Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

19 lutego 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Starzy mężczyźni i młode kobiety
Marzenia antydemokratów • Karanie • Lepsza przyszłość • Kto neo-rabem, kto neo-panem • Neo-pan, utrzymanek społeczny • Pożytki z oglądania dziennika TV • Wyjście


« Zmartwychwstanie Yukteśwara Dlaczego nie rynek? »

16-19 lutego 2005

Starzy mężczyźni i młode kobiety • Marzenia antydemokratów • Karanie • Lepsza przyszłość • Kto neo-rabem, kto neo-panem • Neo-pan, utrzymanek społeczny • Pożytki z oglądania dziennika TV • Wyjście

24. (starzy mężczyźni i młode kobiety)
Miło popatrzeć, jak nic się nie zmienia. Od tysiącleci jedne populacje, plemiona, kultury i narody wygrywały z innymi (prócz innych przewag) swoją liczbą: kto (na przykład) nauczył się uprawy roli i wypasu zwierząt, ten - mimo że cierpiał choroby wynikające ze stłoczenia i zarażania się od bydła - powiększał się liczebnie i swoją masą zdominowywał sąsiadów. Słychać, że teraz jest podobnie... Europa wpada w panikę z powodów demograficznych. W latach 80-tych Polska miała najwyższy przyrost naturalny, około 1 procenta rocznie, za to teraz, od kilkunastu lat spadł on do europejskiej średniej i waha się koło zera, w ostatnich latach raczej poniżej zera. W Rosji od czasów jeszcze ZSRR jest ujemny, tyle że za starego imperium ubywanie Słowian było kompensowane przybywaniem muzułmanów w południowych republikach, a teraz wymierania Rosjan już się nie da niczym zamaskować. Mogą sobie rosyjscy politycy roić o wskrzeszeniu imperium, ale: kim? U nas też coś dziwnego się stało. Niby Polska uzyskała wolność, otworzyły się możliwości, o jakich moje pokolenie nawet nie marzyło, tymczasem w koszmarnej komunie kobiety dzieci rodziły, a teraz przestały. Gotowość do posiadania dzieci jest miarą biologicznego optymizmu populacji i pokolenia: nie masz dzieci, więc najwyraźniej twój świat ci się nie podoba i to do tego stopnia, że nie chcesz swoich potomków i następców tym światem obdarzać. Okazuje się, że w dłuższej skali czasu państwami, imperiami, światem nie rządzą starzy mężczyźni, zasiadający w takich lub innych rządach i komitetach: rządzą młode kobiety, a o przyszłości i rozwoju lub upadku ludzkich zbiorowości decyduje ich wybór: głosują ciążami. Jeśli młode kobiety chcą rodzić dzieci, zbiorowość przetrwa lub rozrośnie się; nie chcą mieć dzieci, upadnie. Starzy mężczyźni bardzo by chcieli mieć potęgę i władzę - ale ostatecznie źródłem i szafarzami tej potęgi są młode kobiety. A one, jeśli czegoś nie chcą, to raczej niemożliwym jest nakłonić je do tego. Tym bardziej, gdy chodzi o sprawy tak intymne i niepolityczne. (To tak przy okazji przedwczorajszych - dziś jest 16 lutego - walentynek.)

25. (marzenia antydemokratów)
Jak antydemokraci wyobrażają sobie usuniecie demokracji? Przez to, że ich antydemokratyczna partia wygra demokratyczne wybory? To sprzeczne z logiką. Więc czy pozostaje tylko jeden sposób: zbrojny przewrót? Czyimi siłami? Spisku jakiejś specgrupy? Widzę inną drogę: że demokracja - czyli takie lub inne aktywizowanie większości dla osiągania pewnych celów w sposób polityczny - stanie się niepotrzebna. Kiedy? Wtedy, gdy te same cele, które dotąd realizowano politycznie, będzie można osiągnąć bez polityki, czyli bez przemocy, poprzez dobrowolną wymianę czyli rynek. Ustrój wolnościowy, proponowany przez libertarian, jest wysoce niedemokratyczny, ponieważ jest niepolityczny. Dzisiaj uczestniczymy w życiu państwa, czyli w działaniu aparatu przemocy, w takim mniej więcej stopniu, jaki procent naszych pieniędzy jest pobierany jako podatek i trafia do administracji - różne widziałem szacunki, od 50 do 80%. W miarę wprowadzania stosunków wolnościowych, obszar społecznej aktywności zarządzany politycznie, więc i wymagający demokratycznych instytucji, kurczyłby się - kolejno przechodziłyby do obszaru rynku takie zajęcia, jak uczenie dzieci, leczenie, ubezpieczenia, utrzymanie i budowanie dróg, autostrad i kolei, ochrona bezpieczeństwa, usługi prawne. Aż zostałoby dla państwa i jego demokratycznych instytucji, powiedzmy, 5%. Ale pięcioprocentowa demokracja już demokracją nie jest. Zarządzanie pięcioma procentami spraw nie wymaga mobilizacji mas wyborców ani innych kibiców.

26. (karanie)
Ustrój wolnościowy jest ustrojem dla ludzi dorosłych. Kiedy człowiek dorosły, działający z pełnym rozeznaniem swojego czynu (a tak się zakłada) uczyni coś złego, to wtedy powinien wyrównać, skompensować złe skutki swojego czynu - tak dalece, jak to się da i tak aby pokrzywdzony czuł się udobruchany. Ponieważ trudno jest o tym zadecydować w pojedynkę, konieczny jest udział trzeciej strony, mediatora pomiędzy złoczyńcą a pokrzywdzonym. Ów mediator to właściwa rola sędziego. W ustroju wolnościowym nie ma kary, tylko wyrównanie szkód lub strat. Jest to zupełna odwrotność prawa obecnego, gdzie to, co nazywa się karą, ma działać w istocie jako wychowanie lub pokuta. (Te dwa cele są zresztą niezgodne ze sobą - całkiem inaczej wyglądałoby więzienie urządzone dla celów wychowawczych od takiego, które miałoby cele przede wszystkim pokutne: w tym drugim należałoby czynić życie więźniów maksymalnie nieznośnym - co oczywiście bywało wielokrotnie wypróbowywane.) Wolnościowy wymiar sprawiedliwości ma chronić pokrzywdzonego: a co obchodzi pokrzywdzonego, że osobnik, który spowodował jego straty, zostanie wychowany albo odbędzie pokutę? Przecież dla niego, pokrzywdzonego, nie wynika z tego nic. Więc i nic nie wynika z tak pojmowanej sprawiedliwości, która, jak widzimy, żadną sprawiedliwością nie jest.

27. (lepsza przyszłość)
To miało być tak: rozwija się technika, udoskonalane są sposoby produkcji, maszyny zastępują ludzki trud, rośnie sprawność pracy, coraz mniej czasu potrzeba pracującym na wyprodukowanie dóbr. Ludzie wzbogacają się i praca zajmuje im coraz mniej czasu - coraz więcej czasu za to mają dla siebie, zyskują czas wolny, a więc coraz większą wolność od pracy! Dlaczego tak się nie stało? Technologia wcale, jak widać, nie sprezentowała nam więcej wolnego czasu - za to umożliwiła coś, czego teoretycy przyszłych techno-rajów nie przewidzieli: powiększanie się armii ludzi żyjących na cudzy koszt. Należą tu: państwowa i inna administracja i biurokracja oraz wszyscy żyjący z zasiłków, socjalów, dotacji i - ostatecznie - z wymuszonych cudzych pieniędzy, z podatków. W dawnych czasach, przy niższym poziomie technologii na jednego pana pracowało stu lub dwudziestu niewolników i więcej panów być nie mogło, bo by niewolnicy ich nie wykarmili. Obecnie rozwinięta technologia pozwoliła na to, żeby panów gwałtownie przybyło: bo już nadwyżka z dochodów jednego niewolnika wystarcza do utrzymania (mniej więcej) jednego pana. A w niedalekiej przyszłości jeden niewolnik utrzyma dwóch, czterech, ośmiu panów. Oczywiście w demokracji ci panowie nie mogą sobie pozwolić na leżenie: muszą udawać, że coś robią, więc wykonują pracę niepotrzebną, a skoro niepotrzebną, to psującą stosunki między ludźmi.

28. (kto neo-rabem, kto neo-panem)
Kto jest tym pracującym neo-rabem, a kto wykorzystującym i psującym jego pracę neo-panem? Rabami są ci, którzy wyniki swojej pracy (a raczej świadczenia swoich usług) nieustannie, w każdej chwili wystawiają pod ogólnospołeczny plebiscyt czyli sprzedają je na rynku. Więc należą tu zarówno właściciele przedsiębiorstw, jak i ci, którzy świadczą im usługi, bo praca w ich firmach jest taką usługą. (Ja też pisząc swoje teksty należę do tej klasy, bo jeśli rynek powie: Jóźwiaka już nie czytamy, to będę musiał poszukać sobie innego zajęcia.) Panami są ci, którzy każą sobie płacić pod przymusem, a więc albo wymuszają dla siebie haracze, albo żyją z tego, co im od haraczobiorców skapnie. Oczywiście haraczem są podatki i inne przymusowe opłaty i składki, a neo-panami wszyscy ci, którzy żyją z państwowej redystrybucji. Żeby ten układ działał w demokracji, neo-panów musi być większość. Aby sobie tę większość zapewnić, panująca elita neo-panów, czyli państwowa "góra", wykonała zręczny ruch, żeby na swoją stronę przeciągnąć możliwie liczne grupy ludzi. Skaptowała więc nauczycieli i naukowców, lekarzy i pielęgniarki, rencistów i emerytów, bezrobotnych i innych nie radzących sobie. Ci ludzie demokratycznie, w każdych wyborach udzielają tej elicie poparcia i są bezpośrednio, własną skórą zainteresowani tym, żeby istniejący system podtrzymać.

29. (neo-pan, utrzymanek społeczny)
Wawrzyniec Rymkiewicz ("Polacy - jeszcze jeden wysiłek!", miesięcznik "Lampa" nr 8/2004) nazywając swój artykuł "niecenzuralnym" szuka - jak twierdzi - granicy tego, co w ramach naszej politycznej i moralnej diagnozy da się w ogóle powiedzieć; sprawdza - odtąd już go cytuję: "...jakie myśli dopuszcza do swoich uszu chwila obecna. Istnieją bowiem dwie cenzury: ta słabsza - polityczna i obyczajowa, i ta druga - metafizyczna, która zakreśla granicę wewnętrznej nieprzejrzystości naszego losu." Ale przecież ta "nieprzejrzystość losu" bierze się w jakimś stopniu z braku latarki, z braku narzędzia rozjaśniającego. Czy nie jest jednak tak, że wiele, jeśli nie wszystkie, z tych wahań i wątpliwości, które zgłasza Rymkiewicz, wyjaśniają się, jeśli zauważyć, że od roku 1989 zafundowaliśmy sobie klasycznie klasowy ustrój społeczny, z gęsto splątaną siatką rabów i panów, pracujących i żerujących, wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy, w którym to, kto jest kim, jest zrazu niewidoczne, bo starannie zaciemniane, albo maskowane fałszywymi hasłami, albo - głównie - nierozpoznawane z obawy, że się wszystko wyda? Kiedy świecimy libertariańsko-rynkowo-antydemokratyczną latarką, wiele z zawiłych pytań postawionych przez Rymkiewicza dziwnie się upraszcza i wyjaśnia.

Pisze Rymkiewicz: "były w Polsce dwa kompromisy, które pospołu trują nas i narkotyzują. Pierwszy - to polityczna umowa pomiędzy generacją 68 a wojskiem i policją, dzięki której Kuroń i Jaruzelski mogli na spółkę stać się Ojcami Narodu". Czyli umowa Okrągłego Stołu, Magdalenka 1989. A także jej skutki: Gruba Kreska, czyli wybaczenie dla rządzących PRL-em i przeciągające się już ponad 15 lat korowody z lustracją i teczkami. Jednak z punktu widzenia, który wyżej proponuję, cała ta sprawa jest dokładnie bez znaczenia - bo jestem przekonany, że nawet gdyby byłych komuchów co do jednego odsunięto w swoim czasie od urzędowych stanowisk, to sytuacja w Polsce nie byłaby od tego lepsza. Obłędny system państwa (pseudo)opiekuńczego zbudowany by został tak samo bez nich. Ludzie dawnej opozycji najbardziej się do tego palili. To że komuniści pozostali bez strat własnych na arenie, dla nowego układu okazało się korzystne, ponieważ przez swoją obecność dostarczyli dymnej zasłony, zaciemniającej stan rzeczy. Stosunki okazywały się trudniejsze do rozpoznania, ponieważ większość tych, którzy dostrzegali, że coś dzieje się złego, winili o to komunistów lub - bardziej subtelnie - winili obecność komunistów, czy raczej już post-komunistów.

"Drugi [...kompromis, pisze Rymkiewicz] - jeszcze bardziej niszczący - to duchowa ugoda pomiędzy postępowymi inteligentami a klerem katolickim, która (o zgrozo!) pozwala filozofowi Kołakowskiemu wypowiadać się z troską o sytuacji Kościoła, a biskupowi Rzymu błogosławić panowanie małżeństwa Kwaśniewskich." Tu przyznam, że "katolickiej" części rozważań Wawrzyńca Rymkiewicza w jakimś stopniu nie rozumiem. Oczywiście, nazwany przez niego sojusz intelektualnej lewicy z Kościołem jest faktem, ale czy aż tak, jak pisze, "niszczącym"? Od czasu komuny zmieniło się o tyle, że wtedy Kościół stał w opozycji i mógł służyć jako twardy grunt, na którym krytycy komuny mogli ustawić swoje dźwignie, zarówno teoretyczne, gdy chcieli znaleźć argumenty przeciw komunistom (czy raczej "realnym socjalistom", bo ideowi komuniści już byli gatunkiem wymarłym), jak i praktyczne, gdy chcieli komunę obalać. W 1989 roku to się skończyło, kierownicy Kościoła zaakceptowali nowe porządki... Ale właściwie, jak mogło być inaczej? I tu właśnie czegoś nie rozumiem... Czy Wawrzyniec Rymkiewicz chciałby widzieć Kościół w roli nieustającego krytyka i oskarżyciela kolejnych społecznych systemów? Wzorem starotestamentowych proroków? Mnie się skromnie wydaje, że katolicki egregor nie takie zajmuje miejsce w społecznej psychologii.

Kolejna sprawa, którą podnosi mój "przedmówca", to sowietyzm. Rymkiewicz pisze: "nasze człowieczeństwo jest zachwiane, ponieważ sowietyzm jest czymś głęboko ludzkim, a człowieczeństwo - głęboko sowieckim." System sowiecki, którego polska odmiana trwała u nas do 1989 roku, a następnie gładko została przeformowana w polską (wschodnioeuropejską) odmianę państwa zwącego się opiekuńczym, to miał wspólne ze ustrojem, który go zastąpił, że i w jednym i w drugim układ pańsko-niewolniczych relacji był zatarty i celowano zacierany. Oba ustroje zostały ogłoszone nie tym, czym były (lub są). W jeden i w drugi wpisana była zła wiara. Także jeden i drugi oparty był/jest na pretensjach i roszczeniach i w obu starannie zapewniono, aby jak najwięcej ludzi miało kogoś, kto jest winien ich żałosnego losu, na którego można zrzucić odpowiedzialność i winę. Oba budowały rozległe piramidy dziobania. Oba w tym sensie były głęboko demokratyczne. To, co pisze Rymkiewicz, wyraziłbym dobitniej: oto nowy ustrój, ten po 89-tym roku, państwo opiekuńcze na europejskich wzorach, tak samo jak poprzednio komuna starannie hoduje człowieka sowieckiego. Nieodpowiedzialnego, winiącego innych, roszczącego. Takim jest neo-pan, utrzymanek społeczny.

Rymkiewicz widocznie przeczuwa, że coś takiego tu się kryje, ponieważ kontynuuje: "...sowietyzm jest czymś głęboko ludzkim, a człowieczeństwo - głęboko sowieckim. A zatem powinniśmy raz jeszcze zapytać: co to znaczy być wolnym człowiekiem? I czy Polacy - politycznie wolni - potrafią korzystać ze swojej wolności?" Odpowiadam: potrafią z wolności korzystać tak, jak to potrafi społeczeństwo złożone w 55% z ludzi sowieckich, bo taką ich liczbę szacował Rafał Ziemkiewicz. Dzięki tym 55% cała obecna polityczna karuzela się kręci... (Zapewne jest ich więcej niż 55% - bo podejrzewam autora "Polactwa" o nadmierny optymizm w tej kwestii.)

A wracając do początkowej tezy Rymkiewicza o "cenzurze metafizycznej, która zakreśla granicę wewnętrznej nieprzejrzystości naszego losu" - to mam wrażenie, że kiedy zauważymy klasowy podział Polski po 1989 roku, to tamta metafizyczna cenzura przestanie aż tak bardzo dolegać.

30. (pożytki z oglądania dziennika TV)
W dzisiejszym dzienniku Programu Pierwszego państwowej telewizji (sobota, 19 lutego) obejrzałem dwa niusy, które pokazują coś bardzo ważnego o tym, jak działa niewolniczy ustrój państwa opiekuńczego. Można też ten ustrój nazwać "redystrybucjonizmem", ponieważ jego osią jest aparat, który zabiera jednym i daje według swego uznania drugim. Pierwszy nius pokazywał rozdawanie europejskich dotacji przedsiębiorcom. Tłum młodych przeważnie biznesmenów i dyscyplinujące ich na korytarzu jeszcze młodsze urzędniczki. Stali w kolejce po wielką marchewkę: dotacje rozdzielanie przez jakiś fundusz Unii Europejskiej. Jaki jest sens tej akcji? Oto aparat redystrybucji korumpuje przedsiębiorców, no bo jak dają, to jak tu nie wziąć. Tym bardziej, że jak ty nie weźmiesz, to weźmie konkurent, który za europejskie pieniądze wygryzie cię z rynku. Pokazywano też człowieka sukcesu, który już wygrał; dostał dofinansowanie w ciągu zaledwie miesiąca. Oczywiście pan tej marchewki nie daje darmo: jej kosztem jest odbycie tresury. Tresura polega na tym, że trzeba wypełnić podania, które razem z załącznikami liczą trzysta stron. I tu jest gwóźdź programu. Bo właśnie to się autorom niusa nie spodobało. To że to jest aż trzysta stron i małe przedsiębiorstwa nie dają rady fizycznie tego spisać, wypełnić i podstemplować! Nie istota sprawy oburzyła telewizję, tylko ta liczba: trzysta stron. Recepta z tego wynikła: trzeba walczyć o to, żeby eurofundusze stały się bardziej dostępne i mniej biurokratyczne. Tego, że cała ta sprawa jest szwindlem i skandalem od samego początku, tego nikt nie zauważy. Tak działa socjalistyczna propaganda: nie może, nie wolno jej zauważyć, że pewne "opiekuńcze" lub redystrybucyjne działania są złodziejstwem u podstaw - zauważa za to, że złodzieje powinni kraść bardziej elegancko. Bo apelować o to, żeby stron podania było sto nie trzysta, to tak samo, jakby apelować do złodziei, że jak się włamują, to żeby posprzątali po sobie.

Ten nius też jest ciekawy dlatego, że pokazuje, jak kolejne grupy społeczne są wciągane w redystrybucyjne szaleństwo, czyli kaptowane przez elitę neo-panów, aby służyły jej jako zakładnicy. Ponieważ klasa neo-panów, jak już wspominałem kilka razy, status neo-pana-darmozjada demokratycznie rozdziela, jako że w demokracji potrzebuje klientów, najlepiej zaś takich klientów, którzy są jej zakładnikami, gdyż zostali przez nią chytrze zniewoleni. (Jak widać prosty podział na panów i niewolników jest w tym ustroju zbyt prosty...) A ci zniewoleni zostają wtedy, gdy bez aparatu redystrybucji przestają sobie dawać radę. Ideałem elity neo-panów jest, aby możliwie wszyscy nie dawali sobie rady bez jej aparatu redystrybucji, przez co niczym nie różni się (sorry: różni się nieistotnymi szczegółami) od ustroju sowieckiego i takiego samego sowietikusa hoduje. Wydawałoby się, że klasa przedsiębiorców, "zwierząt rynkowych" niejako z definicji, powinna stać poza redystrybucyjnym systemem i pozostawać do niego w opozycji, przekładając to na postawy polityczne: jak domaganie się niższych podatków, lżejszych przepisów i mniejszej biurokracji. Ale wtedy byłaby zbyt niebezpieczna dla systemu, bo zanadto rewolucyjna! Dzisiejszy nius pokazywał, jak ta klasa - wydawałoby się, z natury wolnościowa - jest kupowana, przekupywana i klientyzowana, a przez to zniewalana. Przedsiębiorca, który zjadł marchew-przynetę, stanął do wyścigów o przyznanie dotacji, zdał egzamin z wypełniania góry papierów i jeszcze wyliczył sobie, że gdyby nie ta dotacja, to nie dałby sobie rady, już nie będzie protestował przeciw zdzierczym podatkom i rozbuchanej biurokracji, zwłaszcza europejskiej - bo jak tu pluć na rękę, która chleb daje. A przy tym - popatrzmy - jaką staranną tresurę przy tym przeszedł! Samir Khalil Samir, Egipcjanin, katolik, jezuita i profesor uniwersytetu, omawiając stosunek mahometan do innowierców, powiedział: "sławny werset [Koranu] o Skrusze (...) nakazuje chrześcijanom i Żydom płacenie kontrybucji "własną ręką" i w upokorzeniu. Oznacza to na przykład, że pan [chrześcijanin lub Żyd] nie mógł posłać z pieniędzmi sługi [do muzułmańskiego poborcy] oraz że wymagany był jakiś gest poddaństwa." (Giorgio Paolucci, Camille Eid, "Islam, sto pytań", Pax, Warszawa 2004). U nas w TV widzimy, że biurokracja daje także w upokorzeniu. Kolejka, młode panienki strofujące potulnie ustawionych biznesmenów, egzamin z wpisywania odpowiednich cyfr w odpowiednie rubryki i zręczności w rozumieniu instrukcji, które pan łaskawie wydał. Zauważmy, jaki w tym jest starannie zaaranżowany regres do szkoły, a może nawet do przedszkola ze srogą panią-przedszkolanką. Przedsiębiorca, któremu wydawało się, że jest panem, przynajmniej swojego losu, po takim treningu już tak myśleć nie będzie.

Drugi nius był o zawartym porozumieniu, które - zapewne częściowo i na krótko - kończyło strajki w służbie zdrowia. Zaapelowano do komorników, aby zaprzestali ściągania długów od szpitali. TV pokazała przedsiębiorcę-dostawcę, który na kredyt zaopatrywał szpital w jakieś akcesoria, który żalił się, że teraz nie odzyska swoich pieniędzy. Bo co się okazuje: dyrektorzy szpitali, nie mając pieniędzy, kupowali potrzebne rzeczy na kredyt, zapewne robiąc dostawcom-właścicielom przedsiębiorstw nadzieję, że państwo w końcu pieniędzy podrzuci, no bo jak inaczej? Przecież nie pozwoli, żeby szpitale zbankrutowały? A teraz skoro długi mają być nie ściągane, przedsiębiorcy, którym szpital nie płacił, będą go dofinansowywać z własnej prywatnej kieszeni. To było tak perwersyjne, że nawet TV nie komentowała.

Wszyscy, którzy sądzą, że gdyby były "lepsze przepisy" i "ludzie byli uczciwsi" - a tak wygląda program dokładnie wszystkich partii, przynajmniej tych, które widać masowo - to tych zgrzytów by nie było, w istocie takimi poglądami grają w podtrzymanie tego systemu. Który jest niereformowalny tak samo, jak komuna, ponieważ jedyna sensowna reforma może polegać na zastąpieniu redystrybucji rynkiem.

Co się oczywiście nie stanie, bo zbyt wielka liczba ludzi jest zainteresowanych w podtrzymaniu estebliszmentu. Ci - ta czołówka systemu - kaptują zwolenników, a raczej biorą zakładników. Zakładnicy głosują na nich w wyborach, a także stwarzają demokratyczną presję na polityczne rozwiązywanie problemów, czyli stwarzają sytuacje, w których czołówka systemu jest potrzebna i w ten sposób uzasadnia swoje istnienie. Przykładem politycznego rozwiązywania (a raczej pseudo-rozwiązywania) problemów był ten wspomniany w TV strajk w szpitalach, urządzony przez związek zawodowy. W warunkach handlu i rynku nie ma potrzeby politycznego podejścia do problemów, ponieważ problemy rozwiązywane są komercyjnie. Ja smażę na oleju z pestek winogron. Jeśli w sklepie go nie będzie (jest problem do rozwiązania!), to pójdę do sąsiedniego sklepu, a jeśli właściciela sklepu lubię, to mu poradzę, żeby ten olej sprowadził. Koniec problemu. Podobne problemy - z niedostatkiem szynki, pomarańczy, cukru, sznurka do snopowiązałek, w końcu wszystkiego, istniały przez cały czas komuny i nigdy przez nią nie zostały rozwiązane, a zawsze miały charakter polityczny i były powodem do mobilizacji zarówno partii rządzącej jak i jej przeciwników. Zapewne jest to szczególnym przypadkiem tego, że problemy polityczne są nie do rozwiązania, a wiec klasa czerpiąca rację swojego istnienia właśnie z tego, że służy do politycznego rozwiązywania problemów, może liczyć na trwanie tak długie, jak trwać będą te problemy - czyli długo. Stąd także widać, że jest zainteresowana w generowaniu i mnożeniu tych problemów. Polski bałagan, a także np. znana nadprodukcja ustaw, nie jest wypadkiem przy pracy: jest czynnikiem głęboko systemowym.

Pierwszym zakładnikiem czołówki systemu stali się emeryci i renciści. (Jest coś poniżającego w samej instytucji emerytury-dożywocia: to że ktoś płaci ci póki nie umrzesz.) Drugim zakładnikiem nauczyciele i naukowcy. Dalej lekarze i pielęgniarze. Bezrobotni. Sport jest utrzymywany z redystrybucji, słychać też, że tak ma być - a może już jest - z produkcją filmów. Rolnicy i biznesmeni są wytrwale korumpowani. Każdy jest korumpowany jako przyszły biorca emerytury, czyli systemowy utrzymanek. Utrzymankowie narzekają i mają roszczeniowe postawy. A także ich problemy siłą rzeczy muszą być rozwiązywane politycznie, co wytwarza popyt na "usługi" polityków i ich wykonawców-urzędników. System hodujący sowietikusa jest podtrzymywany.

31. (wyjście)
Jakie widzę z tego wyjście? Proste: komercja i rynek, czyli handel zamiast rozboju, którym jest redystrybucja. Wenus zamiast Marsa. Jak takie, rewolucyjne w końcu, przejście mogłoby być zrealizowane? Jak każde. Muszą się złożyć cztery warunki: niewydolność istniejącego systemu. Brak wiary u klasy panującej. Sprzyjające warunki zewnętrzne, międzynarodowe. Istnienie opozycyjnej elity wiedzącej, co ma robić.

Dobrą lekcją jest upadek komunizmu. Tamten system demonstrował swoją niewydolność przynajmniej od ostatnich lat Gomułki, potem Gierek kredytami tę niewydolność jakoś zaplastrował, ale od 1976 roku, nie mówiąc o żałosnych rządach Jaruzelskiego, była już jawna. Ale w stanie tej dotkliwej niewydolności i pomimo niej, system trwał dwadzieścia parę lat. To jest przykładem, że niewydolne systemy mogą trwać długo i sama niewydolność nie wystarcza, by upadły. Brak wiary u rządzącej elity również trwał długo: przynajmniej jakoś od środkowego, a może już od wczesnego Gierka. Opozycja też długo trwała - jak widać, języczkiem u wagi stała się sytuacja międzynarodowa i ten czynnik ostatecznie przeważył. Ale ważny też był zestaw idei, którymi kierowały się grupy opozycyjne: w przeważającej większości były to idee socjalistyczne, mogące, kiedy je zastosowano, wykreować co najwyżej złe naśladownictwo europejskiego państwa opiekuńczego - co w końcu się stało. Polscy opozycjoniści byli w znacznej większości socjalistami, nawet jeśli tak się nie nazywali. Bo kto prócz Korwin-Mikkego wołał, że kapitalizm jest dobry, że prywatna własność, rynek i komercja są błogosławieństwem? Jak widać, to co stało się ciałem w Polsce po 1989 roku, nie mogło być inne, skoro brało się z tamtego słowa. Około 1989 roku do trwającej od bardzo dawna niewydolności systemu popartej brakiem wiary elity (wiary w komunizm, "myśl Lenina", wyższość "gospodarki planowej", "światowe zwycięstwo proletariatu" itd.) i aktywnością grup opozycyjnych dołączyła sprzyjająca sytuacja międzynarodowa. Najsłabszym punktem tego zestawu była opozycja! Ale mogło być jeszcze gorzej: gdyby jej nie było, nawet takiej, jaka była, socjalistycznej, zaliczylibyśmy pewnie opcję białoruską: rządy starej komunistycznej gwardii, wyzutej tym razem z ideologii i zmobilizowanej przez jakiegoś strong-mana.

Jak będzie w obecnym przypadku? Możemy być pewni, że system nie stanie się bardziej wydolny, bo właśnie niewydolność, jak wyżej pokazywałem, jest jego istotą. Wzrost wydolności, będący wynikiem jakichś kapitalistycznych, liberalno-rynkowych reform wydaje mi się głęboko nieprawdopodobny, ponieważ, primo, kłóci się z logiką systemu, secundo, szedłby w przeciwną stronę niż wszystko, co działo w Polsce nawet nie od planu Balcerowicza, a od reform Rakowskiego w 1988. Wiarą rządzących elit jest dziś Europa i "europeizm" zastąpił w dużym stopniu peerelowski komunizm. Ta wiara jest jednak trudnym przeciwnikiem, ponieważ jest wysoce elastyczna, niby z gumy, i mało wymagająca! Przynależność do pro-sowieckiej partii wymagała od w nią zaangażowanych dużo większego samozaparcia. Ale coś się jednak dzieje... Widać objawy chwiania się tej wiary, na razie nieśmiałe; być może sam artykuł Wawrzyńca Rymkiewicza, zwłaszcza tam, gdzie autor kąśliwie pisze o "apriorycznej Brukseli", można chytrze i z marksistowskim zacięciem zinterpretować jako chwianie się euro-wiary u literackich przedstawicieli elity.

Opozycji - właściwie - nie ma. Wprawdzie działa partia, której kierunek w dużym stopniu jest taki, jaki powinna mieć nowa opozycja, mam na myśli Korwinową UPR, ale znaczącym faktem jest jej uporczywy brak sukcesów. Znaczące też mi się wydaje, że libertarianizm miał do niedawna jednego tylko w Polsce zwolennika, myślę o Jacku Sierpińskim, ale jego strona w internecie uśpiona jest od 2001 roku. Skoro nie ma (praktycznie nie ma) opozycji, to i nie ma sensu wyglądać sprzyjającej sytuacji międzynarodowej. Bo sama taka sytuacja niczego jeszcze nie wykreuje. Można też uznać, że w jakimś sensie obecna sytuacja jest sprzyjająca, ponieważ należąc do Unii Europejskiej można by było przeprowadzić dużo dalej sięgające reformy rynkowe niż ktokolwiek u nas kiedykolwiek na to się odważał. Ale po temu brak odpowiedniej woli.

Zapewne, aby coś się ruszyło, dojść musi jakiś przyszły, nieznany jeszcze czynnik. Poza tym, nie ma przecież żadnej z góry danej gwarancji, że musi dokonywać się społeczny postęp. Być może stan obecny, czyli Polska Pomagdalenkowa (PPM - skrót jak PRL!), w nie całkiem jeszcze socjalistycznej Unii Europejskiej, jest najlepszym, co mogło się wydarzyć, a potem będzie tylko gorzej.

c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 19 lutego 2005





« Zmartwychwstanie Yukteśwara Dlaczego nie rynek? »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)