Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

07 lutego 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Brzuch Radziwiłła
Psykanie • Moja prywatna teologia • Archetyp przynależności • Ego zasilone • Libertarianizm i społeczne progi • Walka klas trwa • Mróz i ptaki


« Tytan imieniem Taraka Zmartwychwstanie Yukteśwara »

4-7 lutego 2005

Brzuch Radziwiłła • Psykanie • Moja prywatna teologia • Archetyp przynależności • Ego zasilone • Libertarianizm i społeczne progi • Walka klas trwa • Mróz i ptaki

7. (brzuch Radziwiłła)

Polityka dociera nawet do mnie i do mojej internetowej gazetki. Kilka dni temu pewien astrolog chciał zamieścić w "Tarace" swój tekst śledzący jak tranzyty Plutona przejawiają się w polityce USA i poprzez historyczne wydarzenia tego kraju. Odmówiłem! Bo artykuł był pisany z wyraźnie anty-amerykańskim nastawieniem. Kraj ten był przedstawiany jako militarystyczny, prowadzący zawsze agresywną politykę; że Amerykanie dokonywali ludobójstw i używali broni masowej zagłady: najpierw (wg autora) na Indianach, potem na Japończykach, potem na Wietnamczykach. Gdyby ktoś chciał dochodzić szczegółów, to tą bronią masowej zagłady na Indianach miały być osławione koce zarażone ospą, które jakoby rządowi agenci podsyłali któremuś plemieniu, w Japonii bomby atomowe, w Wietnamie defolianty do niszczenia roślinności. Nie zgodziłem się z takim przedstawianiem sprawy: defolianty nie były obliczone na mordowanie ludzi, wprawdzie ich użycie było czymś wielce paskudnym, jak i sam pomysł wojny przeciwko środowisku, ale nie służyły zabijaniu: zmarli byli raczej skutkiem ubocznym. Tamte koce do zarażania Indian: warto by to zbadać w odpowiedzialnej literaturze, bo słyszałem, że faktycznie ktoś kiedyś wśród Jankesów miał takie pomysły, ale niezależnie od złośliwych intencji skutek musiał być zerowy, bo wirus tamtej choroby ginął podczas przewozu i przechowywania. Indianie wymierali niezależnie od złej woli Białych - gubiły ich choroby przekazywane od człowieka do człowieka. Ta historia z zarażonymi kocami jakoś dziwnie przypomina mi to, co propagandyści carowej Katarzyny rozpowiadali po Europie, że jeden z Radziwiłłów leczył się z reumatyzmu mocząc stopy w świeżo rozciętych brzuchach swoich poddanych chłopów. Miało to źle nastawiać do Polski, właśnie rozbieranej, przedstawiać Polaków jako barbarzyńców, którym słusznie się oświecona moskiewska opieka należy. Ile takich "brzuchów Radziwiłła" zaśmieca umysły!

Ta nienawiść do Ameryki jest dla mnie czymś niepojętym. Z czego to się bierze, że nawet do astrologii przecieka?

W Ameryce nie byłem, ale w przestrzeni psychicznej wydaje mi się ten kraj dużo bliższy od zachodniej Europy - pewnie dlatego, że znam mnóstwo ludzi, którzy z Ameryka są na różne sposoby związani; żyją trochę tam, trochę tu, są jednocześnie i Polakami i Amerykanami. Podobnych mieszańców polsko-brytyjskich, polsko-francuskich czy polsko-niemieckich jest dużo mniej, właściwie to ich nie ma. Mam wrażenie, że Polak wyjeżdżający do Anglii, Francji, Niemiec pozostaje chwilowym emigrantem, załatwia sprawę i wraca, nie przyjmuje się tam. Raczej jest tak że można być albo Polakiem albo Zachodziarzem, albo-albo, a nie i-i, jak w przypadku Ameryki. Jednak kultury i przestrzenie społeczne krajów europejskich są dużo bardziej niż Ameryka pozamykane przez przybyszami z innych miejsc.

Jakoś nadęcie to brzmi, ale nie czuję się Europejczykiem, to znaczy nie czuję w sobie sentymentów, które by mnie uczuciowo wiązały z Europą w kształcie mniej więcej obecnej Unii Europejskiej i przy tym kazały w Ameryce, albo w słowiańskich krajach europejsko niezrzeszonych widzieć coś obcego i przeciwnego. Jeśli patrzę dalej niż Polska, to czuje się obywatelem większej całości kulturowej, cywilizacji Zachodu, do której należy i Ameryka, i np. Australia i Rosja, co nie oznacza, że skreślam Hindusów albo Japończyków - nie, tylko że nie znam ich kultury tak jak własnej. (A o takiej np. Indonezji nie wiem właściwie nic.)


8. (psykanie)

Wawrzyniec Rymkiewicz... Gdzie znaleźć jego artykuł? - w miesięczniku "Lampa" nr 8/2004; w internecie niestety nie ma, chociaż ja od znajomego e-pocztą piracka kopię dostałem; pod tytułem "Polacy - jeszcze jeden wysiłek. Otwarcie dyskusji o obłudzie". Więc WR pisze znakomite słowa: "właściwy Polakom lęk przed artykułowaniem własnych myśli". Autor mógłby nic więcej nie napisać, bo to jest istota problemu. Mnóstwo spraw załatwię się u nas skrzywieniem lub psykaniem. Krzywienie się i psykanie, i kilka podobnych gestów, czasem z dodatkiem paru słów, które mogłyby być właściwie zupełnie inne - tymi sposobami znakuje się granice tego, co należy omijać. Jak koty, które znakują swój teren w ogrodzie. (Już drugi raz kiedy piszę "Rymkiewicz" jak odzew na hasło odzywają mi się koty - to zasługa pana Rymkiewicza-seniora!) Z takim psyknięciem miałem do czynienia parę dni temu przy okazji ubezpieczania się w jednej z firm z tej branży. Pani ubezpieczycielka, zapewne zodiakalne Ryby, bo demonstrowała przede mną komplet cech tego znaku, wraz z myleniem się, okazywaniem swojej nadmiernej ostrożności i gestami mającymi na celu wywołanie u rozmówcy współczucia, że tak się oto męczy... Wiec ta pani, kiedy już skończyliśmy wypełnianie formularzy, zaciekawiła się, co ja właściwie piszę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że prowadzę rubryki astrologiczne w czasopismach. I to ją zbulwersowało. "Bo nam ksiądz mówił, że to..." I to, co mianowicie ksiądz mówił o wróżbach i wróżbitach nie zostało już wyrażone pojęciowo, tylko właśnie psyknięciem. Ja byłem gotów dyskutować, mam pewne w tym doświadczenie - ale dyskutować z psyknięciem nie umiałem.


9. (moja prywatna teologia)

Mój pogląd na religię jest taki, że skoro rzeczywistość duchowa czy jak inaczej nazwać te siły, które są gdzieś ponad człowiekiem, jest jedna, to również religia jest jedna. Czyli nie jest tak, jak wyobrażali sobie pewni marzyciele, że kiedyś w przyszłości dojdzie do powstania jednej "światowej religii" - bo ta religia już jest i to od dawna. Tylko lokalne jej przejawy są różne z różnych historycznych powodów. Religia jest jedna na podobnej zasadzie, jak ludzki umysł i ludzka natura są jedne, a i to pewnie jedno i drugie jest tylko szczególnym przypadkiem ogólniejszego możliwego zjawiska umysłu w ogóle i natury istoty inteligentnej w ogóle. Do tego wydaje mi się, że ta duchowa rzeczywistość jest dobra, to znaczy, używając bardziej znanych pojęć, bóg nie ma swojego anty-boskiego przeciwnika. W duchowej rzeczywistości nie jest tak, żeby tam były jakieś obszary skażone, jakieś strefy zła. To się zgadza z poglądem buddyjskim, że jak już człowiek sobie przebije dzięki medytacji i innych praktyk okienko wglądu na tamtą stronę, na stronę ducha, to raczej mu z tego okienka nie wychynie coś paskudnego. U Hindusów jest zdaje się podobnie: nie ma tam jakichś szczególnie potężnych szatanów, demony są wprawdzie, ale na ile na tym się znam, mają ograniczone i lokalne znaczenie. I właściwie z poglądami katolickimi się to zgadza, bo przecież tutaj też nie przyznaje się szatanowi osobnej "substancjalności". Ale tu się zmitygowałem, że może wynika z tego, że w diabła nie wierzę, co by było sprzeczne z całymi tymi wywodami, które kiedyś czytałem, a następnie pisałem na nowo po swojemu, gdzie nawet tych diabłów było kilka gatunków, z Arymanem-dręczycielem i Lucyferem-łudzicielem na czele. No właśnie: jest w świecie taki jego wymiar, który słusznie można uznać za diabelstwo, ale wydaje mi się, że on nie sięga zbyt głęboko w rzeczywistość ducha. Mówiąc krótko, złe duchy nie są szczególnie potężnymi duchami. Oczywiście ci, którzy dostali się w ich obroty, mogą słusznie mieć przesadne wyobrażenie o ich znaczeniu. A skoro religia jest jedna i ta religia już jest, tyle że pod mnóstwem postaci, to nie ma dużego sensu zakładanie jakiejś nowej. Wydaje mi się że podobnie myślał Jezus, bo w tym, co robił, trudno dopatrzyć się zakładania nowej religii. Przeinterpretowywał to co zastał, czyli rodzimą religię żydowską. Tak samo Ramana Maharishi z góry Arunaczala: kiedyś, kiedy o nim czytałem, uderzył mnie brak jakiegokolwiek rysu buntu lub krytyki w tym co głosił i co robił, a wiele świadczy o tym, że był oświeconym wysokiej próby. On niczego nie burzył, nie przewracał, przeciwnie - akceptował. Także skoro religia jest jedna, to nie mają sensu podziały my-oni na gruncie religii. Zupełnie obca mi jest idea wyznania jako oblężonej twierdzy. I razi mnie to, że tak często "realne religie" (to określenie na wzór "realnego socjalizmu") łączyły się i łączą nadal z podziałami my-oni, z całym archetypem przynależności, jednym z najgorszych paskudztw, jakie się do ludzi przykleiły.


10. (archetyp przynależności)

W grudniu 1999 zamieściłem w "Tarace" tekst, który teraz przepisuję, skracam i wygładzam:

Zwykle jest tak, że jeżeli komuś siada logika i włączają się emocje, jest to oznaką, że przez jednostkę przemawia archetyp, czyli, jak wiadomo od Junga, coś silniejszego od świadomości. Jaki archetyp może stać za podziałem (na przykład) na prawicę i lewicę, lub podobnymi, i za osobistym przywiązywaniem się do tego podziału? - Archetyp przynależności. Tak można nazwać ten archetyp, czyli wrodzony popęd plus formy w jakich się przejawia on w ludzkim zachowaniu i w życiu wewnętrznym, w emocjach itd., który każe grupę i przynależność do niej, i wartości służące interesom grupy, cenić wyżej niż własne zdanie, własny interes, a czasem i życie. Ten archetyp musi być potężny, jako że przez przynajmniej setki tysięcy lat, jeśli nie miliony naszej gatunkowej historii, grupy w których żył Homo żądały od swoich członków ofiar i poświęcenia, w tym także ofiar z życia i krwi. Tą ofiarą służyli przede wszystkim młodzi mężczyźni. Kobiety, dzieci i starcy raczej byli chronieni. Jest to ten sam archetyp, który stoi za popędową agresją młodych mężczyzn, o czym wspomniałem w "Sex & drugs & violence" (jest w Tarace). Archetyp ten widać dzisiaj choćby w obyczajach kibiców, którzy muszą mieć jakąś "Legię", żeby za nią ginąć, i jakiś "Widzew" aby go zabijać. Pięknie ten archetyp został zawłaszczony przez liczne wyznania, które przesycone są (1) poczuciem własnej wyjątkowości ("zbawienie tylko u nas"), (2) poczuciem niezmywalnej krzywdy wyrządzonej przez obcych (kult męczeństwa) (3) duchem zemsty ("w piekle będą się smażyć"). Został zawłaszczony przez nacjonalizm, w tym nazistowski, ale oczywiście nie tylko ten, przybierając rozmiary paranoi. Archetyp ten fatalnie działa na myślenie. Poczucie przynależności, akces do grupy, poczucie więzi z grupą - wszystko to musi być wcześniejsze, bardziej pierwotne niż wiedza, poglądy i argumenty logiczne. Dlatego dyskusja z kimś, kto zostaje zidentyfikowany jako przeciwnik grupy, a wiec wróg, musi z konieczności przybrać postać pójścia w zaparte. Bo to wtedy nie jest dialog zmierzający do znalezienia wspólnego ziarna prawdy, tylko wojna na słowa - jak w filmie "Braveheart" gdzie Szkoci Anglików zarówno obrażali słownie jak i w tej samej funkcji wypinali na nich gołe tyłki. (Dowiedziałem się patrząc na to do czego służyła szkocka spódniczka.) Logika i jakikolwiek wzgląd na prawdę staje się wtedy nieważny. Myślenie pod wpływem archetypu przynależności staje się biegunowe, czarno-białe. Na polu bitwy nie ma czasu na rozważanie subtelności. Wojownik, gdyby zaczął się zastanawiać nad ewentualnymi racjami przeciwnika, dałby głowę. Dlatego archetyp przynależności żąda, aby wróg Nie-Miał-Racji i był Wstrętny niezależnie od tego, jak postąpi, dobrze czy źle, lub nie postąpi. To się nazywa opętanie przez archetyp przynależności.


11. (ego zasilone)

Kontakt z rzeczywistością duchową jest silnie energetyzujący. Jest to potężne - zapewne najsilniejsze - źródło psychicznej energii. Entuzjazm po grecku znaczył "posiadanie boga w sobie". W stanie entuzjazmu byli ci, na których ten czy ów bóg zstąpił. Przykłady takiego rozumienia entuzjazmu czyli stanu ekstremalnie podwyższonej energii są i w Biblii: Samson, z którego moc Pana odeszła, kiedy Dalila obcięła mu włosy i w którego wstąpiła na nowo, kiedy mu włosy odrosły. Albo Eliasz, który po swym tryumfie nad wrogami niemal nagi przebiegł kilkanaście kilometrów poprzedzając rydwan króla Achaba. Ów termin entuzjazm i podobne rozumienie owładnięcia boską mocą w legendach starożytnych Żydów świadczą o tym, że w tamtych społeczeństwach, u Greków i Żydów, a więc zapewne w całym starożytnym wokółśródziemnomorskim świecie żywe były wątki religii opętania jak się brzydko nazywa to zjawisko w religioznawstwie, kiedy to bogowie wstępują w ciała i umysły swoich wyznawców-nosicieli, a co do dziś przetrwało w haitańskiej religii wudu a może i w innych ludowych kultach afrykańskich lub stamtąd się wywodzących.

Kontakt z rzeczywistością duchową dostarcza wielkiej energii, ale zasilają się tą energią różne struktury ludzkiej psyche - wśród nich także ego. Powstaje poczucie: "ja jestem potężny, niezwyciężony, ja mam rację, zaprowadzę swoje porządki, niech drżą moi wrogowie". Oczywiście można się takiego poczucia dorobić także bez mistycznych doświadczeń... I wielu takich było, którzy ten stan zrealizowali. Pojawia się pokusa rozdęcia ego czyli jego "inflacji". Coś z przezwyciężania tego etapu znalazło się w Ewangeliach. Marek tylko wspomina, że po zstąpieniu Ducha podczas chrztu u Jana Jezus udał się na czterdziestodniowy post-odosobnienie na pustynię, tak jakby wtedy towarzystwo szatana było mu milsze niż ludzi. Mateusz i Łukasz dopisują trzy epizody tego wydarzenia. Jak w wielu miejscach Ewangelii można się zastanawiać, na ile temu przekazowi można wierzyć. Wydaje się raczej wątpliwe, żeby Jezus opowiadał ze szczegółami swoim uczniom i innym słuchaczom, jakie to miał przygody z diabłem na pustyni. Gadatliwa wylewność w ogóle do tego Mistrza nie pasuje... Jednak wspomnienie o jego postach, odosobnieniach i innych zapewne praktykach ascetycznych jakoś snuło się wśród jego uczniów i można się domyślać, że w końcu zgęstniało w przypowieść o trzech kuszeniach, jak to szatan podsuwał mu myśl, żeby kamienie obrócił w pokarm, żeby sprawdził swoją umiejętność unoszenia się w powietrzu i żeby stał się władcą świata. Sens dwóch pierwszych kuszeń wygląda podobnie jak w nauczaniu Buddy odrzucenie siddhi, czyli cudotwórczych mocy; Śakyamuni uważał ćwiczenie ich, używanie i popisywanie się nimi za przeszkodę na drodze do Wyzwolenia. Trzecie kuszenie możemy rozumieć jako starcie z nabierającym sił ego, które miałoby ochotę wykorzystać duchową energię do takiej lub innej zabawy w karierę światową.


12. (libertarianizm i społeczne progi)

Moje poglądy polityczne są bardzo podobne do tych, które z niedościgłą logika przedstawił Jacek Sierpiński w 1997 roku, zobacz: "ABC libertarianizmu". Społeczeństwo powinno być zorganizowane tak, żeby nigdzie nie naruszana była wolność; szczególnie państwo musi znacznie ograniczyć swoje działania, albo wręcz swoich działań zaprzestać. Więc niezgodne z tą zasada wolności są przymusy: przymus posyłania dzieci do szkoły i licencjonowanie szkół przez państwo, przymusowe ubezpieczenia, przymusowa służba wojskowa, jak i zakazy, takie jak zakaz używania narkotyków. Mnóstwo - jeśli nie wszystkie - działania przymusowe można i powinno się zastąpić dobrowolnymi umowami; dotyczy to nauki szkolnej, leczenia, ochrony przed przemocą, ścigania przestępstw i prowadzenia procesów prawnych. Przy okazji manifest Sierpińskiego jest dobrą próbką społecznych progów. Bo trudno jest bez uruchamiania figur progowych, czyli bez zakłócających myślenie emocji, wyobrażać sobie, że nagle władze zaprzestały ścigania narkotyków, że rzeczą dopuszczalna i nie-kryminalną stały się dobrowolne pojedynki i że mogą działać (tych akurat Sierpiński nie wspomina, ale czemu by nie?) asystenci samobójców, czyli ludzie, którzy pomagają skutecznie popełnić samobójstwo, jak skazany w USA dr Kevorkian. Mnóstwo przymusowych nadużyć wolności odbywa się przy okazji ściągania podatków i dysponowania tymi kwotami: ja na przykład nie życzę sobie, żeby z moich pieniędzy finansowano zawody futbolowe. I w ogóle: co to za porządki, żeby mi ktoś zabierał pieniądze bez mojej woli (podatki), i ja nie mógłbym decydować na co te moje pieniądze są wydawane?


13. (walka klas trwa)

Czytając artykuły z "Wolnościowej Biblioteki" natrafiłem na tekst, w którym wyłożone są pewne pomysły, do których sam kiedyś doszedłem, ale wydały mi się tak oczywiste i banalne, że postanowiłem, że chętnie pozostawię chwałę autorską komuś innemu, kto na to wpadnie. I faktycznie, na to samo wpadł Francuz (chyba), Christian Michel, a jego artykuł z 1998 r. nosi tytuł "Walka klas nie jest skończona - Dlaczego libertarianie powinni czytać Marksa i Engelsa...". No właśnie. Sam od lat to samo widzę, tylko na spółkę Marx & Engels wstyd mi było się powoływać. W połowie tekstu, który zrazu wcale nie jest rewelacyjny, natknąłem się na zdania:

"Jaka klasa jest dziś dominującą? Ta kwestia stanie się jasna jeżeli zrozumiemy, że istnieją dwa rodzaje przepływu dóbr w społeczeństwie: z użyciem przemocy, czyli poprzez sposób polityczny oraz poprzez wymianę i prezenty czyli działanie ekonomicznie. Kapitalizm oznacza używanie handlu i darowizn, a nie polityki, by umożliwić dystrybucję dóbr w społeczeństwie. Wszystkie inne sposoby sprowadzają się do użycia przemocy."

Sam kiedyś coś bardzo podobnego pisałem w półżartobliwym i półastrologicznym tekście pt. "Wenus i Mars, czyli o wyższości handlu nad rozbojem", zamieszczonym w "Gwiazdach" bodaj w marcu zeszłego roku; w sieci patrz: www.gwiazdy.com.pl/06_04/25.html.

Christian Michel następnie identyfikuje nowoczesną klasę panującą - nowoczesnych wyzyskiwaczy: są to urzędnicy państwowi, a dalej wszyscy ci, którzy żyją z podatków - czyli z zalegalizowanego rabunku. Oczywiście jest to uproszczenie i autor z tego sobie zdaje sprawę. Są te dwa wspomniane obiegi dóbr: jeden przez wymianę (przez wolne transakcje), drugi przez wymuszenia. Z tego pierwszego utrzymują się zarówno kapitaliści-przedsiębiorcy, oczywiście w takim stopniu, w jakim faktycznie działają na wolnym rynku, nie żerując na protekcji państwa, jak i zatrudnieni przez nich pracownicy różnego rodzaju, od robotników do menedżerów. Z tego drugiego, z wymuszeń, żyją przedsiębiorcy-"protekcjoniści" do spółki z urzędnikami państwowymi, państwową służbą zdrowia, nauczycielami, emerytami i bezrobotnymi na zasiłkach. Z punktu widzenia ekologii krążenia energii w społeczeństwie wszyscy oni należą do grupy wyzyskiwaczy lub, co na jedno wychodzi, ich utrzymanków. Lekarze, nauczyciele i emeryci najwyraźniej zresztą grają w tym układzie żałosną rolę zakładników.

Tu nasuwają mi się od razu dwa spostrzeżenia: zdarza się, że tamte dwie wymienione grupy kapitalistów stają do iście stalinowskiej walki klas. Tak należy interpretować represje, które w parę lat temu spotkały Romana Kluskę, dużego biznesmena od produkcji komputerów, należącego do pierwszej grupy: rynkowców, kiedy usiłował sięgnąć po zyski zarezerwowane dla tej drugiej grupie, oczywiście według mniemania tej grupy. W tym momencie okazało się, do kogo faktycznie należy państwo (polskie): Kluskę zaczęły represjonować policja, prokuratura, wojsko i to najwyraźniej według idącego z góry planu - tylko dlatego że wyszedł z rynku i sięgnął po zdawałoby się najzupełniej legalne "optymalizacje" celno-podatkowe. Natychmiast okazało się, do kogo należy ta marchewka, to źródło zysków, i jakie siły stają czujnie na jego straży. Siły, dodajmy, zadziwiająco wyrozumiałe i niedowidzące, póki chodziło o ściganie pospolitych gangsterów.

Drugie spostrzeżenie jest takie, że "protekcjoniści" mają jasny interes w tym, żeby wspierać i nagłaśniać nie pasujące już do obecnej rzeczywistości poglądy o "walce ludzi pracy z kapitałem", hodować różne lewicowe mody, sprawiać, żeby lewackie poglądy były "trendy" - bo to jest zasłona dymna, odwracająca uwagę od tego, kto tu naprawdę jest złodziejem.

Wracając do Wawrzyńca Rymkiewicza i jego artykułu "Polacy...". W 1989 roku zmieniliśmy sobie jeden klasowy i opresyjny ustrój na drugi, czyli PRL z jej dyktaturą komunistów na III RP z "nowoczesnym" ustrojem gdzie podatkożercy-protekcjoniści pasożytują na uczestnikach rynku. Walka klas trwa w najlepsze... Czy nie tu jest przyczyna panującej obłudy? Bo choć tego prawie nikt nie nazywa po imieniu, to każdy czuje, że coś tu jest nie tak, że ktoś tu kogoś nadużywa, że sygnalizowane problemy i konflikty mają zastępczy charakter i tylko przesłaniają ważniejsze, bardziej "głębinowe" procesy. Procesy zresztą banalnie odwieczne, nihil novi sub sole: że oto jedna grupa ludzi w majestacie stanowionego przez siebie pseudo-prawa okrada drugą grupę.


14. (mróz i ptaki)

Zrobiło się mroźno i mam wrażenie, że razem z mroźnym powietrzem ze wschodu przybyły ptaki. Wczoraj w ogrodzie przeleciał parę metrów od mojej głowy od strony domu niby pocisk jakiś mały drapieżnik, nie wiem, krogulec albo kobuz, niewiele większy od drozda, niosąc zdobycz w szponach, raczej gryzonia nie ptaka, bo wtedy skrzydła by zwisały. Dzisiaj rano nad moją ulicą powoli z trudem przeciw wschodniemu wiatrowi wiosłowały skrzydłami dwie wrony siwe, molestując nieco większego od siebie sokoła, zapewne Falco peregrinus, sokoła wędrownego.

c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 7 lutego 2005





« Tytan imieniem Taraka Zmartwychwstanie Yukteśwara »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)