Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

10 kwietnia 2005

Wojciech Jóźwiak

z cyklu: Wołanie ziemi o dęby (odcinków: 19)

Ja osobne i ja gromadne
Architektura i archetypy • Dziwna Ameryka • Szałas potu • Koniec dnia • Bałkany


« Ezoteryka i polityka Pogrzeb religii - polemika »

4-10 kwietnia 2005

Architektura i archetypy • Dziwna Ameryka • Szałas potu • Koniec dnia • Ja osobne i ja gromadne • Bałkany



70. (Architektura i archetypy)
J.N. napisał odnośnie Corbusiera:

... Chciałbym tylko bronić Le Corbusier'a - on nie zaprojektował blokowisk w naszym rozumieniu. Komuniści spieprzyli Le Corbusier'a tak jak spieprzyli wszystko inne. Mnie samego zdumiał film dokumentalny o jego twórczości, który obejrzałem przed paru laty. Pomyślałem sobie, że gdyby tak miały wyglądać nasze bloki, jak on je zaprojektował, to byłbym szczęśliwy mieszkając w czymś takim. Jego projekty mają się tak do komunistycznych blokowisk, jak np. "Mona Lisa" Da Vinci namalowana przez ś.p. Beksińskiego - niby to samo, a jednak - kosmos różnic w szczegółach. Te różnice w szczegółach sprawiły, że bloki zaprojektowane przez Le Corbusiera były dziełami sztuki, a nasze i inne komunistyczne blokowiska były i są rzeczywiście koszmarem.

Oj, chyba nie tylko komuniści. Coś mi się wydaje, że błąd był u podstaw. Wielka architektura brała z archetypu, z wewnętrznych wizji, wizualizowała i eksterioryzowała w kamieniu (w cegle, drewnie, szkle...) to, co podpatrzono w przestrzeni wewnętrznej. Gotyckie budowle śnią mi się, i kiedy niedawno zajrzałem do Szczecina, to aż mnie zdziwiło, że tyle tam jest ze snu. Corbusier i jego wyznawcy, oraz jego bezmyślni naśladowcy, nie brali z archetypu, tylko z czegoś, co można nazwać "smutnym rozumem", z tej strefy logiczno-kwadratowej szarości, do której wtrącają umysł rozmaite czynniki, depresja, a także podobno nadużywanie nikotyny. Więc chyba już u początku było coś nie tak.


71. (Dziwna Ameryka)
Po poprzednim odcinku "Spraw, na których..." dostałem e-mail ze Stanów Zjednoczonych, autor podpisuje się Dario:

panie Wojtku, piękne to ostatnie pisanie (piękne są/były także poprzednie felietony) - zwłaszcza z mojej perspektywy - US po 9/11 [11 września 2001], gdzie samo imię 'Państwo' sieje grozę i strach, a wolności ubywa co sekundę... Ale pocieszam się że w RP wolności także nie za wiele, a w sprawach handlowych jeszcze mniej... ale mocno skrzywione to pocieszanie... od takiego pocieszania to jeno piołun w ustach...

Ano właśnie. Bardzo byłem przywiązany do wizji Ameryki jako serca Wolnego Świata - chociaż nigdy tam nie byłem, a takie wyobrażenia najlepiej sprawdza się osobiście i na miejscu. Nawet samo pojęcie 'wolności' w pewnym momencie wydawało mi się amerykańskie - w tym sensie, że gdyby nie Stany, to wolność rozumielibyśmy inaczej i pewnie dużo bardziej ubogo. Myślę, że nie ja jeden; dla mnóstwa ludzi zasiedziałych w polsko-ruskiej beznadziei Ameryka wydawała się rajem, a od prezydentury Reagana nadzieją na wyzwolenie. Dlatego łatwo wybaczało się Ameryce jej wojny, bo jak inaczej, skoro wojna z czołgami Saddama Husajna była tak naprawdę wojną z sowieckimi czołgami i tamta przegrana uświadomiła trzymającym władzę na Kremlu, że... ne zderżyte ditki, że nie ma co się z przestarzałym żelastwem porywać na Amerykę. Wygrana pierwsza wojna z Husajnem w większym stopniu przyczyniła się do wyzwolenia Polski spod komunistów niż dziesięciu Wałęsów i Michników. Ja (i nie tylko ja) Busha Pierwszego uważałem za spadkobiercę Reagana, a Busha Drugiego za kontynuatora polityki ojca, więc za reaganowca jak pierwszy. Tymczasem coś się porobiło. Przyszła wolność od komuny, ale komuniści pozostali i jakoś niewytłumaczalnie naród dalej ich kocha i wybiera. Europa, ten niedościgły kiedyś ideał, nie wiadomo kiedy okazała się mieć dziwnie wiele z jakiegoś kołchozu, gdzie się jednym zabiera, drugim daje, żeby było po równo, a wszystkim coś się nakazuje i czegoś zabrania. Długo jeszcze trzymałem się wizji Ameryki-wyzwolicielki, ale tu też coś się porobiło... Niedość dawne "Forum" z 29 marca przedrukowało Pata Buchanana, "guru amerykańskich konserwatystów", jak go nazywają, który tak napisał o polityce swojego prezydenta:

W swoim inauguracyjnym przemówieniu Bush nazwał 11 września dniem, w którym "demokracja stała się celem ataku". To kompletne nieporozumienie. Osama ben Laden nie dlatego wysłał fanatyków, że nienawidzi praw obywatelskich. Wystał ich, bo sprzeciwia się amerykańskiej obecności i polityce na Bliskim Wschodzie. (...) Mordercy z 11 września zjawili się w Ameryce, bo Ameryka zjawiła się na Bliskim Wschodzie. Zostaliśmy zaatakowani nie za to, kim jesteśmy, ale za to, co robimy. To nie naszych wartości oni nienawidzą, lecz naszej polityki. To interwencja amerykańska na Bliskim Wschodzie była przyczyną ataków terrorystycznych z 11 września.

A tymczasem do prezydenckiego (Bushowego) poglądu o tym, że ben Laden samą istotę i tożsamość Ameryki chce zniszczyć, dodana została cała teoria. Oto (powiadają) ben Laden Amerykę zaatakował dlatego, że świadom jest tego, iż Ameryka i cały Zachód silne są swoją wolnością. Wobec tego postanowił wolność w Ameryce zniszczyć rękami samych Amerykanów. Wysłał swoich terrorystów nie tyle po to, aby siali zniszczenie, co żeby zatruli Amerykanów nieufnością do ludzi, a więc i do siebie wzajemnie. Im więcej spektakularnych ataków, tym więcej kontroli na lotniskach i gdzie indziej, tym większa szpiegomania i donosicielstwo, tym większe uprawnienia policji jawnej i tajnej, tym większy budżet wojska i innych służb siłowych, a w wyniku coraz mniej wolności, w perspektywie zamiast wolności - zwykły państwowy totalitaryzm. U nas w tym duchu pisał sporo Stanisław Michalkiewicz w "Najwyższym Czasie". Ostatnio dochodzą słuchy o tym, że istnieje jakaś inna Ameryka, że jest jakiś mało znany u nas i niezrozumiały dla nas aspekt tego kraju. W tym samym "Forum" mamy reportaż z Południa Stanów: Charles Simic pisze o walczącej pobożności Południa:

Podczas mojej podróży wielokrotnie pytano mnie bez ogródek, czy jestem chrześcijaninem. (...) Czego naprawdę chcieli się dowiedzieć ci ludzie, to czy uwierzyłem w Jezusa jako mojego Zbawiciela. Dla tych ludzi chrześcijanie różnią się od reszty Amerykanów - liberałów, świeckich humanistów, katolików, ateistów, zwolenników aborcji itd., których łączy jedno: że wszyscy oni, ale to wszyscy pójdą do piekła. Absolutna pewność takiego wyniku, jak odkryłem, jest dla wierzących źródłem głębokiego zadowolenia. Podczas tych wielu godzin, kiedy słuchałem chrześcijańskiego radia, zapewniano mnie ciągle, że Biblia jest najlepszym źródłem informacji na temat aktualnych wydarzeń. Kiedy oglądałem religijne talk-show w nocnym programie, słyszałem, że te liczne wojny, które obiecał nam prezydent, zostały zapowiedziane już w Biblii. O pokoju na ziemi nigdzie nie było mowy. Tym, co zachwycało tych ludzi, których słuchałem, była potęga śmiercionośnej broni. Odnosiłem wrażenie, że czymś bardziej gorszącym jest wierzyć w ewolucję, niż zrównać z ziemią jakieś miasto. Sceptycyzm, dowody empiryczne i wiedza książkowa nie są w zbyt wielkim poważaniu u tych protestanckich fundamentalistów. Pytanie o zasadę przyczyny i skutku uważają za grzech. Odrzucają nowoczesne nauki przyrodnicze, marząc o państwie teokratycznym, w którym tak bluźniercze treści znikłyby z planów nauczania. Ich ideałem, jak wyjaśnił mi obrotny młodzieniec w Tuscaloosie, jest posłuszeństwo bez pytań i całkowita zgodność religii i polityki we wszystkich kwestiach.

Pod koniec roku 2003 wrocławski politolog Tomasz Gabiś opublikował "Raport o wojnie w Iraku". Najciekawszy chyba jest tam rozdział pt. "Polityka apokalipsy", wykładający rzeczy, od których włos się na głowie jeży:

[...] środowiskiem, które wpływa na politykę rządu Busha i Partii Republikańskiej jest chrześcijańska prawica w jej protestanckim "ewangelicznym" wydaniu. Tworzą ją kościoły, sekty i ruchy charyzmatyczne propagujące specyficzną millenarystyczną apokaliptyczną teologię, która z kolei tworzy podstawę teologii politycznej [...]. Dla określenia tych odległych od protestanckiej i luterańskiej ortodoksji nurtów używa się takich terminów jak "premillenaryści", "ewangelicy", "fundamentaliści", "dyspensjonaliści", "teologowie Czasów Ostatecznych", "apokaliptycy", "protestanccy syjoniści", "chrześcijańscy syjoniści", "armagedoniści". [Twierdzą oni iż] Żyjemy w czasach końca, proroctwa wypełniają się na naszych oczach, niedługo Jezus przybędzie w obłokach i wskrzesi chrześcijan z martwych. Wszyscy prawdziwi chrześcijanie unikną fizycznej śmierci i z ciałem zostaną wzięci (porwani) w niebo [...] "Porwanie w obłoki" nastąpi na trzy i pół roku przed momentem, kiedy na ziemi rozpocznie się siedmioletni czas zamętu, utrapienia, cierpień i mąk (ang. tribulation). Ci wierzący chrześcijanie, którzy umrą przed "porwaniem", powstaną z martwych i również zostaną "wzięci w obłoki", aby spotkać tam Jezusa. [...] W okolicach Jerozolimy na polach Armagedonu rozegra się ostateczna apokaliptyczna bitwa bitew [...] Jezus Chrystus zejdzie z chmur wraz z "wziętymi" chrześcijanami, zwycięży szatańskie moce, odbuduje tron Dawida w Jerozolimie, która będzie stolicą świata, zasiądzie na nim jako król żydowski i będzie rządził tysiąc lat w pokoju i sprawiedliwości razem z "wziętymi" chrześcijanami [...]. Po tysiącu lat sprawiedliwych rządów Jezusa nastąpi Sąd Ostateczny, na którym Szatan i wszyscy niewierzący zostaną strąceni do piekieł. W apokaliptycznym fundamentalizmie kluczowa rola w wydarzeniach prowadzących do Drugiego Przyjścia Jezusa Chrystusa przypada Izraelowi. [...] W Izraelu spełnia się przeznaczenia świata, Żydzi w Izraelu są instrumentem realizacji mesjańskich obietnic. [...] Izrael musi być broniony za wszelką cenę, bo gdyby został militarnie pokonany lub wręcz gdyby państwo żydowskie upadło, nadejście mesjańskiej epoki oddaliłoby się w niewiadomą przyszłość, a wraz z tym nadzieja na uniknięcie fizycznej śmierci. [...] chrześcijanie nie powinni biernie czekać na wypełnienie się proroctw ale być ich aktywnymi wykonawcami. [...] los USA zależy od traktowania Żydów - kiedy Stany Zjednoczone dobrze traktują Żydów i popierają Izrael, to rozkwitają, kiedy tego nie czynią, podupadają. USA dlatego cieszą się specjalną protekcją Boga, ponieważ stały za narodem żydowskim w trudnych dla niego chwilach [...] Prawe skrzydło klasy rządzącej staje się w pewnym stopniu zakładnikiem tej części elektoratu, która biblijne proroctwa stawia wyżej niż wytyczne Departamentu Stanu.

To są tylko fragmenty, niewielki wybór - rozdział liczy osiem stron. Cały raport jest tu: www.saga.org.pl/old/raport.pdf - ale uwaga, waży ponad 1 megabajt, trochę czasu będzie szedł. W ramach zorientowywania się w świecie starałem też zorientować się w motywach amerykańskiej interwencji w Iraku. Pilnie szukałem w tym logiki, a także chłodnego rozsądku, interesów, materialnych handlowych korzyści, zaspokojenia potrzeby panowania wreszcie, czegokolwiek z życia - bo to wszystko są rzeczy, które dają nadzieję na jakąś normalność... Bo jeśli nie rozsądek, lecz szaleństwo, to już dużo gorzej. Zawsze lepiej mieć do czynienia z chłodnym budowniczym imperium niż z tłumem fanatyków, zwłaszcza gdy bliźniaczych szaleńców mają za wrogów. Jednak tego, co prezentują ci apokaliptycy, nie da się objąć rozumem. Bardziej już treść ich wiary i politycznego programu przypomina wynurzenia Michelle LaVigne, które streszczałem w "Wiedzy nie całkiem tajemnej" (zob. w starej Tarace: www.taraka.most.org.pl/sklada01/sklada07.html, fragm. #56) - te halucynacje o "szarakach" z UFO, którzy porywają ludzi, rozbierają ich, nakłaniają do dziwacznych kopulacji, mózgi im piorą. Zresztą, jak pisze Gabiś, język apokaliptyków przypomina terminologię ufologów - te same porwania w obłoki. Więc jak to? Czy to już jest ta Ameryka, której należy się bać?


72. (Sweat Lodge)
Przyszedł nowy numer "Shaman's Drum", pisma wydawanego na zachodnim wybrzeżu Stanów. Wydawca, Timothy White, zastanawia się nad przypadkiem śmierci w sweat lodge'u, o którym doniesiono mu z Australii. Zmarł 37-letni mężczyzna, który kierował tą ceremonią. Ale stopniowo okazują się znaczące szczegóły. Było to na obrzeżu pustyni i w listopadzie, czyli podczas tamtejszego lata. Użyto 30 średniej wielkości bazaltowych kamieni - bardzo silna dawka gorąca, jak na i tak wysoką temperaturę. Do polewania użyto miejscowej wody, silnie zmineralizowanej, co mogło dać toksyczne inhalacje. Przed sweat-lodge'em uczestnicy pościli, a także nie pili. Zmarły przewodnik ceremonii i jeszcze dwoje innych uczestników w sweat-lodge'u spędzili 5 godzin! Ta sesja pocenia się była faktycznie na granicy samobójstwa... Oględziny lekarskie wykazały przyczynę zgonu: odwodnienie. White, autor tego tekstu, sam wielki miłośnik szałasu potów, pisze pod koniec swych rozważań i analiz:

...stwierdziłem wielokrotnie, że kiedy ludzie angażują się w duchowo intensywne przedsięwzięcia - takie jak Tańce Słońca, poszukiwanie wizji i inne potężne ceremonie - często stąpają po kruchym gruncie, idąc po samej krawędzi pomiędzy światami. W istocie, w wielu szamańskich ceremoniach jest się gotowym do przekroczenia granic i przejścia doświadczenia śmierci i odrodzenia. Wiele szamańskich tradycji ma pouczające opowieści o szamanach, którzy zbyt długo zabawili w swoich ekstatycznych podróżach i już nie udało im się wrócić.

White wspomina też o innych opowieściach: o szamanach, którzy samych siebie w ten sposób złożyli w ofierze aby zapewnić swoim bliskim zdrowie lub ocalenie. Na szczęście przypadki śmierci w szałasie potów są rzadkie: mniej więcej jeden na rok. Przy tysiącach ludzi biorących w tym udział.


73. (koniec dnia)
Kończy się piątek, 8 kwietnia, dzień wypełniony pogrzebem Papieża. Telewizja pokazuje głównie tłumy. Place i pola wypełnione masami ludzi. Potem wspominki, filmy sprzed paru lat z papieskich pielgrzymek, też tłumy i masy, głowa przy głowie, tysiące i miliony. Umarł wielki przywódca, wielki człowiek, wielki duchowy przewodnik. Ale ta tłumność... Teraz, na bieżąco, nie czas na analizy, ale warto obserwować, zauważać. Nie odrzucam tłumności. Zbieranie się razem, bycie razem z innymi w gromadzie jest cennym doświadczeniem. Ale to doświadczenie zarazem bywa mylące, bo świąteczna gromada się rozchodzi i dopiero potem przychodzi czas próby: czy faktycznie ten duch, który lubi objawiać się w gromadzie, pracuje i zmienia oblicze ziemi? Jesteśmy istotami zarówno gromadnymi, jak i pojedynczymi. Oprócz właściwego "ja" jest w każdym także drugie "ja" gromadne. To "ja" gromadne kocha iść w tę samą stronę, co wszyscy. Uwielbia się upodabniać do wspólnego, gromadnego wzorca. Zapewne Papież Karol Wojtyła nie tylko z gromadnym ja ludzi przebywał i pracował - być może to tylko telewizja, która gromady kocha, tak wybiórczo przedstawia jego obraz. Ale wydaje się, że chociaż perspektywa kamery nieuchronnie wykrzywia obraz w kierunku gromadności, to jednak Papież miał upodobanie do mas, wieców, zgromadzeń, łanów ludu po horyzont. Umiał i lubił pracować z gromadnym ja swoich wiernych. Czy równie umiał trafić do tego innego, krnąbrnego ja jednostek nieoprawionych w tłum? Nie umiem na to odpowiedzieć. Znam go tylko poprzez filtr mass-mediów; jak prowadzi medytacje i odosobnienia, tego telewizja nie pokazywała. Złośliwie można by powiedzieć, że Jan Paweł II bardzo przejął się rzekomym powiedzeniem Stalina, który miał zadowcipkować: "A ile dywizji ma papież?". Więc Jan Paweł II działał tak, jakby bardzo chciał pokazać światu swoje dywizje.


74. (ja osobne i ja gromadne - dalej)
Ale zbieranie się razem też ma swoje przewagi. Latami może trwać stan jak z bajki o nowych szatach cesarza: każdy z osobna widzi, że cesarz na golasa biega, a nikt nie powie, a jeśli i powie, to i tak nic z tego nie wyniknie. Nie trzeba daleko szukać: teraz tak jest i jest od lat; ci, którzy mają dobre anteny nastawione na nienazywaną rzeczywistość, jak Wawrzyniec Rymkiewicz na przykład, to czują i widzą. Zebranie się razem może sprzyjać nazwaniu tego, co każdy dotąd tłumi w sobie na osobności. Wieczorem dnia pogrzebu Papieża na ulicach widać było głównie młodych ludzi. Jak pomyśleć, to są teraz dwa pokolenia, trzydziesto i dwudziestolatków, urodzonych w latach 70-tych i 80-tych, którzy do tej pory nie znaleźli własnego głosu. Bo hippisi się zestarzeli i mają swoje bitelsowskie when I'm sixty-four, solidarnościowcy przekroczyli pięćdziesiąt, punki mają po czterdziestce. Sytuacja nienormalna: dwa pokolenia, dwie dekady dorosłych ludzi, którzy są na przyczepkę, za których wszystkiego dokonali starsi; w świecie całkiem zastanym, bez luzu na tworzenie swego. Ja gdybym teraz miał 25, to bym nie wytrzymał. Dwa zapomniane pokolenia. Czy popapieskie zbieranie się razem podziała na nich? Czy i jak? Zobaczymy.


75. (Bałkany)
Jako podkładkę pod klawiaturę i mysz mam mapę Europy oprawioną w plastik. Trochę eurocentrycznie mnie to ukierunkowuje. Dziwią mnie Bałkany. Mam sentyment do tej części świata: papryka, wino, góry, wapienne skały, ciepłe morze. Troszeczkę egzotyki, ale nie rażącej, właściwie prawie tak samo jak u nas. Inaczej, ale nie za bardzo. Trochę cieplejszy i bardziej górzysty wariant tego samego świata co nasz. Dziwi mnie tutejsza zagadkowa dysharmonia geografii i historii. Bo geograficznie jest to zwarty i wyrazisty region: jakby osobny subkontynent, lądowy masyw kotliniasty i równinny w środku, ze wszystkich stron otoczony górami, które w większości opadają wprost do mórz, a tylko od północy i północnego wschodu otwierają na nasze borealne równinne bezkresy. Przez środek idzie naturalna oś i droga - Dunaj, rzeka, która częściej była granicą niż wspólnym pasażem. Na mapie Bałkany wyglądają zacisznie i wydawałoby się, że szczęśliwy jest naród, który tu ma swoją ojczyznę. Wiemy, że nic bardziej mylącego. Bałkańska kotlina nigdy nie była zjednoczona. Nigdy nie miała wspólnych władców, ustroju, religii, narodu ani języka. (Muzyki tylko dopracowała się jednej, wspólnej, i może w tym jest przyszła nadzieja.) Zawsze to było pogranicze wojenne, a bezludzia, które tu trwały przez tysiąclecia, nie były z winy przyrody, sprzyjającej przecież człowiekowi jak mało gdzie w świecie - tylko od ludzkiej nienawiści. Bo nadgraniczne pustkowia są przecież geograficzną, zmaterializowaną w krajobrazie, nienawiścią ludzi. Inaczej niż na półwyspach Pirenejskim i Apenińskim, które zawsze jednoczyły się lepiej lub gorzej, tutaj zawsze trwała rywalizacja. Rzym na południu tego regionu, Markomanowie, Wandalowie, Goci za Dunajem na północy. Bizancjum na południu, Słowianie, Awarowie, Bułgarzy na północy. Serbia kontra Węgry. Węgrzy, którzy już byli bliscy zapanowania nad całym tym uniwersum, kiedy od południa nadeszli Turcy. Wieki konfrontacji turecko-niemieckiej, z ziemią niczyją pośrodku, gdzie hajducy, kuruce, prawosławne wojskowe pogranicze na służbie niemieckiej, sobiepanni Wołosi po górach. Potem wojny w bałkańskim kotle, wojny światowe, chwila sowieckiej dominacji, która też niczego nie załatwiła. Gdyby to był jeden kraj, gdzie by miał stolicę? W Budapeszcie czy raczej w Belgradzie?



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 3 kwietnia 2005






« Ezoteryka i polityka Pogrzeb religii - polemika »

Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)