Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

16 marca 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Kult przodków
Liberalizm • Dobre wiadomości • Z naszego własnego źródła


« Zaginiona łacińska cywilizacja Archetypy »

11-15 marca 2005

Kult przodków • Liberalizm • Dobre wiadomości • Z naszego własnego źródła

56. (Kult przodków)
Podczas ceremonii szałasu potu Lakotowie śpiewają pieśń, której słowa znaczą: "Ze wschodu, patrz tam / wasz dziad przybywa patrząc tam / módl się, módl się / patrząc wokoło siedząc tam on mówi to." I tak cztery razy dla czterech kierunków. Słowa, po przejściu przez angielski pewnie się trochę zniekształciły. (Według Raymond A. Bucko, "The Lakota Ritual of the Sweat Lodge", 1998, wyd. University of Nebraska Press.) Ale ten sam tekst, tyle że w języku Czarnych Stóp - północnych sąsiadów Siouxów, mieszkających już w Kanadzie - przekazywał David Thomson na swoich ostatnich do tej pory warsztatach w Polsce: "Spójrz ku wschodowi / nasi przodkowie patrzą na nas / módl się do nich módl się do nich / patrzą na nas." (Patrz: Jan Sobczak, "Szałas Potu w tradycji Czarnych Stóp" 2002.) Ten sam motyw pojawia się w wizji Black Elk'a, do którego przychodzą Dziadkowie - a może lepiej po polsku: Praojcowie - ze wszystkich kierunków:

Przez uchyloną zasłonę [tipi] ujrzałem sześciu starców, siedzących obok siebie. (...) Najstarszy z Dziadków przemówił łagodnie: - Wejdź i nie bój się. (...) Wszedłem więc i stanąłem przed Dziadkami, a wyglądali na dużo starszych, niż mogą być ludzie. Byli starzy jak góry, jak gwiazdy. - Twoi Dziadkowie z całego świata zebrali się w radzie i wezwali cię tutaj, żebyś się uczył - ponownie przemówił najstarszy. Choć jego głos był bardzo łagodny, cały trząsłem się ze strachu, bo wiedziałem, że nie są przecież tylko starcami, ale Mocami Świata. Ten pierwszy był Mocą Zachodu, drugi - Mocą Północy, trzeci - Mocą Wschodu, a czwarty - Mocą Południa. Piąty starzec był Mocą Nieba, a szósty - Mocą Ziemi. Wiedziałem o tym i bałem się (...)

Wyobrażam sobie, że między "teologią" Indian a treścią ich wizji istniała stała wymiana, można wręcz powiedzieć: dynamiczna równowaga, jak między substancja w roztworze i w krysztale. Wizje określały treść wierzeń i wyobrażeń o świecie nadprzyrodzonym, a te formowały wizje. Kiedy się czyta Black Elk'a, nie widać niedowierzania ani lekceważenia jego rodaków: wizje, chociaż zobaczone przez dziewięcioletnie dziecko a ogłoszone przez dorastającego młodzieńca, są przez starszych, przez szamanów i wodzów potraktowane w najwyższym stopniu serio, jak prawdziwy przekaz "stamtąd". Indianie mają gotowy klucz do odczytania tych wizji: zupełnie inaczej niż to jest u nas, gdzie reguła jest, że naszych wizji, choćby tych, które przychodzą w snach, nie rozumiemy, są dla nas obce, chaotyczne, brakuje nam nawet mentalnych środków, aby je zapamiętać i uświadomić je sobie. A teologia naszych religii nijak nam nie pomaga w zrozumieniu wewnętrznego życia naszego umysłu. Celowo piszę w liczbie mnogiej, bo dotyczy to zarówno katolicyzmu jak i buddyzmu.

Lakotowie mieli wyobrażenie jedynego, najwyższego Boga i właściwie nie byli politeistami, tyle że ich jedna boskość jawiła im się pod wieloma postaciami. Starcy z czterech kierunków, z góry i z dołu byli "obliczami" i przedstawicielami tej boskości. Za to Boga najwyższego nie wyobrażano sobie pod jakąś wyraźną postacią. Utożsamienie przodków z wyrazicielami boskości jest właśnie ciekawe. Bóg jawi się pod postacią określonej (i świętej) liczby "dziadków", ci prastarzy starcy są uważani za faktycznych przodków, do których po śmierci dołączają przodkowie realni: własny, realny dziadek, własny realny ojciec, babka, matka. Przez rodzinne pochodzenie, przez urodzenie człowiek nawiązuje więź, pokrewieństwo z Bogiem; cześć dla przodków jest czcią dla Boga, jako że w tej relacji przodkowie stoją bliżej niego. A także mogą być pośrednikami, więc ku nim należy kierować modlitwy. Indianin może czuć się dzieckiem Boga niemal dosłownie: bo za pośrednictwem łańcucha przodków.

Na marginesie, bo to wyprowadza poza główny wątek tych rozważań: sweat lodge służył właśnie przywołaniu i aktualizacji więzi z przodkami i zarazem z boskością - a więc z boskością zawartą w przodkach.

I teraz zagadka: dlaczego podobnej idei nie ma w chrześcijaństwie? (Także w buddyzmie nie ma.) Niby, pozornie, wszystkie składniki są. Jest czwarte przykazanie nawołujące do czci dla ojca i matki (podobnie w buddyzmie, chociaż nie w postaci osobnego przykazania). Jest pojęcie bycia "dzieckiem Boga" - choć, jak to rozumiem, bardziej jest to dziecko w sensie istoty niedorosłej, niż w sensie potomka, ale można także to rozumieć w tym drugim sensie.

Kult przodków to także pamiętanie o przodkach. Zabiegi mające uchronić ich przed zapomnieniem. W realnej znanej mi tradycji, żadnego kultu przodków nie ma i nie było. Dużo wiem o swoim ojca, który zmarł niedawno i coś wiem o moim dziadku, którego który umarł 37 lat temu. Ale o pradziadku w linii męskiej wiem niewiele więcej niż imię (i nazwisko, wciąż to samo), a prababce, jego żonie, nie wiem nic, nawet imienia; o pozostałych pradziadkach też jakieś strzępy albo wcale nic. Właściwie żadnej historii, sam przekaz bezpośredni: o swoich przodkach wiem niewiele więcej niż dowiedziałem się od nich samych, kiedy żyli. O tych, których bezpośrednio nie znałem, wiadomości są prawie żadne. Grobów też dawno nie ma. Moi przodkowie są z chłopów i małomiasteczkowych rzemieślników, którzy też z chłopów. Póki należeli do ludu, pamięć o nich przepadała. Ktoś zaczynał dbać o pamięć przodków dopiero wraz z wykształceniem, pisaniem, zbieraniem pamiątek - a i to z oporami, bo nie widzę w swojej rodzinie szczególnej chęci do zbierania staroci. Właściwie historyczna pamięć w moim rodzie zaczęła się wraz z wyrywaniem się z chłopskiej tradycji, czyli wraz z modernizacją, która ich kawałkiem świata wstrząsnęła, kiedy zbudowano koleje, zniesiono pańszczyznę i ruszył przemysł w pobliskiej Łodzi. Nie wcześniej niż około 1860 roku. Szacuję, że mój pradziad Jakub urodził się około 1850 roku, sto lat przede mną. Wtedy oni zaczęli wyłaniać się z dotychczasowej, właściwie wiecznej, niewiadomości. Moją rodzinę wywabiła z niebytu dopiero modernizacja. Tradycyjny chłopski świat w najmniejszym stopniu nie chronił przodków przed niepamięcią! Był bez historycznej głębi, pamięć była krotka.

W rodzinach szlacheckich ta pamięć jest głębszą, tym bardziej, że prócz opowieści są dokumenty, herbarze, udział w historii narodowej. Ale i taki zwykły, mówiony przekaz zapewne dalej sięga. Znacząca jest tu etymologia słowa "szlachcic, szlachta": jest to słowo z pochodzenia staroniemieckie, znaczące "rodowcy", jak dziś w niemieckim Geschlecht: 'rodzaj', a wcześniej 'ród'. To by sugerowało, że na początku stan szlachecki tym się różnił od reszty, że potrafił się wyliczyć ze swoich przodków; więc już na starcie, we wczesnym średniowieczu istniał podział na tych, którzy swoich przodków pamiętali i tych, którzy ich nie pamiętali. Możliwe że za tym kryją się jakieś dwa archaiczne rodzaje obyczaju i że od bardzo danych czasów, zapewne dawniej niż początek państwa polskiego, wśród Słowian byli ci, co uważali się za lepszych i ci pamiętali swoich przodków, i ci, którzy przodków zapominali. (Tu znaczące jest, że Bolesław Krzywousty, dla którego Gall Anonim pisał swoją kronikę, pamiętał swoich dziesięciu kolejnych przodków, sam będąc jedenastym. Ale pamięć jego rodu nie sięgała dalej niż do Piasta! Dlaczego?)

Instytucja szlachty-rodowców jest też dobitnym wyrazem tego, że chrześcijaństwo o przodków nie dbało, ponieważ tradycja szlachecka wzięła się "stąd", z obyczaju autochtonicznego, nie z Biblii i nie z nauczania kościoła. Tak samo jak feudalne monarchie i dynastie ze swymi ustrojami były autochtoniczne i tylko zaadoptowane przez zachodnie chrześcijaństwo. Gdyby kult dla przodków był chrześcijański i przez to uświęcony, objąłby całą społeczność, chłopów także. Widać jednak, że nie był propagowany nigdy, tak jak i nie jest propagowany teraz.

Na początku Kroniki Galla jest znamienny fragment, który kończy rozdział o Piaście i Popielu: "Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa (...)". Łukasz z Koźmina w zachowanych, spisanych po łacinie, kazaniach z około 1411 roku wygłasza sąd dużo ostrzej brzmiący: "(...) nie wolno dopuszczać do uszu swobodnie tych świąt, które niestety [wieśniacy] obchodzą wedle tego, co pozostało z obrządków przeklętych pogan, jakimi byli nasi przodkowie." Krakowski duchowny przodków własnego narodu, a więc - własnych przodków, nazywa "przeklętymi poganami", przeklętymi! Czy nie tu jest przyczyna braku w chrześcijaństwie czci dla przodków? Wzgląd na to, że wszyscy oni w którymś tam pokoleniu, bliższym lub dalszym, byli "przeklętymi poganami". Chrześcijaństwo zachowało pamięć własnej nowości, tego że było (kiedyś) nowinką, która "prze-szłości ślad zmiatała", jak śpiewał dużo później całkiem kto inny. Ale niekoniecznie tak być musiało. Bywały przecież religijne przełomy, które właśnie na czci przodków bazowały i ją budowały, tym razem już refleksyjnie, nie tylko tradycyjnie; Konfucjusza tu warto wspomnieć. "Przeklęci" - jaki potworny ładunek nienawiści w tym jest, jaka pogarda dla wszystkiego, co było przed własną religią.

Stan niepamięci o przodkach nie wydaje mi się normalny. Bert Hellinger swoją terapię rodzinną oparł na idei, że odrzucenie i zapomnienie członków rodziny odbija się na zdrowiu (psychicznym i fizycznym) następnych pokoleń. Kogo "wyrzucono z rodziny", ponieważ popełnił coś złego, niestosownego lub był jakoś inny i przez to był postacią dla swych krewnych niepożądaną, kogo skazano na duchową banicję przez zapomnienie, tego los "przebija" w życiu następnych członków rodziny, nawet takich, którzy nic o nim nie słyszeli. A dopiero jakie skutki może mieć pochodzenie od przodków, których wszystkich, masowo, zapomniano a więc odrzucono? Kim jesteśmy, będąc potomkami banitów? Jakaś terapia, podobna do Hellingerowskiej, na pewno nam by się przydała.

57. (liberalizm)
Co miałaby obejmować, na czym polegać ten liberalizm, o którym tu wciąż wspominam? Wycofanie się państwa. Ustąpienie miejsca przez państwo. Może nie do końca, bo, przyznaję, nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, kiedy państwa nie ma, a społeczeństwo jest zorganizowane, powiedzmy, na wzór wczesnośredniowiecznej Islandii -. Ale łatwo i od razu można sobie wyobrazić, że państwo wycofuje się ze szkół: szkoły są prywatne, mają swoich właścicieli albo są prowadzone przez stowarzyszenia. Zapewne też by powstały sieci szkół, każda sieć ze swoim stylem, koncerny szkolne, podobnie jak dziś są koncerny meblowe, takie jak Ikea - ale to od rodziców by zależało, do której szkoły dziecko poślą. Odpaństwowienie szkół polegało by też na zniesieniu przymusu chodzenia do szkoły w określonym z góry wieku. Znieść też by trzeba wszelki odgórny nadzór nad szkołami i programami szkolnymi. Żadnych kuratoriów i żadnego ministerstwa edukacji. Tak jak dziś nie ma urzędów obmyślających odgórnie narzucane jadłospisy w restauracjach. I żadnej matury, żadnego jednolitego systemu egzaminów. Podobnie należałoby odsunąć państwo od leczenia. Weterynaria jest u nas prywatna, dlatego psy mają lepszą opiekę lekarską niż ludzie. Środek zaradczy na niespodziewane i wielkie wydatki na leczenie w razie choroby lub wypadku wynaleziono już dawno: ubezpieczenia. I to jest kolejne pole, z którego państwo należy odsunąć, bo ubezpieczenia działają tylko wtedy, gdy nie są przymusowe, tylko wolne. Nawet takie drobiazgi, jak wydawanie dowodów rejestracyjnych do samochodów i ich ewidencja, żeby się ubezpieczyć od kradzieży lub kupna kradzionego, należałoby zostawić prywatnym firmom: bo po co tym nękać urzędy powiatowe? Był pomysł sprywatyzowania dróg - też może dobry. Państwowa pozostaje w końcu klasyczna czwórka: wojsko, policja, dyplomacja i skarb na utrzymanie tamtych trzech. Wojsko, jak słychać, prywatyzuje się w świecie i bardzo możliwe, że skuteczniejsza obrona by była, gdyby rząd zakontraktował usługi obronne u kilkunastu firm, paru krajowych, paru zagranicznych. Można by wynajmować Gurkhów albo Legię Cudzoziemską, albo Izrael, bo ma dobrych lotników. Ministerstwo pozostawiłoby sobie wywiad, planowanie i sztab generalny oraz jakąś supergwardię, żeby w razie czego trzymać w szachu najemników. Tym bardziej wiele funkcji obecnej policji przejęłyby prywatne firmy, ustawa i ministerstwo pilnowałyby tylko ogólnych zasad i celów, i do tego byłaby jakaś super-policja, coś jak FBI w Stanach, znowu zajmująca się ogólnym nadzorem i najgroźniejszymi przestępstwami, takimi jak terroryzm i mafie. Osobno należałoby się przyjrzeć sądom, ale też jestem przekonany, że większość spraw mogliby przejąć sędziowie działający w sposób rynkowy -, nie urzędowy. Kolejna sprawa, wcale niemała, to wolność umów, której teraz nie ma, ponieważ ogranicza je np. prawo pracy albo vat, przy pomocy którego państwo wciska się na trzeciego pomiędzy dwóch ludzi zawierających prawie już każdą transakcję, oraz wolność stowarzyszanie się, której też nie ma, bo stowarzyszenia muszą spełniać reguły narzucone przez ustawę, są rejestrowane przez sądy, które sprawdzają ich prawomyślność, i mają nad nimi nadzór państwowi urzędnicy. Właściwie państwo w osobie prezydenta z rządem służyłoby głownie temu, żeby dostarczyć mocy urzędowej (licencji) tam, gdzie trudno oczekiwać, żeby ta moc wyłoniła się sama spontanicznie i rynkowo - a tak jest w przypadku policji i sędziów. Jaki byłby zysk z tego wszystkiego? Po pierwsze takie państwo byłoby bez porównania tańsze i można by było podatki ograniczyć do prosto pobieranego pogłównego czy jak inaczej nazwać składkę na państwo po równo. Z tego z kolei taki zysk, że wraz z wysokimi podatkami zniknęłyby przestępstwa podatkowe, zniknąłby napór na tworzenie wyjątków od podatków - zniknęli by np. lobbyści, i w ogóle przestała by istnieć najbardziej kryminogenna strefa, jaką są kombinacje na podatkach. Więc pierwszym zyskiem byłyby wielkie oszczędności. Drugim zyskiem byłoby poszerzenie wolności. Nawet gdyby miało być tylko to drugie, jest to sprawa, o której warto myśleć i mieć w umyśle przygotowane liberalne opcje na wypadek, gdyby powstały sprzyjające okoliczności, w których jakaś grupa umiałaby je zrealizować. Oczywiście, żeby takie zmiany, dość gruntowne, jak widać i przeciwne temu, co się teraz dzieje w całej Europie, mogły być przeprowadzone, musi istnieć sprzyjający klimat i powszechna wola ich przeprowadzenia. Muszą być więc w czyimś interesie. Liberalne reformy są w interesie wszystkich żyjących z rynku - w przeciwieństwie do tych, którzy żyją z podatków przymusowo pobieranych od "rynkowców", a więc, właściwie, z pieniędzy rabowanych tamtym. Dlaczego ten interes nie przetwarza się w działanie, w polityczną wolę, dlaczego wolnościowcy przegrywają z przymusowcami, i to przegrywają często walkowerem, przez nieobecność i milczenie, to osobna sprawa, też ciekawa. Streszczam to, o co chodzi w liberalnych lub libertariańskich reformach - dla porządku, bo nie wszyscy to wiedzą.

58. (dobre wiadomości)
Jest nadzieja! Do tej pory wydawało się, że są tylko dwie drogi do wprowadzenia liberalizmu, w rodzaju tego, co opisuję wyżej. Pierwsza taka, że w wyborach zwycięży libertariańska partia i zarządzi odpowiednie reformy. Partie libertariańskie są jednak słabe, nie tylko u nas, nie wchodzą do parlamentów, ludzie ich nie znają, prócz tego działa mechanizm zakładników: to że szkolnictwo, medycyna i emeryci są trzymani na garnuszku państwa, więc nie będą głosować na szkodę swojego dobroczyńcy. Druga droga chilijska: zbrojny zamach stanu i zaprowadzenie liberalnych reform odgórnie i przemocą. Prócz tego, że to niemoralne i przestępcze, to jeszcze niepewne podwójnie: że zamach może zostać stłumiony, jak również jest wysoce prawdopodobne, że nieodpowiedzialna przed nikim władza nie zaprowadzi wolności, tylko wręcz przeciwnie. I jeszcze w warunkach przynależności do Unii i NATO ściągnęłoby to wojskową akcję sąsiadów, więc nie ma o czym marzyć. Wydaje się, że jest trzecia droga, do tego w jakimś sensie oddolna, mało nagłośniona i w pewien sposób spontaniczna, mająca pozory naturalnego, darwinowskiego wręcz procesu, więc mila sercu liberałów. Jest nią dumping podatkowy. Czyli to, że państwa konkurują pomiędzy sobą o to, które bardziej obniży podatki. Jest o tym artykuł w Forum z 7 marca. Koncerny znajdują sposoby, żeby najbardziej podatkogenną część swojej działalności przerzucać do krajów o niskich podatkach - Irlandia, Estonia, Słowacja; w tamtym artykule donoszą, że Austria obniżyła podatki, więc idzie już świadoma akcja wśród rządów, kto bardziej się odpodatkuje. Najbardziej na tym tracą wysoko opodatkowani Niemcy - więc zaraz niemiecki kontratak, żeby ujednolicić podatki w Unii, ale czy dadzą radę wobec siły ekonomicznej konieczności? Możliwy staje się taki scenariusz: że państwa prześcigają się w zmniejszaniu podatków, a więc poszczególne aparaty państwowe konkurują ze sobą w tym, który bardziej się skurczy. To trzeba uzasadnić, bo takim działaniom towarzyszy mówienie, więc studiuje się klasyków liberalizmu, idee idą w masy, tak jak kiedyś poszła socjalistyczna. Aż proces staje się lawinowy i następuje coś, co przypomina przemianę fazową: państwa z etatystycznych stają się liberalnymi. Oczywiście mogę sobie i to łatwo wyobrazić tendencje przeciwstawne, i takie już faktycznie się pojawiły, jak niemieckie projekty wyrównania podatków w Europie - ale czy nie lepiej najpierw nacieszyć się dobrą nowiną?

59. (z naszego własnego źródła)
Tego lata będzie okrągła dziesiąta rocznica, jak pierwszy raz byłem na warsztatach Davida Thomsona. I sześć lat, odkąd sam prowadzę warsztaty. Coraz wyraźniej widzę ograniczenia. Widzę miejsca, gdzie dalej nie pójdę, bo brakuje mi potrzebnych umiejętności. Nauczyłem się bębnić, urządzać indiańską saunę-szałas potu, prowadzić chodzenie po ogniu, marsze transowe, ćwiczyć z innymi płukanie jelit, ćwiczenia z głosem i z oddechem. Brakuje mi pieśni: a coraz wyraźniej widzę, że właściwie z wszystkich innych praktyk można by zrezygnować, gdyby znało się odpowiednie pieśni. Ale właśnie w tym miejscu dalej nie pójdę, bo śpiewać nie potrafię. To znaczy, może potrafiłbym, gdyby ktoś mnie nauczył. To samo jest w ogóle z muzyką, której nie znam i na której się nie znam. Podobnie jest z tańcem. Jeśli śpiewać, to teksty, które są poezją - tej również brakuje, a sam tego też raczej nie napiszę. Miałem kiedyś plany, żeby włączyć do warsztatów ćwiczenia Sancheza z wieszaniem się w specjalnej uprzęży - i to tak samo jest rzecz, której nie robię z powodu tego, że nie znam się na technice alpinistycznej. Widać, że wszystkie ewentualne dalsze plany, dalszy rozwój warsztatów, zależą od współdziałania. Do tej pory nastawiałem się na prowadzenie wszystkiego samemu, ale żeby pójść dalej, powinienem korzystać z udziału współprowadzących i współautorów. No ciekawe, czy uda mi się ten próg kiedykolwiek przeskoczyć. To wiąże się jeszcze z czymś innym. Z wykorzystaniem czyjejś inspiracji. Bo łatwo jest ogłosić jakąś gotową doktrynę lub metodę i ściągać ludzi, którzy dołączą do zajęć prowadzonych według tej metody lub doktryny. To wszyscy robią: przywozi się gotowe obrzędy i praktyki z Tybetu, z Japonii, z Korei i Chin, od Indian i z Hawajów; z Meksyku, ze Stanów i tak dalej. Mnie by bardziej interesowało skorzystanie z inspiracji, która pojawia się TU, między nami. Obserwowałem, jak przez warsztaty, które prowadziłem, przewinęło się kilkoro naprawdę uzdolnionych wizjonerów. Pojawiali się i znikali. Praktyki, które umownie można nazwać szamańskimi, jednak nie mogą być inne niż autochtoniczne, samorodne, z naszego własnego źródła. My sami będziemy tym źródłem albo tych praktyk nie będzie. Będziemy tylko gapiami na cudzych spektaklach, tak jak zresztą od dawna jesteśmy na różnych. I wydaje mi się, że do tego, żeby spowodować, żeby ludzie umieli korzystać ze swoich własnych wewnętrznych źródeł, potrzebna jest umiejętność bardzo podobna do umiejętności korzystania z czyichś uzdolnień do muzyki, śpiewu lub z technicznej sprawności.



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 15 marca 2005






« Zaginiona łacińska cywilizacja Archetypy »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)