Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 marca 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Zaginiona łacińska cywilizacja
Ustrój wyjątkowy • Pijąc tequilę • Potrójne panowanie • Infantylna komponenta • Rządy duszpasterzy • Wirtualne ustroje • Wstręt szamanologów • Bagby i Koneczny • Cztery typy cywilizacji • 55%


« Oprawica i zlewica Kult przodków »

5-10 marca 2005

Ustrój wyjątkowy • Pijąc tequilę • Potrójne panowanie • Infantylna komponenta • Rządy duszpasterzy • Wirtualne ustroje • Wstręt szamanologów • Bagby i Koneczny • Cztery typy cywilizacji • 55% • Zaginiona łacińska cywilizacja



46. (ustrój wyjątkowy)
Taką rozprawkę napisałem dwa lata temu, 1 kwietnia 2003; zdaje się potem wysłałem ją do "Najwyższego Czasu" i być może nawet została tam opublikowana, choć tego pewien nie jestem. Teraz sobie ją przypomniałem, bo jest w duchu obecnych rozważań. Przedstawiam ją w całości poniżej.

*

Ustrój opresywnego państwa działającego w interesie wyjątków

Zastanawiałem się, jak można by zwięźle nazwać i określić ustrój polityczny istniejący w obecnej Polsce. Przyszedł mi do głowy termin: "opresywne państwo działające w interesie wyjątków". Opresywność państwa wskazuję tu jako jego cechę główną, ponieważ jest ono opresywne w ogóle, wobec wszystkich obywateli. Stopień, wymiar tej opresji jest dość niski (raczej: na razie niski, bo stale się zwiększa, porównaj ostatnie ministerialne rozporządzenia o podsłuchu telefonów i podglądaniu internetu, lub projektowaną ustawę o sprzedaży ziemi); jest to państwo opresywne łagodnie, niemniej opresja, którą kieruje ku obywatelom, jest powszechna. Chodzi mi tu o to, że nie ma wyróżnionej grupy społecznej (klasy), która mogłaby powiedzieć "to państwo to ja"; powiedzieć "to jest moje/nasze państwo". Obecne państwo polskie jest wyalienowane, obce - wobec kogokolwiek, także wobec jego własnych funkcjonariuszy, być może nawet wobec tzw. klasy politycznej. Chociaż obce ("nie nasze"), to jednak to państwo realizuje czyjeś interesy. Czyje? Wyjątków, tzn. ludzi, których sytuacja jest wyjątkowa w porównaniu z ludźmi im podobnymi. Tych korzystających z wyjątkowej pozycji jest mnóstwo i nie mam ambicji ich wyliczyć; dla przykładu tylko i sięgając do faktów ogólnie znanych: wyjątkiem jest biznesmen (lub ich grupa), pod którego sejm uchwala odpowiednią ustawę; z drugiej strony wyjątkiem jest szef związku zawodowego w wielkim zakładzie, który wymusza niepobieranie podatków i zusu ze swojego zakładu. Powszechnym wyjątkiem (a więc może już regułą?) są lewi renciści, lewi bezrobotni czy lewi poszkodowani w wypadkach. Aparat tego państwa, prócz swoich funkcji etatowych, zajmuje się generowaniem sytuacji wyjątkowych, z których czerpie korzyści; z drugiej strony w transakcjach sprzedaży wyjątków (handlu wyjątkami) biorą udział i też czerpią korzyści ci, którzy w ten sposób omijają twarde reguły rynku (lewi: biznesmeni, robotnicy-związkowcy, renciści, itd., aż do zwykłych bandytów włącznie). Handel wyjątkami, to właśnie wygląda na sens działania państwa tego rodzaju. Obie strony, aparat państwa i "osoby wyjątkowe" (prawne i fizyczne), czerpią zyski z reszty nie-wyjątkowej, czyli z powszechnych jeleni. Płacąc składkę ubezpieczeniową, zasilasz jako jeleń trzaskaczy samochodów, płacąc zus zasilasz jako jeleń fałszywych rencistów, płacąc podatki zasilasz kreatorów wyjątków w aparacie państwa. Jasne jest, że w takim państwie jak najwięcej obszarów życia musi być regulowanych, prawo w nim musi być rozdęte ponad miarę, jak też prawo to musi być wciąż powiększane i na nowo produkowane, do czego służy sejm (ale nie tylko on) - bo im rozleglejsze, bardziej drobiazgowe, nielogiczne, wzajemnie sprzeczne i szybciej zmieniane ustawy, tym łatwiej produkować tak cenne wyjątki od nich. Przy tym opresywność państwa jest konieczna dla wyłaniania się wyjątków, czyli zarówno sytuacji wyjątku spod powszechnego (w teorii) prawa, jak i ludzi-wyjątków, którzy w strefie wyjątkowości pozostają dłużej lub krócej, z niej czerpiąc zyski. Mechanizm jest prosty: skoro w opresywnym państwie w zgodzie z prawem permanentnie nic się nie da zrobić, albo za wszelką inicjatywę trzeba płacić haracze, to rosnąca liczba ludzi szuka ratunku w wyjątkach. Oczywiście, ustrój opresywno-wyjątkowy jest nieefektywny gospodarczo i demoralizujący; wyjątkowcy w istocie pasożytują na tych, którzy trzymają się reguł powszechnych - ustaw i rynku, i psują rynek, czego skutkiem spadek wzrostu w okolice zera i nieznośne bezrobocie. Jak się wydaje, równowagowe optimum ustroju opresywno-wyjątkowego znajduje się tuż powyżej punktu zdechnięcia (ang. starvation point), podobnie jak dla zwierzęcego pasożyta równowagowym optimum jest stan, w którym gospodarz-ofiara wprawdzie żyje, ale tylko na tyle, by nie zemrzeć, wszelkie nadwyżki energii zaś oddając pasożytowi. Polska wypracowała sobie ustrój opresywnego państwa działającego w interesie wyjątków idąc od realnego socjalizmu. Zobaczymy, gdy damy się przyłączyć do Unii Europejskiej, czy oni tam na Zachodzie nie idą w szybkim tempie ku takiemu samemu ustrojowi wychodząc od (dawnego, poczciwego...) liberalnego kapitalizmu. Mnie wydaje się, że tak właśnie jest.

*

Tu koniec tekstu sprzed dwóch lat. Z tym punktem zdechnięcia, rzekomo po angielsku starvation point - właściwie "punkt przymierania głodem", to oczywiście mój dowcip: nigdzie takiego terminu nie słyszałem i zdziwiłbym się (i ucieszył) gdyby istniał. W tamtym wstępie, że wszystkim dziś, nawet tak zwanej klasie politycznej, obecne państwo polskie wydaje się obce, to może przesadziłem. Przecież właśnie dla tych wyjątkowców nie jest ono obce, bo z niego żyją... Ale właśnie jest obce, bo gdyby było swoje własne, to by o nie dbali, a nie dbają, traktują je jak okupant, jak najeźdźca łup, jak pasożyt żywiciela. Wyjątkowcy - a może "korupienci", tak by ich nazwać, chociaż nie każdy wyjątkowiec dorwał się do swego wyjątku przez korupcję, wiec lepiej zostać przy tamtej nazwie.

Oczywiście powyższe wskazanie na wyjątki i wyjątkowców nie zmienia sprawy bardziej podstawowej: że mamy system społeczny, w którym splatają się dwa przeciwstawne żywioły Przemocy i Wymiany, i ten pierwszy realizuje się poprzez działania państwa, a ten drugi jest przez to państwo trzymany na granicy tego punktu zdechnięcia.

47. (pijąc tequilę)
Ciekawy pogląd usłyszałem dość niedawno, autorem był mój znajomy, którego wymienię z nazwiska, jeśli się zgłosi. Pogląd biegł mniej więcej tak: "Jedenasty Września (czyli zamach na wieżowce WTC) to koniec liberalizmu. W tym oto momencie liberalizm i napędzająca go źródłowa siła duchowa, którą był protestancki purytanizm, dobiegły kresu i właściwie przegrały. Co będzie dalej, jaka orientacja po liberalizmie ma przyszłość? Nadzieja w jezuitach, którzy w swoich ćwiczeniach duchowych zastosowali medytacyjną wizualizację. Dzięki temu to oni mają bezpośredni kanał dostępu do sfery archetypów [mój rozmówca raczej o archetypach mówił niż o Bogu], a przez to mają moc prowadzić ludzi, co kiedyś już przećwiczyli, zakładając komuny Indian w ramach misji nad Paraną - i te ich doświadczenia należy teraz pilnie studiować." Tak mniej więcej brzmiał ten wywód, który tu streszczam, a który nie do końca był dla mnie jasny, a także zawierał logiczne luki i przeskoki. Kiedy słuchałem, pomyślałem sobie: tu cię mam! Bo mój rozmówca próbował zsyntetyzować socjalizm z konserwatyzmem i w ten sposób wymyślić coś, co stoi w połowie drogi pomiędzy tymi dwoma nielubiącymi się biegunami. Trafnie uchwycił główną wadę, wręcz grzech pierworodny socjalizmu: brak w nim kultury duchowej. Bo przecież współczesny socjalizm europejski sam siebie uprawomocnia tylko względem na to, żeby "urządzić niezłe miejsce do życia", co jeśli dobrze pamiętam premier Blair ogłosił kiedyś jako główny cel swojej partii w Wielkiej Brytanii. Na tym samym zawieszali swój projekt bolszewicy, obiecując to samo: "niezłe życie", tyle że socjal-demokraci chcą to uskutecznić zaraz, leninowcy zaś ten sam cel, zwany zbudowaniem komunizmu, odsuwali w nieokreśloną przyszłość. Mój rozmówca wychodził od socjalizmu i wyobrażał sobie, jak socjalizm nabiera mocy, kiedy miejsce zwykłej partii zajmuje w nim uświęcona elita - uświęcona przez inicjację, medytację, wizualizację i osobiste doświadczenie sacrum. Elita oświeconych i uświęconych mędrców. I wskazywał historyczny precedens: misyjne państwo Jezuitów w obecnym Paragwaju. Merytokracja (rządy znawców) będąca zarazem teokracją. Z tym pomysłem, jak wspomniałem, wychodził od strony socjalistów. Teraz należałoby poczekać, aż pojawi się dopełniająca połówka jego pomysłu: kiedy ktoś z czymś analogicznym wyjdzie z obozu konserwatywnego. Projektując nowy kościół, który prócz czysto religijnych czynności zajmie się przede wszystkim dydaktyczną obróbką swoich wiernych w dziedzinie ziemskiej: biznesu, ekonomii i prawa. Nie bladymi pouczeniami, ale twardą socjotechniką w imię celów, które oświecona i uświęcona merytokracja będzie widzieć z dużo większym przekonaniem i z podobnie większym przekonaniem będzie w nie wierzyć, niż to czynił kiedyś Lenin, bo i źródło ich przekonania będzie głębsze, aż archetypiczne. Być może sprzyjającą okolicznością dla takiej czerwono-czarnej rewolucji będzie konfrontacja z przeciwnikiem, który podobnie nie zwykł oddzielać rzeczy boskich od ziemskich, islamistów mam tu na myśli. Rozmawiając wtedy, piliśmy tequilę.

48. (Potrójne panowanie)
Zastanawia mnie ta trójkrotność politycznych "myśleń", liberalizm-konserwatyzm-socjalizm. Symetria trójki jest też w koncepcji trójpanowania, niedawno przypomnianej w "Alterze" przez Marka Chlebusia. W największym skrócie chodzi o władzę przymusu (lub: przemocy), jaką ma silniejszy nad słabszym, władzę ekonomiczną, jaką ma bogatszy nad biedniejszym i władzę ideologiczną, którą ma mądrzejszy nad głupszym. Oczywiście jest to to samo, co trzy varna u starożytnych Indusów: brahmini-kapłani, kszatrijowie-wojownicy i wajśjowie-wieśniacy (viś to w sanskrycie wieś, słowa niemal identyczne!), a właściwie razem wszyscy producenci, czyli rolnicy, rzemieślnicy i kupcy. Tę samą praindoeuropejską myśl wyraził u nas ksiądz Piotr Skarga każąc, iż "rodzaj ludzki na trzy stany podzielony jest: na modlących się, na broniących i robiących, na księżę, rycerstwo i lud pracujący". (To słowo "księża" jako collectivum jest genialne!) W 1980 r. filozof z Poznania Leszek Nowak ogłosił, że komuchy są klasą "trójpanów", jako że w jednym ręku Komitetu Centralnego połączyli wszystkie trzy władze. Inna nazwa dla totalitaryzmu.

Oczywiste jest, że ustrój liberalny jest dopasowany do potrzeb i interesów wajśjów! Konserwatyzm to coś, co najbardziej odpowiada kszatrijom. To, co pisze Evola, najlepiej trafia do przekonania urodzonym wojownikom. Czyżby socjalizm był dla brahminów, a raczej kogoś, kto z daleka i typologicznie tamtych przypomina? W jakimś stopniu wygląda, że tak. Socjalizm jako merytokracja, jako rządy mędrców, tych, co wiedzą lepiej i przez to są powołani do wychowywania i ulepszania innych. Bodaj Aleksander Wat, który sowieckie łagry poznał osobiście, nazwał tamten system: "Stalinowska pajdeja". Chociaż znowu fakty pokazują, że to było inteligenckie złudzenie: intelektualiści tacy, jak Łunaczarski w Rosji, Lange u nas lub Lukacs na Węgrzech, byli u komunistów ledwie tolerowaną ozdobą, nie więcej niż pożytecznymi idiotami wśród faktycznie rządzących hien.

49. (infantylna komponenta)
...Ale to tylko jeden z wątków, które składają się na socjalizm. Innym i zapewne ważniejszym motywem jest infantylny składnik psychiki ludzkiej: potrzeba oddania się w opiekę komuś silniejszemu, kto zadba o ciebie, zapewni bezpieczeństwo, pokieruje i poprowadzi. Uwolni od wolności, z którą i tak nie wiedziało się, co począć. Kiedy w rolę takiego opiekuna (i z konieczności tyrana) wchodzi państwo, kiedy potrzeba oddania się pod opiekę zostaje upaństwowiona, jest socjalizm. (To jest to, o czym pisał Rymkiewicz: że natura ludzka jest sowiecka. Tak, przynajmniej zawiera sowiecką komponentę.)

50. (Rządy duszpasterzy)
A jednak nie wydaje mi się, żeby pomysł z religijnie motywowanymi rządami mędrców miał przejść. Zanadto stoi w poprzek starej europejskiej linii historycznej. Chociaż pojawiało się tyle rzeczy niezgodnych z tą linią, że jako zupełnej bajki nie można go zlekceważyć. Jednak coś jest w tym, że teokracja w Europie nie przyjmowała się. Państwa krzyżaków, jezuitów w Paragwaju i joannitów na Malcie były wyjątkami, których nie naśladowano. Wynalazkiem Europy był rozdział kościoła od państwa, jeszcze z czasów średniowiecza. Poza tymi trzema wyjątkami nigdzie nie było tak, żeby religijne kwalifikacje uprawniały do rządzenia państwem, a rządząca elita była jednocześnie pasterzami dusz. Sojusz "władzy" religijnej z polityczną był normą, ale jedność wyjątkiem. Socjaliści mogą tylko żałować, że w swoim czasie postawili na ateizm, nie na jakąś mistyczną sektę lub choćby na psychoanalizę.

51. (wirtualne ustroje)
Do czego może zmierzać państwo "wyjątkowe", to o którym pisałem w punkcie 46? Wyjątki nie mogą trwać zbyt długo. Powtarzające się wyjątki nie są już wyjątkami. Wyjątki można usuwać wracając do równych praw i równości wobec prawa, ale to jest zawsze przykre dla tych, którzy wcześniej nauczyli się mieć korzyści na drodze wyjątków. Więc raczej jest tak, że te wyjątki są utrwalane i stają przywilejami. Gdzie są przywileje dla pewnych grup ludzi, tam wyodrębniają się korporacje, stany i kasty. Regeneruje się korporacyjno-stanowy, a może nawet kastowy ustrój, tak miły konserwatystom. (Tylko że nie znaczy to, że taki ustrój w realnym czasie powstanie. Raczej jest to wirtualna możliwość. Pączkowanie wyjątków i przywilejów - np. dla posłów, adwokatów, nauczycieli, energetyków itd. - wskazuje, że gdzieś "obok" w wirtualnej przestrzeni możliwości, trwa lub raczej "majaczy" ustrój kastowy. (Bo tak jest: w polityce, jak w mechanice kwantowej, wirtualne cienie interferują z bytami realnymi.))

52. (wstręt szamanologów)
Jest bardzo pouczająca książka. Stara, napisana ponad sto lat temu. Wydana 30 lat temu (1975) po polsku. "Buddyjski pielgrzym w świątyniach tybetu", autor Gonbodżab Cybikow. Postać niezwykła: Buriat wykształcony w Petersburgu, orientalista, zarazem buddysta z urodzenia, bo z rodzinnej tradycji. Jako jeden z pierwszych ludzi Zachodu - bo za przedstawiciela naszej cywilizacji w końcu należy go uznać - dotarł do Tybetu, wówczas najściślej izolującego się od świata, za co pół wieku później przyszło tej krainie gorzko płakać. Ale nie o tym chciałbym. Kiedy się czyta podróżny dziennik Cybikowa, uderza podejście pełne dystansu, "dalekie spojrzenie" jakim omiata widziany kraj, który przecież mógłby przy małej zmianie perspektywy uznać za swoją duchową ojczyznę, bo przecież Buriat w Lhasie to jak katolik w miejscu, które jest Jerozolimą i Rzymem naraz. Ale nie: ów Buriat i zarazem petersburski akademik pokerową minę zachowuje. Otóż mam wrażenie, że ta pokerowa mina nie minęła Rosjanom do tej pory tam, gdzie chodzi o kontakt z azjatyckimi tradycjami, a w pierwszym rzędzie z szamanizmem tubylców Syberii. Mam następnie wrażenie, że u wykształconych Rosjan przyjęło się patrzeć na szamanizm Syberyjczyków jak na przesąd. Przesąd z tego samego zbioru, co "wsiowe zabobony", coś przestarzałego, czego nie powinno być, jakieś wstydliwe kołtuństwo. Wstydliwe, bo można przypuszczać, że w samych Rosjanach, także w tych staranie wykształconych, kryje się posądzenie samych siebie o to, że są "azjatyckimi dzikusami", co ich kumysem czuć. Tak sobie to wyobrażam... Więc pewnie woleliby od tych swoich "ludowych przesądów" się odciąć. Kiedy się czyta to, co rosyjscy fachowcy piszą o szamanach, uderza przecież podejście, które może być odczytane jako wyraz ich wstrętu, obrzydzenia do badanego przedmiotu. Bo skąd inaczej wzięłyby się te pseudoteorie o "nerwowych chorobach" szamanów, o "arktycznej histerii", pokutujące do dziś, tyle, że teraz dodaje się na końcu wzmiankę, że to teorie przestarzałe? Ten obsesyjny refren, że szamanizm to psychiczna choroba, znalazł się też w najnowszej książce Andrzeja Szyjewskiego. Kiedy się czyta opisy szamańskich "kamłań", w książce Nowikowej choćby, uderza ton opisu: silenie się na przesadną obiektywność, przesadną drobiazgowość, jakby entomolog jakiegoś robala obserwował - ciekawego, ale jednak takiego, że przy obiedzie o tym się nie mówi... Jakby tą drobiazgowością się broniło przed zrozumieniem zjawiska, przed jego akceptacją i przed uznaniem go za coś swojego. Albo jakby pielęgniarz z obrzydzeniem schowanym za profesjonalizmem dotykał upośledzonego pacjenta. Nie słyszałem o nikim w Rosji, ktoby był tamtejszym odpowiednikiem Johna Neihardta, tego, który spisał opowieści i wizje Black Elk'a. Ktoby w plemiennym "nawiedzonym" umiał zobaczyć człowieka wielkiego duchem, "wiedzącego" - i swego mistrza. A jeśli ktoś taki był lub jest, to wiadomości o nim do nas nie dotarły. Ale z drugiej strony patrząc, Syberyjczycy wcale nie ułatwili Rosjanom pracy. Przypuszczam, że zaważyła tu ta cecha szamanizmu syberyjskiego, która odróżnia go od podobnych rzeczy w Ameryce Północnej. Szamanizm, a inaczej to nazywając, kontakt z "tamtym światem" u Indian Prerii był czymś demokratycznym i każdy członek plemienia ubiegał się o posiadanie swoich opiekuńczych duchów, zwierząt mocy i wizyjnych doświadczeń. Co przekładało się na względną łatwość mówienia o swoich doświadczeniach u Indian i względną łatwość przeniknięcia zasłony tajemnicy, która okazała się przepuszczalna także dla Białych. Tym bardziej, że większość kultur indiańskich była skrajnie ekstrawertyczna! Na Syberii, z tego co słychać, była odwrotność tego: szamani byli specjalistami, byli wybranymi jednostkami. Byli osobno. Otaczała ich tajemnica i tabu, ale i oni sami niechętnie zdradzali cokolwiek ze swych przeżyć i "technik", a kiedy już to czynili, starali się zachować dystans - co czuje się w lekturze zapisanych relacji, nawet jeśli z nimi rozmawia ich rodak Lar. Mam wrażenie, że między wewnętrznym światem Syberyjczyków a Europą (nawet, a może szczególnie, gdy tą "Europą" są Rosjanie) utrzymuje się bariera wzajemnej obcości, dystansu, niedogadania, nietrafiania do siebie, ale i bariera podobna do tej, jaka dzieli aktorów i widzów w teatrze. Wygląda to też na barierę podobną jak ta, która otacza Cyganów, a także ta, która oddziela Europę i Islam, inaczej zaś niż w przypadku Tybetu, Indii lub Japonii, bo tam ogrodzenie padło. Wydaje mi się też bardziej prawdopodobne, że tymi, którzy przekroczą tę subtelną membranę, będą sami Syberyjczycy, bez pośrednictwa Rosjan.

53. (Bagby i Koneczny)
Feliks Koneczny, jeszcze jeden teoretyk cywilizacji i jeszcze inny pomysł na to, co to jest właściwie cywilizacja. U Bagby'ego cywilizacja była to największa z historycznych całości, jakie tworzą ludzie i ich zbiorowości; cywilizacja była też wyraźnie określona przestrzennie i czasowo. Bagby patrzył na pojęcie cywilizacji dynamicznie; zresztą był pierwszym autorem u którego o cywilizacjach czytałem. (Pisałem o tym w "Opowieściach fukujamicznych". Huntington, parędziesiąt lat od Bagby'ego później, cywilizacje widzi dużo bardziej schematycznie: każda cywilizacja to raczej obszar kulturowych podobieństw - a zdolność postrzegania Huntingtona jest dość gruba i zwykle dostrzega tylko religię, a i to niewyraźnie, przez co jego mapa cywilizacji w wielu miejscach obraża logikę. (Turkmenia i Grecja w jednej cywilizacji "prawosławnej".) Koneczny bliższy jest Bagby'emu, chociaż u niego cywilizacje mogą zajmować to samo miejsce (bo Żydzi to inna cywilizacja niż ich chrześcijańscy współmieszkańcy) a nawet te same umysły: bo Niemców uważa za w połowie należących do cywilizacji łacińskiej a w połowie do "bizantyjskiej". U Konecznego cywilizacje to raczej wzory społecznego życia; sam to zresztą tak nazywa: cywilizacja to "metoda ustroju życia zbiorowego". Dla Bagby'ego cywilizacja to empiryczna super-całość ludzkich zachowań określona w pewnym wycinku czasu i przestrzeni, coś jakby wyodrębniony ekosystem w ekologii, jakiś step albo puszcza; dla Konecznego jest to zasada, którą z empirii daje się wyekstrahować. Można nawet powiedzieć, że Bagby widzi ciało cywilizacji, a Koneczny jej ducha. (Obaj ci wizjonerzy historii nic o sobie nie wiedzieli!)

54. (cztery typy cywilizacji)
Koneczny widzi Polskę i okolice, jako miejsce, gdzie ścierają się cztery cywilizacje, oczywiście cywilizacje w jego rozumieniu tego słowa: łacińska (którą uważa za najdoskonalszą i której jest oddanym patriotą), żydowska, bizantyjska i turańska. Co do bizantyjskiej i turańskiej nasuwa się pewna wątpliwość: czy ma rację Koneczny, łącząc obie te "cywilizacje" - to znaczy wzory urządzenia życia społecznego, z określonymi geograficznymi miejscami? Bo oto okazuje się u niego, że miejscem, gdzie "bizantynizm" kwitnie, jest nie tylko Wschodnie Cesarstwo, i nie tylko Moskwa, ale Niemcy. To pisze sam Koneczny. Znowu cechy, które on przypisuje "cywilizacji turańskiej", gdy się go czyta dziś, znakomicie pasują do stanu rzeczy w Afryce, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej - czyli te rządy watażków, którzy ustawiają się ponad prawem, etyką i czymkolwiek. Moim skromnym zdaniem, to, co Konecznemu jawiła się jako osobna cywilizacja, jako wynalazek środka Azji, jest bardzo łatwym wynalazkiem, na który wpaść może lada gangster gdziekolwiek. Chodził niedawno film "Miasto Boga" [reż. Fernando Meirelles, brazylijski 2002] - to co tam robią młodociani kolorowi bandyci w bieda-dzielnicy Rio de Janeiro to dokładnie to, co w bardziej sprzyjających okolicznościach wyrosłoby na "cywilizację turańską", a w różnych Kongach, Dahomejach i Kolumbiach wyrosło faktycznie. A włoskie i inne mafie w USA próbowały. Znowu istotą cywilizacji "bizantyjskiej" tak jak ją definiuje Koneczny, jest połączenie absolutnej władzy, podporządkowującej sobie także religię, następnie aprioryzmu czyli wysnuwania praw i zasad "z sufitu", oraz biurokracji. Znowu mam wrażenie, że to jest wynalazek, na który wpadano w świecie mnóstwo razy, bo jest to wynalazek łatwy. Te niby "cywilizacje" Konecznego wydają mi się raczej tym, co w którychś swoich dawnych rozważaniach Lem określał jako ułomne stany systemu, tak jak radio, które jakoś - skrzypiąc - będzie działać, chociaż spadło na ziemię i coś się w nim poobrywało. Ludzkim zbiorowościom łatwo jest ustatkować się w stanach prostszych, grubszych, mniej wyrafinowanych - i dlatego turańskie tyranie i bizantyjskie babilony łatwiej zbudować niż ustroje bardziej wyrafinowane, a i te bardziej wyrafinowane, gdy się psują, to popadają w odgórną regulację lub w polit-gangsteryzm i doszukiwanie się w każdym takim przypadku inspiracji idącej z Konstantynopola lub z azjatyckiego stepu wydaje mi się bezpodstawne. Ustroje prostsze, głupsze i bardziej jednowymiarowe wygrywają z tymi staranniej wewnętrznie zrównoważonymi, wielostronnymi i wielobiegunowymi i nie potrzeba do tego geograficznych wpływów.

Czwarta cywilizacja (w Konecznowym sensie), żydowska, to z kolei przykład cywilizacji sakralnych, sakralizujacych (jak sam Koneczny pisze) całe życie, wszystkie życiowe zachowania. Żydzi odeszli, ale urosła w siłę kolejna sakralna cywilizacja, islam, i z tym rodzajem cywilizacji jak widać wieczny kłopot. I chyba innych typów cywilizacji nie ma, jak te cztery: gangsterska, absolutystyczna, sakralna i zrównoważona.

55. (55%)
Koniecznie trzeba dodać, że państwo opiekuńcze, tak jak wcześniej socjalizm sowiecki lub nazistowski, jak i New Deal w Ameryce, to przejścia do wzorca "bizantyjskiego", absolutystycznego. To co pisze Rymkiewicz, że natura ludzka okazała się w Polsce sowiecką, a Ziemkiewicz uzupełnia, że sovieticusa jest u nas 55%, można rozumieć tak, że jako mieszkańcy tego kraju jesteśmy w 55% bizantyjczykami czyli absolutystami. Możliwe, że w procencie jeszcze większym.

(Ja nie jestem.)

56.(zaginiona łacińska cywilizacja)
To co pisze Feliks Koneczny - w książce "Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej" - jest miejscami niezwykle nowoczesne, ale z drugiej strony zawiera myśli, od których włos się jeży. Oto autor, który za wielki wynalazek cywilizacji łacińskiej uważa jej niesakralność, a więc rozłączność religii i polityki, kościoła i władzy świeckiej, nagle proponuje, żeby "ograniczyć dobór osób, którym można powierzyć władzę, do katolików, do wiernych synów Kościoła". (Tak jest na stronie 102, wyd. Antyk, Komorów 2001) To by chyba musiało być zapisane w konstytucji, bo jak inaczej? Ktoby oceniał, kto jest dostatecznie wiernym synem KK, aby mu pozwolić być posłem albo urzędnikiem państwowym, bo o to w końcu chodzi? Sami księża? Czyżby Koneczny chciał udzielić funkcjonariuszom Kościoła takiej "mocy", jaką miały za komuny biura polityczne i komitety z ich nomenklaturami? Z kościoła zrobiłby się super-rząd i super-administracja, całkiem jak z kompartii za komuny - bizantynizm najbezczelniejszy. Czy tak Koneczny wyobrażał sobie dalszy ciąg swojej wizji? Ale takie są konsekwencje, kiedy za nosicieli ulubionej cywilizacji uważa się członków jednego tylko, rzymsko-katolickiego wyznania. Bo nawet na protestantów Koneczny patrzy podejrzliwie jako na "bizantyjczyków", nie mówić o prawosławnych czy Żydach. Polskich protestantów gotów wprawdzie dopuścić do urzędów, ale uzasadnia to, mówiąc: a jacy tam z nich protestanci! W ogóle cywilizacja łacińska, której Koneczny jest patriotą, wygląda w jego książce jak mdły duch raczej niż żyjące gdzieś ciało. Jak projekt bardziej niż jak fakt. Polska czy też polacy-katolicy są wprawdzie wg niego (książka pisana w czasie okupacji niemiecko-sowieckiej, pamiętajmy) nosicielami tej cywilizacji, ale Rosjanie i w ogóle prawosławni oczywiście nie, Niemcy, zwłaszcza Prusacy, a od nich całe Niemcy spruszczone, też okazują się bizantyjczykami, protestantyzm tak samo bizantyjski, więc pewnie w krajach anglosaskich cywilizacji łacińskiej darmo szukać, o francuskim republikaństwie wyraża się kąśliwie, o innych krajach (Hiszpania, Włochy) - nie mówi nic. Gdzie ta Latinitas? Wiele jest w tej książce o odstępstwach od tej cywilizacji, o wypaczeniach w kierunku bizantyństwa, turańszczyzny i żydostwa, ale pozytywnych przykładów i referowania cywilizacji łacińskiej mało. Może dlatego, że jemu współczesnym nie trzeba było tłumaczyć, co to jest, skoro w niej żyli lub chociaż świeżo mieli w pamięci. Ale dla nas, po 65 latach przewartościowywania wszystkich wartości często nie bardzo wiadomo, o czym ten Stary Mistrz mówi. Szkoda że nie napisał podręcznika dla przyszłych pokoleń, gdzie byłoby po kolei wyłożone, które konkretnie instytucje są łacińskie z ducha. I w pojęciach Konecznego nie bardzo wiadomo, jak rozumieć Stany Zjednoczone, co to za zwierzę, które stworzyło całkiem udaną cywilizację, oparta na samorządach i daleko posuniętych prywatnych wolnościach, z wyrazistym "społeczeństwem", czyli oddolnie autonomiczną samoorganizacją - ale przecież z inspiracji purytańskich i masońskich, a więc według Konecznego judaizujących.



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 10 marca 2005






« Oprawica i zlewica Kult przodków »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)