuny-militokracji.


Pozdrawiam - Wojciech Jóźwiak




Eliadowskie herby, do Welesa XXI

Drogi Welesie XXI! Nawet nie wiesz, jaką przyjemność mi zrobiłeś, pisząc swoją uwagę. Tak, herby polskie są przykładem jakiegoś dziwnego przekazu, który idzie przez wieki, trwa jak udana "struktura długiego trwania", a przy tym przenosi się kanałem zupełnie nie-dyskursywnym, nie-intelektualnym i wolnym od jakiejkolwiek teorii, ba, niemal bez wspierającego komentarza. A przy tym są otaczane kultem, jak jakaś rzecz nadludzko cenna - jeden z autorów pisze: jakby to były prawdziwe klejnoty! Więc to jest przekaz czyniący wrażenie, jakby te glify trwały i były chronione, ponieważ pozostawały w kontakcie z jakąś ukrytą warstwą umysłu. Przemawiały do tej warstwy - najwyraźniej różnej od tej, która wyraża się poprzez język, pojęcia, narrację, intelekt. Herby są bardzo podobne do mitów i religii, które to przekazy także robią wrażenie, że trwają dzięki podtrzymywaniu ich przez warstwę umysłu nie będącą intelektem.

Mam nadzieję, że w końcu uda mi się rozszerzyć "Tarakę" (www.taraka.pl) o skrypty blogowe i wtedy będzie okazja szerzej o tym i o podobnych rzeczach porozmawiać.

Czy istnieje Słowiańszczyzna?

Zamieściłem w „Tarace” tekst Michała Łuczyńskiego pt. „Słowiańska leksyka religijna na tle porównawczym”, ale wiele ciekawsza jest rozprawa tegoż Autora w „Racjonaliście.pl” pt. „Pochodzenie kosmogonii dualistycznej u Słowian”. Streszczając, mit o pochodzeniu świata od Boga i Czarta (lub raczej jakichś „Białoboga” i „Czarnoboga”) pospołu żeglujących po prawodach, którzy wspólnym wysiłkiem wydobyli zarodek ziemi z dna morza przez nurkowanie, po stosownym zaś powiększeniu tak narodzonej ziemi ten zły z tej pary został przez dobrego strącony w dół piorunem, a dobry oddalił się do nieba - otóż mit ów okazuje się być ograniczony tylko do Wschodniej Słowiańszczyzny, świadectwa z Polski są fałszerstwami, na wschodzie zaś mit ów wygląda na wpływ ugrofińskiego i syberyjskiego substratu lub sąsiedztwa. Autor dopuszcza zarazem udział „literatury bogomilskiej”. (Ktoś mógłby wreszcie tę tajemniczą litaraturę, jeśli istnieje!, przetłumaczyć ze starosłowiańskiego i wydać.)

Przy tej okazji przypomniało mi się pytanie, które zadawałem kilka razy, jak dotąd bez odpowiedzi. Czy w ogóle istniała kiedykolwiek wspólna oryginalna kultura słowiańska, z religią w tym? I podobne pytanie, tyle że nie do historyków, lecz do etnologów: czy poszczególne fakty z ludowej kultury Słowian pozwalają stwierdzić jakaś rzeczową wspólnotę obyczajów tej grupy ludności? Zbierając: czy poza wspólnością języków, co niewątpliwe, Słowian cokolwiek łączy? Czy ich KULTURA, czy to (pra)historyczna, czy ludowa, w ogóle istnieje? Czy raczej i przeciwnie jest tak, że badacze popełniali i popełniają systematyczny błąd, na tym polegający, że biorą za przedmiot zjawiska kultury ludzi mówiących słowiańskimi JĘZYKAMI, po czym ulegają złudzeniu, że wspólność języka jest jednocześnie wspólnotą obyczaju? Może przecież przy bardziej wnikliwych badaniach okazać się, że słowiański obszar językowy nie pokrywa się wcale z prowincjami kulturowymi (i nie pokrywał się w przeszłości, a nawet „na początku”) - że na terenie Słowiańszczyzny językowej istnieje kilka obszarów kulturowych, które obejmują także ludy językowo nie-słowiańskie, więc np. niesłowiańscy Albańczycy czy Aromuni są kulturowymi braćmi swych sąsiadów Macedończyków, Wielkorusini znad Wołgi mało różnią się obyczajem od ugrofińskich Mordwinów lub tureckich Czuwaszów, Polaków więcej łączy kulturowo z Niemcami niż z Bośniakami itd. itd. Nie widziałem map prowincji kulturowych, za to map języków dużo.

O herbach i chrzcie Słowian

Podczas pisania o herbach zastanawiałem się (prócz wielu innych rzeczy) nad przebiegiem chrystianizacji Polski, jako że herby szlacheckie, raczej niektóre ich wzory, wydają się być jedną z rzeczy, które zostały z dawnej sakralnej kultury zaadaptowane i przyjęte do nowej. Co do chrystianizacji, popularną wyobraźnię zamieszkują dwa obrazy-modele:

Pierwsza wizja, to misjonarze przybywający z Rzymu (albo z Czech, albo z Niemiec), którzy już po ochrzczeniu władcy, jego rodziny i dworu, ruszają na prowincję, objeżdżają kraj, grody i wioski, nauczają lud nowej wiary w Chrystusa i Maryję, kropią wszystkich i chrzczą.

Druga wizja, to ta, którą zrealizowali Krzyżacy na Prusach, wcześniej Sasi na Połabianach i Serbach Łużyckich, a jeszcze wcześniej Frankowie na Sasach [w Tarace...]: idzie zbrojny pochód, zakute w zbroje zbiry rzezią i pożarami zmiękczają opór pogan, święte dęby im rąbią i dopiero tak upokorzonych i złamanych chrzczą, w niewolników zarazem obracając.

Co chrztu Polski, to przeważa ta pierwsza sielsko-anielska wizja, chociaż od czasu do czasu podnosi się należąca do drugiej kategorii wizja „okrutnych Piastów”, ostatnio wzmocniona po tym jak archeologowie odkryli na południe od Warty i gdzie indziej - Sandomierz, Mazowsze - pas starych plemiennych grodów faktycznie zniszczonych przez Piastów.

Jednak tę drugą wizję należy odrzucić choćby dlatego, że większość swych podbojów dynastia piastowska dokonała za poprzednika Mieszka czyli (zapewne) przez jego domniemanego ojca Siemomysła, który jeśli wierzyć Galowi był poganinem. (Czy na pewno? - o tym dalej.) Więc raczej nie w imię krzyża Piastowie dokonywali większości podbojów lecz wspierając się jakąś „swoją” wiarą. (Jaką?...)

Co do pierwszej wizji... Wydaje mi się ona niedorzeczna i anachroniczna. Przyjęcie chrześcijaństwa, czy ogólniej, jakiejkolwiek religii, było - jeśli dobrze rozumiem tamte czasy - aktem politycznym. Książę dokonywał konwersji, przyjmował chrzest, RAZEM ze swoim ludem. Kiedy to zrobił, jego lud TYM SAMYM stawał się chrześcijański. Próbą dla naszej tezy jest historia biskupa Wojciecha, wkrótce uczynionego męczennikiem świętym. Bolesław (Chrobry) wysłał go z misją nawrócenia pogan do Prusów, a nie gdzieś na prowincję swojego państwa. Dlaczego? - czyżby dlatego, że cała ludność ówczesnego Państwa Gnieźnieńskiego, znacznie rozleglejszego od obecnej Polski, była już ochrzczona, chrześcijańska, chodziła na mszę i przyjmowała sakramenty i nie potrzebowała misjonarza? Oczywiście, że nie! - Choćby dlatego, że w ciągu 31 lat (od chrztu Mieszka do misji Wojciecha) zaznajomienie z chrześcijaństwem wszystkich poddanych Mieszka i Bolesława było technicznie niewykonalne. Zbudowanie sieci kościołów zajęło faktycznie ponad 200 lat. Sens był inny: Bolesław nie mógł wysłać Wojciecha nawracać pogan we własnym kraju, bo w ten sposób przyznałby się, że jego poddani są (po części) poganami, a zatem on sam nie jest chrześcijańskim władcą! To byłby obciach, na który ktoś o aspiracjach i politycznym talencie Bolesława nie mógł sobie pozwolić. Był też subtelniejszy aspekt sprawy: skoro Piastowie ze swym państwem przyjęli chrześcijaństwo, to spodziewano się, że „my”, „swoi”, „bolesławowi”, jego poddani mówiąc krótko - będą z definicji niejako chrześcijanami. Skoro opcja religijna była nieodłączna od politycznej, to niewiernym mógł być tylko zdrajca lub obcy-wróg. Chrześcijaństwo, raz choćby nominalnie przyjęte wchodziło w rolę wyznacznika „swojości”. Dlatego poganinem wystawionym na nawróceńcze wysiłki boheterskiego (lub: szalonego) biskupa mógł być tylko ktoś „z natury” będący obcym i wrogiem, więc lud innego języka i obyczaju, najlepiej jeśli tradycyjnie z Polakami (Polanami) skłócony. Logicznie padło na Prusów. (Ciekawe, co zamyślał Bolesław, który musiał wiedzieć, że misja Wojciecha jest z góry stracona, bo Prusowie, w czym do czasu była ich siła, nie mieli zwierzchniej władzy i żyli w porównaniu ze Słowianami w rozsypce, każdy kuningas suwerennym władcą na swoim lauku (o ile żona mu na to pozwoliła; cf. przekazy o buntach kobiet u Prusów).

Wracając do chrztu Polski, to zapewne wtedy około 966 roku Mieszko zainscenizował pokropienie paru ważniejszych grodów wraz z ich dowódcami i pobłogosławienie przybyłych gapiów. I zapewne od tego momentu, a może i wcześniej, wykonywanie pewnych tradycyjnych religijnych praktyk stało się zabronione i skryminalizowane, ale głównie jako manifestacja nieposłuszeństwa księciu. Tak jak potencjalnie choćby nieposłuszne grody Piastowie burzyli i przesiedlali ludność, tak samo, zapewne, niszczyli lokalne ośrodki kultu, zwłaszcza te podejrzewane o to, że mogłyby skupić buntowników. Można też sądzić, że jak to zwykle bywa, wśród przyłączanych do piastowskiego państwa ludzi z plemiennych elit, byli i tradycjonaliści-rejtanowie broniący dawnego obyczaju, i oportuniści idący za korzyścią, i entuzjaści, widzący w silnym przywódcy i jego nowinkach swojego idola.

Też trzeba pamiętać, że Mieszko przyjął chrzest wraz ze swym państwem kiedy już to państwo istniało i było wcale silne, a większość podbojów i zbrojnego upokarzania przyłączanych sąsiadów odbyła się wcześniej. Jakie znaki wtedy Siemomysł i Mieszko mieli wypisane na sztandarach i jakim bóstwom składali ofiary, być może nigdy nie będziemy wiedzieć.

Jest pewien wątek, podnoszony od dawna, teraz niedawno też o nim czytałem, jakoby Mieszko nie tyle ochrzcił się, co rebaptyzował w obrządku rzymskim, łacińsko-niemieckim, wcześniej zaś był, a może i jego ojciec też, chrześcijaninem obrządku słowiańskiego, cyrylo-metodiańskiego. Jeden z autorów piszących niedawno o nowych odkryciach w Wielkopolsce, wspomniał, że rozwój państwa Piastów zbiegł się w czasie z upadkiem Wielkiej Morawy (którą najechali i rozproszyli Węgrzy), której miejsce po części zajęło nowe słowiańskie państwo - Czechy, które poszerzały się - i właśnie jako reakcja na postępy Czechów (prawdopodobnie) ojciec Mieszka, Siemomysł wg Gala, zaczął budować „obszar umocniony” w międzyrzeczu Warty i Noteci z centrum w Gnieźnie, by za cenę znoju swych poddanych uniknąć czeskiego zdominowania (a własnego zapewne końca na torturach). Za cenę znoju swych poddanych - tak, bo najpierw Piastowie zmusili sąsiadów do posłuszeństwa, paląc i równając im grody i przesiedlając na północny brzeg Warty, więc zapewne skutecznie zniszczyli ich rodzime plemienne ustroje; a następnie skłonili ich do budowy nowych twierdz. To była rewolucja. I znów pytanie: ZANIM Mieszko przyjął chrześcijaństwo od tych samych Czechów, kiedy już poczuł się dostatecznie, w porównaniu z nimi, mocny, jaką państwową religię wyznawał wraz z poddanymi? Czytałem o hipotezie, jakoby wśród ludzi Mieszka (lub Siemomysła) byli uchodźcy z Morawy, z obecnej zachodniej Słowacji, więc na pewno nie poganie, tylko chrześcijanie słowiańscy. Nie zdziwiłoby, gdyby się okazało, że państwo Polan przynajmniej od pokolenia przed Mieszkiem było chrześcijańskie (oczywiście w sensie podtrzymywania użytecznej politycznej fikcji-umowy) - ale w rycie Cyryla-Metodego.

W historii chrystianizacji Słowiańszczyzny, czy to w obrządku sołuńskim, czy rzymskim, dziwi łatwość tego procesu. Pod koniec X wieku ogromny obszar, z milion kilometrów kwadratowych z paroma milionami rozproszonej ludności, formalnie bo formalnie, przyjmuje nową religię i nie słychać o większych buntach, oporze, alternatywach itd. Dlaczego? Można przypuszczać, że w tradycyjnej religii Słowian nie było miejsca na „instytucję” księcia, a więc władzy nadrzędnej, wyższej i ogólniejszej niż plemię czy inne „opole”. Lokalne kulty, skupione na sobie i „swoich” jakby nie zauważały, że może istnieć dalsze i ogólniejsze źródło autorytetu. Coś jak teraz kiedy polscy publicyści dyskutują o suwerenności państwa nie zauważając, że decyzje podejmują enigmatyczni mandaryni w Brukseli, a niby-suwerennym ojcom narodu w Warszawie pozostało tylko kłócić się w coraz gorszej farsie. Mieszko lub Włodzimierz nie wypromowali rodzimej wiary do nowej roli religii ogólnopaństwowej (co byli powinni zrobić gdyby byli uczciwymi rodzimowiercami) być może po prostu dlatego, że nie wiedzieli, jak to się robi! Przyjęcie chrześcijaństwa było łatwiejsze, ta religia była gotowa, a pewnie wysiłek decyzyjny był o to, KTÓRE to ma być chrześcijaństwo: czy to słowiańskie z upadłej od Madziarów Nitry, czy to agresywne z Rzymu i Moguncji?

Ciekawe też, że wypromowania rodzimej wiary do rangi państwowej (jej „upaństwowienia”) umiała dokonać tylko ta cześć Słowiańszczyzny, która była najbogatsza, najsilniej komunikująca się ze światem, otwarta na szlaki morskie, za sąsiadów mająca i Niemców i Skandynawów - czyli Połabie z Pomorzem. Najbardziej postępowa część, chciałoby się powiedzieć. Ale wyniesienie słowiańskiej religii do roli zwornika państwa (i jego hufców orężnych) w konieczny sposób pociągało jednocześnie wypromowanie jego lokalności. Połabianie podzielili się na mnogie poleis całkiem jak Grecy - i tak samo pozostawali nieuleczalnie skłóceni i wojujący ze sobą, sprowadzający obcych w charakterze łże-sojuszników, co ich ostatecznie, po jakichś 600 latach bytu, ale skuteczniej niż Greków, zniszczyło.

Przeciwnie do nich Czechy, Polska i Ruś poszły drogą przyjęcia władzy i wiary odgórnie - być może dlatego, że tamtejsi książęta byli szybsi w tym dziele niż powoli dojrzewające do polityczności plemienne wspólnoty. Na starcie książąt czekała wojna domowa z obrońcami własnej plemienności i partykularyzmu, z czego w Rusi pozostała legenda o księżnej Oldze wróblami palącej Iskorostień, a u nas odkopywane teraz rozwaliny grodów, które miały nieszczęście stanąć na drodze Siemomysłowi, który spalił je zanim zaczęły kolaborować z Pragą.

Podczas zajmowania się herbami intrygowało mnie to, na ile chrześcijaństwo, zwłaszcza to słowiańskie, bo głoszone po łacinie lub niemiecku było i długo długo pozostało niezrozumiałe (skąd domysł, że niemieccy misjonarze musieli mieć Słowian-cyrylometodystów za tłumaczy), mogło być przez wyznawców etnicznej słowiańskiej religii pojmowane nie jako wrogie zaprzeczenie (jak każe myśleć stereotyp), ale jako ODNOWIENIE tradycyjnej religii. Czasy tworzenia słowiańskich państw z pewnością były odczuwane przez inteligentniejszych tubylców jako czasy zamętu i erozji, rozpadu starych tradycyjnych wartości. Odbierano to więc jako upadek, osłabnięcie, zanik MOCY, tej życiodajnej boskiej mocy, która wcześniej skupiona w ŚRODKU chroniła ludzi. I w tym momencie znajdywano chrześcijaństwo, które przecież w samym swoim mitologicznym rdzeniu opowiada historię ODNOWY: oto świat, kiedyś stworzony przez dobre bóstwo, uległ korupcji, skutkiem masy ludzkich błędów i niewłaściwości trafił w łapy „księcia ciemności” więc chaosu, ale na to przyszedł ratunek: oto z niebios zstąpił, rodząc się w ludzkim ciele, nowy bohater, przy tym wysoce skuteczny, bo będący synem boga, który udał się na śmiertelnie trudną wyprawę po moc, ową moc przynosząc Z ZAŚWIATÓW, pod drodze odwiedziwszy bytujących w podziemnym świecie przodków. Jego wyprawa (jak wierzono) była skuteczna: dzięki jego samoofierze na krzyżowym drzewie świat został „istotowo” odnowiony, odmieniony i na nowo uświęcony. Wątki, które dawna słowiańska religia znała w rozproszeniu, w chrześcijaństwie zostały podane dobitnie i jakby na tacy.

Ciekawe jest też, czy i w jakim stopniu, chrześcijaństwo przybywało do Polski i szerzyło się tu oddolnie, jako religia prywatna - czy działali tu pokątni (i może heretyccy, jacyś bogomiłowie?) misjonarze nie czekający na placet władców?

Ale jest też możliwa inna wykładnia nielicznych przesłanek: oto w jakiej duchowej otoczce chrześcijaństwo przyszło i na jakiej zasadzie zostało przez Słowian przyjęte, nie wiemy. A strukturalne podobieństwa do chrześcijaństwa, jakie dzisiaj badacz znajduje w domniemanych echowych resztkach rodzimej religii, są wynikiem wtórnej chrystianizacji mitycznej wyobraźni ludzi żyjących w następnych, już chrześcijańskich wiekach. Bo z oryginalnych czasów pogańskich nie zostało przecież ani jedno słowo. CD (być może) N.


Neopogański resentyment

W serwisie Racjonalista.pl jest tekst O tożsamości narodowej Polaka - autor: Wojciech Rudny. Tekst jest ciekawszy niż zapowiada tytuł, ponieważ jest tam mowa o tożsamości Polaków z neopogańskiego lub rodzimowierczego punktu widzenia. Autor idąc za poglądami Jana Stachniuka przedstawia standardowy, można powiedzieć, zestaw narzekań na nie-takość naszej historii i tego, że za jej sprawą jesteśmy tacy, a nie inni. Tekst brzmi w tonacji bycia obrażonym na tę rzeczywistość. Na czym mają polegać Błędy-i-Wypaczenia przeszłości: (A) że dawny duch Europy został zastąpiony (zgaszony, zniszczony...) przez chrześcijaństwo, które było ledwie żydowską sektą, przez nich samych odrzuconą, jako coś "niemożliwe do zastosowania"; (B) że chrześcijaństwo kiedy zostało zaprowadzone w Polsce było już na tyle silne, że nie musiało się liczyć z lokalnymi (słowiańskimi, naszymi) tradycjami, więc zdmuchnęło je, inaczej niż na Zachodzie Europy, gdzie słabe zrazu chrześcijaństwo musiało pójść na kompromisy z lokalnymi tradycjami germańskimi, a zwłaszcza w Irlandii celtyckimi, w jakimś stopniu zachowując je i przechowując; ( C ) że lepiej by było dla Polski gdyby przyjęła słowiańskojęzyczne prawosławie, jak Ruś lub Serbia, które lepiej chroniło swojość, tymczasem słowiańska linia chrześcijaństwa w Polsce została wykorzeniona; (D) że kontynuowane jest utożsamianie polskości z katolicyzmem, co wciąż oddala Polaków od tego, by wreszcie byli sobą - jako że za sprawą tamtej historii sobą uporczywie nie są.

No nie są. I tu Autor włącza drugie uczucie: zawiść, że inni mają lepiej, bo mają to, czego my nie mamy i za przykład (niedościgły dla nas) stawia Japonię, która (jak pisze) umiała przechować własne prastare narodowe religijne tradycje mimo iż nawiedzały ją religie uniwersalne - buddyzm, chrześcijaństwo, i będąc wierna swym korzeniom mimo to nie popadła w zacofanie ni prymitywizm.

Pięknie, tylko że już stary (chociaż młodo zgasły) Nietzsche przestrzegał przed budowaniem czegokolwiek na resentymencie, tymczasem żal do własnej historii że była taka a nie inna, oraz zawiść do innych krajów, że u nich było lepiej, to resentyment jawny.

„Korzenne” odrodzenie, przywrócenie naszych przodczych kości, jak pisał kilka lat temu Frank Henderson McEowen, jeśli u nas kiedykolwiek nastąpi, wyjdzie jednak od afirmacji, nie od narzekań - bo inaczej po prostu go nie będzie.

=> Barbapapy

Faktycznie, należy zakładać, że recenzowany autor (z www.racjonalista.pl) książkę prof. Janion czytał, ale nie na nią powołuje się w swoim tekście, tylko na Jana Stachniuka, założyciela i teoretyka Zadrugi. A to troche inna bajka niż ta z "Niesamowitej Słowiańszczyzny". WJ

"nie mieć pojęcia o słowiańskich korzeniach i kulturze to pewien standard"

Tak. Przykład świeży: 2 tygodnie temu dziennik "Dziennik" dołączył mapy Europy Środkowej, tam prezentacje państw, taki bryk dla licealistów. W skrótowej historii Czech napisano, że w starożytności żyli tam germańscy Markomanowie. O Słowacji, że żyli tam Kwadowie. Przy Polsce nie było ani jednego zdania, kto tu żył w starożytności. Domyślam się, że redakcja map nie chciała się narażać ani "autochtonistom" (wg których żadni Germanie nie mieli prawa nidgy u nas żyć) ani "allochtonistom", bo być może ich poglądy o wczesnośredniowiecznym dopiero przyjściu Słowian do nas stały się politycznie niepoprawne. Fakt pozostaje: wciąż standard (przesąd?) każe głosić, że Polskę wykreował z niebytu pokropek Mieszka.

Wojciech Jóźwiak
adres

pisane od 2 sierpnia do 28 września 2007, napierw w blogu Nowy Szamanizm




Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)