zdjęcie Autora

09 lutego 2020

Witold Wysmułek

z cyklu: Permakultura (odcinków: 7)

Spoglądając w przepaść


Energia jądrowa a permakultura »

Oryginalnie na FB pod tym samym tytułem. W Tarace za uprzejmą zgodą Autora.

Przecież to niemożliwe. Przecież to się odstanie. I wróci, wróci to wszystko, za czym się tak bardzo tęskni. Wszystko – czyli w moim życiu, mijającym życiu, bezpowrotnie, jak kropla, gdzieś tam sformowana, wokół jakiegoś pyłku, na górze, spadająca, bo przecież taka jest natura grawitacji, tego zakrzywienia czasoprzestrzeni. Wszystko – czyli też na świecie, tym świecie, gdzie dzieją się rzeczy, o których słyszeć nie chcę ani ja, ani ty, ani nikt inny. Gdzie bieg zdarzeń rozwija się zgodnie z prawami fizyki, czy też dynamicznej psychologii społecznej, czy ewolucji, czy innych nauk, zawsze jednak nie marzeń, lecz nauk, a więc jeśli jest stan taki a nie inny, zestaw czynników, interakcje między nimi, pętle zwrotne, to są atraktory, czyli takie „miejsca stabilności”, w których układ może spocząć, dopóki nie przyłoży się do niego znowu jakiejś odpowiednio dużej siły. I patrzysz, patrzysz, jak zsuwa się system, czy to społeczny – ku szaleństwu ekstremizmów, rozpaczy zagubionych tłumów, czy to gospodarczy – do bezwładu energetycznego krachu, czy to klimatyczny – poprzez ocieplenie większe niż półtora stopnia, do stanu gorącej Ziemi, pustej już – w lwiej większości, od ludzi, od drzew, od wszystkiego, co ja kocham i ty, i każde normalne stworzenie.

Zatem ściskam dłonie w pięści i nie chcę. Chciałbym… marzę… gdybym kiedyś… minęło jednak, bezpowrotnie i nigdy już nie wróci, bo niby jak, czasoprzestrzeń się nie cofa, ponoć to zupełnie niemożliwe, a nawet jeśli, to energie wchodzące w grę są nieosiągalne dla mnie, dla całej cywilizacji, może jakaś gwiazda, ściśnięta do granic możliwości, do momentu zapadania się w sobie, tak, że staje się więzieniem dla światła, może by dała radę, ale pewno nawet wtedy też nie. Więc muszę i ty też musisz, bo wiesz, bo wiemy i to nas różni od reszty, choć z iloma ludźmi, i pewno też nie-ludźmi dzielimy te okruchy wspomnień, te tęsknoty, ten skowyt – za tym, co było tak piękne, ale jest już utracone. A my, na dodatek, jeszcze wiemy, widzimy, jak zsuwa się świat, kraj, w odmęt atraktorów przerażających. Więc nie tylko tęsknimy, zaciskając dłonie, ale często ogarnia nas rozpacz, nie tęsknota nawet, lecz groza, lecz studnia, lecz czarna gwiazda, która młóci, wciąga światło wszelkiej nadziei. Było i minęło, nigdy nie wróci. Ale też – nigdy już nie będzie i te buziulki kochane, te rączusie całuśne, dzieci naszych przeklętych przez atraktory ślepe, opisane przez nauki wszelakie, przez emergentne stany, przez nieliniowe równania, przez kowali wściekłych od pracy.

Nie będziesz miał życia normalnego, lecz znojne, pełne cierpień, pełne modlitwy do gwiazd obojętnych. Rosną nierówności, bo energii nie produkujemy tyle, co trzeba, mówi ekonofizyka. A to, przy globalizacji, sprzyja rozstrzałowi dochodów i majątków, A to z kolei, mówi psychologia społeczna, napędza polaryzacje postaw. I ludzie idą zupełnie na lewo, albo zupełnie na prawo, i to jest wzmacniane przez procesy grupowe, gdzie, w warunkach konfliktu, narastającego konfliktu, nie wolno nawet próbować zrozumieć adwersarza, lecz trzeba go nienawidzić, śmierci mu życzyć, zgnilizny, cierpienia, potępienia wiekuistego, kotła oleistego. A więc potem wojna, domowa, albo z jakimś realnym, równie zrozpaczonym, wciągniętym w lej potępieńczy, przeciwnikiem, albo wykreowanym, bo napięcie gdzieś ujść musi. I ty, maluszku mój, nastolatku mój, i ja pewno też, ujrzymy łuny miast płonących, wrzaski mordowanych ludzi, litanie udręczonych, modlitwy ukrywających się, proszę, Boże, proszę, daj mi chleba powszedniego, daj mi żyć jeszcze, uratuj me dzieci, co one winne. Tulisz więc tym silniej, bo jeszcze możesz, ale wiesz, przeraźliwie wiesz, nie będzie miało twe dziecię lepiej, nie naprawi ani twoich błędów, ani nikogo innego – wprost przeciwnie, dozna pełnej mocy ciemnej strony atraktora społecznej rozpaczy.

Nie będziesz miał życia normalnego, mówisz dalej, jako i ja mówię, bo przecież przewidywania są jasne. Kończą się łatwiej dostępne źródła paliw kopalnych, spada wydajność energetyczna tego, co mamy. I pisali o tym historycy, pisali ekonofizycy, pisali ekonomiści ekologiczni, suma energii netto spada coraz bardziej, a więc, maluszeczku mój, a więc, nastolatku, dzieciaku mój, w znoju tyrać będziesz, ocierając pot ze swego czoła i będziesz miał w ogóle szczęście, jeśli przetrwasz w takim świecie, jeśli gdzie tyrać będziesz mieć, taka jest potęga klifu energetycznego. Mi ojciec powtarzał, wiesz, synek, ja się narobiłem, ty pewno żyć będziesz lepiej, ale ja już tego powiedzieć nie mogę. I spadnie ludzka populacja, bo takie są prawa ekologii – liczba osobników wyznaczana jest nie przez marzenia, nie przez modlitwy, lecz pojemność środowiskową, a ta z kolei zależy od energii, bo przecież bez energii nawozów nie zrobisz, jedzenia nie zmagazynujesz, maszyn nie zrobisz, części nie wyprodukujesz, nic nie uruchomisz. Energia – krew cywilizacji, limfa życiodajna – której zabraknie. Los nasz w matematyce spadku wykuty, tylko białko chce wyć, jak krowa w rzeźni, która już widzi, co się stanie, ale obrócić się nie ma jak, nie ma gdzie, więc dalej, w czerń, w mrok. I zaciskasz dłonie, jako i ja zaciskam, daremno, cóż to da, dalej świat się toczy, niepomny, bezmyślnie, jak ewolucja pasożyta, co perfekcyjnie dostosowuje się do swego żywiciela i po pewnym czasie nie ma już innej opcji, niźli trwać do swego końca. Co gorsza – wiesz, jak ja, że ten brak wzmocni społeczną rozpacz, że będzie polowanie na czarownice, że ludzie nie przyjmą tej przyziemnej banalności, że nie ma i będą szukać winnego wszędzie tam, gdzie nie trzeba, poza samowzbudnymi procesami, poza równaniami, poza fizykalnymi ograniczeniami. I wtedy, czasem, jak o tym myślę, tak strasznie chciałbym zapomnieć, nie wiedzieć, móc tego nie znać, bo to przecież wiedza przeklęta, bo to nowotwór świadomości białkowego robota, mechanicznej zabawki samolubnego genu.

Nie będziesz miał życia normalnego, dalej mówię, jak i ty, bo przecież jeszcze spalamy coraz więcej paliw kopalnych, a już część pętli zwrotnych działa. Kochałem kiedyś drobny deszcz, patrzyłem na kapuśniaczek z mamą, wiedzieliśmy wtedy, jak do lasu pójdziemy, to grzybów będzie moc, a ty, maluszeczku mój, a ty, dziecinko moja, skarbeńku, będziesz deszczu wypatrywał, na tym coraz bardziej gorącym świecie, by spadł w ogóle, byś miał co jeść, byś nie czuł rozpaczy, byś nie musiał smakować ludzkiego mięsa, byś nie chciał zlizywać mózgu z kamienia, którym roztrzaskałeś czaszkę jakiegoś nieszczęśnika, równie głodnego, co ty. I już idzie metan, dwutlenek węgla z wiecznej zmarzliny, i płoną lasy, i umierają zwierzęta, i schną łąki, i nie ma zimy, i szukasz bagien starych, ale już ich nie ma, i jeziora się cofają, a potem przychodzi ulewa, urwanie chmury, jest woda, ale na chwilę, ale od razu cała masa. Ja wiem, co to znaczy, ty też wiesz, a więc dłonie zaciskamy, w daremnym geście. Walą się lodowce, a ludzie wciąż gnają, bo przecież gnać trzeba, huczą motory, dudnią fabryki, nie można rynku stracić. A więc dalej, do atraktora „gorąca Ziemia”, cieplejsza o 4-5 stopni, bo system na tym ma się zatrzymać, to stan stabilny. I po drodze do niego zwariuje ten świat, tu zniknie zima i rozkwitną kwiaty, owocowe drzewa w styczniu, by potem być bite późnym przymrozkiem, i pobudzą się zapylające owady, by umrzeć, by nóżkami znaczyć kierunek w niebo, sine niebo, mroczne niebo. Gdzie indziej spadnie śnieg, na pustyni, albo na cytrusy, bo powietrze, które kiedyś krążyło wokół bieguna teraz silnie faluje. I będzie system się gwałtownie przełączał, waląc młotem zmian, siejąc zniszczenie, siejąc głód, pragnienie, a ja się pytam, co z nimi, naszymi dziećmi, co z nimi, co z nimi się stanie, co z drzewami, które kocham, dlaczego to wszystko tak ma być. Powtarzam to, chociaż wiem, że przecież daremne te pytania, próżne – bo tak, bo taka jest natura samowzbudnych procesów, jest cywilizacja, a zatem jest silnik cieplny, są emisje, jest wymuszenie radiacyjne, są konkurujące firmy, państwa, konsumenci, armie, więc idzie się ślepo w kierunku następnej chwili, bo ten, kto myśli o dalszym terminie, ginie, jak w przysłowiu o indyku, zniszczony przez bardziej krótkoterminową konkurencję.

I tak odmawiamy litanię naszą żałobną, ja, ty, ci, co wiedzą, nie będzie, co z nami, co z maluszkami, jaki los spotka ich rączusie pocieszne, ich buziulki, czy znajdą drzewa na tyle potężne, by tam znalazły schronienie? I myślę wtedy, absurdalnie, o moim życiu, o tym, co było, ile przepuściłem przez palce, jakie straciłem momenty, jak to przeszło – i nie ma, nie będzie, a lepiej, łatwiej, również już się nie będzie, fizyka zaprzecza, dynamiczna psychologia społeczna, ekonofizyka, energetyczne klify, radiacyjne wymuszenia, wszystkie te ślepe rzeczy, ślepe, bezduszne, modelowalne, a ja, białko, chciałbym zaprzeczyć, chciałbym wycisnąć to poprzez zwarte dłonie, by się nie stało, by nie było. Więc przeszłość woła, mogłeś inaczej, a przyszłość wrzeszczy, bije, grozi, obcym już niebem, gradobiciem na pustyni, tym innym – głodnym, czy szukającym winnego. I chociaż dzisiaj przecież przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma, to pozostaje świadomość, wiedza, która na oczy nakłada okulary jaskrawowidzenia, odmienności spojrzenia. Kroczę więc, między ludźmi, śmieję się, niby jak wszyscy, jem, niby jak wszyscy, ale przez to wszystko koniec przeziera, rozpacz, lęk, ta przeklęta odmienność spojrzenia, ten wrzask, że jak to, ratujcie, ludzie ratujcie, nie róbmy tego, zatrzymajmy ten walec, nawałnicę śmierci, ale to wrzask daremny, bo równie dobrze mógłbym w próżnię krzyczeć, w gęstwinę neutronowej gwiazdy, w czerń centrum Galaktyki. Spoglądając w przepaść, zaciskam dłonie, spoglądając w przepaść, żyję, śmieję się, chodzę, uprawiam ziemię, oczekuję cudu, oczekuję zbawienia od zaklęć równań, od losu zapisanego w mroku atraktorów.

Permakultura: wstęp na końcu

Teksty re-publikowane z publikacji Autora na Facebooku: witold.wysmulek. W Tarace za uprzejmą zgodą.


Energia jądrowa a permakultura »

komentarze

[foto]

1. Pocieszenie i nadzieja... • autor: Gabriela Bukała2020-02-09 20:21:23

Dla mnie pocieszeniem i nadzieją są channellingi Kryona:  https://www.youtube.com/watch?v=ql-rkIiwims
[foto]

2. No, spojrzałem... • autor: Roman Kam2020-02-17 21:43:31

... i zobaczyłem wizję piekła, które od dawna jest udziałem wielu nieszczęsnych narodów Afryki. Ma Pan oczywiście prawo do formułowania tak drastycznych scenariuszy, ale chciałbym powiedzieć, że upatrywanie zagrożenia bytu ludzkości akurat w spalaniu paliw kopalnych jest bardzo jednostronne, a domniemany, powszechny kanibalizm, jest wpadaniem w przesadę. Nie proszę Pana. W najgorszych ludzkich okolicznościach, nie był kanibalizm normą i nigdy nie będzie. Kryzys uwalnia najgorsze ludzkie instynkty, ale i ludzką solidarność i heroizm, które Pan w swojej czarnej wizji całkowicie pomija. To co mi przeszkadza w tego typu narracjach (i podobnie czułem czytając "Słomiane psy" Graya), że autor mija się w jakiś sposób ze swoim dziełem, że traktując serio swoje poglądy powinien, zgładzić swoje potomstwo, a potem siebie. Wìęc ten dysonans mi przeszkadza. Temat nie, chociaż nie podzielam obaw, co do przyczyn i skutków globalnego ocieplenia, bo zagrożenia widzę raczej w dostępie do wiedzy o człowieku i niewłaściwym (co oczywiste, wobec takiej pokusy) wykorzystaniu tej wiedzy. Katastrofizm nie pomaga. Prowadzi do zniechęcenia i apatii. Ludzkość będzie musiała przetrwać jeszcze niejeden głęboki kryzys, lecz nie jesteśmy tylko nagą małpą, uważam, że cel naszego istnienia ma związek z całym wszechświatem, z jego istotą, że ten cel prowadzi nas i kształtuje. Może daleka przyszłość nauczy nas pokory i pokaże, że wolność jest bolesna. Może staniemy przed ścianą krańca wiedzy, kiedy postęp się zatrzyma, a cel się nie objawi? Co wtedy? Może wtedy rozpacz będzie uzasadniona. 

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)