Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

14 lutego 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Zmartwychwstanie Yukteśwara
Imperium • Pra-pan Baran i pra-rab Ryby • Demokratyczne wojny totalne • Trzy nogi rewolucji • Zmierzch energetycznego Babilonu • Akademgorodki • Źródła energii jak ziemniaki • Czyżby azjatycka przewaga?


« Brzuch Radziwiłła Starzy mężczyźni i młode kobiety »

8-14 lutego 2005

Zmartwychwstanie Yukteśwara • Imperium • Pra-pan Baran i pra-rab Ryby • Demokratyczne wojny totalne • Trzy nogi rewolucji • Zmierzch energetycznego Babilonu • Akademgorodki • Źródła energii jak ziemniaki • Czyżby azjatycka przewaga?

15. (zmartwychwstanie Yukteśwara)
Paramahansa Yogananda w swojej książce "Autobiografia jogina" opisuje, jak to bawiąc w Bombaju w hotelu Regent 19 czerwca 1936 o trzeciej po południu został wyrwany z medytacji nagłym zjawieniem się swojego mistrza, Śri Yukteśwara. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie to, że Yogananda trzy miesiące wcześniej Yukteśwara pochował - nie spalił, bo jak się okazuje, zmarłych oświeconych mistrzów niekiedy w Indiach grzebano, nie palono. Śri Yukteśwar pojawił się jako człowiek z krwi i kości, najzupełniej materialny, którego można było dotknąć i uściskać - zresztą Yogananda mało go w porywie serca nie udusił. Równie jak samo to zdarzenie zdumiewający jest jego przebieg: oto zmartwychwstały stary mistrz przez dwie godziny swego pobytu w pokoju Yoganandy wygłasza przed nim długi wykład, w którym ze szczegółami opisuje swoje pośmiertne zajęcia, a właściwie swoje nowe wcielenie: oto po śmierci został zatrudniony na "astralnej planecie Hiranialoka" gdzie działa jako ktoś w rodzaju psychopomposa, pomagając mieszkańcom tej planety przenieść się z bytu w "ciałach astralnych" na wyższy poziom do "ciał przyczynowych", co jest u nich odpowiednikiem ziemskiej śmierci, chociaż nie budzi już u nich lęku. Wykład Yukteśwara pozbawiony jest mistycznych treści, mnóstwo miejsca zajmują w nim techniczne kwestie, jak to atomy różnego rodzaju, krążenie "astralnej energii" itd. Zmartwychwstały właściwie nie ma żyjącym nic do powiedzenia na temat ich losu i problemów - a przynajmniej ja tak to odbieram. Tajemnicy w jego opowieści tyle, co w filmach o Harrym Potterze, czyli nic. Życie po śmierci, jak i Yukeśwarowe zmartwychwstanie, wydało mi się, jak to czytałem, dziwnie banalne, albo ja bluźnię lub czegoś nie pojmuję. Pośmiertna przestrzeń ma nadal swoje "ciała", "atomy" i "planety", swoje tłumne święta i zebrania, i jakoś nie czuje się żadnej granicy, która by wzbraniała od pewnego miejsca o tym mówić - tej, na którą tak często natykali się zarówno buddyści jak i chrześcijańscy lub żydowscy mistycy, o Buddzie Śakjamunim i Wittgensteinie nie wspominając. Rozwiązanie tej zagadki byłoby może takie, że ludzie po śmierci dostają to, co sobie wypracowali: wymodlili lub wymedytowali. I może w niebie linii Yukteśwara i Yoganadny wszystko jest jasne, niezasłonięte i teorią odpowiednio naświetlone, także dla oczu śmiertelnych.

A co sądzić o samym zjawisku zmartwychwstawania niektórych ludzi lub ich pojawiania się po śmierci? Do Yoganandy Yukteśwar przyszedł bez świadków. Tego samego dnia wcześniej Yogananda, jak pisze, ujrzał przez okno hotelu Pana Krisznę. Co możemy sądzić o umyśle jogina, który rano widzi boga nad dachami miasta, a po południu przyjmuje swojego zmarłego mistrza? Na pewno jest to stan umysłu daleki od zwykłej ludzkiej codzienności. Śri Yukteśwara oglądano też wcześniej, jak po swoim pogrzebie mimo to żywy przechadzał się po okolicy i rozmawiał z pewna starą uczennicą. O podobnych przypadkach słychać więcej. Różny jest też stopień "ciężkości" zjawiających się zmarłych: od gołej wizji, którą trudno zlokalizować gdziekolwiek poza umysłem, poprzez obrazy w lustrze, trójwymiarowe postaci otoczone świetlną błoną, jak bywało w eksperymentach Raymonda Moody'ego, aż do zupełnej lub prawie zupełnej materializacji. Czyli wyglądałoby, że jest to coś, co się zdarza... Chociaż najrzadsze zapewne są przypadki, kiedy zmartwychwstałego widzi więcej niż jedna osoba.

16. (imperium)
Dotarł do mnie Raport Gabisia - czyli napisany w listopadzie 2003 (sporo ponad rok temu) "Raport o wojnie w Iraku". Jako szef zespołu autorów podpisany jest Tomasz Gabiś; znalazłem też więcej jego tekstów w sieci. Wreszcie jest coś, co na temat tej wojny da się czytać! Wojna ta jest przedstawiona w świetle logiki Imperium. Imperium (Amerykańskie) nie ma żadnej racji poza sobą. Nie powoduje nim ideologia ani wiara, ani jakiś inny nadrzędny cel ani zewnętrzny interes. (Autor z gruntu krytykuje pogląd, żeby to była "żydowska wojna" prowadzona w interesie Izraela; jest przeciwnie: to Izrael istnieje tylko jako państwo klienckie Imperium.) Interes Imperium ma swój własny, a jest nim, najszerzej patrząc, władza nad światem. Po co? - można zapytać. Odpowiedź jest prosta: bo tylko panując nad światem lub do tego dążąc Imperium może istnieć, bo to jest formą jego istnienia, chciałoby się powiedzieć. Ale dlaczego akurat Irak? Autor lub autorzy raportu przedstawiają tę wojnę nie jako jakąś pomyłkę, błąd w sztuce, ani jako skutek wyznawanej ideologii, ani jako realizowanie cudzych (np. żydowskich) celów - przeciwnie, pokazują, jak logiczne i precyzyjnie nakierowane było to posunięcie w światowej grze: fizycznie atak na słabiutkiego, chwiejącego się przeciwnika, w przesłaniu zaś potężny sygnał pokazujący konkurentom: Europie, Rosji, Chinom, całemu Dalekiemu Wschodowi, gdzie jest ich miejsce. Chodziło też o przechwycenie złóż ropy przeciwko OPEC, Arabii Saudyjskiej i dalej przeciw Rosji. A przede wszystkim przeciw Unii Europejskiej, która już była bliska spowodowania, żeby handel ropą odbywał się w euro nie w dolarach, a dolar, jak i ropa, to napęd Imperium, jego zasilanie w energię i w nieformalny a wygodny podatek, nakładany wszystkim krajom, które swoją walutę związały z dolarem. Przy okazji widać, jaką rację mają krytycy pojęcia wolnego rynku, bo co to za wolny rynek, kiedy ceny podstawowego surowca - ropy - od którego wszystko zależy, są ustalane nie w wolnej konkurencji, lecz przy pomocy czołgów i rakiet. Najwyraźniej nie da się oddzielić wenusowego rynku od marsowej przemocy, co nie znaczy, że nie warto się starać, żeby na wycinkowych obszarach jeden żywioł od drugiego pozostawał troskliwie oddzielony.

Plik PDF z raportem, duży, 1,5 mega, jest tu: www.saga.org.pl/old/raport.pdf.

17. (para pra-pana Barana i pra-raba Ryb)
I u Rymkiewicza i u Gabisia pojawia się pojęcie pana i niewolnika, jako wstęp do naświetlenia elity i sprawowanej przez nią władzy. Oryginalnych rozważań Hegla nie znam, nie czytałem; Hegel to jedna z wielu luk w moim wykształceniu. Kiedy słyszę o panu i niewolniku, to hasła te przywołują mi astrologiczno-filozoficzną koncepcję Światosława Floriana Nowickiego, gdzie - wzorem Hegla i zodiaku - znak Barana to pierwotny pan-zwycięzca, a więc ta z dwóch istot, która nie zadrżała o życie, kiedy przyszło do starcia, która samowiedzę postawiła wyżej niż życie i dlatego, o paradoksie, zwyciężyła. Nietrudno zgadnąć, że to co Nowicki za Heglem opisuje jako "pierworodny pojedynek" - bo to mitologia filozoficzna przecież - ma wszelkie cechy inicjacji wojowniczej. Przeżywa w nim i zwycięzcą zostaje ten, kto swoje życie odrzucił. Kto zaś postawił na zachowanie swojego życia, które ukochał wyżej od samowiedzy - ten żyje dalej, ale jako niewolnik. W zodiaku reprezentuje go znak Ryb. W dalszym ciągu Nowicki przeprowadza tę parę, pra-pana Barana i pra-raba Ryby przez cały zodiak. Zwycięski Baran, musząc coś zrobić z Rybim niewolnikiem, bierze go na parobka, każe mu na siebie pracować, tym samym przechodzi na stronę życia, bo zaspokajanie życiowych rozkoszy staje się dlań celem, i wciela się w znak Byka; Ryby zaś, wyzwolone od starań o własną korzyść mogą choć niewolne oddać się twórczości, choćby ozdabiając swoje narzędzia lub komponując pieśni śpiewane przy pracy. Odkrywają przy tym autonomiczną wartość jaką ma twórczość i stają się pierwszym artystą czyli Wodnikiem. I tak dalej, przez kolejne pary znaków (pisałem już o tym parę razy) para Pan-Niewolnik doznaje kolejnych przeobrażeń aż do momentu, kiedy odnajdują się po raz ostatni: pan jako rozumna Panna, która niby Król z "Małego Księcia Saint-Exupery'ego wydaje tylko takie rozkazy, które z natury rzeczy się wypełnią, i niewolnik jako Waga-demokrata, który wpasowuje się we wszelkie sytuacje poprzez dyskusje, konsultacje i głosowanie większością głosów. Ewolucja pra-pana Barana i pra-raba Ryb dochodzi do miejsca, który tak dobrze i tak dziwnie opisuje współczesny nam etap historii: do punktu zniesienia opozycji między nimi. To jest - w największym skrócie - droga demokracji. Ma się rozumieć droga odwzorowana w filozoficznym micie i schemacie, bo historia bywa dużo pokrętniejsza. System Nowickiego, czyli to jak ewoluują i przemieniają się: Baran-zwycięzca i Ryby-ofiara, Byk-wyzyskiwacz i Wodnik-twórca, Bliźnięta-encyklopedysta i Koziorożec-arywista, Rak arystokratycznie nostalgiczy i Strzelec rewolucyjnie romantyczny, Lew-wódz cezarysta i Skorpion-tajniak zamordysta i wreszcie pozytywnie rozumna Panna z pozytywnie dyplomatyczną Wagą - nie odwzorowuje oczywiście historycznego procesu faza po fazie, chociaż jest jako mitologiczna struktura na tyle trafny, że z historii co chwila wyskakują fragmenty procesów, które da się do tamtego zodiakalnego koła dopasować. Gwoli przykładu, carska szlachta za Mikołaja II to Rak; rewolucjoniści wszystkich skrzydeł to Strzelec; Czeka i inna mściwie tajna bolszewia to Skorpion, a jedynowładcy Lenin i Stalin to Lew. Można na lekcjach historii prowadzić gry, kto które formacje i zdarzenia dopasuje do struktur Nowickiego. Jednak droga, którą proponuje - lub na którą czeka - Gabiś, wygląda na drogę z powrotem. Kiedyś Światosław F. Nowicki, nie pamiętam, czy w tekście czy w rozmowie, wspominał o ewentualności istnienia drogi z powrotem czyli drugiego obiegu zodiaku, prowadzącego od Wagi i Panny z powrotem do Barana i Ryb. Nie opisał jej jednak. W każdym razie znamy jej początek, punkt wyjścia - jest nim obecny, demokratycznie mało zróżnicowany, spłaszczony etap, w którym odwiecznego raba, który stał się panem, reprezentuje Waga, zaś odwiecznego pana, który stał się sługą, reprezentuje Panna. Bo rozum jest u nas przecież sługą porozumienia, prawda? Także Waga jest skrótowym przedstawieniem tego, co w demokracji dzieje się na biegunie władzy, więc niby pańskim, Panna zaś przedstawia to, co dzieje się na biegunie produkcji-i-konsumpcji, więc jeśli nawet nie niewolniczym, to życiowym na pewno. Znamy też koniec tej drogi, gdzie niby po pomyślnie przeprowadzonym alchemicznym Wielkim Dziele, zmieszane dotąd i zanieczyszczone składniki zostają rozdzielone, przejście przez mroki putrefakcji i nigreda dokonane, pierwiastki uszlachetnione i energetyczne napięcie między nimi odbudowane. Ten punkt dojścia - a raczej powrotu - jest skrzyżowaniem imperium według Gabisia z libertariańską anarchią według Sierpińskiego i innych mistrzów tego gatunku. Być może germańska mitologia miała dobre przeczucia na ten temat, wymyślając dwie rodziny bogów, wojowniczych herosów Asów i sprzyjających życiu magów Wanów. W punkcie dojścia pierwiastek Marsa (znak Barana) zostaje uwolniony od funkcji gospodarczej, pierwiastek zaś Wenus (znak Ryb) uwolniony od wojny, przemocy i przymusu. Ale obie te strony są sobie potrzebne, chociaż zasadniczo różne - i to jest źródłem energii, która wytwarza się między nimi jak między biegunami ogniwa. Być może cała ta dotychczasowa ponura droga przez demokrację i odróżnicowanie była konieczna dla osiągnięcia tego punktu.

18. (demokratyczne wojny totalne)
Tomasz Gabiś zawitał pod moją strzechę nie tylko z raportem o wojnie irackiej, ale także z traktatem o demokratycznych wojnach totalnych [www.datapolis.pl/grzes/dwt.htm]. Koniecznie trzeba to przeczytać w ramach dokształcania się w historii, ponieważ z artykułu tego jasno i naocznie wynika, że wojna totalna, prowadzona siłami, wysiłkiem i ofiarą całej ludności danego kraju, obliczona na "totalne" a więc doszczętne zniszczenie przeciwnika i związana ze wzbudzeniem iście infernalnej epidemii masowej nienawiści, nie była wynalazkiem ani narodowych socjalistów Hitlera ani komunistów Lenina-Stalina, lecz jest stałą jakością wszystkich wojen prowadzonych przez demokracje - demokracje rozumiane jako te ustroje, w których władcy muszą rozliczać się i odpowiadają przed masą, niezależnie czy ma to postać wiecu (jak w III Rzeszy) czy wrzucania kartek wyborczych (jak w Stanach lub w Anglii). Wojny totalne są koniecznym przedłużeniem demokracji czyli politycznej mobilizacji mas. Pierwszą zaś wojną, która miała wszystkie cechy demokratycznej wojny totalnej była wojna miedzy Północą a Południem Stanów, 1865-68. Po szczegóły, wcale nie budujące, odsyłam do wymienionego artykułu.

Co miałbym do zarzucenia tej publikacji, jednej przecież z tych, które *otwierają oczy*, i jej Autorowi, to to, że wojny XX wieku ocenia z tak odlegle ustawionej perspektywy, że znikają różnice między poszczególnymi historycznymi stronami wojen minionego stulecia. Tomasz Gabiś przeciwstawia totalne wojny demokracji dawnym eleganckim, tzw. gabinetowym wojnom arystokracji, które toczone były przez fachowców, oszczędzały ludność cywilną i jej gospodarkę i nacelowane były na korzystny rozejm, nie zaś na zniszczenie drugiej strony. A także obywały się bez propagandy obracającej naród przeciwnika w "podludzi", "robactwo" czy "sługi szatana". Ta perspektywa, chociaż pozwala wreszcie zobaczyć niegodziwości i zbrodnie popełniane w II Wojnie Św. nie tylko przez hitlerowców i bolszewików, ale i przez dobrych demokratów od Roosevelta i Churchilla (chociaż my Polacy i tak coś o nich swoje wiedzieliśmy...), to jednak, jak powiedziałem, zaciera różnice między stronami tamtej wojny oraz wojen poprzednich i następnych. Bo jednak BYŁA pewna różnica między okupacją nazistów w Polsce i okupacją komunistów, różnica na tyle duża, że wejście Czerwonej Armii świętowano jak wyzwolenie. Była też różnica np. w stylu prowadzenia wojny przez Sowietów i Aliantów, a mówiąc wprost: różnica miedzy pewną - jednak! - dbałością o ludzkie życie z jednej strony, a beztroskim nim szafowaniem po drugiej, powodująca, że w porównywalnych sytuacjach pola bitwy ginął jeden żołnierz aliancki, ale sowieckich dwudziestu! Także zrównanie sytuacji wewnętrznej USA i Anglii z jednej strony, a Rosji Sowieckiej z drugiej, co czyni Autor, obie te strony uważając za warte siebie (i diabła) "demokracje", czyni niezrozumiałym oczywisty przecież fakt, że w USA i Anglii żyło się i żyje nadal całkiem nieźle, za to pod Sowietami z najwyższym trudem...

Wydaje mi się także, że totalne wojny zdarzały się jeszcze przed Wojną Secesyjną i nie Jankesi je wynaleźli. Taka była przecież Wojna Trzydziestoletnia w (ówczesnych) Niemczech, która kraje Cesarstwa, w tym szczególnie Czechy, Śląsk i Pomorze, spustoszyła nie mniej niż Jankesi Georgię. Wcześniej wojny husyckie, później u nas domowe wojny z Ukrainą-Kozakami. A jeśli nie były to wojny totalne, to na pewno nie były ani arystokratyczne, ani eleganckie. Można te kwestię traktować jednak podobnie jak kapitalizm, który kwitł na przykład w Gdańsku lub w Wenecji na długo przed właściwą kapitalistyczno-przemysłową rewolucją w Anglii 18 wieku. Na tamte wojny można podobnie patrzeć jak na zjawiska prekursorskie wobec tego, co miało stać się światową normą w wieku 20.

19. (trzy nogi rewolucji)
Rewolucja cywilizacyjna, którą najlepiej nazwać krótko modernizacją, która trwa już dobrze ponad dwieście lat, miała i ma trzy wymiary, przynajmniej trzy główne: po pierwsze technologiczny, znany jako rewolucja naukowo-techniczna; po drugie ekonomiczny czyli powstanie kapitalizmu i masowego rynku mniej lub więcej wolnego; po trzecie polityczny, który polegał na upolitycznieniu mas, zniszczeniu lub zaniku dawnych arystokratycznych elit, rozpowszechnieniu się demokracji, a czego odpryskiem, wcale niemałym, były dwudziestowieczne wojny totalne.

Ciekawe, że niemal nikt nie oburza się na pierwszy wymiar modernizacji i nie potępia moralnie - w całości - technologii. (Wyjątki są, arcyrzadkie i nie chcę tu się nimi zajmować.) Dwie pozostałe "nogi" modernizacji już nie są przyjmowane jednogłośnie jako dobrodziejstwo i tu zarysowuje się wyraźny podział. Zauważmy na początek, że raczej też nie widać krytyków, którym nie podobałby się *jednocześnie* i rynek z kapitałem i upolitycznienie mas, a więc taka lub inna "władza ludu", żeby nie nadużywać słowa demokracja. Jeśli kogoś tu coś oburza, to jeden wybrany z tych dwóch wymiarów. Jedni negatywnie się odnoszą do rynku, uważając go za całe zło, i jest to wręcz szacowna tradycja, od Marksa z Engelsem poczynając, jeśli nie wcześniej. Drudzy negatywnie odnoszą się do upolitycznienia mas, wprost potępiając demokrację (tak właśnie czyni Tomasz Gabiś we wspomnianym wyżej artykule o wojnach), albo czynią to pośrednio, chcąc polityczne środki krążenia dóbr w społeczeństwie zastąpić rynkiem - tam myslą libertarianie. Nielubiących rynku i kapitału jest rzesza! Nielubiący masowej politycznej aktywności są rzadkością. Oczywiście są też silne stronnictwa tych, którzy kupują wszystko i podoba im się i technologia, i demokracja i rynek z kapitałem. Problem tylko w tym, że te trzy składniki mogą się czasami kłócić, z czym zresztą można wiązać pewne nadzieje na przyszłość.

20. (zmierzch energetycznego Babilonu)
Jednym motorów Imperium (Amerykańskiego Imperium, bo nadal jestem przy raporcie Gabisia) jest ropa. W tym miejscu dotykamy czułego punktu naszej cywilizacji. Jest nim nie tyle ropa, co sprawa szersza, mianowicie archaiczny, by nie powiedzieć prymitywny sposób, w jaki zasilamy się energią. Energię bierzemy paląc ropę, gaz lub węgiel w prymitywnych urządzeniach (silnikach i w piecach elektrowni) mało różniących się od blaszanej "kozy". Przy okazji niszczymy tlen, zatruwamy siebie i Ziemię spalinami, rujnujemy krajobraz i ściągamy na siebie klimatyczne klęski, które śmiało mogą nas zniszczyć. Zauważmy też, że nasza energetyka wciąż opiera się na pierwszym ludzkim wynalazku sprzed miliona czy więcej lat, jakim było kontrolowane utlenianie substancji bogatych w węgiel - bo tu się nic nie zmieniło, tyle że płonące luzem patyki zamieniliśmy na piece. Elektrownie atomowe, choć nie bazują na utlenianiu lecz na wynalazku znacznie nowszym, rozpadzie jądrowym, pod wieloma względami niczym się nie różnią od masowego palenia: wciąż są to technologie brudne, niszczące środowisko, a także wykorzystujące nieodwracalne i nielokalne surowce - zamieniają tylko ropę lub węgiel na uran, który też trzeba wykopać, oddestylować od skały nośnej, odpady złożyć na hałdach, a jeszcze dochodzi kłopot z pozostałościami procesu pozyskiwania energii, które w przypadku silników atomowych są tak wysoce szkodliwe, że nie tylko nie można ich wypuścić w powietrze (jak spaliny z ropy lub węgla), ale dotąd nie wymyślono, w jaki sposób je składować w miarę bezpiecznie.

Do powyższego dochodzi główny grzech zarówno obecnych nośników energii jak i energii z nich pozyskiwanej: są one nielokalne. Nielokalność nośników polega na tym, że występują one tylko w niektórych miejscach Ziemi, podczas gdy większość obszarów cierpi na niedobór lub brak tych surowców. Wobec tego trzeba je pozyskać gdzieś daleko i przywieźć do siebie. Tu zaczynają się problemy techniczne: duża część kontynentów jest w tej chwili opleciona kanałami przerzutowymi nośników energii, czyli ropo i gazociągami, a po morzach kursują statki-zbiornikowce. Tej rupieciarni ktoś musi pilnować, chronić, doglądać i jest to sprawa gardłowa, ponieważ od jej całości zależy życie i dobrobyt ludzi, sprawność wojska i zyskowność gospodarki. Budowa tego wszystkiego plus skutki nieuchronnych awarii to kolejne rujnowanie powierzchni Ziemi i wybrzeży mórz. Również energia pozyskana w nazwanych brudnych i masowych procesach musi być rozprowadzona do odbiorców i w tym celu buduje się kolejne instalacje: linie przesyłowe wysokiego napięcia i mniejsze osiedlowe sieci drutów, a także stacje paliw i systemy ich zaopatrzenia. Obie te pajęczyny sieci, ta surowcowa i ta użytkowa, działają na społeczeństwa ludzkie dokładnie tak (albo i *bardziej*) jak kiedyś pajęczyny kanałów nawadniających w cywilizacjach Bliskiego Wschodu: budują Babilon! Techniczna konieczność w obu przypadkach wymusza ukonstytuowanie się państw-molochów, kontrolujących swoich mieszkańców, chroniących hierarchiczne struktury i żywiących się systemową niewolą. Dopóki będzie ropa (lub nie daj boże uran!) i linie wysokiego napięcia, dopóty wolność będziemy mieli tylko w wypracowaniach libertarian. Póki do twojego domu dochodzą druty i rury, póty jesteś niewolnikiem.

Powyżej opisany sposób zasilania energią wydaje się nam oczywisty i jedynie możliwy. Wrósł on w nasz obraz świata tak, jakby był częścią przyrody. Wolno jednak sądzić, że jest to tylko chwilowy wynalazek 20 wieku, który szybko zostanie zapomniany. Co może go zastąpić? Wchodzimy tu na obszary, które są źle rozpoznane przez naukę, więc mogę polegać tylko na domysłach i pośrednim wnioskowaniu. Zapewne następną fazą energetyki będzie coś w rodzaju zimnej fuzji. Zimna fuzja była rzekomo odkryta w latach 80-tych ub. wieku, po czym zaniechana i ośmieszona, zresztą sama nazwa tego procesu śmieszy chyba we wszystkich językach. W tym wynalazku chodziło o to, że proces syntezy jąder wodoru w jądro helu może (jakoby) odbywać się w niskich temperaturach, konkretnie w zwykłej wodzie - stąd nazwa. W zachodzenie zimnej fuzji tak, jak to się wtedy wydawało, nie wierzę - choćby dlatego, że niemożliwe wydaje mi się natrafienie na ów proces, który dalece odbiega od tego, co dzieje się "normalnie" w przyrodzie - przypadkiem. Bardziej jest za to prawdopodobne, że synteza taka będzie możliwa w wyniku kwantowej katalizy, to znaczy poprzez celowo wymanipulowane obniżenie bariery potencjału, która w reakcji syntezy oddziela substrat (jądra deuteru, izotopu wodoru) od produktu (jądra helu). Mechanika kwantowa dopuszcza procesy, które zachodzą pomimo bariery potencjału, nazywa to się efektem tunelowym. Kiedy bariera potencjału jest wysoka (a tak jest w przypadku przemiany deuteru w hel) proces taki zachodzi z tak małym prawdopodobieństwem, że... nie zachodzi: czas oczekiwanie jest dłuższy bodaj od życia kosmosu. Jest jednak nadzieja, że inżynierii kwantowej uda się te barierę potencjału sprytnie przeskoczyć lub obejść. Być może przydatne będzie tu zjawisko kwantowego splątania, czyli istnienia związków pomiędzy kwantowymi obiektami pomimo ich przestrzennego oddzielenia. Gdybym był decydentem od nauki, na takie badania rzuciłbym wszystkie środki. Mogę sobie wyobrazić, co dostaniemy w wyniku. Zapewne będą to jakieś krystaliczne matryce, w których powoli, w kontrolowany sposób, deuter będzie zamieniał się w hel (który można spokojnie wypuścić w powietrze), a powstające przy tym kwanty energii będą wychwytywane i zamieniane w różnicę potencjału elektrycznego miedzy elektrodami. Cała sztuka będzie zawarta w strukturze tego kryształu-matrycy i podejrzewam, że rzecz taka będzie równie zawiła w produkcji jak dziś krzemowy mikroprocesor, a pewnie i bardziej. Za to klient będzie w ręku trzymał przedmiot przypominający dzisiejsze bateryjki. Mniejszą baterię będzie się wkładać w gniazdo na desce rozdzielczej samochodu - i to będzie całe jego zasilanie. Większą baterię w centralkę zasilania domu. Zmieniać się taką będzie, powiedzmy, raz na dziesięć lat. Druty zostaną zebrane i przetopione, stacje paliw pójdą na złom, naftociągi powyciąga się z ziemi. Zimnofuzyjne kwantowo-tunelowe baterie będziemy kupować w sklepie na rogu razem z granulkami dla kota. Energia przestanie być sprawa strategiczną. Babilon będzie mógł odejść.

Czyżby? Surowce do produkcji energii w syntezie jąder są pospolite, tanie i lokalne. Deuter jest wszędzie, stanowiąc ułamek procenta zwykłej wody i łatwo jest go oddestylować, a zawartość dostępnej energii w nim jest nieporównywalna z czymkolwiek, czego używamy teraz. Nie trzeba będzie mieć Iraku ani Półwyspu Jamalskiego żeby dostać energię. Poza tym, jak znam życie i przyrodę, wydaje mi się w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, żeby obecny głód energetyczny ludzkości sycony ropą, węglem i uranem, pociągający budowę tych wszystkich monstrualnych i śmierdzących instalacji i organizujący ludzi w babilony miał być jedynym możliwym, ba, docelowym stanem cywilizacji! Kolejna nadzieja jest w tym, że kontynent kwantowych możliwości materii dopiero zaczęliśmy ledwie zwiedzać po brzegu. Sami - jako życie i jako świadomość - jesteśmy kwantowi i na razie jeszcze nie całkiem sobie z tego zdajemy sprawę. To zapewne jest kwestia czasu: być może przejście na kwantowe baterie nastąpi za dwadzieścia lat, być może za sto. Najbardziej prawdopodobna wydaje mi się data gdzieś pomiędzy powyższymi. Może parę dziesięcioleci potrwa okres przejściowy: kiedy kwantowe źródła energii będą na tyle nieporęczne, że mało będą różnić się od dzisiejszych elektrowni, a także będą rozwijane technologie już kwantowe, ale jeszcze nie jądrowe, lecz po staremu przetwarzające ropę lub węgiel. Dojrzały etap tej ewolucji wydaje mi się polegać na braku przestrzennego rozdzielenia źródła energii i jej odbiornika: tak, jak to jest w żywych organizmach, gdzie proces pozyskiwania energii odbywa się dokładnie w tym samym miejscu, w którym wykonywana jest praca - we wszystkich mięśniach tak właśnie jest, choć bazują one na przemianach chemicznych, nie jądrowych.

Pozostaje jeszcze sprawa produkcji tych baterii. Z pewnością będą one wytwarzane przy pomocy technologii bardziej precyzyjnych i wyrafinowanych niż to się dzieje dziś przy produkcji procesorów. Z pewnością nie będzie tak, że takie źródło energii będzie można sobie zmajstrować domowym sposobem - tak samo jak dziś nikt nie zrobi chałupniczymi metodami procesora ani twardego dysku. Ale też nieprawdopodobne by było, gdyby jedno lub niewiele centrów zarezerwowało sobie produkcję tych elementów czyniąc je towarem strategicznym - też tak samo, jak to się dzieje dziś z podzespołami komputerów. To raczej już wyobrazić sobie można, że doskonalenie technologii, proces wynalazczy będzie zmonopolizowany i uczyniony strategicznym. Tak czy inaczej lokalność i niemasowość źródeł energii jest tym, na co muszą się szykować państwa i imperia już w nieodległej, jak sądzę, przyszłości. Prawdopodobnie też szczegóły faktycznych wynalazków będą całkiem inne niż te, o których tu spekuluję, ale ogólna idea i wpływ na życie społeczeństw będą z grubsza podobne. Sieci informacji - tak! Sieci grubego zaopatrzenia w energię - nie: przejdą do muzeum. Bo wynikają nie z natury samej energii, lecz z naszej historycznej bezwładności.

21. (akademgorodki)
Czy tak się stanie, czy strukturalnie podobnie, czy całkiem inaczej, jasne jest, że powinniśmy obserwować odkrycia i zmiany w technologii, ponieważ technologia jest żywiołem, nad którym imperia nie mają władzy. Wynalazki mają to do siebie, że zostają zastosowane, a jeśli ktoś ma przed tym opory jakieś rodzaju, to zrobią to za niego inni. Jeśli tylko dana innowacja daje jakiekolwiek korzyści, zostaje zastosowana. Zastanawiałem się, czy nie było tak, że odkrycie rzekomej zimnej fuzji w latach 80-tych było faktem i rzeczywiście reakcja syntezy jąder zachodzi w temperaturze pokojowej podczas elektrolizy wody na powierzchni platyny czy (nie pamiętam dobrze) palladu, co wtedy odkryto, a ów epokowy wynalazek został zablokowany i maskująco ośmieszony przez zmowę nafciarzy bojących się końca swojego panowania. Sądzę, że tak nie było, jak i w ogóle nie wierzę w ukrywanie czy utajnianie wynalazków. Badanie naukowe w sowieckich zonach-akademgorodkach okazały się dziwnie mało skuteczne, nauka zaś jest procesem policentrycznym i sieciowym, o ile znowu nie wymaga zbyt wielkich środków, wtedy może zostać zmonopolizowana - ale i wtedy nie można powiedzieć, że jakieś imperium sprawuje nad nią władzę, bo gra idzie nie z żadną ludzką siłą, ale z Przyrodą. (Co zauważył już Stanisław Lem prawie pięćdziesiąt lat temu.)

22. (źródła energii jak ziemniaki)
W pierwszym odruchu przyszło mi do głowy, że kwantowe baterie pozwolą nam uwolnić się od centralnych systemów zasilania energią, ale pozostanie problem ich wyprodukowania, które będzie wymagało dużych mocy technicznych i finansowych, wiec nie będzie możliwe domowym sposobem. Co oczywiście nie musi wcale oznaczać groźby przechwycenia ich produkcji przez imperialny monopol, bo produkcja równie dobrze może odbywać się w ramach rynku. Ale może przecież być tak, że wynalazki kwantowej inżynierii energetycznej zostaną skrzyżowane z nanotechnologią i w wyniku takie baterie same będą rosły i same się ładowały energią i przy okazji same się powielały. Można to sobie wyobrazić na podobieństwo uprawy roślin albo grzyba do herbaty w słoiku z wodą, albo - prościej - tak, że kryształ-matryca po wyczerpaniu załadowanego weń deuteru i wydyfundowaniu na zewnątrz helu odbywałby samoczynnie następny cykl, mianowicie pobierałby z wody deuter i na nowo nim się ładował, będąc w wyniku gotowym do pracy. Zużytą baterię trzeba by było tylko w tym celu wrzucić do szklanki. Być może również cały pomysł z bateriami bierze się z bezwładności moich wyobrażeń, bo to nie baterie napędzałyby samochód (lub inne urządzenie) tylko kwantowe siłowniki zespolone z mechanizmem napędowym. Zdolność do wywarzania użytecznej energii byłaby w taki pojazd wbudowana fabrycznie, a źródło energii starczałoby na, powiedzmy, piętnaście lat jazdy, po którym to czasie pojazd byłby i tak złomowany. Nie jest też powiedziane, że do końca świata będziemy jeździć samochodami i czy koło, podobnie jak silnik na ogień, nie jest przeznaczone na odstrzał. Kiedyś zastanawiałem się też, czy podróże w wirtualnych przestrzeniach nie sprawią, że podróże fizyczne, samochodem lub samolotem, nie staną się zbędne - chociaż jak dotąd przenoszenie naszych ciężkich ciał zamiast nieważkiej świadomości jest w rozkwicie i w wykładniczej fazie wzrostu. Dla naszych rozważań te eksperymenty myślowe są ważne o tyle, że pokazują w jak wielkim stopniu współczesne zjawiska polityczne są uwarunkowane technologią i jak w wyniku zmian technologii, nieuchronnych przecież, i one muszą się zmienić. Niekoniecznie w kierunku pożądanym przez miłośników wolności, ale zawsze jakaś szansa jest.

23. (czyżby azjatycka przewaga?)
Azja jest w modzie, dwa nowe wielkie mocarstwa wyrastają na Wschodzie: Chiny i Indie, centrum światowej gospodarki ma niedługo przenieść się do Azji nad Pacyfik, słychać nawet głosy, że to już rychły koniec amerykańskiej dominacji, przynajmniej na polu gospodarczym, póki im Azjaci nie odbiorą przewagi także wojskowej, bo nawet do odebrania przewagi językowej się zabierają - słychać o coraz większej popularności języka chińskiego, który miałby wyprzeć angielski ze światowego rynku. Na razie jednak Anglosasi mają jedną ważną przewagę i nie widać, żeby ją mieli wypuścić: jest to przewaga innowacji, wynalazków. Nie ma chyba żadnego istotnego wynalazku, który by stworzono w Azji - chociaż zanim zaczęły rosnąć Chiny, od dziesięcioleci trąbiono o tym, że lada chwila nad Ameryką górę weźmie Japonia, a później zachwycano się nad sukcesami Korei. Innowacyjnym supermocarstwem Japonia miała być już koło 1970 roku. I co? I nic. Zdaje się, że ze sławnych wynalazków Japończycy stworzyli tylko te elektroniczne zwierzątka w breloczkach, które trzeba było e-karmić i e-wyprowadzać na spacer. Co jakiś czas pokazują Japończyków, którzy wynaleźli gadżety w rodzaju czapki z prysznicem albo pralki dla ludzi, to znaczy maszyny myjącej, do której się wchodzi. Pamiętam, że około 1980 roku Japończycy odgrażali się, że w ciągu najbliższych lat zbudują "inteligentny superkomputer", piątej czy którejś tam generacji. Nie muszę puentować, że nie zbudowali nic. Dwa największe wynalazki, które zmieniły świat w ostatnich 25 latach - komputer domowy i internet, pochodzą z Ameryki. Wciąż jest tak, że kraje Azji, chociaż sprawne w kopiowaniu, adaptowaniu i udoskonalaniu amerykańskich (anglosaskich, zachodnich) technologii, same twórcze w tym względzie nie są - a przynajmniej nie stanowią samego ostrza technologicznej strzałki. Ciekawe, że gdy za tamten japoński poroniony "superkomputer" brał się rządowy, międzykorporacyjny komitet, to informatyczni geniusze Ameryki działali niemal w pojedynkę i w garażach. Zapewne różnica polega na tym, że Ameryka wciąż jest bardziej od innych krajów przyjazna dla pionierów-indywidualistów, elementu przecież niepokornego, którzy są prawdziwym źródłem innowacji, ale na wschodzie wpasowywani w sztywne i tradycjonalne struktury nie mają okazji rozwinąć skrzydeł. Oczywiście, Ameryka nie ma wiecznej licencji na pogodę dla samotnych strzelców technologii i wydaje się pewnym, że jeśli będzie usztywniać swoje społeczne struktury i popadać w "overcontroll", to i jej wynalazcy stracą swoją inwencję. Kto dożyje, zobaczy. Na razie nie bardzo mi chce się wierzyć, że Azja szybko przejmie prowadzenie.

c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 14 lutego 2005





« Brzuch Radziwiłła Starzy mężczyźni i młode kobiety »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)